ruda2460
06.07.10, 21:50
Tak zaczytałam się w innym wątku odnośnie traktowania kobiety przez
mężczyznę a dokładnie męża. Wiele z was, może nie, traktuje to jako
coś "normalnego". Chciałabym się was poradzić jak mam postąpić z
moim mężem. Zdarza się ostatnio częściej że mąż traktuje mnie
jak "coś". Czyli wyzywa mnie (przez lata z nim życia nie pozostaję
mu dłużna, stosuję jego język), różnie suka, zdzira, k.. To w takich
skrajnych sytuacjach gdzy się kłócimy. Potem ja z nim nie gadam,
mija dzień lub dwa a on zachowuje się jakby miał wszystko wymazane z
pamęci, czyli przytula mnie całuje... Dla mnie to niepojęte. Ja tak
nie potrafię. Ale po kilku latach zrozumiałam że taki model wyniósł
z domu, tylko czy to jest dla niego usprawiedliwienie? Dla mnie nie.
Jeżeli jest inna ytuacja, że np. coś powie nie tak do naszego
dziecka albo krzyknie na nie, ja zwracam mu uwagę a on na to że mam
go nie poprawiać bo on jest dorosły, że zachowuje się normalnie, że
mówi to dziecku a nie mi i co mnie to obchodzi i wreszcie że mam nie
słuchać (czyli nie reagować). Czasem się zdarzało że awanturował się
po alkoholu i jak wezwałam policję, to raz go zabrała a przy
interwencji obecna była moja teściowa i rzuciła mi po jakiejś tam
wymianie zdań (bo uważała że to moja wina że wezwałam policję bo po
co itd.) słowo spierd...j. Mnie zamurowało, ale wnioskuję że w jego
rodzinie to NORMALNE słowa. Po całej awanturze po paru dniach
rozmawiała ze mną nie wracając do zdarzenia(???) Poza tym zmieniło
się jego podejście do wielu rzeczy, nie chodzimy nigdzie razem, bo
mu się nie chce, bo nie ma kasy, bo PO CO? Jak ja gdzieś idę to
słyszę że mnie nosi... Poza tym jak są jakieś uroczystości rodzinne
typu urodziny lub imieniny to jemu nie chce się iść bo woli zostać w
domu oglądać tv bez znaczenia kto ma te urodziny. Kiedyś nawet
poszedł do mamy na urodziny a nie na występ córki w przedszkolu
(były w tym samym czasie) bo nie chodzi na takie występy i go to
nudzi, nieważne że to córka i jej debiut, mamusia ważniejsza. Albo
inna sytuacja, prosiłam go by wyniósł mi wózek na dwór to spytał
gdzie go da (bo akurat był remont), ja na to że przed klatkę, a on
tam nie ma miejsca, i nie zniesie, a poza tym jest równouprawnienie
i sama mogę sobie znieść. Butlę z gazem też musiałam ja znieść innym
razem bo mu się nie chciało. Jednym słowem mieszkam z nim ale jakby
bez niego. Jak zaczyna się kłótnia o byle pierdołę, to jest podział
na jego rzeczy (telewizor, bo kupił i spłaca mimo że kupił w
małżeństwie, lodówka itd) Czyli moje i Twoje Nie było nigdy nasze,
mimo że parę lat jesteśmy małżeństwem. Jak z nim rozmawiam i pytam
czy chcesz być ze mną, on odpowiada to nie wiesz, ja - nie wiem
dlatego pytam, on odpowiada - nie powiem ci to moja sprawa, powinnaś
wiedzieć.
Reasumując dla mnie takie traktowanie i zachowanie nie jest
normalne, moje dziecko słyszy od swojego ojca że mamusia(czyli ja)
jest chora psychicznie, pójdzie się leczyć. Dziecko jest całe
skołowane (ma 6 lat).
Nie chcąc jej niszczyć dzieciństwa chcę wystąpić do sądu o rozwód,
zresztą nie tylko z powodu dziecka, ale jest parę kwestii przeciwko
mnie czyli mamy wspólne kredyty, choć mieskanie jest tylko na mnie,
kredyt na nas oboje, jak będę mieszkać tu sama to nie wiem czy dam
radę płącić czynsz i kredyt bo pewności że on będzie płacił, nie
mam. Tym bardziej że mówi że najpierw go spłacę tzn. kredyt
zaciągniety tylko przez niego na moje stare kredyty, dam mu
mieszkanie socjalne i wtedy on się wyniesie. A poza tym dzieci mi
nie odda, bo jestem chora psychicznie i to w sądzie udowodni.
Czy ja dam radę to wszystko przejść? On jest typem człowieka który
wyciągnie najdrobniejszą rzecz. A ja sama nie wiem na czym stoję.
Trochę to pogmatwane ale może ktoś coś doradzi.