Dodaj do ulubionych

nauki z czaszki

26.03.15, 20:31

W reakcji na komentarze a nie na sam artykuł (którego temat - nie jest ani nowy ani zaskakujący) - jakoś nie wytrzymałem – również skomentowałem z naiwną nadzieją na odwrócenie jednostronnych komentarzy..
No i nie wiem – nie chciałbym zaraz wytaczać jakiś ciężkich dział (naukowego redukcjonizmu –uprzedmiotowienia - czy zaniku całkiem prostych ludzkich odruchów) ani być zbyt złośliwy - bo może to żadne niepokojące symptomy - tylko – nasza swojska „inteligencka” głupota.



wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,138764,17639790.html
Obserwuj wątek
    • magdolot Re: nauki z czaszki 27.03.15, 03:21
      Chrzest na fejsie bywa bolesny...
      Smutne, że to były komentarze lekarzy, si. Inny pan [co także zminusował] zauważył różnicę między wychowaniem a hodowaniem dzieci. U nas korporacja lekarska hoduje lekarzy w mocno paskudny sposób, a Hartmana cenię najbardziej chyba za hart tudzież donkiszoterię w napierdalaniu się z tą koterią... o prawa pacjentów i nieprzystosowanych lekarzy [których etycznie nie spełnia ze szczętem latanie po Jasnej Górze z kamiennymi tablicami].

      Mnie troszku znieczuliła świeża lektura na temat naszego odwiecznego kanibalizmu któremu zapewne zawdzięczamy sporą odporność na BSE [paskudny zwyczaj wyjadania zużytych neuronów lustrzanych naszych bliźnich]... ale chipsy jednak były nieprzyjemnym chrzęstem w tekście GW. Znieczuliła mnie też dzisiejsza wieść o pilocie-ścichapęku, fszcząsowo.
    • ave.duce Re: nauki z czaszki 29.03.15, 14:03
      Można i tak:

      pl.wikipedia.org/wiki/Donator_zw%C5%82ok
      Ale osobiście jestem w tym temacie egoistką - wybieram kremację.
      • klara_izydor Re: nauki z czaszki 29.03.15, 17:38
        Też wybieram kremację.
        A studentów medycyny muszę bronić.Czytając "Lalkę" - fragment o szalejących studentach medycyny - Dziecko zapytało,czy my też mieliśmy podobne odpały.
        Oczywiście!To głównie odruch obronny.Wyobraźcie sobie 19-latka trafiającego do prosektorium.Kości są jeszcze w miarę "estetyczne",ale zwłoki - preparowane przez grupę studentów przez cały rok - trzy razy w tygodniu po kilka godzin.
        "Anatomia ryje psyche" - powiedziała jakaś studentka na forum.To prawda.
        Bez prawdziwej czaszki trudno było zdobyć pierwsze/zaledwie/ zaliczenie z anatomii.
        Moja czaszka była pożyczona z gabinetu biologicznego liceum.Ojciec nauczyciel mi to załatwił,a mój biolog stwierdził,że bardziej mi się ta czaszka przyda,niż licealistom.
        Nie mówiąc o nieprawdopodobnym zasobie wiedzy,którą taki młody kandydat na medyka musi przyswoić - za moich czasów "tylko" po polsku i łacinie.
        • ave.duce Re: nauki z czaszki 29.03.15, 17:57
          Na moich studiach też musiałam przestudiować dokładnie szkielet ze szczególnym uwzględnieniem różnić płciowych i wiekowych ;)

          www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/pelny/e5f13f70f753c0d4.html
          Oczywiście - model nie wystarczał.
          • klara_izydor Re: nauki z czaszki 29.03.15, 18:35
            W tym kierunku poszło moje Dziecko ;)
    • mania.sza Re: nauki z czaszki 29.03.15, 20:31
      Widocznie to nie jest zawód dla wszystkich. trzeba być twardym, nie miętkim - pewnie tak myślą.
      Dla niektórych robienie popelniczki z czyjejś czaszki to taka "swojska tradycja". Albo faktycznie efekt oswojenia i wyparcia.
      Znam osobę, która zrezygnowała z marzeń o chirurgii po pierwszych zajęciach w prosektorium.
      • man_sapiens Re: nauki z czaszki 29.03.15, 21:56
        To nie jest zawód dla wszystkich i dlatego takie przeczołgiwanie przyszłych medyków przez prosektorium ma sens. Taki sam, jak sekowanie rekrutów przez sierżantów z typowych amerykańskich filmów o armii. Cie sierżanci wydzierając się i mieszając z błotem rekrutów w czasie zajęć nie robią tego dla własnej przyjemności (w każdym razie nie tylko) ale trenują żołnierzy w tym, żeby mimo stresu, strachu i wściekłości potrafili działać racjonalnie.
        Tak samo jest z lekarzami. Oni muszą zachować jasny umysł także wtedy, gdy im okulary zalewa ropa tryskająca z naciętego wrzodu, gdy się z ofiary wypadku wylewają flaki, gdy chory na raka wyje z bólu, gdy matka stada dzieci umiera w czasie porodu. Pewnie, jest też specjalność zwana medycyną społeczną i że niektórzy żołnierze przez cała wojnę są magazynierami - ale nigdy nie wiadomo.
        Dlatego nie widzę nic specjalnie złego w uczeniu medyków, żeby traktowali ludzki organizm podobnie jak mechanik samochodowy traktuje zepsuty samochód. Z należytym poważaniem dla właściciela organizmu czy samochodu, ale pamiętając o tym, że to tylko mechanizm wymagający naprawy. Samochód porzucony przez właściciela nie wymaga specjalnej atencji i tak jak nie ma nic złego w handlowaniu skrzynią biegów z samochodu po śmiertelnym wypadku, tak samo nie widzę nic tragicznego w handlu dobrze oprawioną czaszką. Oczywiście pod warunkiem, że ani w jednym ani w drugim wypadku nie narusza się praw albo uczuć spadkobierców. To, że nie można być dobrym mechanikiem lub lekarzem ani przyzwoitym człowiekiem nie mając szacunku dla właściciela auta albo ciała - jest oczywiste.
        • magdolot Re: nauki z czaszki 01.04.15, 00:39
          Właśnie pożarło mi kobylastego posta! A doszłam do 3/4 problema. Kurza tfarz! Wrrrrrr! Idę się obwiesić? Nie. Opcinek serialka i spać.
          • klara_izydor Re: nauki z czaszki 01.04.15, 17:55
            Ogromna prośba Magdolocie,jak już się odwiesisz - spróbuj powtórzyć ten post.
            Temat dla mnie bardzo ważny i ciekawy,a Twoje posty czytam z ogromną ochotą,chociaż domniemywam,że w powyższym temacie - mogę się z Tobą nie zgodzić...
            • magdolot Krokodyla?! 02.04.15, 02:25
              Dam Ci, Luba, krokodyla wyjętego prosto z Nila! - rzekł Magdolot rumieniąc się leciutko i ciut uspokojony. Jednak.

