kasia_mm
07.04.09, 08:37
Nawet nie wiem od czego zaczac... wczoraj ryczalam pol wieczoru i to
juz niestety moja jedyna reakcja na klopoty, po prostu sobie nie
radze..
Corka ma 10 lat, jest w 4 klasie. Dziecko inteligentne, zdrowe, ma
praktycznie wszystko co jej do szczescia potrzeba, w domu spokoj,
pelna rodzina, ma swoj pokoj, ukochane zwierzatko etc etc...
Ale nie chce sie uczyc. I to nie na zasadzie ze ma z tym problemy,
ze czegos by nie zrozumiala czy ma braki sprzed jakiegos czasu - ale
za chwile je bedzie miala poniewaz stwierdzila ze uczyc sie nie chce
i nie bedzie. Tlumaczenia, prosby, zachety we wszelakich formach,
oferty pomocy ze strony babci emerytowanej nauczycielki, ostatnio
juz "grozby" i kary - nic nie dziala. Zaparla sie totalnie, na kazde
pytanie (najgorzej z matematyka) odpowiada "nie wiem i nie chce
wiedziec". Dochodzimy do banalow typu ile jest 1x1 - odp - nie
wiem... W szkole nauczycielka rozklada rece bo tez nie umie jej
zmusic. Jak Marta ma jakis "lepszy" dzien matematyczka (dziw ze
wogole jej sie jeszcze chce..) wyciaga od niej jakas wiedze i
okazuje sie ze doskonale umie (mimo ze sie nie uczy). Corka totalnie
w siebie nie wierzy, wogole nie wiem skad wzielo jej sie takie
przekonanie ze jest do niczego i nic jej sie nie uda wiec nie warto
probowac... Chodzilismy do psychologa jakis czas temu ale corka byla
im totalnie przeciwna, odbierala to jako przymusowe leczenie i na
sesjach nie odzywala sie wogole lub wrecz byla niegrzeczna i
sprowadzaly sie one do tego ze to ja i maz mowilismy a ona
rozzloszczona siedziala cala nadasana... Psycholog twierdzil ze
sesje maja przyniesc efekt w postaci tego ze sami znajdziemy
rozwiazanie problemu:( Ja chodzilam tam zeby doswiadczony czlowiek
podpowiedzial mi co mam z tym moim uparciuchem zrobic - a pomoc byla
praktycznie zerowa... Sa okresy w roku szkolnym - na poczatku roku i
styczen luty - po przerwach wakacyjno-feriowych ze Marta
dostaje "werwy" i uczy sie jako tako... Potem nastepuje jakis okres
zalamania, zmeczenia, nie wiem jak to nazwac i corka totalnie
zaczyna olewac. Przynam ze nawet oferowalismy jej system nagrod
pienieznych za oceny... za oczeny od 6 do 4 dostawala okreslone
kwoty, za 3 nic, za 2 i 1 nam musiala "placic". Wszystko odbywalo
sie na papierze w formie zalozenia jej "konta" u rodzicow- a wyplata
zbiorowa miala byc na koniec roku i mogla sobie sama wybrac cos co
chciala np nowy rower. Dzialalo cudnie ale krotko. Po pierwszych
ocenach 3,2 ktore zlapala po chorobie a nauczyciele nie chcieli jej
mimo nieobecnosci dac tego poprawic - znowu przyszedl kryzys i
przestala sie uczyc bo "nie warto" bo "po co jej to".
Prosimy, tlumaczymy, podajemy przyklady jak mi ciezko czy znajomym
ktorzy mogli miec lepsze wyksztalcenie i teraz innaczej w pracy,
sama widzi jak ja sie mecze i haruje bo co tu ukrywac nauke
skonczylam na maturze bo mi sie wydawalo ze starczy... Nic nie
trafia do tego dziecka.
Wczoraj - kolejna awantura. Proste cwiczenie z matmy robila poltorej
godziny, byla momentami agresywna, krzyczala na mnie i meza,
pyskowala... w koncu zrobila ale oczywiscie o pozostalych lekcjach
mowy nie bylo bo juz byla zmeczona, bolala ja glowa i tysiac wymowek.
Nie wiem juz co mam robic... Zachecic i tlumaczyc i osiagnac efekt
mozna jesli ktos ma w sobie odrobine checi - ona nie ma. To juz
troche jak leczenie na sile alkoholika. Jesli alkoholik nie zrozumie
ze jest chory - nikt go nie nakloni do kuracji.
Prosze o pomoc - moze ktos ma tez takie problemy, moze jakis
pomysl... nie wiem juz sama... Jak tak dalej pojdzie nie zda do
kolejnej klasy bo mimo szczerych checi nauczycielki ma po prostu
same palki i dwojki z matematyki.. Inne przedmioty roznie aczkolwiek
tez nie kolorowo. Kocham ja bardzo i tak mnie boli ze nie umiem jej
pomoc. Mam wyrzuty sumienia ze ja zaniedbalam, ze gdzies popelnilam
blad, ze nie wiem gdzie i jak to naprawic... Wszystko mi sie sypie -
i w pracy i w domu...