O miłości

25.05.15, 22:11
Podczytuję to forum od dawna, piszę pierwszy raz. Nawet nie wiem, od czego zacząć. Ostatnio bardzo dużo myślę o mężczyźnie, z którym byłam kilka lat temu. To był chyba jedyny raz w życiu, gdy byłam zakochana. Związek był bardzo dobry, ale on musiał wrócić do siebie (był obcokrajowcem). Związek "na miejscu" trwał pół roku, na odległość - dwa lata. Zakończył się z mojej inicjatywy. Bardzo za nim tęskniłam, a po jakimś czasie jakby przestałam tęsknić - mam wrażenie, że zdusiłam w sobie to uczucie, by nie czuć bólu rozłąki (mam spore problemy z emocjami), nie było też widocznych perspektyw na zamieszkanie niedaleko siebie, widywaliśmy się rzadko, bo oboje mieliśmy dużo obowiązków i za mało pieniędzy, by się często odwiedzać. Szwankowała też komunikacja - byłam wtedy zbyt dumna, żeby pytać go o niektóre rzeczy, co powodowało u mnie błędne wrażenie, że nie jest on zaangażowany w ten związek. Koniec końców się okazało, że był dużo bardziej entuzjastyczny i wytrwały ode mnie. Kiedy z nim zrywałam, miałam duże wątpliwości, ale uznawałam, że nie możemy tak dłużej żyć - czasami traktowałam go w zimny sposób, bo gdy odwiedzał, nie potrafiłam przestawić się z trybu "sama" na tryb "razem", czasem nie odpowiadałam na kontakt, bo nie umiałam się skłonić do odpisania na maila. Cały związek rozgrywał się, gdy się leczyłam psychiatrycznie z powodu zaburzeń dystymicznych i epizodów depresyjnych i miałam sporo problemów psychologicznych, których nie rozumiałam, a części - w ogóle nie widziałam. Wszystko to bardzo odbijało się na moim zachowaniu w tym związku i na moich decyzjach. Myślę, że formuła związku na odległość uderzała w wiele moich lęków i problemów (również np. brak elastyczności). Po rozstaniu podtrzymywaliśmy incydentalny kontakt przez ok. rok, później i to się skończyło.

Niedawno dostałam od niego maila - mail był przypadkowy, kierowany zapewne do wszystkich odbiorców w skrzynce. Ale uruchomiło to lawinę emocji. Wcześniej, gdy myślałam o tym związku, zawsze czułam żal i miałam poczucie winy (że czasem tak źle go traktowałam). Miałam poczucie, że ten związek się do końca nie rozegrał - przez odległość, ale też i przez to, że właściwie nie dałam nam szansy. Może trochę też nie doceniałam tej znajomości - wiedziałam, że to coś wyjątkowego, ale teraz - po kilku latach - widzę, jak bardzo wyjątkowego. Jestem raczej emocjonalnie zimna, nigdy wcześniej ani później nie byłam zakochana, z nikim nigdy tak dobrze się nie rozumiałam, jak z nim. Byłam z nim szczęśliwa. Wcześniej i później byłam w kilku związkach. W sumie mam sporo szczęścia w życiu uczuciowym - mężczyźni, z którymi byłam, są bardzo fajni, rozstawaliśmy się zawsze z mojej inicjatywy, bo uznawałam, że coś w związku szwankuje. I w żadnym przypadku później tego rozstania nie żałowałam, a myśl o byłym partnerze, powodowała sentyment i nic więcej - raczej bez silnych uczuć.

A teraz od trzech tygodni intensywnie myślę o tamtym związku. Zastanawiam się, czy przegapiłam miłość mojego życia. Gdy się z nim rozstałam, koleżanka powiedziała mi, że nie ma jednej osoby, z którą możemy stworzyć dobry związek, że jest ich więcej. Ja też w to wierzę. Z drugiej strony - niewątpliwie, ten związek na tle tych kilku innych, które miałam, był wyjątkowy - już od samego początku. Z drugiej strony myślę sobie, że zakochanie to stan chemiczny i że tak czy inaczej mija po ok. 2 latach. Czy zatem jest to takie ważne? W innych mężczyznach, z którymi się wiązałam, nie byłam zakochana - ale podobali mi się i po dłuższej znajomości, wykształcała się więź i pewnie miłość. Czy warto zatem wyróżniać te relacje, w których pojawia się ten nieracjonalny pierwiastek uczuciowy? Choć ten mężczyzna był też obiektywnie świetny - nie tylko z mojej perspektywy, uwielbiali go na przykład moi znajomi i rodzice.

Zastanawiam się również, skąd ten nagły napływ emocji. Od naszego rozstania minęły niecałe trzy lata. W tym czasie chodziłam na terapię i pracowałam nad tym, by uwolnić moje uczucia - czy to mogło wpłynąć na to, że teraz - przy bodźcu, którym był mail - dawniej tłumione uczucia co do tego związku się ujawniły? Czy może chodzić jednak o coś innego? Ostatnio mam bardzo trudny czas w pracy, jestem po sporym niepowodzeniu zawodowym, które we mnie uderzyło i spowodowało obniżenie nastroju. Od kilku miesięcy jestem też w związku z mężczyzną, który świata poza mną nie widzi, a ja go bardzo lubię, ale raczej nie widzę wspólnej przyszłości - brak właśnie tego dopasowania, tej iskry. Niby jest idealny, ale czegoś między nami mi brakuje. Wcześniej byłam w 1,5-rocznym związku z innym mężczyzną, z którym niby wszystko dobrze grało, na papierze świetnie do siebie pasowaliśmy, ale też zawsze czegoś mi brakowało między nami.

Jak to jest z miłością? Proszę, pomóżcie. Chętnie bym się skontaktowała z moją terapeutką, ale musiałam na jakiś czas zawiesić terapię i przez dłuższy czas nie będę miała takiej możliwości.
    • panizalewska Re: O miłości 25.05.15, 22:56
      No jak przez niecałe 3 lata od rozstania zdążyłaś już być w kilku związkach, to pozostaje pogratulować stałości uczuć i odpowiedzialnych decyzji. Ideałów nie ma, obudź się księżniczko, podejmij decyzję i odpowiedzialność za nią
      • ta.latwopalna Re: O miłości 26.05.15, 11:19
        Byłam w dwóch związkach - jednym 1,5-rocznym i teraz w nowym od 3 miesięcy.
        • tully.makker Re: O miłości 29.05.15, 11:40
          Tak BTW, to nazywanie 3-miesiecznej znajomosci zwiazkiem to chyba jednak przesadna egzaltacja.
          • ta.latwopalna Re: O miłości 29.05.15, 15:00
            Znamy się od 9 miesięcy i od tego czasu spotykamy kilka razy w tygodniu na dłuższy czas. Jest to w moim odczuciu pełnoprawna relacja.
    • pani.mysz Re: O miłości 25.05.15, 23:30
      "Z drugiej strony myślę sobie, że zakochanie to stan chemiczny i że tak czy inaczej mija po ok. 2 latach."
      "Jak to jest z miłością?"

      Zakochanie i miłość to dwie różne rzeczy.
      Zakochanie to chemia, pożądanie, emocje... Po jakimś czasie mija jeśli się go nie pielęgnuje.
      Miłość to stan, na który trzeba pracować. Nie istnieje bez fundamentu przyjaźni, zaufania, szacunku. Bez pracy i zaangażowana obu osób.
      Motyle w brzuchu, piorun sycylijski, coś co iskrzy między dwojgiem ludzi to zakochanie.
      Ale żeby to zakochanie przekształcić w miłość to obie osoby muszą tego chcieć. i nad tym pracować. Bez końca. Wtedy trwa.
      • ta.latwopalna Re: O miłości 26.05.15, 11:20
        Dokładnie tak samo to dzielę i tak samo to rozumiem.
        Z doświadczenia wiem, że mozna wykształcić miłość bez uprzedniego zakochania. Zastanawiam się tylko, czy taka miłość jest "jakościowo" taka sama. Czy to, że na początku było zakochanie istotnie coś zmienia, skoro po 2 latach ma i tak minąć.
        • pade Re: O miłości 26.05.15, 12:05
          Ja sądzę, że wtedy wasz związek i tak był bez szans. Nie byłaś na niego gotowa. Teraz po terapii (warto ją dokończyć) masz większą świadomość co z czego wynikało i wiesz co mogłabyś zmienić, żeby wydarzenia potoczyły się inaczej. Może masz poczucie winy z tego powodu?
          A może mail uruchomił w Tobie poczucie straty, smutek, żal, tęsknotę, to wszystko czego wcześniej nie przeżyłaś, nie opłakałaś. Może to czas właśnie na żałobę po tamtym związku. Może przeżycie jej pomoże Ci otworzyć się na nowe.
          • ta.latwopalna Re: O miłości 26.05.15, 12:32
            Dziękuję, Pade, za odpowiedź. Tak, myślę, że nie byłam gotowa. Związek na odległość to zawsze wyzwanie, a ja miałam wtedy duże problemy z komunikacją i z okazywaniem (odczuwaniem) emocji, co jeszcze to wszystko utrudniało. Wtedy też nie pragnęłam związku. Tzn. gdy spotykałam jakichś interesujacych mężczyzn, to się z nimi wiązałam, ale gdy byłam sama, tez mi było dobrze, czasem miałam wrażenie, że lepiej (choć nie w tym przypadku). Tęsknota za związkiem i aktywne szukanie partnera, co widziałam u znajomych, było mi zupełnie obce. Dopiero od niedawna zaczynam czuć, że rzeczywiście chciałabym prawdziwego, głebokiego związku. I że w takim związku będzie mi lepiej niż samej.

            Kiedy myślę o tamtej relacji, czuję żal, że się nie udała, i mam poczucie winy w stosunku do partnera (że czasem źle go traktowałam). Rzeczywiście, wydaje mi się, że nigdy nie przeżyłam żałoby po tamtym związku - emocje z nim związane po prostu w którymś momencie w sobie zdusiłam, jak to zwykle robię.
            • pade Re: O miłości 26.05.15, 12:36
              No to puść wodze wyobraźni, pomarz sobie, popłacz i niech Ci to dobrze zrobi. A to niepowodzenie zawodowe opłakałaś?
              • ta.latwopalna Re: O miłości 26.05.15, 12:49
                Już od 3 tygodni popłakuję z tego powodu - i to w sposób dość niekontrolowany - co mnie peszy i dziwi, bo jest mi to bardzo obce i nietypowe dla mnie.