              Fczoraj zaczęłam radosną nutką, bo NRL dostała wstępnie f paszczę od Prokuratury Generalnej
              prawo.rp.pl/artykul/1190122.html i TK będzie miau zgryz i znuf zbliżyliśmy się milowymi kroczkami do wypełnienia strasburskiego wyroku z 2007 [1000 kontra RP] i może za kilka lat bidny pacjęt odzyska część praw do sumienia? Mnie wystarczy sumienie pisane z małej litery.

              Sapiensu.
              "Dlatego nie widzę nic specjalnie złego w uczeniu medyków, żeby traktowali ludzki organizm podobnie jak mechanik samochodowy traktuje zepsuty samochód. Z należytym poważaniem dla właściciela organizmu czy samochodu, ale pamiętając o tym, że to tylko mechanizm wymagający naprawy. To, że nie można być dobrym mechanikiem lub lekarzem ani przyzwoitym człowiekiem nie mając szacunku dla właściciela auta albo ciała - jest oczywiste. "

              Ośmielę się zauważyć że przyrównanie leczenia ludzia do naprawy zepsutego auta działa jeno w jedną stronę - tę paskudną.
              Albowię samochodu nie boli i on się nie boi, a ludź - owszem, tak. Lekarz musi mieć dystans, nie może się nad ludziem roztkliwiać, ale różnicę między sercem a karburatorem musi znać, bo inaczej zwyczajnie spierdoli.
              Nie można być dobrym lekarzem nie mając szacunku dla ciała - fakt. Ani tym bardziej dla osoby w tym ciele rezydującej [właściciela auta?] - bym dodała jasno. Leczy się jednakowoż osobę a nie ciało i z tą osobą trzeba nawiązać jakiś kontakt i od niego cholernie dużo zależy.

              Mówi o tym także definicja zdrowia by WHO: "Zdrowie to nie tylko całkowity brak choroby, czy kalectwa, ale także stan pełnego, fizycznego, umysłowego i społecznego dobrostanu (dobrego samopoczucia). "

              Sprawdziłam na własnej skórze różnicę w poziomie strachu, bólu i poczucia beznadziei oraz bezradności jaką powoduje u pacjenta jedno i drugie podejście i doznałam raz na zawsze ciężkiej alergii na tekst "my panią naprawimy" bo właśnie ci goście którzy go wygłaszali mnie rozp dokumentnie na drzazgi i na dodatek poszczuli moją własną rodziną [działając we własnym krótkofalowym interesie odebrali mi wsparcie], a pozbierały mnie wspólnie cztery super fachowe sztuki ze zinternalizowaną definicją WHO i na dodatek dysponujące neuronami lustrzanymi w najlepszym gatunku - 2 lekarze i 2 rehabilitantów - bez nich bym nie stanęła na nogi. Żeby posprzątać po patafianach aniołów trza i znalazłam aż cztery sztuki.

              A teraz się będę pętała we punktach po całej połaci.

              1. We fszystkie rozmyślania jakie na ten temat odbyłam rył mi się makabrycznie "Paragraf 22" [już byłam obezwałam tak kodeks etyki lekarskiej by NRL] i zefsząd sterczał mi doktor Daneeka [lekarz polski], a zza niego Gus i Wes gencjanujący dziąsła [NFZ]. Mi się rył słusznie, jak sądzę, ale jeszcze doczytam. :)

              2. Tło.
              Artykuł GW plasuje mi się gdzieś pomiędzy skandalem z zębem z Bełżca
              [www.dziennikwschodni.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20050718/NEWS01/50717015]
              a naszą najnowszą rzeczywistością, w której piwnice szpitali pękają w szwach od przechowywanych z pietyzmem płodów do embrionów włącznie, bo nasze prawo uznaje obecnie i embrion za zwłoki ludzkie z automatu i rodzicom przyznaje zasiłek pogrzebowy, lecz masa rodziców mimo to jest wyrodna i zwyczajnie wypiera, a w efekcie jak szpital już pęka, gmina wyskrobuje kasę na pochówek zbiorowy, bo jej się zasiłek nie należy. Był o tym tekst w "Polityce".
              Trzy dość upiorne paranoje, a każda gniecie ciut inaczej...

              3. Artykuł.
              Na zajęciach z anatomii korzystałam z prawdziwych kości, bo na nich znacznie lepiej widać różne bruzdy i guzki niż na modelach, które są [były wtedy?] toporne. Nie miałam z tym żadnego problemu w przeciwieństwie do piszczących z przerażenia [ku fkurwieniu pana anatoma] dzieffczynek z roku, które wolały plastiki. [Nie wiem na ile one piszczały naprawdę a na ile rytualnie - w ramach odwalania meandruff tradycyjnej kobiecości: wypada/nie wypada.]
              Pamiętam opowieści starszych kolegów [epatowanie smarkaczy], którzy jeszcze mieli zajęcia w prosektorium i im dłużej ich słuchałam tym bardziej uważałam, że słusznie je skasowano. Opowieści nie poffftórzę.

              W przypadku przyszłych lekarzy prosektorium jest konieczne i bynajmniej nie po to aby ich "przeczołgać", ale zwyczajnie nauczyć anatomii i z pewnymi rzeczami otrzaskać. Rozumiem, że studenci muszą to jakoś odreagować. Pytanie, jak?

              W tekście zbulwersowało mnie to, że owe dzieciaki są skazane lub wciąż uważają że są skazane [na jedno wychodzi: zaniedbanie uczelni] na własnoręczne kombinowanie "pomocy" i to, że chyba nikt tych dzieciaków nie uczy jak sobie radzić z własnymi emocjami, a lekarz powinien to umieć, by nie powiedzieć: musi. I dziwi mnie kilkunastominutowy wykład o szacunku dla zwłok zamiast zajęć tego rodzaju, najlepiej równolegle z prosektorium.

              I zbulwersowało mnie do imentu to zdanie:
              "Patryk wspomina, że profesor z jego byłej uczelni trzymał w niej długopisy."
              - wytłuszczenia moje.
              Profesor uczelni medycznej trzymający na biurku w pracy długopisy w ludzkiej czaszce. Kurza twarz! By go trza relegować na ten kilkunastominutowy wykład o szacunku dla zwłok?! Taki profesor psuje od głowy.

              Fkurzył mnie także tuz medyczny stwierdzający, że jak rodzice nie wyuczyli moralności to on może jeno takiego gnoja potępić i tyle. A nauczyć etyki zawodu to już nie?! Spychacz jeden!
              Mam ochotę wziąć się pod boki i zapytać jak przyszły adept miał spędzić lata formatywne na rozważaniach moralnych zapierdalając na okrągło na korki z biologii i chemii?!
              Coś za coś, panie tuz.

              4. Komentarze.
              Mundka zbulwersowały komentarze pod tekstem i ja to rozumiem, a raczej pierwszą część zrozumiałam w lot a drugą z dużym opóźnieniem.

              a). Komentarze lekarzy dających sobie przyzwolenie na. Właśnie. Na co? Tu warto pomyśleć i cały dzionek myślałam czy Mundek słusznie łączy owo lekarskie bagatelizowanie problemu z późniejszym chamstwem lekarza w stosunku do przerażonej i obolałej staruszki.
              Po przemyśleniu wyszło mi że tak.
              Jeżeli lekarz lekką rączką przyznaje sobie [a także przyszłym nieuformowanym jeszcze adeptom medycyny] prawo do oswajania swoich trudnych przeżyć za pomocą durnych zabaw fragmentami zwłok, jeśli bagatelizuje problem nauczenia adeptów różnicy między czaszką a gaźnikiem, to w dalszej karierze ze sporym prawdopodobieństwem przyznaje on sobie [oraz adeptom] prawo do odreagowywania emocji na pacjentach kopaniem ich po oponach.... mózgowych. Bo potem, w prawdziwym życiu, robi się jeszcze trudniej. Fszak.

              Of kołz istnieje możliwość, że lekarze bagatelizują to i owo mając obawy o obezwanie łowcami skór, chcąc odbić potencjalne oskarżenia itp. itd. i tym się pocieszam. Smuci mnie natomiast brak postulatu lekarzy uczenia lekarzy radzenia sobie z emocjami, bo w tym miejscu powinien paść.

              b). Jest jeszcze jedno oblicze komentarzy: nie tylko medycy bagatelizują sprawę, potencjalni pacjenci też. A to pachnie dawaniem przyzwolenia. To pachnie społeczną normą. Jeżeli ogółu coś nie bulwersuje i nie rusza, to jest to właśnie norma. Bo rusza odstępstwo od normy.

              I to mnie dopiero przeraża. Ani jednego komentarza, że cza by z tym fantem coś zrobić i dobrze że się próbuje. Myślę że tutaj jest pogrzebany pies tego wątku.

              5. Norma. Jaka powinna być.

              Przez ostatnie 2 lata leczyliśmy się rodzinnie w Berlinie; 2 operacje [zatoki, progenia], sporo badań. W Niemczech są kasy chorych. Gabinet/poradnia/szpital ma zwykle umowę z kilkoma kasami. Zwabisz pacjenta - kasa ci płaci za jego wizytę. W przypadku operacji kasa musi dać promesę/zgodę i robi to bez problemu. Cfany myk mają z ortodontami - rodzice płacą 20% za leczenie dziecka [rachunek za każdą wizytę] i w momencie kiedy leczenie zostaje ukończone, na
              • magdolot Re: Krokodyla?! - cd 02.04.15, 04:56
                ... podstawie świstka od lekarza prowadzącego, kasa chorych zwraca te 20%. Git.
                My znajdowaliśmy sobie lekarzy netem [opinie pacjentów + jęz. angielski], Szaćka do chirurga wysłał ortodonta wzięty z netu ['z tym lekarzem współpracuję' i rzeczywiście współpracują a nie ganiają pacjęta ze kfitkami po kajfaszach, tylko ustalają między sobą leczenie, terminy, przesyłają se odciski zęb itp] i ten chirurg Szaćka był gruuubo ponad normę.

                W takim systemie lekarzowi opłaca się dbać o własny profesjonalizm i o komfort pacjenta, bo pacjent głosuje nogami i wypełnia lekarzowi portfel. W efekcie pacjent trafia na przyjaznego i troskliwego profesjonalistę i więcej zaiste nie trzeba.
                Trzeba natomiast nadmienić, że lekarze niemieccy są ewidentnie uczeni kontaktu z pacjentem. Detalicznie wszystko tłumaczą i dają pacjentowi prawo do posiadania uczuć. Wyczuleni na szczegół, wyłapują emocje i potrafią je delikatnie uśmierzyć. Zanim się pacjent zdoła rozdygotać i psychicznie rozkfasić już jest i zrozumiany i jakoś pocieszony. To jest niebagatelna część profesjonalizmu lekarza - ekonomiczne użycie neuronów lustrzanych. Lekarz potrafi panować nad swoimi emocjami i nad emocjami pacjenta [jest na nie przygotowany]. I potrafi to robić nie tracąc dystansu do tegoż pacjenta i kontynuując działania medyczne.
                Polski lekarz nad tym nie panuje, toż i bojącego pacjęta zbeszta, bo inaczej nie umi, a go nie nauczą.

                Do tego Niemcy są fantastycznie zorganizowani - co zresztą też budzi zaufanie. Burdel nikogo nie uspokaja.
                Niemcy wydają dużą kasę na opiekę zdrowotną i bardzo serio traktują profilaktykę, za to pacjent ma poczucie że jest pod opieką, a lekarz - że się nim opiekuje. Fszystko na swoim miejscu.

                6. Redukcjonizm Mundka.

                Of kołz to o czym pisał Mundek to nie jest jedyny powód znieczulicy i chamstwa. Bo jest jeszcze trochę innych powodów, które się nawarstwiają i spiętrzają:

                a) wciąż niedobite wzorce z przeszłości

                - socjalistyczne zaszłości, ten piękny okres gdy wszyscy na wyprzódki pałali podmiotowym szacunkiem dla osoby ludzkiej.

                Będąc smarkatą położnicą leżałam w szpitalu i tam była pani doktor o prezencji SS-manki [nieco męska postawna blondyna ze kokiem] i zachowująca się w stylu. W jej wykonaniu obchód wyglądał tak, że pani ze świtą stawała w drzwiach wieloosobowej sali i rzucała położnicom komendę: "kołdry zrzuć, nogi rozstaw!" [cytat dosłowny, bo mnie takie zostają].
                I, kurwa, wszystkie pacjentki to potulnie robiły. Ja też. A pani się przechadzała w szpalerze rozłożonych nóg lustrując pocięte krocza jako to bóstwo bogińskie. Dziś trudno mi w to uwierzyć.
                Twój aborcyjny obrazek, Klaro, też nieźle mi się wrył.

                - wzorce przedwojenne czyli feudalny patriarchalizm, a my obecnie tak ślepo kochamy przedwojnie że zapominamy kiedy ono było i że jednak nie dziś...

                Przemyślałam atmosferkę oddziału na którym 'nazwisko' operowało ojca. To nie był człowiek ino sztywny tranzystor. Przed profesorem [o bwana kubwa] się mdleje, lekarze traktują pielęgniarki z góry, pielęgniarki szortcują pacjentów, najbardziej chamska jest pizda w sekretariacie nie potrafiąca wypisać papierka. A na kogo drze gębę miś?! Miś zbiera w torbę i powoli zostaje kangurem. Pacjęt wiecznie przeszkadza, pacjęt jest nie taki, jak pacjęt zadaje pytanie co z nim będzie i kiedy, to jest zwyczajnie bezczelny. Zuy pacjęt, do konta, siadł i się fstydził!
                Ojciec był obolały, fięc robiłam za goryla. Podczas pooperacyjnych wizyt ryłam się do ambulatorium [najwyżej mnie wyrzucą] i stałam sobie w kąciku gapiąc się na besztającego mi ojca lekarza jak sroka w gnat, aż to spojrzenie wyłapał i się zmitygował. Odważyłam się też negocjować rehabilitację z samym nazwiskiem i to było czyste obrazoburstfo, zaś świta ledwie pofstrzymywała się od oburzonego psykania, ale sam ordynat jakoś to przetrzymał.

                Przez kilka lat plułam sobie w brodę po moich 3 operacjach, że gdyby to trafiło mojego tatkę, Tygrysa, to on by walczył zajadle i by po nim spłynęło jak woda po gęsi... Oni z moim tfardzielem zrobili to samo co ze mną, w kilka dni! Zapalenie mięśnia, straszenie, opierdalanka, XIX- wieczna bzdurna porada nazwiska i z Tygrysa została obolała szmatka na równi pochyłej.
                Ale ja wiedziałam jak go z niej zdjąć i wesprzeć. Rozkwitnął Tygrys w rękach Wojtusia, któren nauczył mnie chodzić i zaczął słuchać nas, a nie tych patafianów. A patafiany niech myślą, że to ich zasługa, hej! Dopiero to doświadczenie mnie na mur przekonało że nie jestem ja ani histeryczką, ni szmatą i że każdego jednego można uszmacić na glanc.
                To mi się przypomniało jak przemyśliwałam czy redukcjonizm Mundka jest usprawiedliwiony i wyszło mi, że tak.

                A na ten cały nieludzki syf nałożyło się jeszcze ćwierćwiecze w którym miały miejsce:
                - pogoń za sensowną kasą [to dotyczy nas wszystkich i OK],
                - przymus korporacyjnego syfiarstwa i korporacyjna "etyka" krycia dupy nawalającym konowałom,
                - układy i układziki constans – stara i nowa wersja, a obydwie niefajne,
                - możliwość robienia kariery tudzież pokrywania braków profesjonalizmu za pomocą ostentacyjnej świętoszkowatości w postaci obłędnej miłości do życia nienarodzonego, czyli powisanie na dupie biskupa. [Chazan i jak sądzę cała masa niedouczonych konowałów przeróżnych specjalności]. Śfienty obrazek: dobry lekarz to lekarz przykładnie łający zuą ciężarną we podmiotowej trosce jeno o embriona i modlący się pilnie na Jasnej Górze.
                [To dotyczy fszystkich buraków próbujących zrobić zawrotną karierę nad stan, ale na lekarzy i politykuf zwaliło się bardziej niż na kogokolwiek innego i nie zawsze było wolnym wyborem buraka - lekarz miau być świętojebliwy i kropka]
                - najazd REP-ów kusicieli.

                I last but not least - rewoltował nam system opieki zdrowotnej– via sensowne kasy chorych doszliśmy do państwa co robi za Ebenezera Scrooge'a i w związku z tym wysuwa lekarzy opieki publicznej do wykonywania selekcji na rampie bezpłatnego leczenia, co jest namawianiem/zmuszaniem lekarzy do publicznego chujactwa i znieczulicy właśnie. Bo koncertowo dbając o kontraktowych pacjentów [pierdykane korupcjogenne kontrakty!] nie zarobią na dostatnie życie [co jest rzeczywistością lekarzy niemieckich, wyluzowanych i zadowolonych]. Nasi lekarze będąc chamscy publicznie i ludzcy za kasę prywatnie, po publicznych godzinach – owszem, zarobią. I ten właśnie fakt chyba demoralizuje lekarzy najbardziej konserwując równocześnie feudalizm w szpitalach, bo konfitury powisają z zadu ordynatora co nazwiskiem i tytułem zaludnia prywatną przychodnię.
                Ten system potwornie demoralizuje lekarzy! Trza mieć niezłe zadatki na Judyma by mu się oprzeć i postawić w poprzek. A wtedy dostaje się w dupę.
                W efekcie lekarze czują się waleni z obu stron - przez NFZ [system] i pacjętuf, zaś pacjęci czują się waleni z obu stron - przez NFZ i lekarzy. Kto na tym wychodzi dobrze? Ebenezer Scrooge!

                Jedynym wyjściem z owej sytuacji w trosce o przyzwoitą normę wydaje się przymierze niedobitych lekarzy z niedobitymi pacjętami przeciwko Ebenezeru.

                Lecz na dodatek w Polszcze [czyli nigdzie] stopniowo przestaje się rozmawiać i negocjować, się szczuje i manipuluje oraz robi pijar.
                Takie są smutne końsekwencje lizania przez naród psychologii jeno od strony firmowego kursu manipulowania kliętem fundniętego przez dobrą kopropracodafcę? Kopro-racje!
                [nie, nie przejęzyczyłam się: kopro i szlus]

                Wszyscy byli odwróceni? To już było.
                FSZYSCY JESTEŚMY FKRĘCENI!
                Kurza tfarz.

                Może coś ruszy przepis o operunku pacjętuf po całej Unii jak f kraju kolejki za długie i zwracanie kaski innym krajom przez Ebenezera we brzenczoncych ełrach. Słowacy pono przejmują nasze zaćmy. Idzie nowe? Dożyjemy?

                Jak się złoży to fffszystko do kupy to przyzwoity lekarz wydaje się cudem w naszej dzikiej przyrodzie made in Poland. A znakomity lub wielki zwyczajnie nie mieści się w pale.
                A jednak tacy ciągle istnieją!
                Mimo ffffszystko!
                Eppur si muove.

                Tę konstatację Pollyanna pozostawiła sobie na deser żeby się nie obwiesi
                • magdolot Re: Krokodyla?! - cd cd 02.04.15, 04:58
                  Oczywiście urżnęło mi pointę, ale żem sobie zapobiegliwie skopiowała, ha!

                  Jak się złoży to fffszystko do kupy to przyzwoity lekarz wydaje się cudem w naszej dzikiej przyrodzie made in Poland. A znakomity lub wielki zwyczajnie nie mieści się w pale.
                  A jednak tacy ciągle istnieją!
                  Mimo ffffszystko!
                  Eppur si muove.

