gadoma
25.04.07, 11:50
Piszę po raz drugi, bo nie mogę się pozbierać. Chyba od tego problemu
powinnam zacząć. Z mężem znamy się już 11 lat. Poznaliśmy się na studiach.
Była to miłość od pierwszego wejrzenia (a ja nigdy w takie nie
wierzyłam ).Wszyscy nas podziwiali, że tak bardzo się kochamy, nie kłócimy.
Osiem lat temu wzięliśmy ślub cywilny w Zakopanym, bo oboje uwielbiamy góry.
Obecni byli górale z muzyką. Po 2 latch był ślub kościelny i cudowna podróż
2 tygodnie Cypr-Izrael-Egipt. Nasze życie układało się jak w bajce. W nim
królowała miłość. Wydawało nam się, żez roku na rok kochamy się coraz
bardziej. Bardzo chcieliśmy mieć dziecko i po kilku latach zaszłam w ciążę.
Radość nasza a w szczególności męża nie miała końca. W ciąży mąż bardzo o
mnie dbał i o dziecko, któremu śpiewał piosenki, czytał bajeczki, bawił się
pacynkami ,rozmawiając z dzieckiem, kupił mi 100 utworów Mozzarta, żebym z
dzidziusiem słuchała (uwielbiam jego utwory) itp. Szybko urządzał nowe
mieszkanie, żeby było gotowe na przyjście dziecka, kazał się sfotografować
jak skręca łóżeczko, robił mi zdjęcia w każdym miesiącu ciąży ,do lekarza
jeździł ze mną zawsze, a jak dowiedział się , że to będzie dziewczynka, to
już był dla niego szczyt szczęścia - bo chciał mieć dziewczynkę. No i
urodziła się 8,5 miesiąca temu 3 sierpnia. 5 sierpnia mąż pierwszy raz
zapomniał o naszej rocznicy, kilka dni później powiedział, że nie chce mieć
więcej dzieci. Dwa miesiące po narodzinach stwierdził, że sytuacja go
przerosła. Potem zostawił nas na 8 miesięcy, potem kazał mi się wyprowadzić z
mieszkania, bo to jego mieszkanie. Byłam i jestem w szoku. Jakbym rozmawiała
z innym człowiekiem. Robiłam wszystko co mogłam, aby przekonać go jak dla
mnie jest ważny i jak bardzo go kocham. Nie jestem z tych matek, które
zajmują się dzieckiem 24/dobę ale z tych, które mają czas dla dziecka ale też
dla męża. Rzucił się w wir pracy. Proponowałam, żebyśmy zaczęli wszystko od
nowa może jakaś terapia małżeńska - wyśmiał mnie i powiedził , że on jest
normalny. Wiele razy rozmawialiśmy o tym, żeby się zmienił, przytakiwał a po
kilku dniach było tak samo. Przekonał się chyba tylko do dziecka. Kiedy nas
zostawił, nie było dnia, żebym nie przepłakała i tak do dzisiaj jest.
Podświadomie obwiniałam dziecko, że to ono popsuło nasz związek. Kiedy
słucham utworów Mozzarta mam chęć coś sobie zrobić -to jest bardzo silne. Na
mojej szfce są zdjęcia z okresu ciąży. Najgorsze jest to , że od dnia
urodzenia nie pokochałam jeszcze dziecka. Uśmiecham się do niej na siłę, te
sygnaturki pod tekstem też są na siłę. Nie przechodzi mi przez gardło
słowo "córeczko" czy " mamusia"( chyba ciągle ją obwiniam i chciałabym cofnąć
czas). Po kilku miesiącach nie chciałam już tak żyć ,spotkałam się z mężem i
zaproponowałam rozwód. Odpowiedział" rób co chcesz". Od niedawna mieszka z
nami, bo jak stwierdził to jego mieszkanie i możemy jak na razie zostać.
Wychodzi z domu jak śpimy a wraca, kiedy mała już śpi. Widzi ją tylko w
weekend. Kąpie ją, chodzi na spacer, przewija, a ja dla niego nie istnieje,
nie rozmawia ze mną. Nie mogę się pozbierać, ciągle płaczę, myślę o tym jak
cudownie było jeszcze kilka miesięcy temu. Zastanawiam się czy się rozwieść i
ułożyć sobie na nowo życie, czy zostać z nim dla małej, czy skutecznie
wsłuchać się w utwory Mozzarta. Proszę o pomoc