buba_6
10.09.10, 21:04
bo nie mam komu :( najlepiej jak zaczne od poczatku. Wszystko zaczelo sie dokladnie 2 lata temu. zawsze uwazamam sie za odpowiedzialna i rezlutna osobe. nigdy nie mialam zadnych glupich wybrykow w okresie dorastania. rodzice nie mieli ze mna zadnych problemow. jak wychodzilam z domu i np. mialam wrocic o 22 to bylam juz o 21:45. mozna by wymieniac bez konca jaka to ja poprawna bylam.
dostalam szczesliwy los od zycia ze spotkalam tak mi sie kiedys wydawalo idealnego mezczyzne dla siebie. taka sielanka hormonalna trwala przez 2 lata. a pozniej zaczelo sie "normalne" zycie - jak to stwierdzily moje kolezanki. po 4latach przyszlo jakies znudzenie z jego strony. oddalalismy sie od siebie. ja jestem strasznym pieszczochem i lubie sie przytulac, dotykac itd. lecz z jego strony poczulam ogromny chlod. myslalam ze to minie, ale bylo jeszcze gorzej. doszlo do tego ze jak jak go nie objelam albo nie pocalowalam to tez tego nie dostawalam. chociaz z nim rozmawialam nic nie uzyskiwalam jakbym wali grochem o sciane :(
w sierpniu widzac co sie ze mna dzieje kolezanka namowila mnie zebysmy poszly na studia. uwazala ze to mi dobrze zrobi, poznam nowych ludzi i troszke sie rozerwe.
i tak sie stalo. od pazdziernika zaczelam chodzic na zajecia. jednak rozdzielono nas do innych grup i spotykalysmy sie tylko na wykladach. ktoregos razu na jednym z nich, dosialo sie do nas 2 kolegow z mojej grupy. jeden ciagle sie na nas patrzyl. sadzilam ze na moja kolezanke, bo miala zawsze wieksze powodzenie niz ja. wtedy po raz 1 pomyslalam sobie o nim jako o innym facecie - w sensie ze mezczyzna (pewnie wiecie o co chodzi a nie tylko slepo zapatrzona w swojego). ale nagle moj wzrok padl na jego rece a tu - odstraszacz - zlota obraczka. pomyslalam sobie to nie dla mnie facet. zaczelam traktowac go jak innych kolegow. az ktorego dnia kolezanka mi powiedziala zobacz jak on sie na ciebie patrzy jakby chcial cie zjesc. - nie uwiezylam w to. jak facet 3 lata po slubie moze patrzec z porzadaniem na inna kobiete - nie przechodzilo mi to przez mysli. zaczal mnie "podchodzic" a to ze niby cos tam pozyczyc, a to ze cos wytlumaczyc. a ja glupia, naiwna nie zdawalam sobie sprawy ze zarzuca na mnie swoja siec. duzo ze soba rozamwialismy, opowiadal mi o zonie, ze im sie nie uklada itd. od razu mu powiedzialam ze ja nie chce byc pocieszycielka ani kochanka. ze mam swojego faceta, oklamalam go ze jestem z nim szczesliwa zeby sobie odpuscil. ale nie odpuscil, poswiecal mi swoj czas, przebywal ze mna coraz wiecej. a wiecie co sie dzieje jesli 2 ludzi ciagle jest ze soba chcac nie chcac wytwarza sie jakas chemia a jak jeszcze sie sobie podobaja to moze duzo sie wydazyc - i sie wydazylo, zauroczylam sie w nim, on chyba sie zakochal. probowalismy z tym walczyc. ale ta glupota - bo inaczej nie mozna tego nazwac - ciagnela nas do siebie. 1 raz w zyciu czulam sie taka wyjatkowa, taka doceniana, taka piekna. nigdy bedac z jakimkolwiek mezczyzna nie czulam i nie widzialam w jego oczach tego co widzialam teraz. zostawialm dla niego i przez niego swojego chlopaka. (a ten wtedy sie obudzil i robil cuda, niewidy zebym tylko do niego wrocila). powiedzialam mu o wszystkim majac nadzieje ze mnie raz na zawsze zostawi. ale on "stawal na uszach" zeby mnie odzyskac. powiedzialam mu zeby poczekal. bo ja sie gdzies pogubilam i juz sama nie wiem jak z tego wyjsc. nie wiem jak to opisac widze teraz wszystko jak przez mgle, ze lzami w oczach. kochalam go mimo tego ze taki byl na koniec naszego zwiazku nie dobry dla mnie, kochalam go ze chcial mnie odzyskac a mimo to pchalam sie w jakis glupi i bezsensowny, nie majacy przyszlosci zwiazek. raniac przy tym tyle ludzi. raniac jego, raniac zone tego drugiego. mimo wszystko wiedzac ze to jest zle nie umialam sie powstrzymac.