                  Tę konstatację Pollyanna pozostawiła sobie na deser żeby się nie obwiesić na wyleniałym rzepie od ortezy, czego i Państwu życzę. :)))


                  • klara_izydor Re: Krokodyla?! - cd cd 02.04.15, 12:22
                    1.Klauzula sumienia mnie nie dotyczy,to zupełnie inna bajka.
                    2.Niemcy wydają dużą kasę na opiekę zdrowotną i cóż tu dodać?
                    Nasi geniusze wymyślili pakiet onkologiczny i kolejkowy.Żadnych dodatkowych pieniędzy,tylko - przesunięcia...
                    Pakiet onkologiczny na szczęście mnie nie dotyczy,pozostaje pakiet kolejkowy.
                    Zadaniem ministra zdrowia było zmniejszenie kolejek do specjalistów,bez zwiększenia nakładów.
                    Oto sposób:
                    Kontrakt mojej poradni specjalistycznej jest taki sam,jak rok temu,ale...
                    Połowa pieniędzy jest przeznaczona na pacjentów pierwszorazowych,połowa na pacjentów stałych.
                    W efekcie - pacjent,którego coś zaboli dwa dni temu natychmiast trafia do mojej poradni.Rejestratorki wpisują go z marszu,bo inaczej musiałyby zgłaszać do NFZ "długość kolejki do specjalisty". Nie ma oczywiście znaczenia,że pacjent nawet nie zdąży zrobić badań zleconych przez lekarza domowego!Pies drapał,pierwszorazowa wizyta takiego pacjenta warta jest "0",czyli muszę się modlić,by pacjent wrócił ze zleconymi przeze mnie badaniami.Bo jeśli nie wróci - poradnia nic nie zarobi,a nawet straci - na badaniach.
                    Jest początek roku,więc jakoś to się wszystko kula,chociaż już dziś - mam znaczne nadwykonania w dziedzinie - pacjenci przewlekle chorzy.
                    Sprawa się rypnie gdzieś w połowie roku.Okaże się wtedy,że już nie mogę przyjąć żadnego pacjenta wymagającego stałego leczenia.
                    Pozostanie - łapanie "pierwszorazowych" pacjentów z ulicy.
                    Ale wtedy już będą wybory parlamentarne i nowy minister zdrowia na spółę z premierem zniosą bezsensowne przepisy.
                    Jak w starym kawale o Żydzie,który skarżył się na ciasnotę.Rabin kazał mu kupić kozę,a po kilku tygodniach - pozbyć się kozy.I jak tej żydowskiej rodzinie się poprawiło ;)
                    W polskiej ochronie zdrowia będzie podobnie.
        • damakier1 Re: nauki z czaszki 01.04.15, 19:10
          Sapiensie, to jest mniej więcej to, co i ja o tym myślę.
        • mu_ndek Re: nauki z czaszki 04.04.15, 02:05
          Właściwie po „Magdzie w locie” nie ma co ... zbierać - nic ująć nic dodać – same okruchy i dodatkowo bezpłatne recepty. Już sam fakt - że się trzeba tyle napisać by udowadniać różnicę między - samochodem a człowiekiem - może ciekawie świadczyć.


          man_sapiens napisał:

          > To nie jest zawód dla wszystkich i dlatego takie przeczołgiwanie przyszłych med
          > yków przez prosektorium ma sens. Taki sam, jak sekowanie rekrutów przez sierżan
          > tów z typowych amerykańskich filmów o armii. Cie sierżanci wydzierając się i mi
          > eszając z błotem rekrutów w czasie zajęć nie robią tego dla własnej przyjemnośc
          > i (w każdym razie nie tylko) ale trenują żołnierzy w tym, żeby mimo stresu, str
          > achu i wściekłości potrafili działać racjonalnie.


          No tak – „działać racjonalnie” (samo pojecie racjonalności ma wiele przeciwstawnych znaczeń ale nie o tym .. - „działać racjonalnie” w odniesieniu do wojskowych –pomijając potoczne mniemania – oparte na wiedzy wyniesionej z amerykańskich filmów (?) to by mogłoby być śmieszne - gdyby nie temat wątku).
          (O racjonalnym działaniu – lekarskim – w PS.)

          Ale czy porównanie – rekrutacji wojskowych ( w szeregi jednostek specjalnych) do procesu kształcenia studentów medycyny wydaje się słuszne (w Twoim znaczeniu –racjonalne ?)
          To możliwe - skoro różnica między samochodem a człowiekiem wydaje Ci się trudna do uchwycenia to pewnie także cel tych dwóch działań (rekrutacji do wojska i kształcenia na medycynie) wydaje Ci się podobny - mimo odrębnych czy nawet przeciwstawnych założeń (- jedni są uczeni skutecznego zabijania – drudzy powinni być uczeni -wręcz odwrotnie – ratowania życia - rzecz jasna to uproszczenie - ale próbuję się dostosować)
          Jeśli rozumiesz ten trening jako próbę „przyzwyczajania” rekrutów do działania w warunkach podwyższonego napięcia (stresu) – czyli nawykowego tłumienia pewnych endogennych naturalnych dla gatunku (człowieka) reakcji – to w stosunku do wojskowych masz rację - jeśli zaś chodzi o przyszłych lekarzy - to tu bym się obawiał tłumienia ludzkich odruchów i może rzeczywiście tu tkwi przyczyna – tej coraz większej liczby przypadków tzw. „znieczulicy” – które zresztą już opisywaliście w jakimś wątku. Za dużo trenują.
          Więc są jakieś podobieństwa (?) bo celem jest odrzucenie tych „najbardziej ludzkich” nie chcę napisać najbardziej wrażliwych czyli tych ze zbyt dużą ilością aktywnych komórek lustrzanych - bo to już idealizm.
          Ale dalej – może to rzeczywiście dobre porównanie?

          O co chodzi w rekrutacji do wojska – np. o kompletne wypranie indywidualności jako niepotrzebnej i utrudniające bezwzględne sterowanie. (procedury – regulaminy)
          Programowe rozbicie człowieczeństwa na bandytów i przyjaciół --„prawdziwych” ludzi (rozbicie wewnętrznych oporów bo czasami trzeba zabić kogoś nawet z własnej grupy krewniaczej - co jest już nawet wbrew zwierzęcemu genetycznemu zakazowi).
          Wypracowanie „jasnej” oceny przydatności stanu osobowego do zadań – uniemożliwiających/opóźniających dalsze działania - eliminujemy jako zagrożenie dla realizacji planów – w rzeczy samej eliminacja egzemplarzy np. zbyt starych – wydaje się całkiem „racjonalna”. Trenowanie agresji jako pozalekcyjny dodatek dla jednostek uderzeniowych (reprezentacja MMA).
          Ścisła zależność służbowa i podległość bez możliwości sprzeciwu (to też zaobserwowałem w szpitalu - mając w telefonie numery „dowódców” ale takich (generałów) od których może zależeć np. kariera szeregowego lekarza – i już po chwili - nastawienie służbowe zmienia się diametralnie – przysłowiowe malowanie trawy + „przebiegłe” podpytywanie jak mi się podoba – w domyśle - co opowiem generałowi przy piwku )

          Jeszcze zjawisko „fali” czyli owego sekowania nowych – zaobserwowane w szpitalu (to także obserwacja dociekliwej Magdy w locie ).

          Kto jest tym najmniej ważnym ogniwem pokarmowym – kto jest sierściuchem w szpitalu (nie obrażając kotów) – oczywiście pacjent.
          Lekarz jako dowódca i prawodawca niesie ze sobą cały autorytet/władzę – „z natury” gnębi cały personel pomocniczy wykazując się wyjątkowym stopniem pańskiego kabotynizmu. Wkurwiony personel odgrywa się w sposób naturalny na pacjentach a oni zastraszeni siedzą cicho - co jest na rękę dowódcom - bo im dupy nie trują – i tak się zamyka kółeczko szpitalnej fali.
          Wychodzi że początkowe wojskowe porównanie jest całkiem uprawnione.


          Ale ..
          Podział na „mechanikę” i resztę (ciało umysł) jest ciągle używanym prostym „racjonalnym” ułatwieniem/usprawiedliwieniem .
          Jeśli jest dopuszczalny w redukcjonistycznej nauce - to już w medycynie ten podział wydaje się wręcz prostacki i niebezpieczny.
          Nauka może sobie pozwolić na redukcję do najmniejszych biologicznych elementów działających (a co ważniejsze- współdziałających) w organizmie/człowieku bo innego sposobu jeszcze nie wymyśliła co ją rzecz jasna wkurza.

          Ale lekarz to nie naukowiec! - ma do czynienia z całym układem - nieco na wyrost nazywanym – człowiekiem z wszelkimi tego kulturowymi konsekwencjami – zależnościami i relacjami a nie tylko z układem kostnym.
          Lekarz jest czymś w rodzaju pośrednika między nauką a pacjentem ale mu się jakoś ostatnio nie chce zajmować tą bardziej upierdliwą mało racjonalną częścią – tym całym człowiekiem - łatwiej skupić się na mechanice bo tu są jasne procedury... i problem z czaszki.
          (No kurde - cała historia gatunku dotycząca np. obrzędów pogrzebowych (nabycia kulturowej samoświadomości- śmierci) jak psu w dupę.)
          I cała sprawozdawczość mniej skomplikowana.
          Się wymieni podzespoły ...wyklepie - coś na wszelki wypadek - po prostu wytnie bo prędzej czy później zacznie rdzewieć – prosta mechaniczna robota a i tak czasami - nie to się wytnie - co trzeba.

          Nie mówię już o tak podstawowej sprawie jak najprostsze – zainteresowanie drugim człowiekiem – no tak - może przesadzam – na pewno przesadzam – bo tu do obskoczenia trzy albo cztery miejsca pracy - pełne wdzięcznych pacjentów.
          [Homeopatia ten wróg paskudny nienaukowy (nie żebym był zwolennikiem rozcieńczania) ale początkowy wywiad u takiego rozcieńczacza trwa zazwyczaj ponad godzinę – i już są lepsi i być może już pomogli. Ale jak tu rozcieńczyć trzy do sześciu minut na wywiad? A tam cenni pacjenci.]

          Na szczęście trwają już zaawansowane badania nad bazami danych wielokrotnie przewyższającymi możliwości przyswojenia przez jeden lekarski egzemplarz – dostęp do rzeczywistych odnotowanych przypadków z całego świata.
          ”Pójście” do lekarza będzie wymagało jedynie terminala w domu do którego zaaplikujemy materiał do analizy - opis dolegliwości lub fotkę wykonaną telefonem– maszyna prześle dane do bazy i przypadek zostanie przyporządkowany do odpowiedniego modelu indywidualnych przypadków znajdując terapię sprawdzoną – więc może już niedługo wątpliwe pośrednictwo - nabzdyczonych mechanicznych ludzkich baz danych - zastąpi pełna moc obliczeniowa algorytmów medycznych – tak samo mechanicznie tyle że dokładniej i bez wychodzenia z domu.


