Dodaj do ulubionych

interaktywna powiesc-dzielo zebrane

12.05.05, 12:47
"Do stołu podano. Biel talerzy została właśnie uzupełniona soczyście pachnącą
żółcią. Myślałby kto, że kolor słońca powinien
tchnać optymizmem, było jednak inaczej. Wokół unosił się aromat, który
zgromadzeni kcharzowi zawdzięczali. Aromat inspirował i
intrygował. Z drugiej jednak strony wyczuwało się coś niepokojącego.
Mimo, że kolacja jeszcze sięformalnie nie rozpoczęła, atmosfera stawała się
coraz bardziej cięzka. Pan domu czując wewnętrzny
niepokój sięgnął po kieliszek wina. W chwili, gdy pomyślał o tym, kileiszek
pękł.........." [Giezik]
SEN ROLSROJSA
Słysząc dżwięk pękającego kryształu, wystraszona z nagła Pani upuściła
trzymany w ręce srebrny nóż, który spadając wbił się w pionowo w dębową
posadzkę.
Leżący pod stołem chart Rolsrojs zaskomlał cichutko przez sen i poruszył
łapami
jakby kogoś gonił, lub przed kimś uciekał.[BRUNOSCH]
W zupełnie zwykły wieczór Pan domu, mniej lub bardziej cieprliwie oczekiwałby
na pojawienie się kogoś ze służby, by przwrócić
niezmącony niczym stan rzeczywistości. W tym jednak momencie sytuacja
wyglądała o wiele bardziej powaznie. Mozna było nawet
odnieść wrażenie, że wszystko zamarło.
Przenieśmy się jednak na chwilę dzień wcześniej, kiedy to zbierano kurki w
pobliskim lesie na dzisiejszą kolację, jak zawsze
wyśmienicie przyrzadzoną przez ....[G]
Stefana, który rządził kuchnią, kredensem, spiżarnią i piwniczką już od 59
lat, czyli od chwili gdy jako niemowlę został znaleziony na progu dworu z
przypiętą do pieluszki karteczką "TO TWOJE".[B]
STEFAN

Zbieranie grzybów od lat wiązało się z pewnym rytuałem. Jeszcze jako chłopak
Stefan sam wynajdywał co piekniejsze okazy. Był
dzieckiem niezwykłym i wiadomo to było od pierwszych godzin jego pojawienia
sie w Domu.
Gdy miał lat siedem, czyli w czasie gdy większość chłopaków w jego wieku
nudzi chodzenie polesie z oczami wpatrzonymi w poszycie i
wyszukiwanie tego czegoś, co to nawet nie zawsze jest smaczne, on
podświadomie wiedział gdzie zbierać. Stefan nie szukał grzybów
- wiedział gdzie one się znajdują.
Tak jednak było dawniej. Teraz od wielu lat, gdy był już szanowanym starszym
Panem, chodził wraz z służba Państwa i tylko
pokazywał, gdzie mają szukać...[G]
STEFAN Słynął z nadludzkiego wprost węchu. Wyczuwał nie tylko piżmo nosem,
ale nawet
pismo. Zdarzało się, że jeszcze pocztyliona nawet na horyzoncie nie było
widać,
on go już czuł i polerował srebrną tacę, na której podawał Panu koperty.
dzięki takim umiejętnościom był przez Pana wykorzystywany do odnajdywania w
lesie trufli. Stefan w gąszczu boru nagle stawał, podnosił głowę, opuszczał

i szedł niezawodnie w wybranym przez węch kierunku. Palisandrową laską
zataczał
krąg w ściółce a najęci we wsi chłopi w skórzanych kagańczykach na
żarłocznych
pyskach, delikatnie grabkami rozchylali ściółkę w poszukiwaniu drogocennych
grzybków.[B]
Tego dnia coś się jednak zmieniło. Po raz pierwszy od kilku sezonów Stefan
sam odłączył się od grupy grzybiarzy, by schylić się po
coś do ściółki. To nie była jedyna zmiana, nieodstępujacy go Rolsrojs tym
razem nie poszedł za nim. Zatrzymał się lekko
skowycząc.
Wszyscy pochłonięci wyszukiwaniem pysznych okazów nie zwrócili uwagi na to
nieznaczące zdarzenie. No, prawie wszyscy.[G]
Jedynie "chłopak do wszystkiego", nie do końca rozwinięty mentalnie Wicek
rzucił staremu kose spojrzenie. Ale że i tak zezowaty był jak nieboskie
stworzenie, nikt ale to dosłownie nikt nie odróżnił, czy rzuca złe
Stespojrzenie, czy tylko zez gwałtownie mu się pogłębił.
tak więc trzy pary oczu widziały to, czego nikt nie miał zobaczyć:
przymglone wiekiem oczy Stefana, żółte oczy charta i kose jak kosodrzewina,
kaprawe ślepka głupka-Wicusia.[B]
Za to usłyszeli wszyscy. Mrożący krew w żyłach krzyk, rorlegał się przez
dłuższą chwilę, paraliżyjąc wszyskich grzybiarzy. A potem umilkł, ustępując o
stokroć gorszej i bardziej złowieszczej ciszy, która po nim zapadła...[TAKA
JEDNA]
Wicuś jak zawsze roztaczał wokół siebie aurę berbeluchy i prostoty umysłu,
toteż jego obecność nie uszła uwadze Stefana.
- A, Wicuś! Rzekł nieomal uprzejmie, chowając dłoń do kieszeni. Miło cię
widzieć chłopcze, zwłaszcza na grzybobraniu. - Ostatnie półzdanie miało być
ironiczne, bo Wicek jak mógł zawsze wykręcał się od wizyt w lesie, wymawiając
się bólem głowy, albo lękiem przed wilkami.
- A bo ja tak, panie Stefku to sedłem za panem bo jak panu te gzyby idom,
- seplenił obrzydliwie, zerkając to na drzewa, to na obłoki, czyli patrząc
Stefanowi prosto w oczy... - O, Rojsik! dodał przymilnie, choć psa ze
wzajemnością nie znosił.
***
Po powrocie z lasu wszyscy domownicy przysiedli na werandzie, niby to pijąc
herbate, niby skubiąc ciasteczka, lecz myśli ich w przeszłość się uniosły, do
dnia kiedy panu stanowczo i zdecydowanie popsuł się humor, skurczył się,
zmalał
i wysechł. A pomyśleć, że jeszcze przed tygodniem był z niego postawny,
przystojny mężczyzna, Pan całą gębą. [B]
na szczęście, krzyk rozległszy się w lesie na chwilę skupił na sobie uwagę
zbieraczy, którzy pobiegli w stronę wrzasku. Znależli jednego z
grzybonaganiaczy, z nogą we wnykach zębatych, przez jakiegoś kłusownika
zastawionych. Na szczęście od bólu omdlał i już nie krzyczał.
Chwilę (względnej) samotności wykorzystał Stefam, wrzucając niepostrzeżenie
do
kieszeni sczerniały klucz, który wreszcie znalazł w igliwiu. Tego klucza
szukał
od przeszło ośmiu lat, a że nie wydawał zapachu, znaleźć go było tak trudno...
****
Przyczyną upadku funkcji życiowych Pana, z pewnością musiał być list, który
nadszedł kilka dni wcześniej. Odbierając go od pocztyliona Stefan skrzywił
się
boleśnie, zakaszlał jak zaksztuszony smrodem, przesłonił dłonią oczy, które
znagła wyszły mu z orbit i powlókł się do gabinetu Pana, by oddać mu kopertę.
Wracał wachlując się srebrną tacą jak od najgorszego odoru.[B]
Klucz nie był jedyną rzeczą odnalezioną przez Stefana. Czy to przez przypadek
czy też z innych nieznanych jeszcze powodów, obok
niego zagrzebana w poszyciu rosła jedna jedyna złocista kurka.
Prawdopodobnie ten zapach skierował Stefana tak bezbłednie w to miejsce.
Mniej wytrawny grzybiarz po zerwaniu pojedynczego okazu (i oczywistej radości
z odnalezionej zguby) z całą pewnością przeszukał by
najbliższą okolicę w poszukiwaniu braci i sióstr w grzybni. To nie dotyczyło
doświadczonego kucharza. Był p e w i e n, że na
przestrzeni co najmniej kilku metrów nie ma innego grzyba.
Zwłaszcza, że ten wykręcony delikatnie okaz, niewielki choć o dziwnie
regularnym kształcie, okazał się dziwnie cieżki.[G]
owym kluczem wiązała się pewna tajemnica, którą wyznałą Stefanowi na łożu
śmierci Panie Matka. Przywołał jej obraz - była piękną kobietą, w której
Stefan
skrycie się podkochiwał. Nie wiedział, że i ona dażyła go uczuciem. Ciężko
westchnął.
- Skończyła się gra, nadszedł najwyższy czas na rozwiązanie tajemnicy -
myślał
Stefan, czyszcząc kurki... [Wanilka +B]
*******
Stefan wiedział, że przygotowanie dobrego posiłku nie zasadza się na
składnikach. Co więcej nie chodzi nawet o umiejętności. To
coś wiecej. Każde danie ma mieć indywidualny rys tego, kto je przygotowuje. W
przypadku kurek smażonych z dodatkiem oliwy
truflowej w sosie śmietanowym chodziło o wielkosć i kształt grzybów.
Stefan w głębi ducha pogardzał tymi, którzy przemywali zebrane grzyby jak
leci, szatkujac je nozem na chybił trafił lub nawet
krojąc na bardziej uporzadkowane plastry. On dobierał wyłącznie drobne kurki,
wielkości najwyżej obraczki ślubnej. I to obrączki
nalezące raczej do kobiety o szczupłych palcach. Miały być podane w całości
bo tylko wtedy potrawa nabierała zycia.
Myliłby się kto, mysląc, ze wybieranie grzybów, a nawet - nie bójmy się tego
słowa - sortowanie, było czynnością przedłużajacą
przygotownie posiłku. Nic bardziej mylnego. We wprawnych rękach Stefana
trwało to nie dłużej, niż posztakowanie cebuli. Ocz
Obserwuj wątek
    • aniel Re: interaktywna powiesc-dzielo zebrane 12.05.05, 12:54
      wcieło połowę wątku, nie mam drugi raz siły wklejać :(
      • brunosch Re: interaktywna powiesc-dzielo zebrane 12.05.05, 13:13
        to dlatego, że okienko na wpisy jest ograniczone do iluś-tam-znaków. dłuższe
        teksty trzeba ciąć na odcinki.
        Dziękuję za próbę zrobienia porządków :)))
        • Gość: aniel CZ II IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 12.05.05, 20:31
          *******
          Stefan wiedział, że przygotowanie dobrego posiłku nie zasadza się na
          składnikach. Co więcej nie chodzi nawet o umiejętności. To
          coś wiecej. Każde danie ma mieć indywidualny rys tego, kto je przygotowuje. W
          przypadku kurek smażonych z dodatkiem oliwy
          truflowej w sosie śmietanowym chodziło o wielkosć i kształt grzybów.
          Stefan w głębi ducha pogardzał tymi, którzy przemywali zebrane grzyby jak leci,
          szatkujac je nozem na chybił trafił lub nawet
          krojąc na bardziej uporzadkowane plastry. On dobierał wyłącznie drobne kurki,
          wielkości najwyżej obraczki ślubnej. I to obrączki
          nalezące raczej do kobiety o szczupłych palcach. Miały być podane w całości bo
          tylko wtedy potrawa nabierała zycia.
          Myliłby się kto, mysląc, ze wybieranie grzybów, a nawet - nie bójmy się tego
          słowa - sortowanie, było czynnością przedłużajacą
          przygotownie posiłku. Nic bardziej mylnego. We wprawnych rękach Stefana trwało
          to nie dłużej, niż posztakowanie cebuli. Oczywiście
          jeśli mowa o posiłku dla 2 osób. [G]