az pewnego razu zadzwonila zona (tego z ktorym mialam romans) powiedziala ze go bardzo kocha i znizyla sie do tego zeby taka jak ja poprosic zebym go zostawila, zebym nie zabierala jej meza. i wiecie co ja zrobilam - zostawilam go dla niej, odpuscilam, mimo to ze przez te pare miesiecy ktore romansowalam z jej mezem czulam jakbym dotykala nieba. tylko dlatego odpuscilam ze kiedys moja rodzine cos takiego spotkalo ojciec znalazl sobie kochanke - ja i mama prosilysmy ja zeby nie zabierala nam ojca i meza. ale ona nie odpuscila. zepsulam mi zycie i zniszczyla mi rodzine. pomyslalam sobie ze nie chce byc taka osoba jak kochanaka mojego ojca bo w gruncie rzeczy jestem dobra osoba. i nigdy nie chcialam skrzywdzic tak duzej ilosci ludzi. zostawilam go chciaz bylo mi ciezko, obiecalam jej ze nie bede z nim rozmawiac. wyobrazcie sobie jak musilo mi byc ciezko kiedy na przerwie miedzy zajeciami podchodzil do mnie a ja od niego uciekalam. bo przeciez obiecalam to jej.
zadzwonilam do mojego bylego - to byla dla mnie ostatna deska ratunku, chciaz myslalam ze ze po tym wszystkim nie bedzie chcial mnie widziec - dopiero wtedy zrozumialam jak bardzo mnie kocha. siedzialam przy nim i plakalam przez to wszystko co sie stalo. przez ta moja glupote i naiwnosc i jakies glupie mrzonki o zawirowaniu uczuc itd. a on mnie pocieszal, dzien i noc byl ze mna. obiecywal ze wszystko bedzie dobrze. i uwierzylam w to. dalismy sobie 2 szanse. nie czulam przy nim ze mnie pragnie, ze jestem jedyna na swiecie - jak przy tamtym. ale czulam teraz ze mnie kocha. ze nic przy nim zlego mi sie nie stanie. caly rok tak bylo. 14 lutego tego roku osiwdczyl mi sie. zabral mnie wieczorem do parku pokrytego sniegiem. bylo chyba z - 20. albo i zimniej bo z radosci lzy mi poplynely i zamarzly. czulam ze nic naszego szczecia nie zachwieje.
zaczelismy planowac slub. a wlasciewie ustalilismy date na nastepny rok. ja tym wszystkim podekscytowana zaczelam "szalec" jak to panna mloda ma w zwyczaju. a teraz jest tak ze albo mi sie wydaje albo znow racamy do punktu wyjscia. bo nic nie mamy zwiazanego ze slubem. ksiedza, sali itd. moj narzeczony sie nie kwapi do tego jak przychodzi jakas rozmowa na ten temat to tylko caly czas slysze ze nie ma pieniedzy. to sobie odpuscilam, bo skoro nie ma to nie bede na to nalegac ;) jak na razie. ale oprocz tego znow sie czuje przy nim taka mala taka niewidzialana :( takie nic. dawno nie slyszalam zadnego kompelemtu. tylko cos takiego slysze jak on stoi przed lustrem "ale z ciebie przystojniak" taki jakis egoistyczny sie stal. nie mowiac juz nic o przytulaniu czy glaskaniu a juz o seksie to chyba moge zapomniec jak go sama nie zaczne. i znow czuje sie sie wypalam w tym zwiazku. ze tylko ja w niego cos wkladam a w zamian nic nie dostaje. :( nie wiem co tu robic bo zadne rozmowy nie pomagaja. jak cos to na 1 gora 2 dni i znow to samo.
a teraz jeszcze 2 sprawa bo ostatnio dostalam maila od tego "kochanka" - jesli mozna tak nazwac kogos z kim sie nawet nie spalo. jaki on jest szczesliwy ze swoja zona, ze teraz dobrze im sie uklada, i ze dobrze ze tak sie wszystko stalo ze mnie spotkal i ze pozniej tak wyszlo jak wyszlo. i wiecie co jakos mnie ugodzilo to strasznie w serce, az sie poplakalam. zamiast sie cieszyc ze on jest szczesliwy i ze dobrze mu sie z zona uklada i ze sobie wyszystko poprawil. wcale tak nie czuje. chciaz zawsze uwazalam ze jego zona jest duzo brzydsza ode mnie. to teraz ogladalam na pewnym portalu zdjecie ktore wstawil. i pomyslalam sobie ze swietnie wyglada. tak piekne bylo to zdjecie. a ja teraz czuje sie jak jakis kocmouch. chciaz jestem zadbana to psychicznie sie czuje strasznie zle. jakbym byla jakas gorsza od niej, brzydsza. chciaz jest ode mnie duzo starsza. to sie czuje jak jakies male nie wiadomo co. i nie umiem tego zmienic. i mi jest straszne zle z tym. bo przeciez kazdy czlowiek zasluguje na to zeby dobrze sie ze soba czuc. wiem ze nadal sie podobam mezczyznom. mowia mi w pracy ze ladnie wygladam, ze fajna jestem, ze dobrze i swobodnie sie ze mna rozmawia itd. ale ja juz nie potrafie tego sama w sobie zrobic, zeby czuc sie kims wyjatkowym. kims kim kiedys bylam przed tymi wszystkimi wydarzeniami.
Dziekuje, ze to przecztalas/es