Mam w zwyczaju że gdy robię naleśniki, zawsze zrobię o dwa więcej i pakuję do pojemniczka celem konsumpcji następnego dnia, jako śniadanie w pracy.
I tym razem tak zrobiłam.
Gdy nadeszła przerwa śniadaniowa, wyciągnęłam ów pojemniczek i nie otwierając go, nadziwować się nie mogłam że te naleśniki jakieś takie skapeciałe, nadzienie jakby na wierzchu.
Gdy otworzyłam mało mnie szlag nie trafił. W środku było ... sońkowe żarcie. Puszka mokrego wymieszana z ugotowanymi i utartymi warzywami z zupy coby się nie zmarnowały.
Pomyliłam pudełka

I tak osiem godzin spędziłam na głodniaka o jednej kawie i herbacie. I pomyśleć że chciałam dodatkowo wziąć jogurt do pracy ale stwierdziłam - naleśniki na słodko do tego słodki jogurt, trochę za dużo tego . Koleżanki miały niezły ubaw