yoovanka
04.08.12, 10:14
Mam 36 lat i agresywną słownie, histeryczną matkę, która zawsze uważała ze nic mi się nie uda, że w naszej rodzinie są same nieszczęścia a nad nami klątwa. Nie lubię jej, kocham bo jest moją mamą ale wolałabym jej nie widywać. A widuję - mieszkamy blisko, ona jest już dość niesprawną fizycznie, starszą osobą. Dla mnie opieka nad nią nie jest uciążliwości. Uciążliwością są rozmowy. I niezależnie od tego czy jej o czymś mówię czy nie, niezależnie od tego, że staram się mieć dystans do jej komunikatów, żyję omotana siecią pesymizmu, katastrofy, dramatu - że będę miała wypadek samochodowy, że urodzę dziecko z zespołem downa, że w naszej rodzinie nic się nigdy nie udaje (to taki ogólnik, który pasuje jej do każdej sytuacji). Najgorsze jest to, że mimo że racjonalnie nie wierzę w to co mówi, to jestem już mocno tym nasiąknięta, nie potrafię się chronić. Nawet jak nie powiem, że jadę gdzieś autem jej czarnowidztwo wisi nade mną. Od pół roku jestem na psychoterapii ale mam poczucie, że to niczego nie zmienia. Widzę różne mechanizmy jej działania, widzę egocentryzm, rozpoznaję potencjalne przyczyny takiej postawy ale co z tego skoro ona ciągle tak mówię, ja cięgle tego słucham a moja relacja z nią jest ciągłą obroną. Nigdy nie miałam wsparcia z jej strony, nigdy we mnie nie wierzyła, zawsze było tak, że jak chciałaby coś zrobić, zacząć jakiś kurs, gdzieś pojechać itp. zaczynała się lista czarnych następstw a w momencie kiedy coś mi się udało moja mama momentalnie zaczynała się tym chwalić - jaką to ma fantastyczną i zaradną córkę. Czyli nie było mechanizmu: działaj, rozwijaj się, dojrzewaj - jestem z ciebie dumna i wierzę że ci się uda; tylko było; nie działaj bo będzie nieszczęście a jak jakimś cudem uda ci się udowodnić że potrafisz, to będę dumna z siebie bo to ja cię wychowałam.
Jestem zmęczona wieczną walką z wizją katastrofy w naszej rodzinie, zwykły wyjazd gdzieś dalej samochodem staje się dla mnie wydarzeniem z którym mierzę się kilka, kilkanaście dni wcześniej, który urasta do rozmiarów najbardziej przełomowego wydarzenia w życiu, które z definicji zakończy się tragedią. Nie mam wsparcia, mamy bardzo małą rodzinę (są jeszcze tylko dwie ciocie, mój tato zginął w wypadku - nie samochodowym - jak miałam 8 lat), która cała też już jest przesiąknięta tym dramatyzmem. Jestem tym przemęczona, każda "samodzielna" decyzja podjęta mimo wysłuchiwania czarnych scenariuszy mojej mamy, jest dla mnie na wagę złota bo mam poczucie, że jak się poddam, że jak z czegoś zrezygnuję to ona wygrywa. Niby robię rzeczy po to aby "żyć własnym życiem" a myślę, że w rzeczywistości to ona wpływa na wszystkie moje decyzje bo przecież jeżeli robię coś po to aby postawić na swoim to w rzeczywistości motywatorem nie jestem ja sama, tylko moja matka.
Nie wiem jak mam się w tym odnaleźć. Za tydzień wyjazd na Coke Life do Krakowa a mechanizm katastrofy działa już od kilkunastu dni a ja jestem o krok od rezygnacji...