rosapulchra-0
01.06.11, 23:15
Ponad rok minął, odkąd się dowiedziałam o zdradzie męża. To był długi i zły rok. Zaraz po tej wiadomości od "przyjaciela", zweryfikowaniu danych, udowodnieniu mu kłamstwa i zdrady, rozchorowałam się poważnie. Kilkanaście, w sumie, wizyt w szpitalu, na emergency, kilka pobytów również w szpitalach, wizyt w przychodni nawet nie próbuję oszacować. Wcześniej próbowałam kilka razy zapić silne leki przeciwbólowe i antydepresanty, ale jak widać - nieskutecznie. Później postanowiłam odejść, miałam wielki plan, z którego udało mi się jedynie trafić do szpitala. Na pierwsze dwa miesiące, podczas których mój mąż pracował po 12 godzin dziennie, czasem 6, czasem 7 dni w tygodniu, zajmował się domem, dziećmi i mną.
Kłóciliśmy się strasznie, raczej ja się kłóciłam strasznie. Szukałam jakiekolwiek pretekstu, żeby mu wypomnieć jego wiarołomstwo. I zawsze w bardzo ostrych słowach. Nawet, gdy wróciłam do domu ze szpitala, nie umiałam powstrzymać złości. Ta złość była podwójna jakby, bo planu nie udało mi się wdrożyć w życie, byłam chora, bezsilna, obolała, zawiedziona, na jego utrzymaniu, i tak mi się wtedy wydawało, na jego łasce. Zmieniłam się również fizycznie. Moja twarz była zupełnie inna, opuchnięta, zółta, brzuch wzdęty, waga spadała mi okrutnie, mięśnie zanikały, słabłam z każdym dniem i coraz bardziej byłam od niego zależna. Mój mąż pomagał mi się myć, ubierać się, czesać się, jeść.
Po kolejnych dwóch miesiącach znowu trafiłam do szpitala w ciężkim stanie, większości tego pobytu nie pamiętam. Pamiętam za to bardzo dobrze spotkanie z księdzem, bardzo szczerą i intymną rozmowę, która wtedy przyniosła mi, oprócz łez, naprawdę dużą ulgę. Myślałam wtedy, że sobie poradzę z moimi uczuciami do męża. Bardzo ambiwalentnymi. Jednak mocno utrudniał mi to fakt spotykania tej kobiety na mieście. Mieszkamy w małej miejscowości, więc nieuniknionym jest się widzieć, szczególnie w tzw. polskich miejscach, ale również w przychodni, u fryzjera itp. I wtedy wracają, jak piorun, złe myśli, nienawistne uczucia się pogłębiają, zarówno do męża, jak i do niej. Robiłam się wtedy straszna, płacz, histeria, pretensje, wyżywałam się na nim, np. kazałam mu pokazać dom, w którym doszło do zdrady. Teraz jest trochę lepiej, nie awanturuję się już tak bardzo, raczej tracę dobry nastrój, płaczę.
Drugi pobyt w szpitalu, również dwumiesięczny był bardziej dramatyczny niż pierwszy. Mój stan zdrowia był na tyle poważny, że lekarze zdecydowali się na przeszczep wątroby. Szczęśliwie nie doszło do niego, wątroba zaczęła pracować, wróciła nadzieja na wyleczenie, które trwa do dziś.
Choroba mnie zmieniła, przede wszystkim fizycznie. Bardzo dużo schudłam, mogę spokojnie dziś powiedzieć, że jestem szczupła, a w porównaniu ze stanem sprzed choroby, bardzo szczupła. Wypadły mi włosy, więc obcięłam na bardzo krótko, zmieniłam kolor. Zaczęłam o siebie dbać, malować się, wymieniłam garderobę na taką, która podkreśla atuty mojej nowej figury. Zdecydowanie jestem w tej chwili atrakcyjniejsza niż kilka lat temu. Czeka mnie jeszcze kilka operacji, leczenie nadal jest w toku, zaczęłam rehabilitację, która ma mi pomóc wzmocnić moje bardzo osłabione mięśnie. Jednym słowem, wszystko idzie ku dobremu.
A jak mój mąż w tym wszystkim?
Bardzo spokorniał. Niezwykle rzadko podejmuje prowokowane przeze mnie awantury. Jest czuły, opiekuńczy, bardzo dbający. Zmienił się. Nie ogranicza mi dostępu do pieniędzy, decyzje finansowe konsultuje ze mną i liczy się z moim zdaniem. Codziennie zachwyca się moją urodą, komplementuje mnie, kupuje mi kwiaty, przytula, całuje, nie jęczy, gdy chcę sobie jakiś ciuch kupić, wręcz przeciwnie, nawet zachęca. Przyznał się kiedyś, że bardzo się przestraszył, że mogę umrzeć, a śmierć była wtedy naprawdę blisko mnie. Bardzo dba o dzieci, uczy się z nimi, rodzinnie spędzamy mnóstwo czasu.
No i czego się chłopa czepiasz? - można by powiedzieć, prawda?
To był tylko incydent, noc spędzona z dopiero co poznaną panienką, w dodatku po pijaku. Facet wyraźnie żałuje, stara mi się wynagrodzić moją krzywdę, jak tylko może. A jednak ja ciągle rozpamiętuję. Nie chodzi o to, że cały czas myślę, bardzo staram się myśleć właśnie. Nie szukam okazji. Jednak wiele rzeczy, takich drobnych (na mieście spotkanie wspólnych z tą kobietą znajomych lub jej samej, dźwięk jej imienia, jakaś informacja np. na facebooku o niej, złośliwa wzmianka na forum, itp) powoduje, że czuję strasznie stłamszona, gorsza i ciągle się zastanawiam, w czym ona była wtedy dla niego lepsza. Co we mnie jest nie tak, że dopuścił się do zdrady? Nienawidzę go wtedy strasznie, płaczę, nie odzywam się, nie daję dotknąć. I cierpię. Później staram się jakoś poskładać i normalnie zachowywać.
Bardzo mnie męczą te stany, ta ambiwalencja uczuć, kompleksy, które urastają do rangi dramatu. Mam 40 lat, szczęśliwą rodzinę, udane dzieci, zdecydowanie kochającego męża, a jednak nie radzę sobie z przeszłością.
Pani Agnieszko! Niech mi Pani odpowie, czy poradzę sobie sama i co mam zrobić, żeby nie zwariować i nie rozwalić tego, co nam się w ciągu tego roku udało uratować? Nie mogę liczyć na pomoc specjalisty, bo takiego tu nie ma, a mój angielski jest raczej, delikatnie mówiąc, skąpy. Tym bardziej, że nie skorzystam z pomocy tłumaczy medycznych. Specyfika tego miejsca jest taka, że Polacy w większości się znają, chociaż z widzenia. Nie widzę powodu, aby moje osobiste sprawy były później tematem plotek przy kawce.