dniuy
20.05.13, 01:00
Przychodzi taki moment, że już nic nie jest takie samo.
Miałam tak z chłopakiem, z którym nam się nie układało mimo uczucia z obu stron, wychodziły różne sprawy, że mi naściemniał, że nie powiedział wszystkiego o ważnych sprawach, i przyszedł dzień że on coś do mnie mówi jak zwykle a ja patrzę na niego i zdałam sobie spraw ę, że ja mu już nie ufam, stracił to co dostał ode mnie w pakiecie startowym, teraz "na słowo" już nic nie da rady, jego słowa straciły wartość, nie niosą ze sobą dla mnie treści, nie wierzę. Niedługo później relacja się rozsypała, bo nie byłam w stanie mu znowu ufać.
Od wielu lat mam znajomą, od kilku lat bliska relacja. Ja jej pomagałam przetrwać rozwód, włożyłam dużo sił, czasu, kosztów by się pozbierała. Wiedziałam, że nie tylko mąż u niej nawalił, także ona święta nie była. Zawsze byłam dla niej taką "wyżalnią", że może się wygadać o wszystkim, a byłam spoza jej codziennego otoczenia to wiedziała że nie przekabluję. Więc przerobiłam wszystkie jej problemy z mężem, kochankami, kombinacjami, znałam szczegóły jej życia jakich nawet spowiednikowi nie mówiła, ..dopóki to było na zasadzie wspólnego pogadania sobie, to jeszcze ok, ale gdy zaczął się rozwód to koleżanka niejako wykorzystała mnie na swojego 24-godzinnego psychologa. Mimo, że odsyłałam ją do specjalisty, wolała zrzucać swoje problemy na mnie, a szczególnie opowiadać w kółko o kochanku i dylematach czy się on rozwiedzie czy nie. Po dwóch latach w kółko o tym samym poprosiłam by mnie już nie mieszała do swoich układów z tym panem, że nie chcę o nim ciągle wysłuchiwać, służyć za psychologa, swoje zdanie powiedziałam i nie mam nic innego do dodania w tym temacie a ona zrobi co zechce, ja tego pana póki żonaty poznawać też ochoty nie mam.
Na ferie pojechałam nietypowo ze znajomymi do K. Wspominałam znajomej że tam będziemy, dopytywała w szczegółach dokładnie kiedy i gdzie, jaki hotel, co będziemy zwiedzać itd. Szczerze odpowiadałam, myślałam, że pyta bo jest żywo ciekawa naszego wyjazdu. Na trzeci dzień pobytu w K. nagle na bocznej ulicy spotykamy ją z tym kochankiem. Zmieszana, purpurowa, wymiana kilku pośpiesznych kurtuazji i szybko się oddalili. A mnie olśniło, że ona pytała o szczegóły naszego wyjazdu wyłącznie po to, że też tam zamierzali być i chciała jak najwięcej szczegółów znać by nas nie spotkać. Poczułam się zmanipulowana i oszukana, do tej pory mówiłyśmy sobie chyba nawet przykrą prawdę, a tu takie podchody do mnie..
Trochę czasu minęło, koleżanka stara się być dobrą koleżanką, od czasu do czasu się widujemy, telefonujemy dużo rzadziej niż za czasów gdy byłam "słuchanicą" ale nie będę naciskać.
Niemniej ostatnio koleżanka poprosiła mnie o przysługę dla siebie, wziąć na siebie zakup czegoś czego na siebie nie może, mnie to by nic nie kosztowało. Niby nic strasznego, ale ja poczułam znowu to uczucie , które czułam przy chłopaku. "Już ci nie wierzę", "a może wykorzystasz to przeciwko mnie", "muszę dzielić twoje słowa na czworo bo lubisz ściemniać". Że straciła moje zaufanie, przez tę historię z wypytywaniem o wyjazd do K. która była taką kropoką nad i (choć twierdzi, że "spontanicznie" tam pojechali i wcześniej nie wiedziała) przestałam jej wierzyć. Uznałam, że w sytuacji kryzysowej to swoje potrzeby będzie chciała zaspokoić, choćby ich zaspokojenie wiązało się z oszukiwaniem mnie, a mając do wyboru nową miłość a starą przyjaźń , odrzuci to drugie.
Jak nauczyć się ufać ludziom trwale, zaufanie opierać na racjonalnych podstawach, i nie rozczarowywać tak traumatycznie i definitywnie ich niedoskonałościami? Bo zaczynam być na etapie, że jedno przyłapanie na kłamstwie przekreśla wiele lat całkiem dobrego kontaktu.