yenna_m
29.06.10, 14:14
Po kolejnej z rzędu akcji mojego męża poczułam, że tym razem nie mam siły
ciągnąc tego wózka sama.
Ale od początku.
Pobraliśmy się 17 lat temu, po rocznym, bardzo intensywnym byciu razem. Fakt -
ślub był raczej na skutek nacisków rodziców, którzy nie zgadzali się, abyśmy
jako studenci zamieszkali razem, bo co ludzie i rodzina powiedzą.
Po ślubie miałam poczucie klęski - odpowiedzialnośc mnie przygniotła. Miesiąc
poślubny przepłakałam. Ale jakoś stanęłam na nogi i oswoiłam powagę decyzji
podjętej pospiesznie przez 21-22 ludzi (bo po tyle właśnie wówczas mieliśmy lat).
7 lat po ślubie urodził się pierwszy syn, 21 miesięcy pozniej - drugi. W
międzyczasie zaliczyłam silna depresje poporodową, niestety nikt nie wyłapał,
że ze mną dzieją się na tyle niepokojące rzeczy, aby wysłać mnie do lekarza. A
ja nie umiałam się przed sobą przyznać, że mam problem i musze sie leczyć. To,
że mój mąż, ktory jest pracoholikiem spędzającym po 7 dni w tygodniu w pracy a
wowczas dodatkowo wbrew mojej woli spędzający większą czesc tygodnia poza
miejscem zamieszkania (bez zadnych ustalen ze mna zdecydowal sie na roczna
delegację w Wawie w czasie mojej pierwszej ciazy) pewnie tez wielu spraw mi
nie ulatwily.
Tak, w depresji nie zachowywalam sie normalnie. Bylam niestabilna emocjonalnie
i generalnie nie zachowywałam się jak osoba dojrzała.
W pewnym momencie postanowiłam jednak zabrać się za siebie. Na tę decyzję
wpłynęlo parę bardzo trudnych sytuacji zyciowych (operacja guza krtani,
pęknięcie czaszki u mlodszego dziecka po upadku na chodniku, miesięczny pobyt
męża w szpitalu), które wywróciły moje priorytety do góry nogami i sprawiły,
że dojrzałam. Zwolnilam sie z bardzo dobrze platnej pracy i postawilam zajac
sie dziecmi, ktore nie dosc, ze nie maja ojca, to w zwiazku z moja bardzo
absorbujaca praca przestawaly miec rowniez matke. Pieniadze w domu byly, wiec
uznalam (w porozumieniu z mezem, ktory zadzwonil do mnie i powiedzial, ze mnie
kocha i popiera moja decyzje), ze lepiej mieszkac w mniejszym mieszkaniu i
miec kontakt z dziecmi, niz przez 30 lat splacac ogromny kredyt zaciagniety na
dom, ktory i tak bedzie dla nas wszystkich pelnil jedynie funkcje sypialni.
W tej chwili leczę depresję, jestem stabilna emocjonalnie, poukładałam sobie
priorytety życiowe. Jednym slowem - doroslam.
Niestety, mój mąż nie dorósł.
Generalnie facet ma uświadomioną/nieuświadomioną (?) skłonnośc do manipulacji
i jest raczej człowiekiem niedojrzałym emocjonalnie. Mozliwe, że ma depresję
(po 10 latach sprawowania powaznej funkcji kierowniczej został, z racji
zakonczenia kadencji, "szeregowym" pracownikiem wyzszego szczebla).
Trzy dni temu po raz kolejny doszło miedzy nami do nieporozumien zwiazanych z
jego stosunkiem do pracy. Mam wrazenie, ze jemu jest prosciej w sobote czy
niedziele na wiele godzin uciec do roboty niz stawic czolo obowiazkom
zwiazanym z rolą ojca czy męza.
Maz zareagowal histerycznie. Zaczal na mnie krzyczec, ze nic tylko mi zalezy
na pieniadzach przez niego zarobionych (co nie jest prawda, bo wieloktornie mu
powtarzalam, ze dla mnie wazniejsze jest byc niz miec), ze generalnie mi sie
do roboty chodzic nie chce, ze jestem leniem. A potem w histerii przy
dzieciach krzyknal, ze wobec tego on skonczy ze soba i pobiegl w strone okna.
Przerazone dzieciaki (9,5 i 7,5 placzac pobiegly za nim).
Ja juz nie kupuje tego typu szantazy, bo to nie pierwszy raz. I o ile
poprzednimi razami czulam sie winna za cala sytuacje, o tyle tym razem, po
wielu latach dotarlo do mnie, ze to nie moja wina, ze moj maz funduje nam
traume i ruinuje psychike dzieciakow (nie czarujmy sie, takie rzeczy zostaja w
czlowieku na wiele lat). To nie moja wina, bo przeciez, jesli go wkurza to, co
robie czy mowie, moze przeciez powiedziec, ze nie chce mu sie teraz ze mna
rozmawiac i wychodzi, zeby ochlonac.
Do oswiecenie bylo bardzo brutalne.
Do tej pory zawsze najpierw szukalam winy w sobie.
Dwa dni temu pomyslalam: to nie moja wina.
Bo niestety, nie ja odpowiadam za to, ze dorosly, prawie 40-letni mezczyzna
szantazuje nas emocjonalnie jak przedszkolak.
Wczoraj usiadlam, napisalam pozew o rozwod. Bez orzekania o winie. Bez
zasadzania alimentow ani wojny o prawa rodzicielskie.
Byle szybciej.
Przeslalam na skrzynke meza.
Znalazlam akty urodzenia dzieci, akt malzenstwa.
Zadzwonilam do meza i poprosilam o rozmowe na temat rozwodu, niestety maz
unika moich prob porozmawiania z nim o tej sytuacji.
Zaczelam szukac pracy.
Czuje sie zagubiona, mam ogromne poczucie kleski.
Sytuacja mnie przerosla.