          WICUŚ
          tymczasem Wicus, mamrocząc pod nosem wlókł się do siebie. Mieszkał w domku
          starego ogrodnika. Rodzice osierocili go, gdy miał 10 lat. Wychowywał się sam,
          nikt nie chciał zaopiekować się ułomnym sierotą, ale wyszyscy go wykorzystywali
          do najcięższej, najbrudniejszej roboty. Dzieciaki zaś wyśmiewały się z niego,
          przedrzeźniały. Wicek stawał się coraz bardziej złośliwy i zgorzkniały.
          Wicuś nie był jednak taki głupi na jakiego wyglądał. Dużo widział, rozumiał
          jeszcze więcej, ale na razie nie chciał swojej wiedzy wykorzystać.
          - Nadejdzie czas, że ja im pokaże - mamrotał - popamiętają mnie - odgrażał się.
          [W]
          Zbliżal sie do swojej siedziby i jeszcze pod nosem złorzecząc nic nie
          przeczuwał.
          Drzwi od jego rudery były lekko uchylone. Choć nigdy nie było tam nic bardziej
          wartościowego od różnych sznurków, zardzewiałych
          gwoździ i resztek dziwnych urządzeń, które zbierał na wyspiskach w pobliskiej
          wsi, nigdy nie zdarzyło mu się zostawiać otwartego
          domku. Wicek, może i głupi, ale powiedzenie "mój dom jest moją twierdzą"
          dotyczy nie tylko arystokratów [G]

          SŁOIK

          Stefan przebierając grzyby i delikatnie przemywając je pod strumieniem niemal
          lodowatej wody. Mimowolnie patrzył w stronę
          kuchennego okna.
          Na parapesie stał niewielki słoiczek z najnowszym skarbem. Niemal natychmiast
          po powrocie z grzybobrania Stefan umieścił
          odnalezioną samotną kurkę w słoiku i zalał ja najprzedniejszą oliwą z oliwek.
          Delikatną, taką którą wykorzystywał wyłącznie do
          wyjątkowych sałatek. Zalewa połyskiwała w rozproszonym świetle, nie wiadomo czy
          dzięki samej oliwie, czy też dzięki obecności w
          niej maleńkiego grzybka.
          Nie zdając sobie z tego sprawy w tym samym czasie wytarł ręce o fartuch i
          doktnął kieszeni fartucha. Wszystko w porzadku, klucz
          był na swoim miejscu. Wrócił do przebierania grzybów. [G]

          Zanim ostatecznie wyjasni się, dlaczego drzwi rudery Wicka były otwarte i co
          się wydarzyło, wróćmy do kolacji Państwa w chwili gdy
          dźwięk upuszczonego i wbijającego się w podłogę noża dźwięczał w uszach
          wszystkich obecnych przy tym wydarzeniu.
          Rolsrojs, choć był wiekowym i statecznym już psem zerwał się natychmiast z całą
          swoją psią niezgrabnością.
          Psy co prawda bywają dostojne, jednak nie w momentach gdy ktoś lub coś je
          wystraszy. Wówczas, zwłaszcza jeśli ma to miejsce na
          śliskiej powierzchni posiadane przez nie cztery łapy okazują się zdecydowanie
          zbyt skomplikowanym wyposażeniem. Kontrola
          wszystkich kończyn przekracza wówczas możliwości psiego układu nerwowego. Nie
          inaczej było teraz. Szamotanie się, dudnienie
          przerwało złówróżbną ciszę, jaka zapadła w chwili wbijania się noża w podłogę.
          Wykonujac idiotyczne pozy, zupełnie nie licujące z
          godnością psa, zaczepił pazurami o kawałek obrusu lezacego na stole ..... [G]






          ... co działo się później nie warte jest wspomnienia. Faktem jest, że wino
          rozlane zostało już wcześniej. Na stole zaś była
          dopiero pierwsza część kolacji - smażone kurki, które Stefan tak pieczołowicie
          przyrządził.
          Krótko mówiąc, chwilę później jedynym beneficjentem grzybów był winowajca,
          czyli Rolsrojs. Bez względu na to czy psy są smakoszami
          smażonych grzybów, czy też nie - te pachniały cudownie. Aromat przesmażonych na
          maśle, i podlanych winem złocistych skarbów lasu
          zmiękczał nawet najbardziej zatwardziałego zwolenika szpiku z kości wieprzowych.
          Pani wciaż stała w niemym krzyku patrząc to na wbity wpodłogę nóż, to na
          pandemonium na środku pokoju.
          Za to Pan ...... [G]

          Ukląkł ostrożnie obok psa, spojrzał mu głęboko w żółte ślepia i powoli wycedził:
          - Rolsrojs, zeżarłeś sos grzybowy! Nie wstyd ci?
          Słuchając Pana, pies przekrzywił lekko łeb jakby z uwagą nadsłuchując,
          nadstawił ucho i łapą potarł pysk. Potem otrzepał się żywiołowo klaszcząc
          uszami i odpowiedział:
          - nie, zero wstydu, sos dobry. Jak masz jeszcze - daj!
          Zapadła pełna konsternacji cisza... [B]

          .... nie wiadomo było co powiedzieć. Rolsrojs po raz pierwszy, odką znalazł sie
          w domu Państwa tak ostentacyjnie wyraził swoją
          opinię. Co prawda zdarzło mu się już wcześniej jakoś zaprotestować, ale zwykle
          działo się to w kącie, półgębkiem, czy też
          półpyskiem. A tu taki afront. Nie dość, że bydle pożarło danie, to jeszcze
          bezczelnie nie widzi w tym nic złego.
          Pan nie zdzierżył i na całe gardło wrzasnął: STEFAN!!!! [G]

          KARMAZYN W PORTO

          Stefan przygotowywał sos do zasadniczej części kolacji. W rondelku delikatnie
          bulgotało porto wraz z tegoroczną konfiturą z
          czerwonej porzeczki z odrobiną cytryny. Kwaskowy zapach powloli wypierał
          wcześniejsze zapachy leśne. Własnie przecierał maliny do
          sosu, gdy dobiegł go wrzask Pana.
          Ponieważ jednak, zaden rasowy kucharz nie zerwie się natychmiast porzucając
          swoje labortaorium w trakcie przygotowywania
          najwymślniejszej potrawy, odwrócił się tylko szukając wzrokiem Wicka ... [G]

          Wicek natomiast leżał plackiem na podłodze, próbując dosięgnąć czegoś, co
          poturlało się pod kredens. Leżał więc sapiąc, przekrzywiając głowę i ustawiając
          wzrok tak, aby mógł cokolwiek w ciemnej szparze zobaczyć. Gmerał najpierw łapą,
          ale że nie dosięgał ściany chwycił za pogrzebacz i nim szeleścił w szczelinie.
          Wygrzebywał stamtąd masy brudu, lepkie zbitki czegokolwiek, uwalane w
          wieloletnim brudzie, mysiej sierści i truchłach padłych much. Jakieś obrzynki
          mięs, kawałki skórek warzywnych, zeschnięte owoce, czy warzywa.
          - Wicuś, a czego ty tam, draniu szukasz?
          - e takiej no, psiajucha tego... plątał się idiota, dalej leżąc na podłodze i
          wygrzebując na światło dzienne odwieczne warstwy brudu.

          Nagle pomiedzy całym tym obleśnym śmieciem coś błysnęlo, zaświeciło...[B]

          ... Wickowi nie dane jednak było sięgnąć po błyszczący przedmiot, bo Stefan
          głosem, doskonale znanym Wickowi rzekł - a idź no
          zobacz czego tam Pan potrzebuje. Ino szybko, bo coś to na pilne wygląda..... [G]

          o !? zadumał się. A ponieważ nie miał w głowie zbyt wiele i myślenie nie było
          tym co mu wychodziło najlepiej, zadumał się jeszcze przez chwilę.
          Marszczył przy tym swój nos jak kartofel, odgarniając paluchami jak serdelki,
          strąki włosów z czoła płaskiego jak naleśnik. Ale nic to nie dało. Zastanowiło
          go na moment to płaskie czoło. Plasnął się w nie otwartą dłonią bo przypomniał
          sobie, że to czego szukał nie było błyszczące. Zaczął więc grzebać dalej, a
          błyszczące znalezisko czekało na nasz ulubiony ciąg dalszy...[KA2]
          • Gość: aniel Re: CZ III IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 12.05.05, 20:32
            MIMO WSZYTSKO WRZESIEŃ...

            Zdyszany Wicek stanął w progu jadalni, w sekundę zastaną sytuację określił w
            duchu jako nienajlepszą i pokornie czekał, na pańskie dyrektywy.
            Wiiicek! Stefana wołałem, a nie ciebie! Wołać Stefana! Biegiem, bo w pysk
            strzelę.
            Pośpieszny łomot buciorów Wicka ginął za zakrętem, po chwili w progu ukazał się
            Stefa.
            - Stefanie... Hmmm... Powiedz no mi stary - mamyż to dziś Wigiliję?
            - Wigiliję? We wrześniu? Jeszcze drzewa zielone, gdzie tam Wigilija? A stało
            się coś? Choinkę zrąbać jak mus, to mus - urąbię! albo karpia sprawić -
            sprawię, ale jeszcze nam do Wigiliji hohoho!
            Zrezygnowany Pan dał ręką znak, żeby odszedł, a kiedy zostali sami westchnął
            trochę do żony, trochę do siebie:
            - do Wigilii daleko, a pies już gada. Za moich czasów tak nie było. [B]

            skoro wyjaśniono nietypowe zachowanie psa, Stefan wrócił do przygotowywania
            kolacji, zwłaszcza że sos już był gotów i po całej
            kuchni roznosił się zapach malin zmieszanych wcześniej ze świeżo zmielonym
            pieprzem - połączenie, które dla wielu profanów nie do
            pomyślenia, w wykonaniu Stefana uprzyjemniało niemal każdą zrobiona w ten
            sposób rybę.
            Wicek z powrotem powrócił do poszukiwań, właściwie nie wiedział już czego, ale
            czyż nie samo poszukiwanie czasem jest
            najważniejsze.
            Pan zaś zrezygnowany przegonił Rolsrojsa i zamiast wezwać służbę do
            posprzatania ogólnego rozgardiaszu sam zaczął zrezygnowany
            resztki zastawy wrzucać na leżącą na podłodzę szmatę, która jeszcze chwil temu
            kilka pyszniła się na stole, jako obrus.
            Pani domu ...[G]

            pani domu uśmięchnęła się z przekąsem pod nosem. Ale krótki był to uśmiech, bo
            jak wiadomo ogólnie, od tego robią się zmarszczki. Zaniepokojona spojrzała w
            lusterko i zaptała zalotnie
            - lustereczko, lustereczko powiedz przecie - tu wymownie zawiesiła głos i
            spojrzała wyczekująco
            - TY jestes najpiekniejsza ! krzyknelo zdesperowane lusterczko.
            Kuchnię wypelnil zbiorowy rechot.
            Lustereczko bylo bliskie pekniecia ze wstydu. Po chwili jednak smiech ucichl i
            wszyscy zaczeli poklepywac lusterczko po raczce i po pornograficznym obrazku na
            odwrocie.
            Pani domu łyknęła spory haust nalewki i poszła obrażona na pokoje. Po drodze
            postanowiła zajrzeć do pana i zapytać czy przypadkiem nie jest dziś Wigilia. [K]

            [Poniewaz to byla kolacja, a Panstwo sa z pretensjami to byli w tym samym
            pokoju raczej. Byli wiec w tym samym pokoju z Panem i ona
            uczestniczyla w jego wymianie zdan ze Stefanem, co do Wigilii.
            Ostatnie zdanie nalezy wiec poddac liftingowi [G]}

            Pani domu straciwszy zainteresowanie swoim odbiciem w lustrze klasnęła od
            niechcenia dwa razy, po czym opadła z wdziękiem na
            krzesło, po drugiej stronie stołu w jadalni.
            Mimo ogólnego rozgardiaszu wokół stołu spowodowanego wcześniejszymi wyczynami
            psa jej decyzja wpłynęła na ogólną poprawę wizerunku
            całego otoczenia. Aura dostojnego opadania wypełniała własnie pomieszczenie i
            udzielała się Panu i Rolsrojsowi, który po
            wcześniejszym nieprzystojnym zachowaniu, zabrał się za porządki. [G]

            Ciąg dalszy stnął w progu przydreptując nerwowo i mnąc w ręku czapkę.
            - Cholerka - pomyślał - wszystko mi się popieprzyło.
            Zamaszyście wytarł brodę w poły płaszcza,zachwiał się i wyrżnął
            organizmem prosto w śmieci wygarnięt spod kredensu, popisując się w locie
            znajomością łaciny.
            - @$#%&*, coś trzeba wymyśleć z tym błyszczącym.
            Ale zabrakło mu konceptu. A pomysł spał w kącie pochrapując cichutko.
            rozwieszony na pajęczynie. [K]

            USPOKOJENIE

            Zamyslony Stefan wpatrywał sie w słoiczek, który mimo, że słońce już niemal
            całkowicie zaszło, zdawał się iskrzyć własnym
            blaskiem.
            Dookoła roztaczał się aromat pieczonego karmazyna, wymieszany z zapachem masła,
            którym ryba została wcześniej nasmarowana. Z
            kontemplacji wyrwał go dźwięk dwóch klaszczących dłoni.
            Niemal automatycznie podszedł do jednej z szafek sięgajac po kieliszek do
            martini. Wiedział co oznacza ten dźwięk, Pani
            potrzebowała swojego stymulatora, by otrząsnąć się ze stresu.
            Stymylatorem owym było martini wymieszane z odrobiną (dokładnie 12 kroplami)
            wyciagu z małży. Na dnie kieliszka połyskiwało zaś
            ciałko mięczaka (nic to, że nie było świeżych, cały zapas słoikowych małży był
            zawsze w chłodni, zaś Pani i tak różnicy nie
            dostrzegała.
            Po przyrzadzeniu napoju zaraz za Stefanem pojawiła się dziewka kuchenna, dotąd
            milcząco siedząca w kącie i wzięla od niego
            kieliszek z zawartością. [G]

            Wykorzystując drzemkę Pomysłu i chwilową nieprzytomność leżącego na podłodze
            Ciągu Dalszego, Stefan schylił się aby wygrzebać spomiędzy brudów ten świecący
            przedmiot. Okazał się być szklaną, tajemniczo opalizującą kuleczką. Aby ją
            wyglansować, potarł nią o rękaw swojej kurty.

            - Wigilija, pomyślał - jakieś Panu bzdury po głowie łażą, stary już i
            niedołężny, Alchajmerem tknięty najwidoczniej. Oj, żeby tylko Wigilii doczekał,
            starowinka.
            Nagle niebo pociemniało, z czarnych chmur zaczął prószyć srebrny śnieżek, a dwa
            pyzate aniołki w koszulkach fruwając pod sufitem piskliwie zaintonowały:
            - Gloria! Gloria ! In Excelsis Deo!

            Kuleczka spełniała marzenia wyrażane nie wprost. Szła zakosami jak skoczek
            szachowy...

            Pomysł przetarł oczy i zaczął się budzić.
            - Kawy! wycharczał przez ściśnięte gardło.
            Ciąg Dalszy dalej płasko leżał na podłodze. [B]

            Kuleczka
            zniknęla w kieszeni fartucha kuchennego Stefana, obok znalezionego juz
            wcześniej klucza.
            Bohater na chwilę zatrzymał się przy oknie jego wzrok spocząl na słoikU

            Ze sloika dobiegal cichutki, ledwo slyszalny chichot. [HELA]

            Dziewka wyszła człapiąc, a po chwili zza okna rozległ się dźwięk klaskania
            jedną ręką. W zasadzie to już wieczór zapadł, psy się uśpiły i jak zawsze o
            szarej godzinie coś klaszcze za borem. Choć przytłumiony, łatwo był
            odczytywalny - to Zeschnięty Ekonom w lamusiku przyklaskiwał sobie w rytm
            ognistego flamenco.

            "Ooooo buenas diaaas manana" niosło się nad przypruszonymi śniegiem polami.
            "canamón famoso! por favor"

            I jeszcze to na dokładkę...
            Stefan dla odreagowania rąbnął sobie sporą porcję soku z małży, dolawszy do
            niego kroplę czy dwie alkoholu. Skrzywił się i odwrócił proporcje. Lepsiejse
            było - aż się wzdrygnął gdy uświadomił sobie, że łażą za nim głupie powiedzonka
            Wicusia.
            Przypomniał sobie o leżącym na podłodze. Odwrócił się. I zmartwiał. Czarny i
            niepokojący Cień Był Coraz Bliżej... Zbliżał się... to Następował Ciąg Dalszy.
            [B]

            Z nienacka czarny zlowieszczy cien zaczal leciutko migotac. Po chwili migotanie
            ze zrebrzystego zamienielo sie w biale. Z mgielki wylonil sie wyrazny napis
            "Spolem - usmiechniete zakupy". [HE]


            • Gość: aniel CZ IV IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 12.05.05, 20:33
              Pod płaszczykiem słusznego wieku, Stefan skrywał wiele tajemnic... Ten, który
              zostawił niewinne niemowlę na zimnych schodach pałacu dawno przeszedł na drugą
              stronę... zanim odszedł zawiesił na szyi chłopca srebrny łańcuch z wisiorem.
              Wisiorem kształcie kurki.
              Stefan odruchowo poklepał sie po piersi - był tam. Srebrna kurka. Jedyne
              świadectwo, a raczej jego brak, dzieciństwa... [LUNATICA]


              Napis mieścił się na samochodzie dostawczym. Na ganek wybiegła Pani klaszcząc w
              ręce z radości.
              - zakupy przyjechały - cieszyła się - Wigilia dzisiaj, trzeba malować pisanki!
              Stefan wywrócił oczami i pogonił Wicusia do wnoszenia jajek do kuchni. [K]

              Spojrzała z niesmakiem na kieliszek "Łapy byś umył, flejtuchu, zanim za
              kieliszek Pani złapiesz." Chuchnęła gorliwie na szkło i przetarła je rąbkiem
              fartuszka, po czym spojrzała pod światło czy aby na pewno ślady stefanowych
              paluchów zostały dostatecznie usunięte. Kiwnęła głową z aprobatą, ustawiła
              kieliszek na tacy i, nie obdarzając wpatrzonego w nią Stefana ani jednym
              spojrzeniem, wyszła. Stefan wrócił do swojego poprzedniego zajęcia i znów jął
              wpartrywać się w błyszczący słoiczek. Apetyczna woń piekącego się karmazyna
              podsunęła Stefanowi pewien pomysł: "Jutro Pan znów jedzie do miasta i Pani
              będzie smutna, to barweny jej usmażę. Z bułeczką, tak jak bidactwo lubi."
              [HANIA]
              FRASUNEK
              Po czym naszła go niewesoła refleksja "Pan znów po nocy wróci, będzie po
              szafkach czegoś szukał i zawodził "Łan for maj bejbi end łaaaaan for de
              rooooud", a rano trza będzie jajecznicę smażyć i do Walusiowej po kwaśne mleko
              zasuwać..." Na to otworzyły się drzwi i wszedł Wicuś. Stefan oderwał wzrok od
              słoika i spojrzał na przygłupa "Co się tak szczerzysz, jakby Cie kto czekoladą
              nadział?". Wicuś nic nie powiedział tylko schował coś szybko do kieszeni
              swojego brudnawego kożucha. "Wam nic do tego" powiedział. Stefanowi jakby kto
              płachtą czerwoną pomachał. "Gadaj, głupku. Co tam chowasz?". "Wam nic do tego"
              znów hardo odparował Wicuś i podrapał się po nosie. Stefan już miał chwycic za
              pogrzebacz i zmłócić Wicusiowy grzbiet, ale nagle do jego nozdrzy dobiegł
              delikatny zapach spalenizny. "Jezusiemaryjowszyscyświęci..ńscy, karmazyny!!!!"
              krzyknął i pobiegł do pieca. "He he he" ucieszył się Wicuś i na wszelki wypadek
              uciekł z kuchni. [HA]

              Stefan dopadł pieca, uchylił drzwiczki, ale zanim to zrobił już wiedział, jaki
              widok go czeka. Jego przeczucia okazały się słuszne. Miast apetycznie
              zrumienionych, pachnących masłem płatów karmazyna miał przed sobą brytfankę, na
              dnie której dymiło coś przypominającego osmalone polana. Stefan załkał gorzko,
              lecz prędko jego rozpacz w gniew ogromny się zmieniła "Niech ja dopadnę tego
              niedorajdę!". Odstawił brytfankę mściwie planując, jak najpierw Wicusia obije,
              a potem każe mu naczynia do połysku pucować. Myśl ta nieco go pocieszyła, lecz
              nadal był wielce strapiony. Co tu państwu na kolację podać? Wychynął z kuchni i
              zawołał na dziewkę kuchenną.

              - Marychna, weź kieliszki - dla pani martini z tym robalem co zawsze, a dla
              pana siwuchę. Powiedz, że kolacja prawie gotowa, a pilnuj, żeby pili zdrowo te
              ichnie aperitify.

              Marychna pociągnęła nosem, zobaczyła nieszczęsną brytfankę i nie trzeba było
              jej dwa razy powtarzać. Migiem uwinęła się z aperitifami dla państwa i pobiegła
              do jadalni. Stefan, tymczasem, z najgłębszego kątka spiżarni wyjął zakurzone
              pudełko, które pan przywiózł kiedyś z rautu, co to "Prodakt Launcz" z
              cudzoziemska się nazywał. "C-A-P-I-T-A-N I-G-L-O-O" mozolnie przeczytał napis
              na pudełku. Otworzył je i wysypał na czystą brytfankę żółtawe krążki,
              powąchawszy z niejaką odrazą, wstawił do pieca. Wyjął po 5 minutach, polał
              sosem malinowym, który towarzystwa karmazyna nie doczekał i ułożył starannie na
              najpiękniejszym srebrnym półmisku. W tej samej chwili do kuchni wpadła zdyszana
              Marychna.

              -Niechże Stefan migiem kolację podaje, bo pan już taki zły, że aż gotów sam do
              kuchni przyjść.

              Stefan spokojnie podał Marychnie półmisek.

              - Karmazyny w cieście pod malinowym muślinem - wyrecytował.

              Marychna szybko wyszła z półmiskiem. Stefan zakradł się za nią na paluszkach
              pod drzwi jadalni. Po chwili dobiegł go donośny głos pana:

              - Ech, stary ciągle ma rękę, hep. Na niedzielę, hep, zapraszamy Klęckich-
              Blęckich, hep, oko im zbieleje!

              - Hi, hi, hi, jakie ładne okrąglutkie te karmazynki! - ucieszyła się pani.

              Stefan spokojnie wrócił do kuchni i wziął pogrzebacz. "A teraz pójdziemy
              poszukać tego przygłupa." [HA]

              Stefan podświadomie czuł, ze oszustwo nie popłaca i przyjdzie mu za to
              zapłacić. Zwłaszcza że spalony karmazyn ością w gardle mu
              stał i nie pozwalał zapomnieć o sobie [G]
              • Gość: aniel CZ V IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 12.05.05, 20:33
                POSZUKIWANIE WICKA

                Stefan nieswój, ze podać musiał coś co nawet na rybe nie wygladalo, poszedł
                szukać Wicka. bardziej przejąl sie bowiem tym co mały
                nicpoń mogł przeskrobac, niż faktem, ze Panstwo jedli coś czego nei podałby
                nawet rodzonemu bratu.
                Gdyby go miał.
                Kolejny raz tego wieczoru mimowolnie poklepał sie po ciele. Najpierw po klacie -
                wisiorek byl na swoim miejscu. Pozniej po
                kieszonkach fartucha swojego, zarówno klucz, jak i kulka byly na swoim miejscu.
                Wuchodząc z kuchni wydało mu się, ze coś cichutko zakwiliło z parapetu
                okiennego [G]


                Silna wola i dobre wchychowanie pozoliły mu utrzymać nerwy na wodzy.Szlachectwo
                zobowiązuje, szlachectwo zobowiązuje - mamrotał swoją mantrę przed snem
                delikatnie pieszcząc srebrną kurkę – jedyny dowód - zawieszoną na szyi. Jeszcze
                rok. Jeszcze tylko rok... Odnalazł już wszystkie potrzebne przedmioty.
                Przepowiednia się wypełni. 60 lat od dnia, w którym zamieszkał
                w pałacu. Kluczyk, kulka...
                - Brakuje mi tylko... – pomyślał.
                Ciche kwilenie po raz wtóry wyrwało go z letargu. [L]

                Wydaje się, że niespokojne widmo zhańbionego karmazyna snuło się nocą po
                dworze...
                Mglista sylwetka trąciła kryształy żyrandola, zamigotała w zmatowiałym ze
                starości lustrze, wionęła chłodem w kuchnii... Stefan dręczony wizjami piekła
                wypełnionej czernią brytfanki rzucał się niespokojnie w swojej przylegającej do
                spiżarni izdebce...
                Ze snu wyrwało go rytmiczne kapanie za ścianą... [PINOS]

                Z walacym jak mlotem sercem wbiegl do spizarni, co kapie? CZemu kapie? Skad
                kapie? Czemu podloga jest mokra?
                Nagle przez zaspane oczy zobaczyl na polce tuz obok buteleczki z bezcennym
                sokiem z malzy pakunek zawiniety w przemoczony papier ze znanym juz mu skads
                napisem, "Spolem, usmiechniete zakupy". Zadrzal. Podszedl ostroznie do kapiacej
                paczki, dotknal papieru, powachal. Ryba. Drzacymi rekami rozwinal papier.
                Karmazyn. Lypal na niego szklistym okiem. Mrugnal.
                "Ktos mi chce podlozyc karmazyna", przemknelo mu przez mysl. [HE]


                MAJAKI NOCNE



                w tym momencie karmazyn ryknął znanemi słowy:

                bierz karabele, chamie bracie,
                i za pan brat ze szlachtą siądź.

                stefan oniemiał, a po chwili zbielałymi wargi wyszeptał - a jednak wigilia to
                byc musi, skoro ryba mówi. i słoik kwili -dodał po chwili [EMKA]
                Nieobecność wicka
                miała bezpośredni związek z wydarzeniami, które nastąpiły tuz po grzybobraniu.
                Jak pamiętamy, Wicek zastał otwarte drzwi swojej ni
                to komórki, ni to domku.
                Niespecjalnie go to zaniepokoiło, nie miał bowiem absolutnie nic wartościowego.
                A nawet jeśli by miał, to jego świadomosć nie
                pozwalała mu na zrozumienie jakiejkolwiek wartości.
                Doszedł jednak do wniosku - być może to za dużo powiedziane - instyktownie
                wyczuł, że otwarte drzwi w miejscu gdzie powinny być
                zamknięte mogą wiązać sie z czymś nowym.
                Gdyby Wicek był tak rozgarnięty myślowo jak Pan, mógłby pomysleć o nowej
                jakości w życiu.
                Schylił się więc i na czworakach wolno sunął do wpółuchylonych drzwi komórki...
                [g]

                Lekko przywiędła trawa kładła się pod naciskiem jego dłoni i kolan, a
                gdzieniegdzie leżące ostre kamienie i patyki boleśnie wpijały się w skórę
                (Wicek dawno już ze spodni wyrósł, ale że szkoda mu było ciułanych groszy na
                ubranie, obciął postrzępione nogawki i chodził odzian niby kilkuletnie pacholę
                w krótkie spodnie).
                Wokół panowała cisza. I tylko z komórki od czasu do czas dobiegały cichutkie
                szurnięcia...
                "Ki diaboł?" Pomyślał Wicek.
                W tej chwili ręką potrącił stertę starego żelastwa, które zbierał w nadziei, że
                znajdzie się amator na kupno. Przeraźliwy hałas poniósł sie po podwórzu... [P]
                Hałas taki, że psy się pobudziły a Zasuszony Ekonom zastygł z przerażenia w
                bezruchu i przestał klaskać za borem.
                Wicuś zgłupiał do reszty. Zaniechał skradania się bo jaki to miałoby sens i na
                na odważnego wkroczył do swojej komórki. Kiedy jego wzrok przyzwyczaił się do
                panującego wewnątrz pólmroku ( a nie trwało to długo, bo Wicuś jadł dużo
                marchewki, która dobrze robi na kurzą ślepotę )ze zdziwieniem zauważył nogi
                wystające zza szafy.[K]
                nogi tak włochate i muskularne, słynące w całym kluczu z swojej siły i chyżości
                posiadała tylko Pani. Widok jej nóg skonfudował Wicka, który choć durnowaty
                potrafił docenić walory długodystansowej sprinterki. Zwłaszcza gdy Pani w
                zawody szła z Rolsrojsem bywało, że pierwsza dopadała zająca i wpijała mu zęby
                w kark. A teraz jej nogi leżały porzucone za szafą. [B]


                No tak, pomyslal Wicek, tu sa nogi. Ale gdzie PAni? [HE]

                Stwierdzenie cudzych nóg za własną szafą a szczególnie nóg bez reszty Pani
                spowodowało u Wicka lekki atak paniki.
                - Aaaa ! wrzasnął co sił w płucach - ktoś Pani naszej nogi z ... powyrywał. [K]

                - Sam jesteś [...] rzekło coś basem z głębi szafy.
                Wicek dzwoniąc zębami przybliżył się ostrożnie, otwarł drzwi (matowe lustro
                odbiło jego zielonkawą twarz) i powoli wsadził kudłaty łeb do środka,
                wypatrując z trudem w ciemnościach kogoś, to do niego zagadał.
                Nagle... no nie...
                coś gwałtownie wciągnęło go w otchłań szafy, sponiewierało, przydusiło,
                wyrywało kłaki i okładało na oślep a wszystko to w całkowitej ciemności i
                milczeniu.
                Nagle zapadła cisza i bezruch. Wicek dyszał ciężko spodziewając się kolejnego
                ataku, lecz w szafie poza nim nie było nikogo. [B]

                - No cham jakiś - rozległo się spod szafy - takie słowa przy damie.
                - Czemu tak głos podnosisz - dodała ochłonąwszy lekko - wyciągnij mnie lepiej.
                Wicuś pośpiesznie poszedł Pani w sukurs, ciągnąc za to co było na widoku, czyli
                za nieszczęsne nogi.
                - Auć - wyrwało się Pani, choć bardzo starała się zachować z godnością możliwą
                w zaistniałej sytuacji.
                Z godnością więc zaczęła wybierać z włosów liście, pajęczyny i nie wiadomo co
                jeszcze ( w końcu ciemno jest ) [K]
                • Gość: aniel CZ VI IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 12.05.05, 20:34
                  SUKNIA
                  Wickowi w gardle zaschły wszystkie słowa. Ani nie smial zapytać co Pani robi w
                  jego domostwie, ani w ogole odezwać się choćby
                  głupio.
                  Szarpiąc za nogi i próbujac dojśc do siebie, nie zauważył, że pani zaczepiła
                  suknią o jakiś tam stary gwóźdź w środku.
                  Suknia wraz z godnością opadła z Pani z głośnym wrrrrrrrr [G]
                  albowiem była to suknia plugawa. jednak miast paninej nagości zadziwiony wicek
                  ujrzał przecudnej urody kalesony, cienkie niczym pajęcza nić, ściśle opinające
                  nogi i muskularny tors pani, w rzeczy samej, kalesony siegały aż po pachy. wicek
                  nie bacząc na wszystko postanowił je zdobyć. niestety, zedrzeć ich z pani nie
                  mógł. zbyt ściśle przyjegały do ciała. postanowił je więc wycyganić sobie tylko
                  znanym sposobem. [E]

                  Wicek nie byl swiadom tego, ze na te same kalesony juz od dluzszego czasu mial
                  chrapke Stefan. Wiedzial bowiem, ze tylko te kalesony potrafia przywrocic
                  cieplo jego steranym sluzba nogom. Od szukania trufli w mokrym lesie wdala mu
                  sie podagra. I tak jak od zawsze wyczuwal pocztyliona, od niedawna wiedzial
                  tez, ze idzie na deszcz, podagra mu to mowila. [HE]

                  mimo wszystko stefan był dumny ze swej choroby, wszak podagra i lordoza to
                  pańskie choroby - żywy, choć bolesny dowód świadczący o jego szlacheckim
                  pochodzeniu.
                  snuło mu sie po głowie stare powiedzenie - poznać pana po kalesonach. tak,
                  musiał je mieć. w tym momencie myśl jak błyskawica przeleciała mu przez steraną
                  ciężką pracą czaszkę. zaraz , zaraz - zamruczał - pana, nie panią...[K]

                  Zaczal nasluchiwac. Chrobot, skrzyp, gwizd, tak to Pan chrapie. Znaczy sie spi.
                  Znaczy sie, jesli nie wypil za duzo martini malzowych, potrafil sie rozebrac i
                  zwolnil kalesony.
                  "Nie popuszcze, musz je miec" szepnal do siebie i zaczal sie skradac w kierunku
                  sypialni Pana.

