kratka111
02.11.07, 21:28
Moje małżeństwo to porażka. Nie mogę na meża liczyć nawet w
najprostszych sprawach, kran cieknie od 2 miesięcy, karnisz od
miesiąca czeka na zawieszenie, syfon w łazience przecieka, a mąż
czeka aż sama się za to wezmę. Dzieckiem zajmie się tylko jak ma
ochotę, dzisiaj też mnie olał i nie wrócił od swoich rodziców żeby
zajać się małą. Zabiera mi samochód, żebym czasami nie odwiedziła
mojej mamy, albo spisuje licznik jeżeli już go uproszę. Każde
pytanie o pieniądze traktuje jak zamach na jego konto. Nie ma mowy o
wspólnych pieniądzach, ma 120tys na lokacie, niezłą wypłatę a skąpi
na firanki i zasłony. Nie pójdę na wychowawczy, bo wiem że nie da mi
ani złotówki. Chyba bym z głodu umarła. Tresuje mnie jak psa,
ugotować, posprzątać, dzieckiem się zająć. Nigdzie mnie nie
podwiezie, moja siostra przyjeżdża po mnie kiedy chcę gdzieś jechać.
Mam wracać o ściśle określonej porze ...........
Jeszcze milion takich zagrywek mogłabym wypisać, ale wiecie co? Ja
się temu wszystkiemu poddawałam i biegałam jak w kieracie żeby mu
dogodzić, żeby był zadowolony i z łaską pochwalił. Normalnie żyłam w
psychozie, strachu że go nie zadowolę. A on wspaniałomyślnie raz na
ruski rok docenił moje starania i byłam taka szcześliwa!!!
Jakiś miesiąc temu obudziłam się, zaczęłam kontrować i co......
dzisiaj usłyszałam, że jak mi się nie podoba to mogę się wyprowadzić.
A najbardziej się boję że znowu coś mi odbije i będę jego
niewolnicą, już tak nie chcę