teresa104
24.12.14, 09:55
Właśnie łykam zgęstniałą ślinę, produkowaną dziwnie obficie i skojarzoną ze skurczami żołądka, nad patelnią z karpiem, zamówionym u mnie przez teściową, i tak się zastanawiam, czy konkubent nie powinien odprawić mnie do matki, gdyż jako gospodyni jestem kompletną nogą, nie byłam w stanie z obrzydzenia nawet oskrobać tych karpiowych dzwonków z łusek, co teściowa oczywiście odkryje, ale założyłam, że jak ktoś sprzedaje rybę w kawałkach, to te kawałki powinny być zdatne do obróbki termicznej bez dodatkowych ceregieli.
Innym razem poproszono mnie o ugotowanie zupy szczawiowej. Szczawiu organicznie nie lubię i nie mam zielonego pojęcia, jak ta zupa powinna smakować. Kosztowałam wyrobu z zaciśniętym nosem, szczawiowy smród starej szmaty zabijał. Ale jakoś dałam radę, skupiłam się na balansie słodyczy, kwaśności, słoności, na konsystencji i kolorze, zupę chwalono, niedługo mam ugotować znowu (!).
Przyzwyczaiłam się do gotowania mięsa, godzinami, bo rosół, dobra, ludzie jedzą, da się to tak stłumić przyprawami, że odstręczające jest tylko mocno, nie śmiertelnie. Zaakceptowałam, że każda robiona przeze mnie zupa musi być dwa razy rzadsza. Że grzyby konserwowe to warzywo. Ale, powiadam Wam, gotowanie może być męką, z czego człowiek lubiący gotować może nie zdawać sobie sprawy, póki go naprawdę nie sprawdzą.
Tak właściwie to się tylko skarżę nieniemo, ale może miewacie podobny problem, może jedynym jego rozwiązaniem jest zamówienie gotowej potrawy w osiedlowym barze i dostarczenie jako własnej?