          PS.
          Mój ulubiony (stary) przykład - na „racjonalne” lekarskie kabotyństwo .
          W roku 1895 w Anglii niezmiennie wiktoriańskiej i niezwykle czułej (oficjalnie) na wszelkie seksualne „odchylenia” taką oto opinię (jak się wydaje zbyt ostrożną) wyraził niejaki znany i doceniany -doktor Spratling :
          „Całkowite przecięcie nerwów grzbietowych członka wydaje się RACJONALNYM –ale być może zbyt radykalnym rozwiązaniem problemu stałych nawrotów masturbacji” (z L. Reznek „Istota choroby” no nie mogłem się powstrzymać – to
          • magdolot Re: nauki z czaszki 04.04.15, 04:01
            Przeczytałam ze dwa razy, ogarnę pewno pojutrze, albo kiedyś, jak już mi się zające przestaną żreć z barankami. :) Wzbiera we mnie obrazoburczy obrazek demokratycznego szpitala i czego się można nauczyć od komandosa i wąt o kryzysie męskości, lecz sobie będą musiały powzbierać do syta. Dziś resztką sił robiłam w przeszczepach; znalazłam związek Wielkiego Piątku z przeszczepami i dziećmi:
            forum.gazeta.pl/forum/w,28,157171024,157189733,Re_In_vitro_a_transplanantacja_.html
            forum.gazeta.pl/forum/w,28,157171024,157192338,Re_In_vitro_a_transplanantacja_.html
            W czasie poprzednich wakacji oglądałam z bliska ja problem rodzinny. Dziecię po roku matematyki w Cambridge się jakoś zborsuczyło i zaczęło zastanawiać nad innymi studiami, m.in. medycyną. Akurat wtedy był artykuł w "Polityce" o polskim umieraniu na raka i słyszałam strzępki rozmowy, w której wstrząśnięte dziecię nie mogło zrozumieć, a matka życiowo mu tłumaczyła jak jest. W następne wakacje okazało się, że dziecię jest już po roku polskiej medycyny. Nie zdziwiło mnie to ani trochę. To jest mocna kobieta, córka mocnej kobiety i ona coś zmieni. :)

            Świąteczne pozdruffki oraz mruczanki dla Kotki!


            • mu_ndek Re: nauki z czaszki 08.04.15, 01:40

              Ups - teraz dopiero zauważyłem że i moja pointa się nie zmieściła – jednym słowem amputowało – dziwne to przypadki współgrania tekstu i działania.
              Dzięki za życzenia od Tej której także wcięło pointę. Pozdrawiam. Odmruczano.

              PS.
              Mój ulubiony (stary) przykład - na „racjonalne” lekarskie kabotyństwo .
              W roku 1895 w Anglii niezmiennie wiktoriańskiej i niezwykle czułej (oficjalnie) na wszelkie seksualne „odchylenia” taką oto opinię (jak się wydaje zbyt ostrożną) wyraził niejaki znany i doceniany -doktor Spratling :
              „Całkowite przecięcie nerwów grzbietowych członka wydaje się RACJONALNYM –ale być może zbyt radykalnym rozwiązaniem problemu stałych nawrotów masturbacji”
              (z L. Reznek „Istota choroby” no nie mogłem się powstrzymać – to taki fantastyczny przykład durnego myślenia –„przyczynowo skutkowego” twardo opartego na tzw. poglądach)


              Idąc za ucięciem pointy- trzeba dodać że niepotrzebna ostrożność doktora Spratlinga została przezwyciężona przez jakiegoś bardziej racjonalnego/radykalnego/odważnego prekursora skuteczności w rozwiązywaniu tego wstydliwego nałogu (dwa lata po cytowanej wypowiedzi). Gdzieś w Teksasie (a gdzieżby indziej jak nie w tej racjonalnej Ameryce) jakiś inny lekarz po prostu –amputował kłopotliwy narząd jakiemuś biednemu młodzieńcowi jednocześnie pozbywając się problemu z własnej lekarskie czaszki (własnej - bo inne problemy jak się zdaje uważał za nieistotne) – na szczęście już po światach - bo wcześniej mógłbym się posunąć do niezbyt wyszukanych w tej sytuacji życzeń – wesołego jajka – co mogło by się źle kojarzyć ale oczywiście tylko mieszkańcom Teksasu.

              PSS. Najbardziej interesująca wydaje mi się owa „racjonalizacja” a dokładnie co nam się na jej temat wydaje – jak i co nam podpowiada te usprawiedliwienia ?
              Co pozwala np. tak skutecznie „zracjonalizować” użycie szczątków ludzkich jako strywializowanej pomocy naukowej ( w jakimś stopniu zdajemy sobie sprawę że działanie tej racjonalizacji odbywa się głównie poza nami).
              Nie poruszyliśmy jeszcze jednego zagadnienia – a może to po prostu szczeniacki obrządek w duchu dobrych starych „wtajemniczeń” ci którzy „zostają dopuszczeni do tajemnic niedostępnych innym” w procesie inicjacji „dotykają tajemnicy” czaszki – może bez zbytniej świadomości tej potrzeby „tajemnicy” ale jednak podświadomie wymaganej przez umysł który jakoś musi zracjonalizować ten fakt? – albo kulturowe dziedzictwo Yorika + Hamleta z czaszką w dłoni - no dobra – dla większości i tak ten temat jest jasny - tak się przynajmniej wydaje ich świadomości.

              Racjonalność - jak określić rozumienie tego słowa/pojęcia dzisiaj (rzecz jasna sama etymologia czy historia filozoficznego pojęcia nie ma tu nic do roboty – ani google) Jak wy określacie owo zwyczajowe acz mgliste pojęcie (konglomerat - genetyki - kultury – społecznej konieczności – sprytnych sztuczek umysłu czy tzw. i świadomości ?)
              Jak teraz rozumiecie to słowo i w jakich sytuacjach go używacie? Np. w nauce racjonalność - działa – głównie w rozumieniu naukowców - ale mnie interesują jej wycieczki poza proste zastosowania związane z użyciem tzw. „zdrowego rozsądku” który np. w wykonaniu niektórych lekarzy wydaje się mało zdrowy.

              (Całe szczęście że nie dysponuję zbyt dużym zapasem czasu – miała być tylko dokończona pointa – sorry )

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka