isa_na
06.09.12, 14:17
Nie wiem co robić, od kilku miesięcy na własne życzenie tkwię w jakieś greckiej tragedii i nie potrafię podjąć jednoznacznej decyzji, której bym się trzymała...
Rozstałam się z mężem dla kogoś, kto wydawał się fantastycznym uzupełnieniem i tym jedynym, zakochałam się po uszy.. On też odszedł od żony. Mieliśmy być razem na dobre i na złe, na zawsze. W krótkim czasie mieliśmy tyle planów. Nie wiem kiedy zaczęło się to zaciemniać...
Trudno mi poradzić sobie z nienawiścią jego żony, średnią akceptacją otoczenia, tym, że mój mąż choć w innym mieście, wciąż czeka i walczy.. Trudno budować życie na nieszczęściu innych, kiedy tak mało wsparcia z jego strony, a może jestem za bardzo roszczeniowa...Myślałam, że w tej skomplikowanej sytuacji, gdy zostaliśmy w tym w zasadzie społecznie osamotnieni, bedę miała się do kogo zwrócić, gdy będzie mi ciężko, źle...
Stopniowo okazało się, że on jest najbardziej skupiony na sobie i chyba oczekuje, że będziemy budować nasze życie według jego zasad i wartości. Prosiłam, żebyśmy na jakiś czas się odcieli od naszych byłych partnerów, żeby to ostygło i każdy zaczął żyć swoim życiem, on nie chciał tego zrobić, nie widział niczego dziwnego i bolesnego w spotkaniach z żoną choć twierdził, że już nic nie czuje do niej i chce być ze mną. Kiedy mowilam mu, ze cos mnie boli, z czyms sobie nie radze twierdzil, ze to moj problem i powinnam sobie z tym sama poradzic, ze on sie nie da wciagnac w moje uczucia. Moze mial racje, moze sie za bardzo od niego uzaleznilam... Malo czasu spedzalismy razem, bo on byl pochloniety swoimi sprawami. Wtloczylam sie w role opiekunki, co w glownej mierze pierze, sprzata, gotuje i slucha z otwarta buzia, zyje jego sprawami, zatracilam w tym troche siebie.. Mialam odczucie ze kazde z nas ma swoje zycie, on swoje- praca, hobby, ja swoje szare, beznadziejne, z cala ta otoczka "smierdzacej sprawy" a nie ma "nas", "naszego" zycia. Zaczelo mi brakowac ciepla, empatii, jakiegos takiego zainteresowania, podpory, czasem rady. On powiedzial, ze nie bedzie udzielal mi rad, ze to moja sprawa. Wzielam na siebie cale poczucie winy, slyszalam ze skoro tak sie zachowuje, to zona jest mu blizsza. No i zaczelam sie tez nakrecac- nieufnosc, zazdrosc itp. Pomyslalam o wyjezdzie do innego miasta, mimo ze go kocham, nie chce odchodzic ale nie wiem jak to wszystko rozwiazac, udzwignac... Czuje sie w tym wszystkim osamotniona i mysle o powrocie do meza, ktory mimo tego wszystkiego nadal chce byc ze mna. On mowi, ze nie ma sobie nic do zarzucenia, ze poki ja nie bede pewna ze chce z nim byc on nie bedzie mi okazywal czulosci, milosci, że to moja wina, ze to ja rozwalilam ten zwiazek. Ja mu mówię, że potrzebuję tylko trochę troski, wsparcia..W zlosci krzyczy, uzywa tez zwrotow typu "albo sie zdecyduj albo spie...j", uslyszalam tez, ze jestem glupia ci.... Przeprosil mnie dopiero wtedy, gdy powiedzialam ze nie chce zeby tak mowil do mnie. I teraz sie zastanawiam, czy faktycznie zasluzylam sobie na to wszystko? Ze bawie sie jego uczuciami, manipuluje dla wlasnych korzysci, zostawiam sobie furtke w osobie męża... Trochę tak jest, głównie ze strachu, własnego egoizmu i innych niższych pobudek. Nie wiem, czy ryzykowac i walczyc o ten zwiazek, bo kocham ale czuje sie ogromnie raniona, czy jednak wrocic do meza i próbować ukladac z nim na nowo, spokojne życie. Czuję się jak hipokrytka, niedojrzała emocjonalnie do związku, sama nie wiem gdzie chce żyć, z kim i tylko krzywdzić ludzi dookoła potrafię :( ktoś był w podobnej sytuacji i jakoś to rozwiązał?