amparo7
02.02.11, 22:42
Właśnie przeżywamy chyba poważny kryzys małżeński. Historia jak to zwykle w takim wypadku bywa, długa i zawiła...albo raczej standardowo - nudna. Ja w domu już z 2. Mąż pracuje. Póki było 1 to jakoś było, a z 2 to jakoś jest trudniej. W zasadzie nikt poza mną nie chce się zająć 2 na raz - ani mąż, ani babcie. Więc tak siedzę w domu już 8 miesiąc. Z aerobicu (jak młody już zasnął) zrezygnowałam, bo mi się zdarzało zasnąć na rozciąganiu.
Mam kiepski humor. I właśnie przegrałam z mężem batalię o to, by on zrozumiał jak to jest ciężko samej z 2. W odwecie zrobiłam awanturę. Przegięłam, przeprosiłam. Ale nic to nie dało. Od tygodnia mąż kładzie się spać usypiając starszego syna i nawet nie wstaje, żeby wspólnie pooglądać tv. O seksie nie wspominając.
A ponieważ sama jestem psychologiem i terapeutą rodzinnym (albo lepiej powiedzmy - byłam przez parę lat zanim zostałam kurą domową), to od razu przypomniało mi się co można w tym wypadku zrobić. Otóż zająć się sobą. Tyle razy to słyszałam - podczas swoich stażów, szkoleń, sama radziłam swoim klientkom jak jakąś oczywistą oczywistość. A teraz sterczę w pustym domu i nie wiem...
Wczoraj zrobiłam sobie kąpiel z pianką, winko, świeczki, książka
Dzisiaj zakupiłam pisemko kobiece o tematyce odległej od macierzyństwa, w planie paznokcie, farbowanie głowy.
I nico - pustka. Cierpię. A te zajęcia to wydmuszka, nie działa.
I co się stało z radosną dziewczyną, jogą kilka razy w tygodniu, przyjaciółmi.
A może za szybko się poddaję? Co jeszcze mogę zrobić?
Jestem ograniczona ząbkującym cycoholikiem.