Dodaj do ulubionych

Żłobki, przedszkola i wszelkie zło

12.03.11, 21:32
Kilka refleksji, które zrodziły się w mojej głowie po przeczytaniu tekstu M. Środy i wywiadu z Anią:

1. Chodziłam do przedszkola na początku lat 90. Do zwykłego, państwowego "molocha" (jestem z rocznika 88, więc baaardzo licznego jak na obecne realia), w którym na 2 panie przedszkolanki przypadało bez mała jakieś 30-40 dzieci. W przedszkolu spędzałam pełną dniówkę: od 7-8 rano, do 16 po południu, no albo później, w zależności, kiedy mama wracała z pracy.

2. Zaczynałam od maluchów mając 3 latka i dobrnęłam do starszaków. Ani ja ani moje otoczenie nie stwierdziło u mnie ani opóźnienia umysłowego, ani objawów chorób psychicznych, ani nadmiernej agresji, czy problemów w nawiązywaniu kontaktów.

3. Ba! Jako 6 latka poszłam do szkoły, bo panie przedszkolanki zauważyły, że się nudzę na zajęciach i szybko się uczę. Więc jakoś te dwie panie przedszkolanki dały radę "dostrzec, poznać i wpierać dziecko z osobna", czego pani Ania sobie nie wyobraża. To jej zdanie i ja je szanuję, ale wkurza mnie, gdy ludzie postrzegają wszystko co państwowe jako złe (argumenty przeciw poniżej).

4. Obecnie mam 23 lata, kończę studia na Politechnice Śląskiej, a w perspektywie mam studia doktoranckie. Od 8 miesięcy jestem żoną. Chodziłam do państwowego przedszkola, równie państwowych: podstawówki, gimnazjum, liceum. We wszystkich tych państwowych instytucjach zdobyłam kawał świetnej wiedzy i nigdy nie musiałam się wstydzić, że chodziłam do zwykłych, nierenomowanych szkół. Częściej okazywało się, że mam lepsze wyniki od ludzi, z "lepszych" szkół.

5. Przedszkole wspominam z sentymentem. To nie był raj, bo zdarzały się draki z rówieśnikami (o zabawki, o przywództwo - tak, tak, o władzę dzieci też walczą), z paniami przedszkolankami (np. kiedy przekarmiłam rybki w przedszkolnym akwarium), czy z paniami kucharkami (gdy rozlałam trzy razy pod rząd mleko z kubka). Zdarzał się też płacz. Ale zdecydowanie więcej było śmiechu, zabawy, radości, muzyki, wierszyków, teatrzyków, kolorów w środku zimy, akademii z okazji dnia mamy, taty, babci, dziadka, balów karnawałowych, uczenia się czytania i pisania, ale również odpowiedzialności (np. za rybki...), koleżeńskości, zasad bezpieczeństwa, itd.

6. Powtarzam, przedszkole nie było utopią! Jako 3 lub 4 latka wróciłam do domu z rozerwanym uchem, bo pani przedszkolanka przebierając mnie do leżakowania nie zauważyła zahaczonego o koszulkę kolczyka. Zdarzały się panie przedszkolanki "z powołania", które potrafiły z dziećmi być, z nimi rozmawiać i z szacunkiem je traktować. Ale były i takie, które do osiągnięcia swoich celów stosowały krzyk.

7. W przedszkolu nie było telewizora, nie pamiętam, byśmy siedzieli kiedykolwiek przed ekranem. Były zabawy, były posiłki, była rytmika i było super.

8. Do żłobka nie chodziłam. Miałam ten komfort/przywilej, a może pecha (?), że do 3 roku życia byłam, razem z o 2 lata starszym bratem, pod opieką ukochanej mamy. Może do przedszkola też bym nie trafiła, ale z przyczyn finansowych mama musiała iść do pracy, a dzieci do przedszkola.

9. Nie można wszystkim nakazać/zakazać posyłania dzieci do żłobków/przedszkoli. Zdania są podzielone. Opierając się na własnym doświadczeniu, twierdzę, że nic nie straciłam, a wiele zyskałam na uczęszczaniu do przedszkola. Uważam również, że takie miejsca są potrzebne i pozytywnie wpływają na rozwój dzieci. Znam kilku małych ludzi, dla których przedszkole było zbawieniem.
W pierwszym przypadku 6 letnia dziewczynka, dzięki pójściu do zerówki wreszcie ma kontakt z rówieśnikami, bo przez ciągłe siedzenie w domu z mamą i starszym rodzeństwem, albo z dziadkami, starzała się, a nie rozwijała. Nabrała energii i ze "starej maleńkiej" zmieniła się w rozbiegane, hałaśliwe dziewczątko!
W drugim przypadku, przedszkole uchroniło jedną rodzinę od kataklizmu i zagłady, a na pewno od rozstroju nerwowego rodziców i starszej siostry pewnej trzylatki, która gadatliwością, energią i mobilnością przewyższała wszystkich dorosłych o głowę. Na dzień dzisiejszy owa trzylatka kategorycznie odmawia opuszczania przedszkola pod groźbą płaczu i histerii - tak jej się podoba (wreszcie są wokoło dzieci!!!).

10. Uważam również, że twierdzenie, iż przedszkola/żłobki niszczą tradycyjną rodzinę, czy jakikolwiek inny model rodziny, jest bzdurą. Co więcej, nie rozumiem dlaczego katolickie media tak negatywnie odnoszą się do pomysłu przedszkoli/żłobków. Jestem katoliczką i wiem, że od dawien dawna, tak jak szkoły, także przedszkola i żłobki prowadziły siostry zakonne, np. Niepokalanki i prowadzą je po dziś dzień i "dają radę".

11. Jestem świadoma, że czasami zdarzają się i wypadki, i choroby, i w skrajnych przypadkach również molestowanie, ale nie wiem, czy da się temu zupełnie zapobiec, chociaż w pełni popieram programy uczulające na bezpieczeństwo dzieci.

12. Wszystkim przeciwnikom żłobków/ przedszkoli radzę, żeby zamiast straszenia matek i ojców apokaliptycznymi skutkami otwierania żłobków/przedszkoli, wymyślili realną alternatywę dla żłobków/ przedszkoli, tak by rodzice mogli cieszyć się wychowanie dzieci i zarabiać na życie.

Tyle ode mnie.
Obserwuj wątek
    • gatgat Re: Żłobki, przedszkola i wszelkie zło 12.03.11, 22:25
      Bardzo cieszę się z kolejnej trafnej wypowiedzi pani Środy. Okazuje się bowiem, że niesłusznie pokładam nadzieje we funkcjonowanie rodziny i małżeństwa, niechybnie powinnam zrezygnować z planu własnoręcznego wychowania dziecka i fanaberii jaką jest urlop wychowawczy. Co za ulga! Nareszcie ktoś głośno i wyraźnie powiedział, iż rodzina jest złem pełnym patologii, godząc się na ślub podpisze jednocześnie cyrograf opatrzony klauzulą małżeńskiego bicia i poniżania. Mało tego - obrączka nie tylko mnie ogłupi i cofnie do połowy dziewiętnastego wieku - co gorsze uczyni ze mnie tyrana, nie interesującego się losem nikogo poza mną i mężczyzną, a już zwłaszcza potomstwa, które przecież może sobie samodzielnie zaspokajać podstawowe biologiczne potrzeby.
      Na szczęście, jeśli nawet w chwili umysłowej ciemnoty zdarzy mi się wyjść za mąż i zaciążyć, pani Środa ma dla mnie jeszcze ostatnią deskę ratunku - żłobek! O tak, dzieki żłobkowi moje biedne wydane na ten podły świat dziecię nie tylko zaprzestanie kradzieży (której z pewnością je nauczę jeszcze w wieku niemowlęcym, wtykając mu za pieluchę nielegalnie zdobyte smoczki, lub co gorsza - batoniki), lecz nawet nabędzie nawyku płacenia podatków! Oh, jak cudownie będzie widzieć trzyletniego szkraba płacącego w sklepie za lizaka, pełnego świadomości na temat VATu, jaki opłaca ze swej świnki skarbonki! Jeśli pani Środa sie nie myli to jeszcze przed przedszkolem będziemy mieć w domu w pełni oświeconego, usłużonego obywatelka europejskiego, który w swych pierwszych słowach przekona nas do udziału w wyborach - czego niechybnie nauczą go żłobkowe opiekunki!
      A mając tak usłużnie i pieknie wychowane dziecko już w kilkanaście tygodni po porodzie będę mogła upchac zwiotczałe ciało pod koszule i marynarke i radośnie spędzać 9-10 godzin w pracy i na dojazdach do niej, dzieki czemu wysokość mojej emerytury spadnie po jednej ciąży tylko o kilka, a nie kilkadziesiąt procent.
      Jedynie kilka spraw nadal mnie tu niepokoi. Czy spędzając czas w pracy będę mieć wystarczająco dużo czasu by obwozić potomstwo po posterunkach policji - gdzie w obywatelskiej postawie niechybnie będzie ono zgłaszać wszelkie przejawy złodziejstwa, zabierania zabawek i uzywania niecenzuralnych określeń typu "motyla noga"? I nie wiem czy mój mąż -w końcu gwarantowany tyran i pijak zgodzi sie wyrzucić telewizor, który przeciez odpowiada za dużą część dziecięcej demoralizacji?
      • offka.pl Re: Żłobki, przedszkola i wszelkie zło 13.03.11, 01:09
        Popieram ustawę żłobkową, a jednak tekst Pani Prof. M. Środy mnie zmierził.

        Z wykształcenia jestem psychologiem, za mną sześć lat pracy z dziećmi i z ich rodzinami. Mierzi mnie, że w tym tekście, jak i rozmowie z Kasią, ignoruje się psychologię dziecka.
        Daleka jestem od stwierdzenia, że żłobki doprowadzają dzieci do chorób psychicznych. Jednak uważam, że nie pozostają bez wpływu na kształtowanie się osobowości dziecka. Zachęcam do zapoznania się m.in. z teorią przywiązania J. Bowlby i z książką "Bliskość w rodzinie: więzi w dzieciństwie a zaburzenia w dorosłości" pod redakcją naukową P. Prof. B. Tryjarskiej.

        Pracowałam w żłobku i (piszę tu o około 70 - 80 % dzieci):
        - okres adaptacyjny trwał średnio 2 - 3 tygodnie. Adaptacja to płacz, krzyk; podchodzenie do do drzwi i bicie w nie rączką; podchodzenie do opiekuna i prowadzenie go do drzwi; wołanie "mama, tata".
        Tak, po 2 - 3 tygodniach dziecko się adaptuje. Widzi, że jego zachowania nie przynoszą rezultatu i owe zachowania porzuca. Godzi się z rzeczywistością, adaptuje. Tyle, że ta adaptacja takiego malucha sporo kosztuje.

        - niestety, "układ odpornościowy dziecka protestuje na skutek odseparowania od matki". Tydzień w żłobku, miesiąc w domu, i tak na zmianę.
        W swojej pracy spotkałam się z przypadkiem, kiedy dziecko w wyniku separacji z matką, przestało rosnąć i się rozwijać. Wszystko wróciło do normy, kiedy matka ponownie była blisko dziecka.
        Piszę o tym po to, aby nie straszyć, ale po to, aby uświadomić.

        - radosne reagowanie na siebie kilkunasto - miesięcznych dzieci nie jest jeszcze zabawą. Zabawa jako współdziałanie pojawia się znacznie później.
        Dla dziecka do około 3. r.ż. najważniejszy jest kontakt z jedną dorosłą osobą (rodzic, opiekun, wychowawca).

        Są różne żłobki. Żłobki - przechowalnie i żłobki - miejsca prawdziwie rozwojowe. I oby takich było jak najwięcej!

        Dobrze, że mamy możliwość decydowania o sobie i naszym życiu. Wyborów dokonujmy rozważnie i świadomie.

        Uważam, że rodzina (ale nie tylko) "może należycie wychować i skutecznie przygotować zarówno do życia społecznego, jak i do przestrzegania standardów moralnych". Oboje z Mężem zostaliśmy w takich rodzinach wychowani, a teraz to kontynuujemy wychowując naszego 15 - miesięcznego Synka. I staramy się, aby nasz dom był dla Niego miejscem jak najbardziej rozwojowym :).
        • meg303 Pani Środo, kocham panią. 13.03.11, 10:31
          Za to co pani napisała o żlobkach.
          Moja sytuacja jako matki jest specyficzna, mam 18 letnią corke i 9 miesięcznego syna. Mam 41 lat. Moglabym zostać w domu przez trzy lata z synkiem, tak jak zrobiłam w przypadku starszej corki. Oczywiście kosztem zaciskania pasa, rezygnacji z wielu rzeczy, ograniczania własnych i nie tylko potrzeb do minimum...
          Ale... moja corka za rok zdaje mature, mam odmowić jej pieknej sukienki na studniówke, imprezy na osiemnastkę, dodatkowych zajęć z matematyki( marzy o politechnice)?
          Mam ją wyslac do pracy w biedronce?
          Jestem matką dwojga dzieci , chce i musze wrocić do pracy.
          Będe z moim synkiem przez pierwszy rok jego życia, będe do tego czasu karmić go piersią, będę tylko dla niego. Na więcej mnie, nas nie stać.
          Dziękuję, że zmniejszyła Pani moje poczucie winy jako wyrodnej matki oddającej 14 mies dziecko do żlobka.
        • lena575 Re: Żłobki, przedszkola i wszelkie zło 14.03.11, 12:44
          Droga pani psycholog. Okres adaptacji malutkiego dziecka w nowym środowisku jest i tak najkrótszym z okresów adaptacyjnych człowieka jakim w życiu musi sprostać. A każdy w nowym środowisku musi taki okres przejść, czy to zaczyna się żłobek, przedszkole, nową szkołę czy pracę ... I to, obawiam się, wcale tak nie jest, żę im później tym lepiej ...
          Pamiętam z mojej pierwszej klasy szkoły podstawowej ciężkie czasy jedynaków niechodzących wcześniej do przedszkola. A "zerówki" wtedy nie było. Mój mąż, też jedynak, pamięta traumę z pierwszej swojej klasy, gdy spora część klasy już się znałą z przedszkola a on nikogo. Pamięta jak uciekał ze szkoły do domu. Do tego dochodziły żarty i naśmiewania się kolegów. A rodzic(matka) siedzący na korytarzu wcale nie pomaga.
          Moja córka, która w wieku niespełna 3 lat poszła do żłobka (jest z "wyżu demograficznego" i musiała rok chodzić do żłobka) też miała trudny okres adaptacyjny, po prostu nie chciałą tam chodzić. Syn mojego kolegi, który w zeszłym roku poszedł do zerówki (wcześniej zaopiekowany przez babcię) przez miesiąc płakał przed wyjściem z domu.
          Moja córka w ogóle nie pamięta żłobkowej traumy, syn mojego kolegi pamiętał to będzie.
          Do tego, kiedyś ludzie pośiadali więcej dzieci i one w takiej grupie uczyły się współdziałania. Dziś właściwie mamy prawie samych jedynaków i lepiej nie będzie.
          • rannie.kirsted Re: Żłobki, przedszkola i wszelkie zło 15.03.11, 13:29
            ja troche zaluje ze nie chodzilam do przedszkola. prosto z domu gdzie bylam wychuchaną, wypieszczoną najmlodsza corka, z duzo starszym rodzenstwem, trafilam do zerowki gdzie wiekszosc dzieci byla po przedszkolu. ja takiego doswiadczenia nie mialam i pierwsze pare miesiecy w zerowce bylo dla mnie trauma. budzilam sie rano z bolem brzucha i prosilam mame, zebym mogla zostac w domu. oczywiscie mialam kolezanki z podworka, ale to nie bylo to samo co grupa obcych dzieci z ktora zostawalam sama na pol dnia, z daleka od mamy, rodziny. dla mnie to bylo naprawde potworne doswiadczenie.
            to taka przestroga dla tych co mysla ze zlobek, przedszkole to zlo i najlepiej chowac dzieciaka pod spodnica do 7mego roku zycia.
    • lottanyman Re: Żłobki, przedszkola i wszelkie zło 14.03.11, 18:38
      Najpierw przeczytałam wywiad z Anią bez nazwiska. Czytałam i z każdym zdaniem nie mogłam z coraz większego zdumienia. Nie wiem komu przyszło do głowy przeprowadzać wywiad z dziewczyną, która wygłasza stek bzdur na temat rozwoju społecznego dziecka, tylko na podstawie tego , ze jako 3 miesięczne dziecko usmiecha się na zdjęciach ze złobka... Nie rozumiem tylko hipokryzji owej Ani, kiedy mówi, że chcieli oddać dziecko do państwowego zlobka, ale już do państwowego przedszkola to nie bardzo bo za duzo dzieci... Padłam.
      Swietny artykuł p.Magdy Srody , no.. moze poza przytoczeniem obrazka o witających się 10 miesiecznych dzieciach żółwikami. Bez komentarza.
      Chodziłam do żłobka. Byłam ulubienicą pań kucharek z opowiesci mojej mamy, mówiłam mnóstwo wierszyków, byłam b.samodzielna. I dzielna. W złobku był mój brat i moja siostra.
      Mama nosiła paniom smietanę 30% i miód, zeby panie od czasu do czasu wzięły jej dzieci na ręce, bo zazwyczaj zastawała je na podłodze płaczace z gilami po pas.
      Ja zyłam w poczuciu, ze było mi w złobku swietnie az do pewnego pieknego dnia... Mając 17 lat przechodziłam ulicą w obcym miescie, i ni z gruszki ni z pietruszki do mych nozdrzy dobiegł dziwny, ale skadś znajomy zapach... Nie wiedziałam, ze w budynku obok znajduje się żłobek, była wiosna, okna były pootwierane na oścież. Usiadłam na chodniku. Zapach mnie powalił. Wylewały się ze mnie potoki łez, trzęsłam się. Miałam 17 lat. Nie rozumiałam kompletnie swojej reakcji. Przysięgłam sobie tylko, ze moje dziecko nie trafi do złobka.
      Niestety, trafiło. Maż opuścił nas, kiedy córka miała rok. Po kilku miesiącach znalazłam pracę, 3/4 pensji oddawałam opiekunce ( najtanszej jaka udało mi się znaleźć) i drżałam, czy małej nic sie nie stanie, bo nie do końca ufałam tej pani. Stanęłam na głowie i zdobyłam dla dziecka miejsce w państwowym złobku. Tak, uważałam, że tam będzie bezpieczniejsza, będzie miała kontakt z dziecmi, dodatkowe zajęcia. No i kwestia finansowa. jedyne 300 zł. córka była odważnym i pogodnym dzieckiem. Nie spodziewałam się jednak, ze tak źle będzie znosic okres adaptacyjny. trwało to ponad 4 tygodnie. Byłam z nią przez kilkanaście minut, na więcej pracodawcy nie mogli lub nie chcieli pozwolić, spóźniałam się do pracy. Dlaczego nikt nie podnosi tematu chorób jakie dziecko przechodzi w żłobku. Jestem samotną matką w dużym miescie. Bez zadnej rodziny. I wsparcia. Córka była w złobku przez 9 godzin dziennie. Niektóre dzieci od 7 rano do 17.30. Panie pracujące w złobku opowiadały czasem zbulwersowane, ze to jest za długo dla dziecka i ze ono cierpi. Tak czy inaczej córka zaczęła po 2 miesiącach chorować, dwa razy trafiła do szpitala. Moja firma reagowała "wspaniale" - po kazdym moim powrocie okazywało się, ze czeka na mnie nowa umowa ( 1/2, potem 1/8 etatu ) pracowałam własciwie na czarno. dziecko raz w złobku dostało w pupę, raz siostra widziała, jak córka była szarpana - rozmawiałam z paniami, oczywiscie wypierały się.
      I nareszcie przedszkole.Państwowe. Fantastyczne. Dziecko rozkwitło. Chciała tam chodzic nawet w niedziele. PO pół roku miała operację. Powikłania. Wtedy straciłam pracę. Dziecko po ciężkich przejsciach psychicznych trafiło do szpitala psychiatrycznego, miało stany lękowe.
      Od dyrektor szpitala dostałam informcję, ze to m.in. przez złobek.
      Powiem tak: cieszy mnie bardzo ta ustawa - po połtora roku z dzieckiem w domu byłam wykonczona i bardzo potrzebowałam pracy, ze wzgledów finansowych i psychicznych. Pamietam, jak przez pierwsze tyg po prostu "odpoczywałam" w pracy.Powiem tak: Jestem za żłobkami. Małymi. W grupie kilkoro dzieci, 2 panie. świat pędzi naprzód. Nie kazda kobieta chce i może zamknać sie na 3 lata w domu z dzieckiem. Jest swietna ustawa, ale widzimy szklankę do połowy pustą - bo musimy się zapoznac z informacją, która może nas wpedzić w poczucie winy. Bo poznamy prawdę? A kto słyszał o leku separacyjnym w 9 m ż.? że może warto poczekać 3 tyg, i oddać dziecko później,aby nie fundować mu podwójnej traumy... Niektórzy, tak jak Ania z wywiadu, traktują złobki jako oaze szczęscia... brak informacji, sprawia, ze działaja w dobrej wierze, choć stac by ich było na inne, lepsze rozwiazania. Pomiędzy oazą a miejscem kaźni, jest też szara strefa. Chyba najbardziej dojmująca, kiedy pań jest zbyt mało, a ilość godzin, które dziecko ma spedzić w obcym miejscu znacznie powyżej zalecanych 4...
    • miliwati Re: Żłobki, przedszkola i wszelkie zło 15.03.11, 09:54
      Żłobki są potrzebne, to prawda. Ale klapki na oczach Środy są po prostu ohydne. Przecież ona widzi zalety żłobków tylko w tym, że wychowają legiony Pawków Morozowów. Nie ma u niej chyba ani jednego akapitu o wychowaniu w domu, w którym by nie było kategorycznych stwierdzeń że rodzina to przemoc i nieudolność, a zwłaszcza sadzanie przed telewizorem na pół doby. A dodatkową kompromitacją są te jej wywody psychologiczne (wspólna zabawa niemowlaków? ROTFL) i, jak tu już słusznie zauważono, kompletne olewanie potrzeb dziecka.
      Dla Środy dziecko to po prostu takie małe zwierzątko - nie ma uczuć, nie myśli, można je nauczyć robienia sztuczek (żółwiki) - i to wszystko. A i dorośli też nie są dla niej lepsi, bo trzeba ich wysłać do roboty, żeby nie siedzieli w domu i nie dopuszczali się patologii. Ona po prostu gardzi ludźmi.
      Więc cóż, ja po prostu gardzę Środą.

      • yoasia01 socjal Środy 16.03.11, 01:01
        Jestem stałą czytelniczką WO. Wiele artykułów prezentuje rożne opinie i fajnie, że często zdania na różne ważne tematy są podzielone. Jednak tym razem jestem w SZOKU. Jak można publikować takie bzdury a do tego podpisane przez osobę, która jest autorytetem dla wielu kobiet/dotychczas dla mnie też/. Ja byłam wychowywana do prawie trzeciego roku życia przez mamę,przedszkole+świetlica,szkola+świetlica, rodzice pracujący do późna w Warszawie, mama realizująca się zawodowo na kierowniczym stanowisku. Czytając tekst pani Środy myślalam, że to jakiś żart i że nagle jak w dobrym filmie nastąpi zmiana akcji. Artykuł traktuje o wszystkim i zarówno o niczym, bo jak można wrzucać do jednego worka wychowanie noworodka, niemowlaka i pięciolatka !?Czułam się jakbym czytała odczłowieczoną teorię idealistycznego wychowania socjalistycznego człowieka. Ja szanuję każdą decyzję matki wychowującej dziecko bo zawsze to ona ponosi konsekwencje swojego wyboru najważniejsze żeby miala WYBÓR. Wywody pani Środy na temat istnienia rodziny w naturze są tak samo logiczne jak szukanie żłobków wśród zwierząt. Poza tym jeśli o naturę chodzi to tam role są zawsze podzielone i nikt nie ma wyboru /ani samiec ani samica/ wszyscy walczą żeby przetrwać. Zwierzęta są wyposażone w instynkty, bez których by wyginęły. Jeśli zaś chodzi o przygotowanie do funkcjonowania w społeczeństwie to lata komunizmu i praktyk socjalistycznych są dowodem na to, że zbyt intensywna socjalizacja sprzyja degeneracji spolecznej i powstawaniu społeczeństwa, które nie dba o własność i indywidualizm. Metody wczesnej socjalizacji stosowane byly w ustrojach totalitarnych tj. komunizm i faszyzm gdzie wcześnie w oderwaniu od rodziny poddawano dzieci indoktrynacji ideologicznej tak aby były jednolitą masą bezkrytycznych ludzi, którymi można latwo manipulować. Jak można pisać, że egoistyczna rodzina obniża kapitał spoleczny i że wychowanie domowe nie ma charakteru prospołecznego!? Przecież lata doświadczeń potwierdziły jak niedoskonale byly DOMY DZIECKA i że dzieciom potrzebne jest wychowanie rodzinne w komórkach społecznych zbudowanych na wzor rodziny - rodzinne domy dziecka. Oczywiste jest to że dzieci w żłobkach są szczęśliwe szczególnie jeśli idą tam na tyle wcześnie że nawet nie wiedzą że mogly by mieć inną opiekę. Każda matka wie że trudniej oddać trzylatka do przedszkola niż kilkumiesięcznego niemowlaka do żłobka. Ale czy dlatego że tak jest łatwiej bo dziecko jest nieświadome to czy to lepiej wplywa na jego rozwój?Uważam, że rozpoczynanie dyskusji w tonie co jest lepsze żłobek czy inna forma opieki jest bez sensu bo to matka wybiera co w jej sytuacji jest najlepsze i możliwe do zrealizowania. Moja mama opowiadal mi, że w latach komunizmu tworzono przyfabryczne żłobki gdzie dzieci oddawano na pięć dni od poniedzialku do piątku bo matki z nocą pracowaly w fabryce na taśmie i nie mogły się nimi zajmować. Czy to jest to marzenie pani Środy bo dla mnie to jest koniec kobiety...Proszę redakcję WO o fachowe komentarze tego artykułu bo to niemoralne, żeby zostawić tak tą sprawę.
        Joanna
        • lena575 Re: socjal Środy 18.03.11, 12:19
          Nie do końca masz rację. Polskie wychowanie w domach dało w rezultacie połeczeństwo mało społeczne, a socjalistyczne obowiązkowe acz nie zawsze sensowne czyny społeczne zdezauwuowały pracę na rzecz społeczeństwa w ogóle. Do tego szkoła która nie promuje zaangażowania uczniów w pracę na rzecz innych daje nam własnie to co mamy. Wystarczy wyjść na ulice. Jest "moje" w domu i "niczyje" poza nim.
          Zetknięcie naszej młodzieży z zachodnim lub amerykańskim szkolnictwem przewraca nam wyobrażenie naszej "wyjątkowości".
          A teraz to trzeba odbudowywać. Jak w szkołach robi sie akcje społeczne, na osiedlu wspólne prace to własnie ci rodzice wiedzą, "że to bez sensu" i wiedzą "jak się to skończy" czyli fiaskiem.
          A w dobie wolnosci, gdy każdy głosi co chce, głośno wołają 'obrońcy polskiej rodziny", która to - ich zdaniem - z gruntu jest wspaniała bo katolicka. A z gruntu Polak jest jak każdy widzi i zna. liberum veto ma się wspaniale. Zero pomysłów ale "nie pozwalam" na wszsytko. lepiej by było nijako ale swojsko i markotno.
          Pani Środa właśnie polemizuje z obrazem polskiej rodziny jako - w mniemaniu przeciwników wszelkich ustw pomagających rodzinie - jedynej jaka potrafi wychować, wyksztacic i ukształtować człowieka. Słowa "prawdziwy", "naturalny" przewija sie w ustach przeciwników wszelkich" nowości" i zmian. Posyłanie 6-latków do szkoły to atak na rodzinę i jej bezpieczeńtwo, ustwa przeciw przemocy - atak na plolską rodzine itp, itd.
          A tu rzeczywistość skrzeczy ...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka