mam-a4
03.12.11, 00:37
witam.pisze tu ku przestrodze i z nadzieja na lepsze jutro..
obecnie jestem mama 4 dzieci. po jednym rozwodzie w drugim malzenstwie. dwojka dzieci jest z pierwszego malzenstwa, dwojka mlodsza z drugiego. pierwsze malzenstwo zawarte bardzo mlodo (konczylam liceum 5letnie) bylam w ciazy- nie musialam lecz chcialam jak to wiekszosc kobiet by dziecko ktore sie narodzi mialo rodzine.. i tak bardzo staralam sie by malzenstwo sie nie rozpadlo ze pozwolilam by maz pil i bil. i pewnie nie odeszlabym nigdy od niego jak sobie wtedy myslalam 'dla dobra dziecka' .gdyby nie to ze mialam kontakt tel.z facetem ktory byl we mnie zakochany jeszcze od szkoly podstawowej. sporo wiedzial o mnie i o moich problemach z mezem. wspieral i mowil ze to nie jest dobre. w miedzyczasie na swiat mialo przyjsc drugie dziecko. urodzilam. ale maz i tak mnie nie szanowal i robil swoje. bylam tym wszystkim wyczerpana, z jednej strony rodzina a z drugiej przemoc. i gdyby nie wlasnie moj przyjaciel szkolny to nie odwazylabym sie na taki krok. przyjal mnie i dzieci i powiedzial ze bedzie dla nich tata. odeszlam i zamieszkalam z moim 'wybawca'. na poczatku wspaniale bylo. on wczol sie w moj bol, rozkochal dzieci, robil wszystko. jednak nie trwalo to dlugo. zaczely go draznic sprawy zwiazane z rozwodem i wieloma innymi problemami z tym zwiazanymi. szykanami, oszczerstwami, porwaniem dzieci, kontaktami z bylym ojcem, policja,prokuratura.. bylo tego tak duzo- ze nie dawalam sobie rady bo kazda taka rzecz przezywalam gdzies w srodku. moj partner tez. urodzilam mu dziecko i od tamtej pory bylo dla mnie bardziej wyraziste inne traktowanie dzieci. serce bolalo- nie raz rozmawialam ale na dlugo nie przynosilo to skutkow. zaczely sie gnebienia, ponizania,ublizania kontrolowanie wszystkiego, jak teraz o tym pomysle to dziwie sie ze wytrzymalam tak dlugo (bo kilka lat). sprawy jakos sie pokonczyly- mialam rozwod. nie chcialam mieszkac w tym samym miescie co ex maz. moj partner tez nie. mial swoj biznes- ja przeprowadzilam sie do jego rodzicow a on sprzedal wszystko i wyjechal do anglii szukac pracy by nas zabrac.
rozlaka trwala 3m-ce. ja w tym czasie zalatwialam dzieciom papiery na wyjazd- a nie bylo to proste by uzyskac zgode notarialna na paszporty i wyjazd za granice. ale sie udalo. partner przyjechal po nas. myslalam wspaniale- wrocil, wyjezdzamy, zaczynamy nowe zycie.. w anglii bylam juz w kolejnej ciazy. nie bylo wyjscia trzeba bylo wziasc slub by dziecko mialo nazwisko taty. wiec wzielismy cywilny ktory byl bardzo kameralny. maz walczyl o mieszkanie dla nas. caly jednak czas mial do mnie jakies pretensje. potrafil wszczac awanture o najbardziej blacha rzecz. coraz bardziej nasilala sie zlosc, a ja widzac to coraz bardziej zatracalam siebie. nie moglam zrozumiec jak osoba ktora tak mnie kochala moze byc taka dla mnie. pierwszy raz pobil mnie jeszcze bedac w pl. staralam sie wymazac to z glowy. caly czas zastanawialam sie dlaczego to zrobil, jak mogl mnie uderzyc skoro sam uratowal mnie od takiego czlowieka... dlaczego robi to samo.? byly awantury jednak zawsze staralam sie lagodzic wszystko, by dzieci nie widzialy.. w anglii mimo ze nowe zycie, nowe otoczenie nic sie nie zmienilo. moze przez kilka tygodni wytrzymal by mnie nie obrazic slownie, by nie krzyczec itp. pozniej znow sie zaczelo. urodzilam coreczke. jest w niej zakochany. dla mnie stal sie calkowicie oschly. wyzywal, krzyczal, robil awantury, seks tylko kiedy on chcial i jak chcial. oczywiscie wszystko bylo moja wina. przeprosiny wg niego nastepowaly tylko w lozku. coraz bardziej sie zatracalam. pobil mnie bardzo mocno, kopal, ciagnal za wlosy. bylam kompetnym strzepkiem nerwow. balam sie powiedziec cos by nie bylo awantury. ale niestety awantura zawsze mogla byc- zle postawilam kawe, nie tak poslodzilam. juz od dawna mowil ze jestem glupia- slyszlam juz to tyle razy ze zaczelam w to wierzyc. zaczelam dzialac w domu jak robot. wstalam dzieci do szkoly, sniadanie dla meza, seks dla niego, potem obiad, po dzieci, na zakupy, lekcje, lekarze, dodatkowe zajecia poza szkolne, wszelkie wywiadowki, imprezy szkolne- wszedzie ja. moj pan- wstawal i do kompa siadal a ja wszystko w domu dookola niego robilam. on zarabial- chodzil do pracy. wszyscy na okolo widzieli to ze to nie jest zwiazek, ze nie powinno tak byc, ale ja nie dawalam sobie pomoc. nie mialam dostepu do samochodu, internetu, pieniedzy, telefonu. znajomi tez nie chcieli do nas przychodzic- bo nie mogli patrzec na to jak mna poniewiera. a ja najzwyczajniej sie daje. az przyszedl taki dzien kiedy po kolejnej awanturze, probowalam wyznaczyc jakies zasady do zycia (choc to o wiele za pozno) on oczywiscie myslal ze sie pogodzil w sypialni a we mnie wszystko peklo. i juz nie mialam niczego- ani pieniedzy, ani wolnosci, ani szacunku do wlasnej siebie. wszystko stracilam. to nie byla rodzina. on poszedl do pracy a kiedy wrocil nie wpuscilam go do mieszkania. strasznie sie balam ze cos mi zrobi. mialam na szczescie pomoc w jego rodzinie. walil w drzwi cala noc. nie poradzilabym sobie na pewno z tym gdyby nie pomoc jego rodziny. pilnowali by nic mi sie nie stalo. pomogli w kwestii materialnej. dzieci czuly sie bardziej bezpieczne. gdy ochlonal po 2 dniach poprosil o jakies swoje rzeczy. dalam mu je. w tej chwili znalazl psychologa i juz z nim rozmawia. pisze do mnie ze zrozumial co mi zrobil i ze zrobi wszystko by odzyskac rodzine. nie wierze mu w tak szybka przemiane-bo na poczatku wiele razy mnie przepraszal i ta gehenna trwala dalej, ale mysle ze to dobry poczatek. wreszcie przestalam sie bac. czekam co przyniesie jutro..
moj problem polega na tym ze nie wiem co to normalnosc w zwiazku. sama tez chce isc do psychologa bo nie potrafie byc asertywna i juz widze ze gdyby wrocil to lecialabym robic mu kawe nawet o 12 w nocy. jak myslicie jak dlugo moze potrwac jego nawrocenie na wlasciwy tor? czy to wogole mozliwe??