Dodaj do ulubionych

zupełnie sama...

12.06.09, 09:19
Wczoraj minął rok i miesiąć i czuję, że wszystko wróciło... Nie daję
już rady... Żyję z dnia na dzień i straciłam już wiarę na to że
kiedykolwiek może być jeszcze lepiej...
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że zostałam całkiem sama... Nie
mam już z kim nawet pomilczeć i przy kim popłakać, bo każdy sobie
myśli, że minęło wystarczająco dużo czasu i już nie ma tematu...
Ciągle słyszę tylko "nie przesadzaj", "już wystarczy", "całe życie
przed Tobą"... Może i mają rację, ale do cholery niech ktoś
przyjdzie i zapyta chociaż jak się czuję... Niech mnie ktoś przytuli
CHOCIAŻ przytuli ;(( Mój boże jak to boli...
Stanęłam w miejsu... Nic mnie już nie cieszy, jestem obojętna na
wszystko... I gdyby nie praca i świadomość tego, że musze się jakoś
zmobilizować i ruszyć rano dupę z łóżka, nie wychodziłabym z domu
już w ogóle...
Niedawno była u mnie kuzynka z zaproszeniem na ślub... Wszyscy będa
z osobami towarzyszącymi i jak tylko o tym myślę to od razu mi się
odechciewa... Najchętniej poszłabym sama, ale z drugiej strony nie
chcę tam siedzieć jak taki kołek... Ale z kim mam iść?? Kogo mam
targać ze sobą na siłę...? Już sobi wyobrażam to wesele.. Znowu będe
tylko udawać, że jest fajnie, a w środku będe cała krzyczeć bo wiem
że moje marzenie żeby założyć białą suknie i wyjść za człowieka
którego kochałam najbardziej na świecie już się nie spełnią...
Mam ochotę krzyczeć, nie mam siły już udawać!! Ciąglę to JA słucham
o problemach innych, ale niech chociaż RAZ ktoś zapyta o to jak JA
się czuję!
Tak strasznie boli... ;(((
Obserwuj wątek
    • xxxkarolinkax Re: zupełnie sama... 12.06.09, 15:56
      <przytula>

      piszesz,że minął rok. aż rok lub tylko rok. dla jednych to baaaardzo dużo czasu.
      i dlatego Oni pewnie, myślą, że skoro dla nich to szmat czasu to dla Ciebie też.
      i że rzeczywiście już powinnać sie podnieść, iść dalej z podniesioną głową..po
      prostu zyc dalej nie wracając do tego co sie stalo. uważają, że tak bedzie dla
      Ciebie lepiej. że przecież to już rok. ile można tak rozpaczać..
      może nie umieją zrozumieć, że nawet po roku może cie dopaść znowu ten stan z
      'kliku dni po'..może też nie wiedzą co zrobić..czy wracać do tego tematu, czy
      nie zauważać, żeby nie rozdrapywać ran, które ich zdaniem się juz zagoiły..może
      może może.

      Ale dla Ciebie (jak nas wszystkich tutaj) czas nie ma znaczenia. dla nas cały
      czas jest 'dzień po'..dla nas cały czas jest to świeże..i potrafi boleć po 10
      latach. dla Nas czas jest pojęciem względnym.. nie ma czegoś takiego, że z
      czasem zapominamy.. jedynie z czasem oswajamy się z tą myślą, że zostałyśmy
      same, bez tych Najważniejszych. I pewnie każda/y z Nas nienawidzi stwierdzenia
      "czas leczy rany"...bo takich ran nic nie uleczy.

      u mnie minął dopiero miesiąc, a sa osoby, które wiedzą, że jest mi "troche
      smutno" (jak to same określiły). dlatego wole, żeby takie osoby nie pytały mi
      jak się czuje. troche smutno to może być jak ci pies zdechnie!!zero taktu.
      zdarza się. i też znam to jak kazdy mówi tylko o swoich problemach, zapominając
      o tym jaką stratę Ty ciągle przezywasz..jak to mówią - są ludzie i parapety.

      (przepraszam, za ten sarkazm)

      Kochana, napewną są jeszcze wokół Ciebie ludzie do których zawsze możesz pobiec,
      posiedzieć, powspominać tego ukochanego człowieka.. nawet jak nie bedą wiedziały
      co powiedzieć to po prostu będą.
      a jak takich nie znajdziesz.. to pisz tu. po to jest to forum. tu kazdy przezywa
      taką samą tragedie. nie ma stopniowania - ta ma gorzej, a tamten lepiej.
      wszystkich tu jednoczy ten sam cel - wstać z ziemi po takim ciosie jakim jest
      śmierć ukochanej osoby.

      wiem, że boli. wiem, że czasem aż nie ma siły, żeby oddychać. wiem, że nie można
      spac..że w ciągu jednego dnia myslisz "chyba jest lepiej" a drugiego leżysz na
      podłodze i wyjesz z rozpaczy...bo tak niestety wyglada Nasz połamany świat.
      niczego nie można przewidzieć. wszystko jest jakby obok..wszystko płynie. tylko
      my ciągle w tamtej chwili.w tamtym świecie. zmiażdżeni codziennością.

      nie napisze "będzie dobrze" bo któż to może wiedzieć jak będzie?
      napisze tylko - płacz ile chcesz, krzycz, drap pazurami..upadaj tyle razy ile
      chcesz..tylko po kazdym upadku staraj się choć być na kolanach jeśli nie
      potrafisz wstać. 3maj się i walcz dzielnie z codziennością. walcz tak jak
      walczyli Nasi Najważniejsi.
      • tilia7 Re: zupełnie sama... 12.06.09, 21:49
        Zgadza się ludzie nie rozumieją tego bólu, niektórzy z głupoty, inni może by i
        chcieli, ale tych uczuć nie da się zrozumieć, jeśli się ich nie przeżyło.Ja się
        cieszę, że dwie najbliższe mi w tej chwili osoby-mama i siostra nie wysilają się
        na płytkie pocieszenia i mówią:"nam jest ciężko w tej sytuacji a co Ty
        przeżywasz, nawet nie potrafimy sobie wyobrazić".Jestem im za to
        wdzięczna.Czasem jest tak, że ktoś mylnie odczytuje nasze uczucia, nie ze swojej
        winy.Bo na przykład, kiedy ja zaczynam płakać, to mama zaraz przychodzi mnie
        przytulić i wtedy się o mnie bardziej martwi.A ja paradoksalnie, kiedy płaczę,
        to czuję ulgę.Najgorzej, najciężej jest wtedy, kiedy z pozoru jest ok.Jem
        śniadanie, wychodzę do pracy, głaskam kota-dla postronnych obserwatorów wygląda
        na to, że nic mi nie jest.A ja się zmagam z każdą chwilą, każda chwila mi
        uświadamia, że jem to cholerne śniadanie sama, że nie zadzwoni do pracy, że
        nigdy nie będzie wymarzonego rudego kota który byłby nasz wspólny.Ja wtedy
        cierpię najbardziej,choć wyglądam na zupełnie spokojną.Może gdyby ktoś miał
        odwagę spojrzeć mi wtedy w oczy, to zobaczyłby to cierpienie, ten smutek, tą
        rozpacz.A że akurat nie płaczę?Bo ból czasem tak paraliżuje, że nawet łzy nie lecą.

        Ja dzisiaj pół dnia spędziłam na szukaniu sukienki na ślub siostry.Rozpacz,
        rozpacz, rozpacz.Bo pójdę na ten ślub sama, bo choćbym miała najpiękniejszą
        sukienkę świata, to jakie to ma znaczenie, skoro On tego nie zobaczy, nie powie
        "jak pięknie wyglądasz":(((Wszyscy będą z kimś, tylko ja sama, sama, sama...

        Karolinka masz rację, trzeba walczyć, choć jest piekielnie ciężko, ale
        trzeba.Dla siebie i dla nich,żeby mogli być dumni, że kochają(tak, czas
        teraźniejszy został użyty świadomie-bo przecież kochają nas stamtąd i nigdy nie
        przestaną)takie dzielne kobiety
      • justynakm1 Re: zupełnie sama... 14.06.09, 22:52
        Kochana, ja juz 2 wesela kuzynow ominelam... u mnie dopiero 3.5
        mies, ale ja na sam widok kartki z zyczeniami placze, nie moglambym
        patrzec na radosc innych. Moja suknia nadal wisi w szafie.. wiem, ze
        powinnam ja wyjac i sprzedac ale nie umiem. nie mam sily, zeby ja
        wyjac i pamietac jak ja kupowalam, jak pieknie w niej wygladalam,
        jak wierzylam, ze KUbus bedzie mna zachwycony... a On jej nawet
        nigdy nie widzial.
        Czas jaki minie nigdy nie jest wystarczajacy bo teskni sie zawsze i
        samotnosc tez jest codziennoscia.. mimo rodzciow, przyjaciol..brak
        ukochanej osoby jest tak samo dotkliwy.
        przytulam.
    • anaveronika Re: zupełnie sama... 12.06.09, 23:31
      bo to jest tak, ze jesli ktos sam tego nie przezył, to nie zrozumie. Moze miec nawet dobre checi, ale nie zrozumie.
      Gdy ja cieszyłam sie z poznania Konrada, spotykalismy sie 2 miesiące, owdowiała moja kolezanka. Dowiedziałam sie o wszystkim juz po pogrzebie jej męza. Oczywiscie, ze było mi bardzo przykro. Ale ja mialam wtedy swoje szczesliwe zycie, nową wielką miłosc i tak naprawde tylko to mnie interesowało. Wczoraj z telewizji dowiedziałam sie o smierci, kogos, kogo znałam. Zrobiło mi sie smutno, teraz już wiem co czuje jego zona i dzieci.

      Z jednej strony rok to bardzo duzo. Duzo, bo zastanawiam sie, jak moglam przezyc taki bol i rozpacz. A z drugiej to bardzo krotko, tak jakby moj mąz wyszedł z domu wczoraj. Ten rok od Jego smierci minie za kilka dni, rok temu o tej porze, jeszcze mialam nadzieje, ze sie uda, ze wyjdzie ze spiączki, ze bedzie cięzko ale przezyje.

      Zostalam sama z niemowlakiem, synek ma pol roku. Jest cięzko, wsparcie rodzicow to nie to samo. Mialam dzis pierwszy raz egzamin na prawo jazdy. Nie zdałam, nawet nie spodziewałam sie, ze zdam. Ale gdyby Konrad zył, to by mnie przytulił, pocieszył i powiedział: zdasz nastepnym razem, nie martw sie bedzie dobrze. Zawsze tak mowił, zawsze mnie wspierał.

      Poki co, nie potrafie sie cieszyc szczesciem innych. "na szczescie" nie musze nawet udawac, nie ma takich okazji, zadnych wesel, chrzcin, rodzinnych zjazdow. Ale jest mi smutno gdy widze młodych ojcow kupujących pieluchy, czy na placu zabaw z dziecmi. Wiem juz ile straciło moje dziecko, ile ja straciłam. Nie mysle o tym, ze jestem jeszcze młoda, bo czasem czuje sie jak staruszka. Nie mysle o układaniu sobie zycia. Nic nie planuje, wiem, ze mam rano wstac, wyjsc z domu i pojechac do pracy. Co dalej, nie wiem, poza tym, ze wykupilam trzecie ubezpieczenie na zycie.
      • wdowa120309 Re: zupełnie sama... 13.06.09, 22:25
        Sama nie wiem co napisać....właściwie to napisałyście juz wszystko o czym ja
        myślałam....macie rację " nikt nie zrozumie naszego bólu tak jak te osoby co
        straciły kogoś" U mnie wczoraj minęły straszne 3 miesiące.....((((((
        Dzis byłam u mojego taty ...on tez stracił żonę ( moją mamę jak był bardzo
        młody) Przepraszał mnie że nie poruszał za bardzo tematu o moim Jarku ale wie co
        czuje i wie jak bardzo cierpię. Na koniec powiedział mi ..."dziecko tak bardzo
        chciał bym zabrać od ciebie to cierpienie ale nie mogę.....i zaczł płakac jak
        mały chłopiec ....przytuliłam sie do niego i starałam się pocieszać...(((( ale
        serce mi pękało na kawałki dopiero w drodze powrotnej w pociągu łezki leciały po
        policzkach a tak bardzo chciało mi sie wyć. Jak wyjezdrzałam z domu tato
        powiedział że on po dwudziestu pięciu latach może powiedziec że taka rana nigdy
        ie nie zabliźnia...ona stale krwawi...raz micniej raz lżej...ale stale
        krwawi....(((((
        • tilia7 Re: zupełnie sama... 14.06.09, 13:19
          Tak niestety będzie.Pewnie każda z nas jest trochę inna, u jednych ta rana
          trochę się zabliźni u innych mniej, u jeszcze innych wcale.Ale nie zapomni się
          nigdy.Ja do końca życia będę się zastanawiać, co jeszcze mogłam zrobić, kto był
          winny, jak można było pomóc?Czy można było pomóc?I zawsze będę pytać, dlaczego
          to się stało?Dlaczego, mimo mojej miłości, stało się coś tak strasznego?
          I nie wierzę, że ten ból kiedykolwiek przejdzie.Staram się nauczyć z nim
          żyć.Tylko tyle i aż tyle.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka