Dodaj do ulubionych

samotna mama - niewdowa

10.08.07, 01:16
Witam!
Trafiłam tutaj przypadkiem wczoraj wieczorem.
Czytałam dużo do późnej nocy, dziś stwierdziłam, że wypada się
odezwać.
Lektura forum zrobiła na mnie ogromne wrażenie, myślałam o WAS cały
dzień... Ja również jestem samotną matką, tylko zostałam nią w
innych okolicznościach.. Nietrafiony wybór, miłość niewłaściwie
ulokowana, sakrament..który jak się okazało tylko ja traktowałam
bardzo poważnie...
Mój ex-mąż wyszedł z naszego życia jak z WC - wyszedł
nieodwracalnie i myślę, że na zawsze. Zostałam sama z
czteromiesięcznym synkiem, upokorzona, wykończona emocjonalnie i
psychicznie.
Przetrwałam trudny okres. Mały ma 5 lat. To On dal mi się siłę żeby
się podnieść i motywacje aby iść do przodu. Psychicznie wspierali
rodzice, przyjaciele i ..teściowie. Ja też tęskniłam mimo wszystko-
zostałam brutalnie zraniona przez kochaną osobę, która okazała się
okrutna i nieobliczalna w postępowaniu.. ale przecież wyszłam za
niego z miłości..

Teraz po latach doceniam to, że wszystko zakończyło się tak nagle i
definitywnie. Mały ma spokojne dzieciństwo i stabilną emocjonalnie
matke, nikt nie szarpie jego kruchej, dziecięcej psychiki, żyjemy w
spokoju, pokoju i harmonii. Wspomnienia bolą, ale jak ktoś tutaj
napisał -czas nie leczy ran tylko pozwala sie oswoić z sytuacją.
Mnie też - tak jak Wam- zawaliło się życie, plany, wyobrażenie o
bliskiej i odległej przyszłości. Miałam 27lat. Wtedy często
myślałam, że o wiele łatwiej owdowieć niż przejść przez piekło
takich przeżyć jakie były moim udziałem. Teraz po przeczytaniu
Waszych postów już nie zaryzykuję takiego stwierdzenia..
Wasze wypowiedzi są takie autentyczne, naładowane emocjami, łzami,
że były bolesne dla mnie kiedy je czytałam. Żaden film,
książka,reportaż czy nawet bezpośrednia relacja o przeżyciach ludzi
po stracie bliskich nie będzie tak autentyczna jak Wasze
wypowiedzi ..anonimowe, rzucone z rozpaczą w eter.

Mam znajomego, który stracił żonę. Został sam w wieku 28 lat z 4-
letnia córeczką. Cierpiał w samotności,nie opowiadał o swoich
przeżyciach - utkwiło mi w pamięci jego stwierdzenie" po nagłej
stracie ukochanej osoby czujesz się tak jakby Ci ktoś obciął jedną
rękę i jedną nogę". Gdybym tutaj nie trafiła nie potrafiłabym do
końca zrozumieć co czuł. Uważałam, że jego przeżycia w porównaniu z
moimi są.."lżejszego kalibru", byłam wtedy bardzo skoncentrowana na
swoim nieszczęściu.

Wiem jak trudno być samotną mamą. Jak trudno walczyć ze
stereotypami które tkwią w społeczeństwie - wiadomo "rozwódka z
dzieckiem" wywołuje negatywne skojarzenia w naszym kraju. "Wdowa"
pewnie nie wywołuję tylu złych emocji. Nawet sama siebie
postrzegałam jako człowieka gorszego sortu - ROZWÓDKA.

Wiem też, że gdybym mogła cofnąć się te 7 lat wstecz i zmienić bieg
wydarzeń to nie zrobiłabym tego. Mam synka, dla którego WARTO było
tyle wycierpieć.Uważam, że dzieci są największym szczęsciem jakie
może spotkać dorosłego i dojrzałego człowieka. Do dzis nie mogę
wyjść z podziwu, że ja byłam w stanie dać życie takiemu małemu
szkrabowi a miałam do tej pory 5 lat, żeby pojąć ten cud, który
stał się moim udziałem i nie potrafie :) Myślę, że takie podejście
do samotnego macierzyństwa bardzo pomaga - przynajmniej mnie. Na
dzień dzisiejszy pozostaje mi jedynie żałować, że mam tylko ( i
aż!) jedno.
Boli, że synek wychowuje się bez taty. Ja mam wspaniałego ojca,
więc mam tą cholernie bolesną świadomość co traci:( I jeszcze
gorzej się czuję,kiedy pomyślę że ja mam w tym swój udział- on nie
jest niczemu winien, winni są Ci, którzy powołali go na świat....
Mam też trudności z wyjaśnieniem mu co stało się z jego ojcem.
Pewnie to niestosownie zabrzmi, ale łatwiej chyba wytłumaczyć
dziecku, że rodzic umarł niż, że poszedł sobie w siną dal i miał
swoje dziecko gdzieś.
Bardzo pomaga postać rybki Nemo - tłumaczę, że niektore dzieci mają
tylko tatę (jak Nemo..mamę pożarł rekin) a niektóre tylko mamę (jak
Pawełek).Na razie mu to wystarczy, w szczegóły nie wnika. Polecam
zresztą wszystim tutaj na forum tę bajeczkę-nam bardzo pomogła.

Staram sie być mądra życiowo, nie karmić sie złymi emocjami i nie
pozwalać im kierować moim postępowaniem. Dużo zdrowia kosztowało
mnie na początku, żeby nie odwrócić się zupełnie od rodziców i
rodziny męża. Miałam żal również do nich, pewnie dlatego że główny
winowajca ulotnił się nagle i na dobre zanim zdażyłam zapytać
dlaczego mi to zrobił. Wiedzialam, że nie mają złych intencji, że
opowiedzieli sie po mojej stronie, że i oni zostali porzuceni przez
syna- jedynaka, ale miałam ochote odwrócić sie na pięcie i zerwać
kontakty. Dziś żyjemy w przyjaźni. Ufam im, że nie zrobią niczego
bez mojej akceptacji a Pawełek ma dziadków którzy go bardzo
kochają. Staram się też nie być toksyczną mamą, nie chronię go
kurczowo przed każdym ewentualnym niebezpieczeństwem, pozwalam mu
uczyć się na błędach, nie daję mu dużą swobodę i pozwolę mu w
przyszłości odejść -założyć rodzinę. Tak myśle..
Mam nadzieję, że wyrośnie na dobrego człowieka. Sama też staram się
iść do przodu,mam swoje życie, rozwijam się, kończę specjalizacje a
w pracy nigdy nie mogłam sobie pozwolić na to, żeby przeżywać
osobiste porażki. To mogło mnie kosztować pomyłkę i utrate prawa
wykonywania zawodu a kogoś zdrowie a nawet życie.
Myślę, że taki sposób na swoje życie jest bardzo ważny, żeby w
miare szybko stanąć na nogi chociaż święta, Sylwester i Dzien Ojca
do tej pory są dla mnie ciężkie do zniesienia.


Na koniec chciałam napisać, że w oklepanym frazesie, że nawet po
najgorszej burzy wychodzi słońce jest jednak troche prawdy. Wdowiec
o którym wczesniej wspomniałam jest żonaty ponownie, ma miesięczną
córeczkę. Myślę, że znów jest jednak szczęsliwy - na takiego
wygląda i mam taką nadzieję. O pierwszej żonie nie zapomni i nie
pozwoli zapomniec ich córce, a druga to szanuje.
Ja stoję, przed kolejnym trudnym życiowym wyborem i szansą. Ktoś
przez 3 lata stukał i dobijał sie do mojego zamkniętego na kłódke
serca. Przez długi okres uważałam, że nie wie co czyni bo przecież
jestem rozwódka z dzieckiem, towarem z dolnej półki a on ma czystą
kartę pod tym względem. Kiedy widziałam jak mu zależy podejrzewałam
nawet że jest szalony i że trzeba brać nogi za pas:) Teraz przez te
kilka lat przekonał mnie, że może rzeczywiście jesteśmy
tacy "fajni" jak mu się wydaje ;) Przekonałam sama siebie, że
szczęście może jeszcze być i moim udziałem- to było bardzo trudne.
Oczywiście poza tym co napisałam powyżej spełnił jeszcze podstawowy
warunek - bardzo lubi z wzajemnościa mojego synka, lubi dzieci i
rodzina dla niego ma największy piorytet.
Co z tego wyniknie pokaże przyszłość- człowiek po nieudanym
małżeństwie zawsze ma wątpliwości co do słuszności swoich wyborów.
Po stracie bliskiej osoby chyba nie ma problemu przesadnej
nieufności. Mam świadomość, że nigdy już nie będzie tak jak powinno
być, przeżycia i urazy pozostaną na całe życie. Kiedyś zakładałam,
że będę miała standartowo poukładane życie: mąż-jeden i
sakramentalny,stabilizacja, rodzina, dzieci(2-3), mały domek z
kominkiem, labrador w ogródku.. wyszło inaczej.Podobnie jak u Was.
Pozostaje nadzieja, że statystycznie wyczerpaliśmy limit pecha w
swoim życiu.
Pozdrawiam WAS wszystkich, podziwiam, współczuję. Po przeczytaniu
Waszych tak intymnych zwierzen i wypowiedzi poczułam się w pewien
sposób zawstydzona, jakbym czytała cudzą korespondecje. Dlatego
postanowiłam się ujawnić i podzielić swoimi doświadczeniami
życiowymi samotnego rodzica z nieco innej strony. Mam nadzieję, że
nie będziecie mieć mi tego za złe mimo, że nie powinnam zabierać na
tym forum głosu.
Obserwuj wątek
    • aniawdowa Re: samotna mama - niewdowa 10.08.07, 10:13
      samosiu po przeczytaniu Twojego postu zaraz pomyslałam o mojej najbliższej
      przyjaciółce też jest po rozwodzie, mąz ja zdradzał bił kiedy była w ciązy w
      koncu po rozmowie ze mna i moim męzem ( dodam ze jej mąz był przyjacielem mojego
      juz w szkole podstawowej) jednak wzielismy jej stronę po naszych namowach wraz z
      synkiem nowo narodzonym przeniosła sie do rodziców. On przestał sie do nas
      odzywać. Bardzo długo nie mogła dojsc do siebie tez zaczynała wspaniały okres
      dziecko nowy dom bardzo go kochała. Widziałam ile ja to kosztowało aby nie
      wrócic do niego razem z męzem wspieralismy ją i dała radę. Dziś mijają 3 lata od
      roku jest w nowym zwiazku z naprawde fajnym chłopakiem (odwrotnosc tamtego)
      pokochał jej synka jak własne dziecko dzis mały mówi do niego tata ( prawdziwego
      taty nie zna nie maja kontaktu) Jest to moja najlepsza przyjaciółka połaczyło
      nas jeszcze bardziej to ze brała udział w tym wypadku w którym zginął mój mąż,
      zajeła sie moim synkiem w ten dzień. Wielu przyjaciół moich i mojego meża
      poprostu uciekaja od kontaktu ze mna mysle ze nie wiedza jak sie zachować. Ona
      była jest i bedzie moja przyjaciółką wypadek tego nie zmienił. Ja ciesze sie ze
      znów odnalazła szczescie odnalazła miłosc. Kiedy ja powiedziałam jej o mojej
      nowej miłosci tez przyjeła to ze zrozumieniem cieszy sie moim szczesciem.
      Mysle ze kazda samotna osoba zasługuje jeszcze na miłosc i szczescie.

      Pozdrawiam
      Ania

      "Jest taka cierpienia granica, za którą się uśmiech pogodny zaczyna"

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka