karrioka
26.07.15, 22:54
Zastanawiam się czy istnieje jakiś zdrowy dedlajn na obietnice?
I jak się uchronić przed pułapką czekania na coś "od kogoś" przy świadomości, że w sumie realne jest zrealizować to samemu lub z kim innym ale wtedy in spe dawca się obrazi? I to obrażenie się urasta do większego problemu niż własne czekanie.
Chodzi mi o pełen przekrój różnorodnych sytuacji - od dziecka, które prosi o wspólną zabawę a słyszy "zaraz", po czym wraca po dwóch godzinach i reakcją rodzica jest raczej zdziwienie, że nadal o obietnicy pamięta niż skrępowanie, że długo czekało aż do obietnic typu "przestanę pić alkohol i bić cię, żono, po twarzy"
Mam kilka własnych takich przeżyć akurat na tapecie a jednocześnie, jak się często zdarza, przychodzą do mnie anegdoty z zewnątrz. Np dziewczynka lat 11 której 4 lata temu ojciec obiecał wycieczkę do stadniny, a która nadal czeka i liczy, że zostanie to zrealizowane. Albo kobieta, która czeka na wspólne wakacje od kilku lat, ale słyszy co roku "nie w tym roku, mamy ważny projekt". Jeden z moich problemów też jest zresztą z tej beczki, od dłuższego czasu chcę pojechać do pewnego miasta w europie choćby na weekend, wstępnie zaplanowałam to z X, ale równie dobrze mogę jechać sama, z matką, z córką lub kimkolwiek. X wyraża i podtrzymuje chęć wyjazdu, ale nie robi absolutnie nic w kierunku realizacji. Mam wręcz poczucie, że moje próby realizacji torpeduje. O, jeszcze taka pani, co czeka 25 lat aż pan położy tynk (na co rodzina miała i wydała kilkakrotnie środki).
Takie czekanie na spełnienie swoich potrzeb wydaje mi się jakby więdnięciem, a czasem mierzeniem się z komunikatem gdzie kto ma plany/czas/odczucia osoby, której naobiecywał (i że bynajmniej nie w serduszku lecz wprost przeciwnie i niżej) zastanawiam się, kiedy powinno się właściwie odczepić od obietnicy i przestać ją traktować jak "plan". Po 3 próbach realizacji? Po jednej? Czekać do skutku? Czekać, aż do poczucia złości?
Realizować samemu w najdogodniejszym/pierwszym lepszym terminie i patrzeć czy ktoś się właczy (oczywiście, nie dotyczy dziecka marzącego o wycieczce z tatą)?
Jak reagować na ewentualne wymówki w stylu "przecież ci pół roku temu powiedziałem, że powieszę tę półkę, więc po co się za to zabierasz?"
I przede wszystkim jak radzić sobie z poczuciem rozczarowania, że połową sensu danej rzeczy miało być robienie jej wspólnie i ze wspólnej inicjatywy lub rozczarowania, że się nie zrobiło czegoś samemu wcześniej tylko zmarnowało czas na cudze gawędy?
Jak robicie i jak jest najzdrowiej?