                Dobre pytanie z tym niepowodzeniem zawodowym, sama się nad tym zastanawiam. Z jednej strony, kiedy to się wydarzyło, zareagowałam bardzo spokojnie. Tego samego dnia rozmawiałam z przyjaciółką i powiedziałam jej, że jestem z siebie dumna, bo tak dobrze to przyjęłam. Wcześniej stawiałam pracę na piedestale i każde tąpnięcie z tym związane powodowało dramatyczne obniżenie poczucia własnej wartości, długie przeżywanie itd. Ale pracuję nad tym od dłuższego czasu sama i na terapii i wydawało mi się, że rzeczywiście jest efekt. Również teraz, to też coś nowego, poszukałam wsparcia rodziców i przyjaciół - i je otrzymałam - zyskałam dzięki temu poczucie, że jest wielu dobrych ludzi wokół. Jednocześnie zauważyłam właśnie obniżenie nastroju, czarne myśli, mniejszą aktywność, lęk przed przyszłością (czy uda mi się skorygowac ten błąd? itp.), również te rozważania nad życiem osobistym. Nie do końca to rozumiem.
                • pade Re: O miłości 26.05.15, 13:17
                  " Z jednej strony, kiedy to się wydarzyło, zareagowałam bardzo spokojnie. Tego samego dnia rozmawiałam z przyjaciółką i powiedziałam jej, że jestem z siebie dumna, bo tak dobrze to przyjęłam. "
                  Czyli zadziałał schemat. Stłumiłaś emocje. Doskonale Ciebie rozumiem, bo też mam skłonności do intelektualizacji a nie do przeżywania. Jednakże bez tego ostatniego się nie obejdzie. Skupianie się tylko na racjonalnym myśleniu prowadzi na manowce.
                  Zaufanie sobie, swoim emocjom to wyzwanie. Czy ja dobrze myślę? A może to inni mają rację? Może niepotrzebnie się złoszczę? To tylko przykłady. Z jednej strony analiza jest potrzebna, ale z drugiej utrudnia przeżywanie.
                  Wydaje mi się, że te rozważania na życiem osobistym, nastrój związany z niepowodzeniem zawodowym i lęk przed przyszłością są ze sobą powiązane.
                  Wkleję Ci coś do poczytania, sądzę, że pomoże:
                  www.deon.pl/inteligentne-zycie/psychologia-na-co-dzien/art,531,kto-nie-odczuwa-leku-nie-zna-samego-siebie.html
                  www.deon.pl/inteligentne-zycie/psychologia-na-co-dzien/art,595,lek-sygnalizuje-koniecznosc-zmiany-w-zyciu.html
                  • ta.latwopalna Re: O miłości 26.05.15, 18:25
                    Dziękuję za empatię. Po przemysleniu sądzę, że masz rację. Po tym niepowodzeniu klasycznie stłumiłam emocje. A sobie powiedziałam, że tak dobrze to przyjęłam, bo już tyle osiągnęłam w pracy nad sobą i wzmocniłam swoje poczucie własnej wartości... Ile to człowiek może sobie wmówić.

                    Skoro też masz skłonność do intelektualizacji - czy znasz dorobek Brene Brown? Ja ostatnio zgłębiłam w zasadzie wszystko, co napisała, i gorąco polecam! TedTalk - "The power of vulnerability" (www.ted.com/talks/brene_brown_on_vulnerability), książki "Dary niedoskonałości" i - zwłaszcza - "Daring greatly".

                    Dziękuję za linki - przeczytam na spokojnie wieczorem.
                • marsylvik Re: O miłości 26.05.15, 14:46
                  ta.latwopalna napisała:

                  > Jednocześnie zauważyła
                  > m właśnie obniżenie nastroju, czarne myśli, mniejszą aktywność, lęk przed przys
                  > złością (czy uda mi się skorygowac ten błąd? itp.), również te rozważania nad ż
                  > yciem osobistym. Nie do końca to rozumiem.

                  Kryzys.
                  U zdrowej osoby kryzys oznacza rozwój. Stąd pewnie rozważania nad życiem osobistym przy okazji kryzysu w innej dziedzinie życia, pewnie potrzebujesz w tym momencie przewartościowania dotychczasowych priorytetów. Może za mocno oparłaś życie na jednym z jego filarów, jakim jest praca zawodowa?

                  Osoba mocno zaburzona reaguje na kryzys stagnacją, sztywnością, a nawet załamaniem i cofaniem się w rozwoju.

                  Myślę, że te rozważania nad pozornie niezwiązanymi a ważnymi aspektami życia w tym momencie same w sobie są zdrowym objawem.
                  • ta.latwopalna Re: O miłości 26.05.15, 18:41
                    Dziękuję za odpowiedź.
                    Fiksacja na pracy zawodowej to jeden z moich najpoważniejszych problemów, który również przyczynił się do rozpadu związku, o którym tutaj piszę. Wydawało mi się jednak, że mam to już w dużej mierze skorygowane. Kiedyś budowałam swoje poczucie własnej wartości właściwie wyłącznie na osiągnięciach zawodowych (wcześniej uczelnianych i szkolnych). Bardzo wcześnie doszło do czegoś w rodzaju wypalenia (miałam ok. 21 lat). Potem się trochę poprawiło, później kolejny rzut wypalenia ok. 27 roku życia. Przez wypalenie mam na myśli kompletną niemożność pracy. Potrafiłam siedzieć dniami gapiąc się w monitor i nic nie robiąc, mimo że tak bardzo chciałam, że chyba bardziej nie można (a właściwie własnie dlatego). W dużej mierze rozbroiłam pracę jako jedyne źródło poczucia własnej wartości, zmieniły mi się priorytety, silna hierarchia upadła. Ale do teraz mam problemy z organizacją pracy, perfekcjonizmem, zwlekaniem, często czuję się z tego powodu źle, mam poczucie braku kontroli.

                    Jednocześnie mam wrażenie, że dopiero niedawno dotarło do mnie, że raczej nie osiągnę oszałamiającego sukcesu. Wcześniej tliły się jeszcze jakiś młodzieńcze wyobrażenia, że zrobię ze swoim życiem coś niezwykłego. Teraz wydaje mi się, że mogę mieć zupełnie fajne życie, sukces zawodowy, żyć z pasją itd., ale to nie wyklaruje wszystkiego i nie da mi wszystkiego, czego potrzebuję. Że związek też jest bardzo wazny i chciałabym dzielić życie z kimś, kto będzie dla mnie wsparciem i inspiracją (i ja dla niego). To moje nowe odkrycie i myślę, że z tym może się też wiązać powrót myślami do dawnej relacji miłosnej.

                    Może to rzeczywiście kryzys. Kiedyś już kryzys przeszłam i wtedy czułam się mimo wszystko dużo gorzej. Oby to była dezintegracja pozytywna.
                    • pade Re: O miłości 26.05.15, 18:54
                      Z pewnością jest pozytywna, mimo gorszego nastroju:) Ale on jest przejściowy. Załamanie wiary w siebie, zwątpienia, obawy, to wszystko ludzkie i wszystko mija. Trzeba się czasem zatrzymać, przemyśleć, przewartościować priorytety, gorszy nastrój siłą rzeczy wymusza zwolnienie obrotów i przyjrzenie się temu, co się dzieje.
                      • pade Re: O miłości 26.05.15, 18:55
                        Aha, i znam Brene Brown i uwielbiam:)
                        • ta.latwopalna Re: O miłości 26.05.15, 19:03
                          Jak można jej nie uwielbiać, prawda?:) Mam wrażenie, że to, co w jej pracy najbardziej do mnie trafia, to to, że jest "skorygowaną" perfekcjonistką. Ona ROZUMIE! Gdyby mi przyszła jakaś rozemocjonowana pani i mówiła, jak ważne jest odsłonięcie swojego miękkiego brzuszka, to bym spojrzała sceptycznie, a w środku zabiła śmiechem, ale kiedy ona odnosi się do swoich doświadczeń, to jakbym słyszała o sobie...
                          • pade Re: O miłości 26.05.15, 19:06
                            Ja też:)
                  • skyler-white Re: O miłości 27.05.15, 14:50
                    Osoba mocno zaburzona reaguje na kryzys stagnacją, sztywnością, a nawet załamaniem i cofaniem się w rozwoju.

                    Pani Agnieszko, czy zgodzi się Pani z tym stwierdzeniem?
                • skyler-white Re: O miłości 27.05.15, 14:49
                  Dobre pytanie z tym niepowodzeniem zawodowym, sama się nad tym zastanawiam. Z jednej strony, kiedy to się wydarzyło, zareagowałam bardzo spokojnie. Tego samego dnia rozmawiałam z przyjaciółką i powiedziałam jej, że jestem z siebie dumna, bo tak dobrze to przyjęłam.

                  Wyglądasz na perfekcjonistkę. Wiem, jak ciężko bywa. Ściskam się.
                  • ta.latwopalna Re: O miłości 27.05.15, 16:39
                    Oj, jestem, choć ostatnio i tak się poprawiło.
                    Dzieki! Ściskam też, skoro znasz ten ból;)
        • pani.mysz Re: O miłości 26.05.15, 17:13
          Jeśli zastanawiasz się nad jakością miłości w konkretnym związku, w którym właśnie w danym momencie jesteś i tak jakość wydaje Ci się gorsza to o miłości nie ma mowy.
          • ta.latwopalna Re: O miłości 26.05.15, 18:43
            Rozważanie jest głownie ogólne. W obecnym związku jestem od ok. 3 miesięcy, o miłości nie może być mowy.
            • pani.mysz Re: O miłości 26.05.15, 22:33
              Moja odpowiedź także była ogólna.
              Nie tyczy Twojego związku, bo nic o nim nie wiem.
    • triss_merigold6 Re: O miłości 26.05.15, 09:07
      Uroiłaś sobie związek. Teraz dorabiasz do urojenia całą scenografię. Wróć do psychiatry po tic taki.

      Dziękuję za uwagę.
      • ta.latwopalna Re: O miłości 26.05.15, 11:17
        Co masz na myśli - że tego związku nigdy nie było? Czy że teraz to sobie roję?
    • vilez Re: O miłości 26.05.15, 12:32
      Z miłością jest jak z d..pą - a konkretnie z jej wizją. Każdy ma swoją wizją. Łamane przez własne doświadczenie. Łamane przez cudze doświadczenie (opowiedziane). Każdemu więc wyjdzie inny wynik. Nikt Ci na forum nie powie, jaka i która miłość lepsza. To znaczy może i powie od siebie, ale i tak to niewiele będzie znaczyło dla Ciebie. Nie powinno przynajmniej.

      Ja od siebie powiem tak:
      - Minęły trzy lata i facet może dawno już mieć ułożone życie osobiste. Rozhuśtasz się w wyobraźni i możesz zderzyć się z realem. Chcesz tego?
      - Skoro związek padł, i w dodatku Ty przeżyłaś te trzy lata (podobnie i on) bez oszalenia, to znaczy, że nie była to żadna piorunująca miłość. Ja tam jestem ze szkoły, że wielka miłość góry przeniesie, ściany przegryzie i się zgłosi po swoje ;)
      - Prawdopodobnie zawiesiłaś na tym wspomnieniu dawnego związku w sporej mierze właśnie dlatego, że masz obecnie w życiu okres pod górkę. A to nie jest dobry prognostyk. Lepiej rozwiązać te problemy, a nie- delegować je w kierunku wspominania czego w miarę fajnego (odskocznia).

      Gdyby już Cię taka sparło, że nie dasz rady porzucić tych myśli, to zwyczajnie napisz do niego. Zobaczysz, co dalej. Jak już, to już. Najgorsze jest takie międlenie w te i nazad, i ugrzęźnięcie na jałowym biegu. Albo rybki albo pipki.

      • ta.latwopalna Re: O miłości 26.05.15, 13:02
        Dziękuję, Vilez, za rzeczową odpowiedź. W mojej rodzinie jest wiele bardzo nieudanych małżeństw, mam wrażenie, że boję się popełnić podobny błąd. Mam też silną skłonność do racjonalizacji, trudno mi zaufać emocjom.

        Kulturowe wzorce wielkiej, jedynej miłości są we mnie dość silnie zaszczepione. Jednocześnie moja racjonalna strona przychyla się do zdania, że z różnymi osobami można mieć udane, choć różne, związki.

        Każdy ma własną wizję. Ale trudno jest mi zaufać sobie, swoim emocjom, swoim wyborom - bo wiem, że na moje postrzeganie nałożony jest filtr problemów, z którymi się borykam. Nie bez powodu leczyłam się psychiatrycznie i jestem w terapii. Dlatego pytam na forum - choć oczywiście przytoczonych tu opinii nie wdrożę natychmiast w czyn i nie przyjmę za swoje. Mam jednak wrażenie, że mogą mi pomóc ocenić, co ma sens, a co jest moim urojeniem (jak to zgrabnie nazwała Triss).
    • alpepe Re: O miłości 26.05.15, 15:07
      Nigdy nie rozumiałam takich zimnych ryb, za którymi zabijają się faceci, a te trwają z nimi w związkach i tylko myślą o Toliboskim z liliami wodnymi. W sumie, dość odrażające. Wchodzisz w związki z facetami, do których mało co czujesz, teraz sobie nagle przypomniałaś, jaka to cię wielka miłość spotkała, cały czas powtarzasz schemat faceta, który by uchylił nieba i zimnej ryby, która nie wie, czego chce i jeszcze dorabiasz do tego ideologię. Tris ci napisała, uroiłaś sobie związek z tym obcokrajowcem, bo to było dawno, miałaś wtedy b. zły okres i on był jak słoneczny promień przedzierający się przez chmury. I teraz nagle żale, bo kiedyś. Nie patrz, co kiedyś, patrz na obecnego faceta u boku, on ma pewnie podobne cechy, jak tamten i właśnie jesteś na najlepszej drodze do zniszczenia związku, który mógłby być dobrym wspólnym życiem.
      • ta.latwopalna Re: O miłości 26.05.15, 18:18
        Wierz mi, że nie chcę być zimną rybą, ale to nie zależy od decyzji, bo chciałabym to zmienić. Myślę, że może pomóc tylko dłuższa terapia i dalsza praca nad sobą. Zawsze jestem szczera z mężczyznami, z którymi się spotykam - nie udaję większego zaangażowania niż rzeczywiście, służę wsparciem itd. Bardzo mnie martwi ten schemat, który się wykształcił - fascynacja, która szybko przechodzi, i późniejszy brak realnego zaangażowania, mimo starań, by wykrzesać to z siebie. Relacje z mojej strony stają się bardziej przyjacielskie niż romantyczne.

        Też miałam skojarzenie z Toliboskim i nie chcę przeżyć tak swojego życia. Zastanawiam się czasem, czy tego nie wymyślam - relacja z obcokrajowcem trwała na miejscu tylko kilka miesięcy. W zasadzie nigdy nie przeszła do etapu quasi-wspólnego życia czy wspólnego życia. Oczywiście, nie wiem, jakby to wyglądało, czy by się sprawdziło. Ale wydaje mi się, że tak. To nie było ślepe uczucie, wiem, że dobrze do siebie pasowaliśmy. Aha, i nie miałam wtedy szczególnie trudnego okresu - leki już działały, więc byłam w dobrym nastroju, a z ograniczeń psychicznych nie zdawałam sobie do końca sprawy. W podobnym stanie żyłam przez wiele lat.
        • alpepe Re: O miłości 26.05.15, 20:04
          A ja myślę, że nie ma co tego przepracowywać na terapii, lepiej urządzić pogrzeb własnym wyobrażeniom o romantycznej miłości, popłakać przy komediach romantycznych, może nawet pomarzyć przy jakimś harlequinie, czy co tam się wydaje dla kobiet, ale w życiu dbać o to, by ten facet, który dzieli z tobą życie dobrze się czuł w związku. On też ma jakieś deficyty, skoro lubi zimne ryby, jak ty się zmienisz za bardzo, związek się rozpadnie.
          A co do tego obcokrajowca, możesz oczywiście odnowić znajomość, zerwać z obecnym przyjacielem i marzyć, że się z tamtym zejdziecie, ale skoro kilka lat temu się to rozpadło, to raczej nie licz, że teraz nagle się uda. Ty go znasz sprzed kilku lat, sama też się zmieniłaś.
          • ta.latwopalna Re: O miłości 26.05.15, 20:43
            Rzecz w tym, że mam wrażenie, że wyobrażenia o romantycznej miłości pogrzebałam dawno, wraz z moim pierwszym poważnym związkiem. Wiem, że dla trwałości związku i tak najważniejsza jest praca nad nim, dobra komunikacja (!), dbanie o siebie nawzajem itd. (Choć i kompatybilność charakterów jest kluczowa). Zastanawiam się na tylko, na ile ważne są początki związku - to, czy wtedy jest zakochanie, czy go nie ma. Na przykład, mama mojego przyjaciela powiedziała, że mimo że z jego ojcem ma burzliwy związek, wspomnienie tych romantycznych początków bardzo jej pomaga przetrwać kryzysy itd. Ale nie znam wielu osób, które mogłyby świadczyć o tym z perspektywy lat w związku - m.in. dlatego spytałam na forum.

            Ja nie mam złudzeń - wiem, że jesteśmy teraz inni, że nie da się cofnąć tego, co się wcześniej między nami wydarzyło, m.in. tego, jak go zraniłam zerwaniem i wcześniej. Jeszcze nie wiem, co zrobię, czy będę czegokolwiek próbować. Na razie próbuję zdefiniować, czy ten nagły napływ uczuć jest rzeczywisty, czy wynika z kryzysu.
            • paris-texas-warsaw Re: O miłości 26.05.15, 22:09
              Ja wierzę, że w życiu można się do wielu rzeczy nagiąć jak np. jakaś praca, miejsce życia, robienie czegoś, etc. co nie do konca odpowiada ideałom lub jest jakimś kompromisem i z jakichś względów być może trzeba lub jest lepiej w to wejść (oczywiscie dobrze, jesli tylko przejściowo). Ale nawet za takie "nagięcie się" można dużą cenę zapłacić. Ale jesli chodzi o związki to nie można wg mnie wchodzić w nie bez miłości/zakochania, czy też jakby rozpoczynać pewnych etapów związków bez adekwatnych uczuć (głupio to chyba brzmi w odniesieniu do miłości, ale nie wiem, jak to napisać jasno). Ja bym się zwyczajnie bała:) Czasem w jakiejś znajomości czułam, że jest fajnie, bo nie ma się co oszukiwać, że zwyczajnie jest miło, gdy się komuś podobamy, ktoś za nami szaleje, etc., ale jeśli nie czuje się tego samego, to dla mnie jakby się ryzykowała wchodzenia w taki możliwy do stworzenia alternatywny świat, który uniemożliwi spotkanie kogoś "dla nas", a drugą osobę też niejako by się wciągneło w coś, o czym z góry wiadomo, że może być smutne. Lubię taki urywek w Dezyderacie "nie podchodź cynicznie do miłości":) Miłość to jest bardzo silna energia i wg mnie nie da się udawać tego w związku ani nawet bez niej być w zdrowiu w związku, tym bardziej, że nawet jest ona wyczuwalna lub nie w związkach, na które patrzy się z boku. Trudno mi sobie wyobrazić dłuższe trwanie w związku z kimś, w kim nie byłabym zakochana, to jakbym zaczynała budować stadło z sąsiadem zza tego czy innego płotu, bo się akurat napatoczył;) W związkach z "miłości" wszystko jest raczej ustawiane pod bycie razem, bo zwyczajnie inaczej "nie da się" (mimo sporych czasem zawirowań), więc ja osobiście nie wierzę, że ktoś nie poświęciłby pracy czy czegokolwiek, żeby nie być z tą ukochaną osobą. Ja w ogóle czasem nawet myślałam, że chciałabym mieć takie dwa równoległe życia - życie, które się toczy na bieżąco i takie w stanie początkowej miłości, bo to jest taki inny stan świadomości, ale że jestem w przykładnym stadle małżenskim to mogę sobie tylko czasem z boku gdzieś usłyszeć o czyichs takich pierwszych uniesieniach i takim stanie niedokreslenia związku, ale już z pozytywnym nakierunkowaniem:))) I szkoda by było z tego rezygnować:)
              • glamourous Re: O miłości 26.05.15, 22:23
                Podpisuje sie pod tym postem Paris.
                Tez dokladnie tak to widze. Bycie z kims bez tej energii, bez tego poweru jakim jest milosc w sumie na dluzsza mete jest smutne, zeby nie powiedziec wrecz koszmarne. Poza tym to nie fair w stosunku do osoby z ktora budujemy taki zwiazek. Facet, ktory za nami szaleje, w naturalny sposob domaga sie od nas seksu, bliskosci, przytulenia, pocalunkow... czyli tego wszystkiego, co jest zysta rozkosza, kiedy sie faceta kocha, a co staje sie wrecz nie do zniesienia, kiedy faceta tylko lubimy, ale nie czujemy do niego miety. Te wszystkie uniki i manipulacje ktore trzeba wymyslac, ten brak fizycznej i psychicznej gotowosci na bliskosc z nim, to odczucie, ze nasze cialo jest na "nie" i wrazenie, ze nie jestesmy w stanie ani jego ani siebie uszczesliwic... Przeciez takie zycie w niezgodzie z sama soba, taki totalny brak fazy z czyjas energia moze nas wrecz wpedzic w chorobe !
            • pani.mysz Re: O miłości 26.05.15, 22:36
              A jak związek się nie zaczyna od zakochania to od czego się zaczyna?
              Jesteś z kolejnymi mężczyznami z rozsądku? Ktoś Ci nakazuje?
              Czym się kierujesz wybierając akurat ich?
              • ta.latwopalna Re: O miłości 26.05.15, 23:39
                Odpowiem na razie krótko, bo muszę się kłaść - nigdy nie zaczynam związku z mężczyznami "na zimno" czy z rozsądku (do niedawna nie czułam potrzeby bycia w związku, więc o decydowaniu się z rozsądku w ogóle nie mogło być mowy). Do wszystkich, z którymi się związałam, czułam fascynację. Podobali mi się. Nie było to tak silne uczucie, jak w tym przypadku, gdy się zakochałam, ale był też ten pierwiastek romantyczny. Rzecz w tym, że on relatywnie szybko się ulatniał, czy też przeradzał w spokojne przywiązanie.

                Teraz, gdy o tym myślę, widzę, że tylko obcokrajowiec spodobał mi się od razu - od pierwszego spotkania. W pozostałych przypadkach to byli mężczyźni, z którymi utrzymywałam regularny kontakt, pozostawałam w relacjach koleżeńskich (czy nawet przyjacielskich) i po pewnym czasie (z reguły ok. 3 miesięcy) włączała się ta fascynacja damsko-męska. Żeby rozwiać wątpliwości - mam też przyjaciół-mężczyzn, z którymi żadna fascynacja nigdy się nie narodziła. W tych kilku przypadkach, gdyby ktoś mnie zagadnął na samym początku, powiedziałabym, że to niemożliwe, żeby coś między nami było - choćby potencjalnie, ale po tych paru miesiącach, kiedy ich lepiej poznawałam, zaczynali mi się podobać.

                Zawsze staram się być fair wobec innych ludzi. Jestem szczera i z byłymi chłopakami jestem w dobrych relacjach (jeden nawet zaprosił mnie na swój ślub). Nie chcę nikomu niszczyć życia i na trwały związek bez miłości się nie zdecyduję. To by uderzało nie tylko we mnie, ale głównie w tego Bogu ducha winnego mężczyznę. Teraz, gdy jestem z jednym chłopakiem, a rozmyślam o tym z przeszłości, czuję się z tym okropnie. Ale nie chcę pochopnie przekreślać tej relacji, zwłaszcza że jest bardzo młoda. Czekam na rozwój wydarzeń.
                • vilez Re: O miłości 27.05.15, 09:52
                  Pisząc o wielkiej miłości nie miałam na myśli "jedynej" (która jest rzeczywiście mitem) ani ":romantycznej" (nie tylko, że zestaw mitów, ale w dodatku fuuj-mitów). Miałam na myśli silną i skuteczną, czyli- rzeczową. Miłość dla mnie to działanie, nie- słowa ani marzenia (mam to w zakładce: bleblanie).

                  Natomiast nie mam nic przeciw związkom bez miłości. Byle uczciwie i bez udawania. To nie dla mnie, ale rozumiem, że ludzie mogą chcieć być w związku na pół czy ćwierć gwizdka, czyli w układzie. Byle nie oszukiwali, że kochają ogromnie. I byle nie pitolili, jak to czekają na wielką miłość. Trza brać pełną odpowiedzialność za to, co się robi.

          • glamourous Re: O miłości 26.05.15, 21:07
            > ale w życiu dbać o to, by ten facet, który dzieli z tobą życie dobrze si
            > ę czuł w związku. On też ma jakieś deficyty, skoro lubi zimne ryby, jak ty się
            > zmienisz za bardzo, związek się rozpadnie.

            A ja bym dobremu chlopu nie zawracala gitary, bo taki zwiazek bez chemii to chyba ani dla niej ani dla niego nie bedzie dobry i na dluzsza mete raczej niezbyt rokujacy.
            Nie ma co sie bawic w zwiazki na sile, skoro pani ma taka konstrukcje, ze tylko silne, prawdziwe emocje ja satysfakcjonuja.
            Sa ludzie, ktorzy sie dobrze odnajduja w zwiazkach z rozsadku, ale to musi byc typ taki troche bezemocjonalnego realisty. Tutaj widze, ze pani przywiazala sie do mitu wielkiej milosci - moim zdaniem powinna dac sobie spokoj ze zwiazkami z braku laku i poczekac na kogos z kim znow naprawde zaiskrzy.
    • ada1214 Re: O miłości 27.05.15, 15:10
      Czytam i nie moge nigdzie znalezc informacji, na czym polegala wyjatkowosc tego faceta i zwiazku, oprocz tego, ze bylas w nadzwyczajnym stanie zakochania (co moglo wynikac chocby z tego ze byl obcokrajowcem, moze Wlochem, Hiszpanem, pewnie wygladal oblednie). A jakies konkrety? Na przyklad, ze zawsze moglas na nim polegac, albo ze sprzatal, gotowal, pral? A moze wspolne zainteresowania chociaz?
      Czy tez moze jedyna zaleta jegoz bylo to, ze pieknie mowil o milosci?

      Jezeli w tym zwiazku nie wyszlas poza ramy "zakochania" to radze Ci zrewidowac podejscie, bo stan zakochania, to w istocie czysta chemia- wydzialaja sie w organizmie zwiazki o dzialaniu wrecz narkotycznym (ktore powoduja ten przyjemny stan) , wiec "zakochanie" jest wlasciwie kwintesencja zaspokajania swoich i tylko swoich (mozna rzec egoistycznych) pragnien, a nie miloscia.

      W sumie to zgadzam sie z Triss.
      • vilez Re: O miłości 27.05.15, 16:27
        > wiec "zakochanie" jest wlasciwie kwintesencja zaspokajania swoich i tylko swoich (mozna rzec
        > egoistycznych) pragnien, a nie miloscia.

        LOL A jak chemia się zmniejszy, i nastanie czas "miłości", to się pojawia czysty altruizm...
      • ta.latwopalna Re: O miłości 27.05.15, 16:58
        Nie można znaleźć tej informacji dlatego, że o tym nie pisałam. Skupiłam się na sobie i swoich odczuciach z tego czasu. Chciałabym też uniknąć rozpoznania, bo piszę o bardzo osobistych sprawach, dlatego wolałam nie podawać szczegółów, które mogłyby pomóc go/nas zidentyfikować.

        Ja naprawdę nie jestem pierwszą naiwniaczką, która kupi wytartą bajkę o wiecznej miłości. Wszystkie związki, w których dotąd byłam, były z rozsądnymi, normalnymi mężczyznami. Wybieram dobrze i mam silny radar na bullshit. Byłam tylko w jednym związku z Polakiem, pozostali mężczyźni to byli obcokrajowcy - więc nie zadziałał czar "egzotyki". On też nie wyglądał obłędnie - wyglądał ładnie, ale w gruncie rzeczy dość przeciętnie. I tak, można było na nim polegać, sam rwał się do prac domowych, mieliśmy sporo wspólnych zainteresowań, poza tym był jedną z najoryginalniejszych i najbardziej kreatywnych osób, które kiedykolwiek poznałam (a niełatwo mi zaimponować). Przy nim też poznałam, co to właściwie znaczy "on zawsze potrafi mnie rozśmieszyć". Wcześniej traktowałam to jak wytartą fazę, przy nim zobaczyłam, że rzeczywiście tak może być i że to pomaga. Nigdy się przy nim nie nudziłam (a to dla mnie duża rzecz). Bardzo dobrze się rozumieliśmy. Nie były mu straszne moje zaburzenia psychiatryczne z tego czasu, a wiedział o wszystkim. Mogłabym długo wymieniać. Żeby nie było - miał też wady. Widziałam je wtedy i pamiętam je teraz.
        • paris-texas-warsaw Re: O miłości 27.05.15, 17:37
          I to jest dla mnie właśnie moment, w którym ogólne teorie, że można być szczęśliwym z wieloma partnerami nie opisują jakiegoś wycinka rzeczywistości - bo np. najszczęśliwszym można być tylko z jakąś konkretną osobą, jej cechy są niepowtarzalne i czasem trudno ująć w słowa pewne cechy. I do tego po spotkaniu takiej osoby ma się już pewne doznania, które trudno wymazać. Stąd właśnie nie należy olewać cennych egzemplarzy czegokolwiek:) To w uproszczeniu jak z każdą inną "rzeczą" - ja np. miałam kiedyś niesamowicie odpowiadające mi buty i nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się jeszcze takie nabyć, choć i w innych jest fajnie, a niektóre też mogą być cudowne. Ale nie tak pode mnie dobrane, wygodne, etc. I po "znajomości" tamtych butów pewnych "doznan" nie wymarzę i poprzeczka jest już bardzo wysoko postawiona. A ludzie na większej ilości doznan i potrzeb odpowiadają, więc jest to o niebo bardziej trudne, jak kogoś takiego się "zaprzepaściło". Tak mi się wydaje.
          To z drugiej strony jak z chemią zakochania - każdy proces zachodzący w człowieku ma swoja odpowiedź w mózgu, bo ludzie generalnie mają mózgi, ale między nawet bardzo podobnymi doznaniami w banalnych kwestiach ta "chemia" jest jakoś inna. Na jednym filmie człowiek się dobrze bawi, a na drugim lepiej. Może to kwestia poziomu tej chemi, a może jakichś równoczesnych kilku chemii... Dla ostatecznych doznań nie ma to jednak znaczenia na podstawie jakich to siędzieje procesów...
Pełna wersja