                  starannie omijając skrzypiace deski w podłodze, upiornie bogato intarsjowane
                  komódki i stoliczki do robótek zastawione miśnieńskimi figurkami pastereczek i
                  baranów, stefan z kocią zręcznością dopadł krzesła, uchwycił swą silną meska
                  dłonią cieniutka materie, zwisająca od niechcenia z krzesła. pędem wycofał się
                  tyłem, po czym przeskakując po trzy schody dobiegł do swojego pokoiku. ostrożnie
                  zapalił świecę i po raz kplejny w tym dniu załakał. jego barczyste plecy
                  podskakiwały w rytm szlochu. w dłoniach trzymał olbrzymi, koronkowe stringi
                  pana. [E]

                  a były to stringi nie bylejakie... ale w rzeczy samej stringi z Koniakowa.
                  misternie dziergane przez 6 dni i 6 nocy 6 miesiąc 60 roku życia Stefana. [L]
                  Tymczasem wicuś mrużąc kaprawe oczka rozglądał sie po izbie swej ubogiej.
                  porwał z pryczy
                  porwana bura burke i burknął do pani - niech sie pani nakryje, bo ziąb tu
                  straśny. tym sposobem kretyn chciał zasugerować pani w jak marnych warunkach
                  przyszło mu wieść egzystencję wsiowego głupka. pani jedkn nie zwóciła uwagi i
                  długopalcymi dłońmi pianistki chwyciła łach, z którego paroma ruchami wykonała
                  niezwykle wdzięczny sarong. brosza by sie zdała - wypowiedziała w przestrzeń
                  głaszcząc się po wydatnym biodrze, po czym schyliła się i ze śmieci zalegających
                  w kącie wyłuskała zapleśniałą fasole i kawałek drutu. jeszcze raz dowiodła swej
                  niezwykłej zdolności manualnej tworząc na poczekaniu z dostępnych materiałów
                  niezwykle gustowną zapinkę. wicek jęknął w zachwycie - gdybym ja miał taką
                  żonę... [E]

                  - ...Toby kwadrans po ślubie wdową bez prawa do dziedziczenia została...
                  Mruknęła Pani półgłosem do siebie, co sprawiło że ze wszystkich drzew w okolicy
                  poderwały się spłoszone ptaki.
                  Wicek nie do końca pojął subtelną głębie wypowiedzi Pani, jako że myśli jego
                  zaprzątały kalesony, a poza tym w ogóle nie był zbyt gramotny...Ale spryt swój
                  miał. Przyoblekł więc twarz w wyraz szczerego zatroskania (co nadało jej wygląd
                  pyska chorej na niestrawność owcy) i rzekł.
                  - Wielmożna Pani, tać to nie uchodzi, żebyście się w takim stanie ludziom
                  pokazywali... o, tu pajęczynka, a tu... grzybek...nie grzybek...listek...nie
                  listek...*no, tu też coś Pani macie (przez myśl Wickowi przemknęła jego
                  zaginiona świanka morska, która - hodowana na pieczyste - zbiegła, uznana
                  została za zmarłą, a sądząc po pozostawianych śladach miała się doprawdy
                  swietnie). Zaraz przyniosę balię i wody gorącej, a potem przekradnę się do domu
                  po przyzwoite odzienie...
                  W głebi duszy Wicek liczył w duchu na to, że gd Pani do kąpieli się rozbierze,
                  on złąpie cudne kalesony i zawłaszczy, argumentując potem, że tak były
                  zniszczone i Pani niegodne, że mu tylko ich spalenie do głowy przyszło.
                  Nasapał się więc biedak i namachał, ale wanne z parującą wodą (a nawet
                  drogocennym kawałkiem szarego mydła z tualetki Pani) dostawił.
                  Jednakże Pani, istota o krwi błękitnej jak skóra pewnej rybki przyrządzanej ku
                  Państwa uciesze przez Stefana, srogi cios zadała Wickowym planom. Zrzuciwszy
                  szatę wierzchnią (pieczołowicie odczepiając broszę) weszła do balii (świńskiego
                  koryta naprędce przez Wicka odpicowanego) w kalesonach.
                  Łzy napłynęły do oczu nieszczęsnego... [P]

                  Szafa była pusta.
                  Rozchodził się za to intensywny swąd spalonego okrutnie karmazyna. Duch ryby
                  straszył w otchłaniach szaf nie robiąc różnicy na kim i jak będzie się mścił.
                  Tradycje Konfederatów Barskich nie były mu obce. W powietrzu jeszcze unosił się
                  cichnący gwizd ich pieśni ...
                  W końcu znienacka ryknęło :
                  Chyćcie koni
                  Chyćcie broni
                  Czeka was Wawelski Dwór! [B]

                  Po czym jakby zakłopotane synkretyzmem umilkło.

                  ... rozgoryczony wybiegł z komórki wydając z siebie najbardziej przeraźliwy
                  dźwięk na jaki było go stać.
                  A był to dźwięk, na który spadły wszystkie liście z okolicznych drzew. Krzyk
                  Wicka niczym torpeda leciał prosto przez siebie. To
                  strącił jakąś wiewiórkę z drzewa, to przestraszył chłopa, który właśnie poszedł
                  zakładać wnyki ... [G]

                  Znienacka ryknęło i takoż umilkło.
                  - drogi Znienacku - odezwał się lekko zbity z pantałyku Ciąg Dalszy
                  - czy możesz się przenieść na dół wątku, jesteś nam tam potrzebny ;-) [K]

                  Przez łzy widział drogocenne kalesony zanurzające się w pianie z szarego jak
                  jego życie, mydła.
                  Och, miećby je! dotykać, na własne ciało naciągnąć! Z łez i żalu wzrok mu się
                  całkiem rozjechał i gdy lewe kontemplowało krajobraz za oknem, prawe zatrzymało
                  się na błyszczącej główce gwoździa wbitego w ścianę.
                  - Błyszczące. Śmieci, między nimi coś błyszczącego - a chwilę później nagle
                  spadł śnieg...
                  Z trudem układał dziwnego pucla dzisiejszych wydarzeń.
                  - Stefan coś do kieszeni swojej kapoty wrzucił i mówił o Wigilii; a potem nagły
                  śnieg i gadające ryby... Trzeba to Stefanowi odebrać i może kalesony będą jego?
                  Kieszeń kapoty Stefana. Trzeba... [B]

                  Zaszokowana Pani pozostawiona sama sobie w balii, wyskoczyla z niej chyzo i
                  jela przeszukiwac wickowe domostwo. "Co to blyszczalo, co to blyszczalo" pytala
                  rozgoroczkowana kapiela w balii w kalesonach. [HE]

                  nie zważając na przenikliwy ziąb dopadła kąta, gdzie leżała kupka śmieci.
                  zgrabną stópką podolskiego złodzieja wyjętą z tajnej kieszonki rozgarnęła
                  zeschłe liście, szybciutko z wprawą łodzkiej prządki zwinęła pajęczynę w solidny
                  kłębek mrucząc przy tym z zadowoleniem - no czysty jedwab nie będzie mi się tu
                  marnował. schowawszy kłębek w przepastnym gorseciku, pochyliła sie z
                  zainteresowaniem nad błyszczącym przedmiotem, który wychynął spod wymietej
                  kartki, wydartej z magazynu smakoszy'kuchnia'. zupełnie bezmyślnie wyciągneła
                  rękę po błyszczącą blaszkę. małe blaszane kółko to było, z tajemniczym napisem
                  -wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokocha. serce pani zabiło gwałtownie - no
                  wreszcie - wyszeptała radośnie. zajęta swym odkryciem nie zauważyła, że za
                  plecami czaił się złowrogo... [EM]

                  Ekonom, ktory zakradl sie do chaty Wicka w poszukiwaniu tworzywa na nowe
                  kastaniety. [HE]



                  Stefan w kieszeni ma kulkę, która wybiórczo spełnia życzenia, a Pani w izdebce
                  Wicka znalazła świecącą blaszkę z Zaklęciem Miłości, w dodatku wykazała się
                  umiejętnością czytania w myślach Wicka, bo on na widok gwoździa za
                  • Gość: aniel CZ VII IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 12.05.05, 20:35
                    Wroćmy jednak do wydarzeń z katastrofalnej kolacji. Stefan zmuszony podać
                    substytut karmazyna, nie mógł wysiedzieć w spokoju w
                    kuchni. Zostawiwszy więc wszystko w stanie totalnego rozkładu, (a trzeba
                    pamiętać, że rozkład spalonego karmazyna bywa nader
                    efektowny) wyszedł kuchennymi drzwiami.

                    Nie było to z jego strony posunięcie najmądrzejsze. Cichutko skowycząca kurka w
                    słoiku na okiennym parapecie, czy też może to sam
                    słoik skowyczał została wystawiona na pokusę wszystkich chętnych.
                    A pokusa ta był ogromna. [G


                    - Ach, to wy, ekonomie? zapytała roztargniona, poprawiając na sobie a to
                    osuwającą się opończę, a to zjeżdżające uporczywie z bioder mokre kalesony. Po
                    coście tu przyleźli, hę?
                    Ekonom stał w milczącym zachwycie. W ciemności odbierał tylko pojedyńcze błyski
                    idące od Pani - a to agrafy z fasoli i drutu, a to jej złoty ząb, to znów
                    okrągłą blaszkę, puszczającą zajączki spomiędzy jej rozłożystych piersi.
                    - no gadajże, zeschleńcu wreszcie!
                    - ja tu tylko tak... po drewno na kastaniety, bo te moje stare, to już całkiem
                    na nic... rozlazły się i fałszują. To myślałem, że znajdę jakąś deskę i zrobię
                    sobie nowe, ale... i znów zamilkł.
                    - No, dobrze - rozejrzyj się tu, weź co ci trzeba. Zgodziła się
                    wspaniałomyślnie, wiedząc że i tak wszystko w izbie należy do Wicka, którego
                    miała za nic.
                    Kątem oka popatrywała na ekonoma krzątającego się po izbie. No niczego sobie.
                    Chudy, kościsty, ale muzykalny, wysoki i jaki silny - patrzyła z podziwem, jak
                    jednym szarpnięciem wyrwał ściankę szafy. [B]
                    - Palisander - zacmokał z zadowoleniem. Paaaliiisander. Kastaniety będą z tego
                    że hej! Tu włożył w gębę kawał deski i szybko tnąc ją zębami wygryzał z niej
                    odpowiedni kształt. Czasem tylko spluwał trocinami, lecz pilnował się, żeby nie
                    ochlapać stóp Pani. Gdy skończył robotę zastukał nimi na próbę - dźwięk miały
                    dobry, spojrzał bezczelnie w oczy Pani i w przytupach ruszył w jej kierunku.
                    Stanął gwałtownie, przytrzymał palcem odpadającą powiekę westchnął głęboko :
                    Wszystko mi mówi że mnie ktoś pokochał...
                    Na te słowa i Pani westchnęła, poczym delikatnie zamknęła drzwi do izdebki.

                    Zostawmy ich tam, nie przeszkadzajmy. [B]

                    • pinos Ciężko go wstawić, ale warto 12.05.05, 21:57
                      Gdy już subtelnie porzucił śpiącą znów Panią i wyszedł z drewnianki, udał się w
                      stronę dworu. Zgrabnie wyminął wszelkich ludzi ( mogliby się zdziwić Nagim Ale
                      Nagle Przywroconym Do Zycia Ekonomem Bez Kastanietow!) dotarł wreszcie do
                      kuchni. Tam, poza Ciągiem Dalszym, który znów leżał rozpłaszczony pod zlewem i
                      podsłuchiwał, jak rośnie trawa ( bo to niedoedukowany Ciąg był i nie wiedział,
                      ze pod zlewem trawa NIE rośnie)...więc poza tym Ciągiem i smętnym karmazynem
                      latającym gdzieś koło żyrandola, ujrzał podskakujący i popiskujący słoik,
                      świecący światłem - nie wiadmono, czy własnym, czy odbitym... [SAISS]
    • pinos najnowsze odcinki 12.05.05, 21:35

      Leżąc obok (lub na) Pani, Zeschnięty Ekonom czuł wypełniające go szczęście.
      Wypełniało każdą komórkę jego ciała, które dzięki temu stawało się coraz
      pulchniejsze, bardziej miękkie i mniej zielone. Już nie było tak, że każdy
      ruch podkreślony był skrzypieniem ścięgien, trzaskiem stawów i łomotem kości,
      co mówiąc między nami z lekka Panią deprymowało.
      Teraz Pani leżała zwinięta w kłębek, nakryta burą opończą. Czasem swoją smukłą
      stopą podrapała się rytmicznie i szybko za uchem lub po podbródku.
      Zeschnięty Ekonom czuł, że krew raźniej zaczęła w nim krążyć (w każdym razie -
      osocze) że wraca dożycia. Niezawodnym tego znakiem było, że nagle poczuł się
      głodny. Przeciągnął się, ziewnął rozdzierająco, poklepał po brzuchu.
      Zdecydował, że wyniesie z dworskiej kuchni coniebądź na ząb.

      ****

      Na podłodze, pomiędzy porzuconymi kastanietami,które dopiero w chwili
      najwyższej rozkoszy (gdy Pani pokazała, czemu jeszcze posłużyć mogą jej
      arystokratyczne stópki, jakże tera przez Ekonoma umiłowane) wysunęły się z jego
      bezwładnych dłoni, w delikatnym świetle pólnocka połyskiwała tajemnicza
      kuleczka.
      Trącona butem Ekonoma odtoczyła się bezgłośnie w palisandrowe trociny...
      W kuchni trwały przygotowania do porannego posiłku. Niepostrzeżenie bowiem dla
      ukrytych w komórce Wicka kochanków, nastał świt nowego dnia. Rumiane,
      przeżegnane bochny, parowały na stole, a krzepka dziewoja, łokieć zaledwie
      wyzsza od stołu, ale za to dwa łokcie od niego szersza, ubijała masło...

      ***

      [...] drąc się przy tym niemiłosiernie, co w jej mniemaniu miało być raźną
      piosneczką skorelowaną z rytmem maselnicy. Ft ft ft ftórowała jej maślanka.
      Prawda była jednak taka, że piłując dziób fałszowała jak mało kto i rzadko
      kiedy.
      "Łoj dyna dyna poszła Maryna"
      nagle jej śpiew zamarł na bladych wargach. Łoj - szepnęła tylko zdumiona, na
      widok niewątpliwego przystojniaczka szczerzącego do niej pożółkłe zęby.
      Przeszedł obok niej sztywno wyprostowany i chyba miał nowe buty, bo lekko
      poskrzypywał przy każdym kroku.
      Bez słowa wziął ze stołu trzy bochny chleba, gomółkę masła, pęto kiełbasy i
      wczorajszą pieczeń.
      Przechodząc obok niej uszczypnął ją w rozłożysty zadek.
      - ale Panu, ani słowa, jasne? groźnie się przy tym zmarszczył, jednocześnie
      uśmiechnął, puścił perskie oko, mlasnął i czknął.
      Dziewka stała z otwartą gębą. To było jak grom. Zakochała się w Nieznajomym.

      ***

      Serce dziko jej załomotało (dźwięk ten gromkim echem odbił się od skraju
      pobliskiego lasu, wypłaszając w wysokie góry Jackiego i Nukę), a piersi jej
      targane namiętnością, trzepotały w okolicach krągłych kolan, i niczym dwa
      próbujące poderwać się do lotu dwa białe goląbki z ryżem, ryż ów rozsiewały
      dookoła...
      Fruwające ziarenka dziewoja potraktowała jak najlepszą z wróżb i pomyślawszy -
      Panu miałam nie wówić, ale Pani na pewno wysłucha rozterek dziewczęcego serca -
      sama w końcu jest kobietą - potoczyła się żwawo tam, gdzie po raz ostatni
      mignęła jej arystoktratyczna sylwetka Pani. Czyli w kierunku komórki Wicka...

      A tymczasem, drogi czytelniku, Wicek...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka