mammaamma
01.03.12, 02:28
Nie wiem, co mam robić ze swoim życiem. Czuję, że wszystko się rozsypuje. A ja, mimo że chcę dobrze, jeszcze bardziej rozwalam własne życie.
Ale od początku. Wiele lat staraliśmy się z mężem o dziecko. Temu było podporządkowane całe nasze wspólne życie. Chyba całkiem dobre życie, problemy nas scalały, zbliżały i było ok.
W końcu doczekaliśmy się. Zaszłam w ciążę, która była bardzo trudna i bardzo obciążyła mnie psychicznie. Bałam się o zdrowie i życie dziecka, prawie caly czas leżałam w łóżku. I wtedy okazało sie, że jestem sama. Przez tyle miesięcy nie odwiedziły mnie koleżanki (mają swoje życie, dużo pracy, mało czasu - najwięcej koleżanek miałam w pracy, kiedy nagle z pracy na dłuższy czas zniknęłam, okazało się, że nie jestem nikomu potrzebna), jedna, która mieszka najbliżej wpadała czasem, ale ona też nie może zajść w ciążę i było to bardzo dla niej trudne patrzeć na mój brzuch. Mąż bardzo pomagał, przejął zajmowanie się domem itp. Czułam, że przynajmniej jemu na mnie zależy.
Dziecko się urodziło a moje lęki zostały. Bardzo walczę ze sobą, żeby nie przesadzać w nadopiekuńczości w przewrażliwieniu, strachu. Na początku chyba miałam baby blues, płakałam ze strachu i bezsilności. Teraz powoli wracam do normalnego życia. I okazuje się, że nie jest to łatwe. Nie daję sobie z niczym rady. Wszystko mnie boli - mięśnie, stawy, kości. Mam problem z podniesieniem dziecka w nocy jak ręce nie rozruszane. Mam problem, żeby podnieśc się z łóżka, bo bolą plecy i nogi. Nigdy wczesniej tak sie nie czułam. Po spacerze z dzieckiem jestem tak zmęczona, że nie mam siły sie ruszyć. Ale ruszam sie, bo muszę. Tylko wszystko boli jeszcze bardziej. Nie mam czasu jeść. Jem byle co, głównie wieczorami jak dziecko śpi. A ponieważ po całym dniu jestem głodna, jem duzo. Minęło osiem miesięcy od porodu a ja ważę 20 kg więcej niż dzień przed porodem (!). Nie mam siły myślec nawet o diecie a co dopiero coś gotować, myśleć co i kiedy jeść. Boję się, że będzie gorzej. W domu bajzel. Naprawdę. Nigdy nie było tak źle. Piorę tylko ciuszki dziecka (i kilka naszych jak są w pobliżu pralki), myję już tylko miseczki i łyżeczki dziecka. Resztę mąż co kila dni wsadza do zmywarki. A przez te dni wszystko stoi na wierzchu. jest kurz i nieporządek i płakać mi się chce, jak widzę, że dziecko pełza między tym wszystkim, ale nie mam siły tego posprzątać. Dwa razy w tygodniu pracuję popołudniami, co wiąże się z tym, że nie ma nas (bo mąż z dzieckiem wtedy u rodziny w poblizu mojego miejsca pracy) do wieczora w domu. W pozostałe dni jak zbawienia czekam powrotu męża z pracy, żeby przejął opiekę nad dzieckiem, bo ja nie mam siły. A jak dziecko idzie spać, to ja siadam do komputera (pracuję też zdalnie i wczytuję się w fora dziecięce, żeby wiedzieć jak najwięcej, jak dbać o dziecko), mąż do drugiego i tak spędzamy czas do późnych godzin. Potem mąż idzie spać a ja z reguły siedzę jeszcze dłużej. Koło 3 w nocy padam. Dziecko marudzi i bierzemy go do łóżka. I tak do rana aż dziecko się obudzi i wszystko zaczyna się od nowa. Podczas pierwszej przedpołudniowej drzemki dziecka często śpię razem z nim. I znów mam wyrzuty sumienia, że nic nie zrobione w domu a ja śpię. Na dodatek nie ma już intymności między mną a mężem. Może to zmęczenie, może brak czasu, ale wydaje mi się, że on juz nie ma ochoty (na grubą babę, która nie gotuje, nie sprząta, nie dba o siebie...). Czuję się coraz gorzej. Kocham dziecko nad zycie i tylko ono jest w pełni zadbane, zupka ugotowana itp. Ale z całą resztą jest coraz gorzej. Na dodatek dowiedziałam się, że najprawdopodobniej moge sie liczyć ze zwolnieniem z pracy w okolicach końca roku. Doszedł stres, co z pieniędzmi. Duzo nie zarabiam, ale jakos ciągniemy. Bez tego nie damy rady na pewno.
Nie mam juz siły. Czuję się samotna. Bardzo samotna. Z nikim sie nie spotykam (bo nie mam z kim, moja najlepsza koleżanka wyprowadziła sie do innego miasta, pozostałe znajomości rozpadły się - dziewczyny mają swoje rodziny, swoje problemy), czuję się coraz bardziej obca dla męża, mam tylko dziecko. Tak bardzo chciałam dziecka i nie żałuję. Ale czy to, co dzieje się z moim zyciem, to cena jaką płacę za marzenia o macierzyństwie? Czy po prostu jestem tak beznadziejna? Nie ogarniam własnego życia. Fizycznie i psychicznie. Nie wiem, co robić.
Ale z zewnątrz wszystko wygląda bardzo ładnie - mąż dużo zajmuje się dzieckiem, karmi, przewija, ja się uśmiecham, bawię się z dzieckiem i karmię piersią, chodzimy razem do sklepu, na spacery - idealnie. Jestem przekonana, że nikt z przypadkowo spotkanych znajomych nie podejrzewa, jak wygląda naprawdę moje życie. Myślę, że nawet moi rodzice, z którymi widujemy się stosunkowo często nie podejrzewaja, bo przecież dziecko ma gotowe zupki, jest czyste i szczęśliwe a mąż mnie obejmuje, robi herbatkę i jest wspaniale. A na porządną rozmowę nie ma nigdy czasu. A ja czuję, że wszystko, cała odpowiedzialność za dom i za dziecko spadła na mnie. Mąż tylko wykonuje polecenia (zadzwoń, sprzątnij, zrób, idź, nakarm, przewiń itp.) - robi to dobrze i bez mrugniecia okiem. Ale to ja sama podejmuję wszystkie decyzje na przykład dotyczące dziecka, co jest dla mnie trudne, bo ciągle czuję się przerażona ogromem rzeczy do ogarnięcia. Nie wiem, może przesadzam. Może jest dobrze, tylko ja jestem jakaś dziwna? Ale dlaczego nie moge wziąć się w garść? Dlaczego z każdym dniem czuję się bardziej zmęczona i zniechęcona? Dlaczego nie mam siły zająć się własnym domem? A nawet dzieckiem, choć to właśne ono dostaje caluśką energię jaką mam? Dlaczego czuje się nieważna i bezwartościowa, brzydka, gruba, niezadbana i żałosna? I mimo że uświadamaiam sobie to wszystko, to nie umiem nic z tym zrobić. Mam wrażenie, że teraz będzie już tylko gorzej.