aleksandra_wielka
12.03.11, 21:32
Kilka refleksji, które zrodziły się w mojej głowie po przeczytaniu tekstu M. Środy i wywiadu z Anią:
1. Chodziłam do przedszkola na początku lat 90. Do zwykłego, państwowego "molocha" (jestem z rocznika 88, więc baaardzo licznego jak na obecne realia), w którym na 2 panie przedszkolanki przypadało bez mała jakieś 30-40 dzieci. W przedszkolu spędzałam pełną dniówkę: od 7-8 rano, do 16 po południu, no albo później, w zależności, kiedy mama wracała z pracy.
2. Zaczynałam od maluchów mając 3 latka i dobrnęłam do starszaków. Ani ja ani moje otoczenie nie stwierdziło u mnie ani opóźnienia umysłowego, ani objawów chorób psychicznych, ani nadmiernej agresji, czy problemów w nawiązywaniu kontaktów.
3. Ba! Jako 6 latka poszłam do szkoły, bo panie przedszkolanki zauważyły, że się nudzę na zajęciach i szybko się uczę. Więc jakoś te dwie panie przedszkolanki dały radę "dostrzec, poznać i wpierać dziecko z osobna", czego pani Ania sobie nie wyobraża. To jej zdanie i ja je szanuję, ale wkurza mnie, gdy ludzie postrzegają wszystko co państwowe jako złe (argumenty przeciw poniżej).
4. Obecnie mam 23 lata, kończę studia na Politechnice Śląskiej, a w perspektywie mam studia doktoranckie. Od 8 miesięcy jestem żoną. Chodziłam do państwowego przedszkola, równie państwowych: podstawówki, gimnazjum, liceum. We wszystkich tych państwowych instytucjach zdobyłam kawał świetnej wiedzy i nigdy nie musiałam się wstydzić, że chodziłam do zwykłych, nierenomowanych szkół. Częściej okazywało się, że mam lepsze wyniki od ludzi, z "lepszych" szkół.
5. Przedszkole wspominam z sentymentem. To nie był raj, bo zdarzały się draki z rówieśnikami (o zabawki, o przywództwo - tak, tak, o władzę dzieci też walczą), z paniami przedszkolankami (np. kiedy przekarmiłam rybki w przedszkolnym akwarium), czy z paniami kucharkami (gdy rozlałam trzy razy pod rząd mleko z kubka). Zdarzał się też płacz. Ale zdecydowanie więcej było śmiechu, zabawy, radości, muzyki, wierszyków, teatrzyków, kolorów w środku zimy, akademii z okazji dnia mamy, taty, babci, dziadka, balów karnawałowych, uczenia się czytania i pisania, ale również odpowiedzialności (np. za rybki...), koleżeńskości, zasad bezpieczeństwa, itd.
6. Powtarzam, przedszkole nie było utopią! Jako 3 lub 4 latka wróciłam do domu z rozerwanym uchem, bo pani przedszkolanka przebierając mnie do leżakowania nie zauważyła zahaczonego o koszulkę kolczyka. Zdarzały się panie przedszkolanki "z powołania", które potrafiły z dziećmi być, z nimi rozmawiać i z szacunkiem je traktować. Ale były i takie, które do osiągnięcia swoich celów stosowały krzyk.
7. W przedszkolu nie było telewizora, nie pamiętam, byśmy siedzieli kiedykolwiek przed ekranem. Były zabawy, były posiłki, była rytmika i było super.
8. Do żłobka nie chodziłam. Miałam ten komfort/przywilej, a może pecha (?), że do 3 roku życia byłam, razem z o 2 lata starszym bratem, pod opieką ukochanej mamy. Może do przedszkola też bym nie trafiła, ale z przyczyn finansowych mama musiała iść do pracy, a dzieci do przedszkola.
9. Nie można wszystkim nakazać/zakazać posyłania dzieci do żłobków/przedszkoli. Zdania są podzielone. Opierając się na własnym doświadczeniu, twierdzę, że nic nie straciłam, a wiele zyskałam na uczęszczaniu do przedszkola. Uważam również, że takie miejsca są potrzebne i pozytywnie wpływają na rozwój dzieci. Znam kilku małych ludzi, dla których przedszkole było zbawieniem.
W pierwszym przypadku 6 letnia dziewczynka, dzięki pójściu do zerówki wreszcie ma kontakt z rówieśnikami, bo przez ciągłe siedzenie w domu z mamą i starszym rodzeństwem, albo z dziadkami, starzała się, a nie rozwijała. Nabrała energii i ze "starej maleńkiej" zmieniła się w rozbiegane, hałaśliwe dziewczątko!
W drugim przypadku, przedszkole uchroniło jedną rodzinę od kataklizmu i zagłady, a na pewno od rozstroju nerwowego rodziców i starszej siostry pewnej trzylatki, która gadatliwością, energią i mobilnością przewyższała wszystkich dorosłych o głowę. Na dzień dzisiejszy owa trzylatka kategorycznie odmawia opuszczania przedszkola pod groźbą płaczu i histerii - tak jej się podoba (wreszcie są wokoło dzieci!!!).
10. Uważam również, że twierdzenie, iż przedszkola/żłobki niszczą tradycyjną rodzinę, czy jakikolwiek inny model rodziny, jest bzdurą. Co więcej, nie rozumiem dlaczego katolickie media tak negatywnie odnoszą się do pomysłu przedszkoli/żłobków. Jestem katoliczką i wiem, że od dawien dawna, tak jak szkoły, także przedszkola i żłobki prowadziły siostry zakonne, np. Niepokalanki i prowadzą je po dziś dzień i "dają radę".
11. Jestem świadoma, że czasami zdarzają się i wypadki, i choroby, i w skrajnych przypadkach również molestowanie, ale nie wiem, czy da się temu zupełnie zapobiec, chociaż w pełni popieram programy uczulające na bezpieczeństwo dzieci.
12. Wszystkim przeciwnikom żłobków/ przedszkoli radzę, żeby zamiast straszenia matek i ojców apokaliptycznymi skutkami otwierania żłobków/przedszkoli, wymyślili realną alternatywę dla żłobków/ przedszkoli, tak by rodzice mogli cieszyć się wychowanie dzieci i zarabiać na życie.
Tyle ode mnie.