Niby-mama, niby-córka

10.05.09, 20:10
Podziwiam wszystkie panie, ale wydaje mi się, że ta z drugiej opisanej
historii jest sama niedojrzała emocjonalnie, tym bardziej do piastowania roli
niby-matki (na marginesie, piękne określenie!). A najsmutniejsze jest to, że
jak sama twierdzi, wszystko się zmieni kiedy urodzi własne dziecko.
Niedojrzałość emocjonalna razy dwa.
    • ofiara_przemian Macocha to nie matka zastępcza 11.05.09, 15:22
      Sama pochodzę z domu, w którym moi rodzice rozwiedli się, gdy miałam
      4 lata i pozakładali nowe rodziny. Ja wylądowałam u dziadków, którzy
      niejako rozwiązali problem mamy i taty, gdyż żadne nie paliło się do
      opieki nade mną po rozwodzie. Woleli stworzyć rodziny od nowa, a ja
      byłam tylko piątym kołem u wozu, zabieranym przez mamę na Wielkanoc,
      a dla taty pozostawało Boże Narodzenie, ferie znowu u mamy, a część
      wakacji u taty itd. Etykietka "córki z pierwszego małżeństwa" była
      dla mnie nieprzyjemna, a dodatkowo babcia mamy, która
      mnie "przejęła", wstydziła się rozwodu rodziców, w czym i mnie
      utwierdzała, tak, że było to źródło moich kompleksów. Tułałam się od
      domu do domu i było to w miarę znośne, dopóki rodzicom nie urodziły
      się dzieci z tych nowych związków. Nie dość, że wcześniej mama i
      tata nie poświęcali mi zbytnio uwagi, to po urodzeniu się rodzeństwa
      poszłam już całkowicie w odstawkę (tak mi się przynajmniej wydawało
      i mam takie wrażenie po dziś dzień). Były różne przykre sytuacje -
      np. znajomi rodziców i ich nowych partnerów życiowych wpadali z
      wizytą z górą prezentów dla ich "nowych dzieci", a mnie pomijali, no
      bo wpadałam tylko okazyjnie do nowych domów mamy i taty, więc jakby
      mnie w ogóle nie było. Macocha, ojczym tolerowali mnie i na tym
      poprzestańmy. Nie ma mowy o jakichś głębszych uczuciach, kiedy się
      widzi kogoś kilka razy w roku, a po paru dniach wspólnego bytowania
      pod jednym dachem robi się emocjonalny zaduch. Przyrzekłam sobie, że
      oszczędzę takiej "przyjemności" bycia pasierbicą/pasierbem mojemu
      dziecku, a sama z kolei (to dziwne) nie tolerowałam dzieci swoich
      adoratorów i fakt, że facet jest po rozwodzie lub wdowiec z
      dzieckiem był dla mnie wystarczającą barierą uniemożliwiającą
      pozostawanie w takim związku. Ja od mojej machochy potrzebowałam
      tylko dobrego słowa, a ona była i jest względem mnie obojętna,
      oschła i nie interesuje jej nic, co dzieje się w moim życiu. Nie
      mogę zatem zrozumieć tego zaangażowania kobiet z powyższego
      artykułu, które nadskakują cudzym dzieciom aż za bardzo i zbyt
      nachalnie, ponadto ojcowie tych dzieci zrzucili bagaż opieki na
      barki swoich nowych partnerek, które muszą się zmagać z
      niewdzięcznością i złośliwością swoich "niby-dzieci", które dostały
      gratis jak się dostaje wrzodów na żołądku, bo fakt wspólnego życia w
      takim układzie rzadko jest miły i łatwy. Moja rada - unikać związków
      z facetami (zwłaszcza z facetami!!!), którzy mają już potomstwo,
      gdyż prędzej czy później zrzucą na nas obowiązek niańczenia swoich
      pociech, które nam za to nie podziękują, tylko jeszcze przybiją
      przysłowiowy gwóźdź do trumny w odpowiednim momencie. Bycie macochą
      to tak, jakby się mieszkało w domu z niesfornym albo agresywnym psem
      lub psami, które nas nie tolerują, bo uznają innego pana. Atmosfera
      nie do zniesienia i częste porównywanie z poprzednią partnerką
      (czyt. matką pasierba/pasierbicy), a przecież w domu powinien być
      spokój i harmonia. Myślę, że świat jest na tyle duży, że można
      znaleźć drugą połowę bez bagażu doświadczeń, który ochoczo przerzuci
      na nas i zatruje nam życie. Fakt faktem - nie lubię cudzych dzieci i
      nie fascynuje mnie rola niańki, kucharki, sprzątaczki dla obcego
      bachora (bo jemu wolno być bachorem choćby ze względu na traumę
      rozstania rodziców, nawet jeśli nie pamięta, że kiedykolwiek byli
      razem), od którego potem nawet "dziękuję" nie usłyszę, choćbym mu
      nieba przychyliła. Dlatego nie pakuję się w takie związki. Nowe
      życie z facetem może zatruć nawet była narzeczona, którą teściowa od
      niechcenia wspomni przy świątecznym stole, to co tu mówić o byłej
      żonie i na dokładce potomstwu, które zawsze będzie obce. Lepiej
      unikać kobiet i mężczyzn z przeszłością i przychówkiem, bo człowiek
      summa sumarum poszukuje świętego spokoju, a nie piekła i to bez
      własnej winy.
      • meg303 Re: Macocha to nie matka zastępcza 11.05.09, 19:20
        Co do macoch nie mam przykładu w najbliższym otoczeniu. Ale mogę obserwować
        kilku ojczymów. Min mojego męża kory z moją corką ma świetny kontaklt, bardzo
        dobrze się dogadują. Nie oznacza to, ze nigdy się nie kłóca. Podobnie jest w
        analogicznej sytuacji u znajomych. Ale mam koleżankę, która ma poważny problem
        właśnie na linii jej córka i ojczym. Nie rozmawaija ze sobę już od poł roku. I
        to on czeka aż szesnasnastolatka go przeprosi!
        W takiej relacji ktoś musi być bardziej dorosły.
        Ofiaro przemian patrzysz na problem przez pryzmat własnych gorzkich doświadczeń.
        Nie musi tak być jak w twoim dzieciństwie.
        • hegemon72 a do mnie odezwal sie po kilku latach 13.05.09, 22:52
          syn kobiety z ktora sie spotykalem przez pewien czas

          i powiedzial ze dzieki mnie 'zascorował' i generalnie od czasu do czasu zagaduje na gg i pyta co slychac
        • ofiara_przemian Macocha to nie matka zastępcza 14.05.09, 12:53
          Jakoś tak mi się w życiu ułożyło, że przyjaźniłam się z ludźmi,
          którzy przeważnie byli dziećmi rozwodników, więc znam problem, bo
          sama przeżyłam rozstanie rodziców, znam też doświadczenia innych. Na
          dodatek mam męża, który jest dzieckiem "z rozbitej rodziny".
          Niestety, fakt pozostawania w takim układzie pozostawia w dziecku
          skazę. Ale i trzeźwe obserwacje dowodzą, że macocha i ojczym to
          wrzód na tyłku rodziny, jaką dzieciak ma w swojej mentalności.
          Ponadto, wszystkie znane mi macochy, choć większość się maskuje,
          pałają niechęcią do swoich pasierbów. Mam koleżankę, która tak
          bardzo nienawidzi dzieci swojego męża, że robi wszystko, żeby on się
          z nimi nie widywał, a już szczególnie bez jej obecności jest to
          wykluczone. Jest potwornie zazdrosna, choć była żona jej faceta
          mieszka na drugim końcu Polski, a córki widują tatę okazyjnie. Nigdy
          bym się tego nie spodziewała po koleżance, bo wychowała się w
          kochającej rodzinie, sama ma syna z poprzedniego małżeństwa i
          doprawdy nie rozumiem jej obsesji na punkcie byłej żony i dzieci jej
          partnera. Każdy jego samotny wyjazd do córek to dla niej okazja do
          uruchomienia myślenia, jak tu mu tę czynność uniemożliwić (posunęła
          się nawet do tego, że mu uszkodziła jakiś element w samochodzie,
          żeby tylko nie jechał w odwiedziny do córek). Ona zaś stara mu się
          na siłę wciskać w ramiona swojego syna i wmawia mu, że teraz to
          Adrianek jest jego synkiem itd. Teraz z innej beczki: moja koleżanka
          przez lata zwalczała macochę, której nienawidziła za sam fakt
          istnienia. Nigdy jej nie zaakceptowała i na każdym kroku jej o tym
          przypomina. Stąd wniosek, który wysunęli już inni forumowicze: to
          się nie może udać, związek macocha-pasierb (szczególnie kiedy
          wszyscy rodzice żyją) to odgórna porażka. No future! Nie ma się co
          oszukiwać, a ostatnim gwoździem do trumny tego nieudanego mariażu,
          jest przyrodnie młodsze rodzeństwo z nowych związków rodziców. Zatem
          trzeba unikać kobiet i mężczyzn z przeszłością i bagażem w postaci
          przychówku.
      • gondra Re: Macocha to nie matka zastępcza 12.05.09, 10:49
        > Nie mogę zatem zrozumieć tego zaangażowania kobiet z powyższego
        > artykułu, które nadskakują cudzym dzieciom aż za bardzo i zbyt
        > nachalnie, ponadto ojcowie tych dzieci zrzucili bagaż opieki na
        > barki swoich nowych partnerek, które muszą się zmagać z
        > niewdzięcznością i złośliwością swoich "niby-dzieci", które
        > dostały gratis jak się dostaje wrzodów na żołądku, bo fakt
        > wspólnego życia w takim układzie rzadko jest miły i łatwy.

        O własnie - zgadzam sie w zupełności. Nie miałabym nic przeciwko
        rozwiedzionemu facetowi, ale NIGDY nie związałabym sie z dzieciatym.
        Co nie znaczy, że krytykuje takie związki, po prostu to nie dla
        mnie, nie nadaje się na macochę, na matkę chyba z reszta też nie.
        Nie umiałabym i nie chciałaby sie tak poświecać.
        Sama mam raczej pozytywny przykład - moi rodzice rozwiedli sie,
        zostałam z mamą i pokochałam mojego ojczyma, ale miałam naprawdę
        kiepskiego ojca i nie wiem co by było, gdyby było inaczej. Za to
        córka ojczyma nigdy nie zaakceptowała mojej mamy, chociaż jej matka
        też do najlepszych nie należała. Takie sytuacje są naprawdę trudne.
      • minkat Re: Macocha to nie matka zastępcza 12.05.09, 12:41
        Zastanow sie, dlaczego zakladasz, ze pasierbowie to rozwadrzone, wstetne,
        niewdzieczne bachory. Mam wrazenie, ze gdybys teraz nagle ostala macocha,
        powielilabys zachowanie wlasnej macochy.

        Pomysl o psychoterapii. Mysle, ze do konca nie rozprawilas sie ze swoja
        tragedia(brak milosci i akceptacje ze strony najblizszych to tragedia).
        • angazetka Re: Macocha to nie matka zastępcza 12.05.09, 13:46
          Też mnie uderzyło, że osoba, która sama doświadczyła, co to znaczy
          być dzieckiem nieakceptowanym przez nowych partnerów rodziców, teraz
          pisze z taka nienawiścią o wszystkich pasierbach świata.
          • troll_bagienny Re: Macocha to nie matka zastępcza 13.05.09, 16:53
            Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, no nie? Nie od dziś
            wiadomo, że macocha i pasierb to dwie odpychające się osobowości.
            Bierze w tym udział biologia i podejście praktyczne. Dla mnie cudze
            dzieci były, są i będą nie do przyjęcia w związku, ale się do tego
            szczerze przyznaję jak ofiara_przemian, w przeciwieństwie do wielu
            zakłamanych albo nie zdających sobie sprawy z trudu takiego życia
            ludzi. Łatwo jest bredzić o wielkiej miłości i tolerancji, ale życie
            wygląda inaczej, z pewnością potwierdzą to statystyki. Tyle, że
            uczciwie jest na czas wyplątać się z takiego układu, a nie gadać, że
            jakoś to będzie i w ogóle peace i love, a po wejściu w głębsze
            relacje z partnerem kosmiczna dupa. Sytuacja macochy i ojczyma
            wygląda tak: jest obce dziecko, którego nie można opieprzyć (bo nie
            nasze, bo nie mamy do niego formalnie prawa), które ma nas za wroga,
            a jeśli nawet nie, to z czasem pokaże, że jednak jesteśmy mu
            biologicznie i emocjonalnie obcy, mama/tata takiego delikwenta też
            nie pomagają, rywalizując ze swoimi byłymi itd. Sytuacja dziecka też
            nie do pozazdroszczenia, wygrywa tu biologia i co by nie było, nowa
            żona taty lub nowy mąż mamy (ewentualnie konkubent lub konkubina w
            prawie) zawsze będą nieświadomie dążyć do wywyższenia biologicznego
            potomstwa kosztem tego nabytego w ramach pokręconego układu w stylu
            były cudzy obecny mąż z dziećmi z poprzednich związków. Natury nie
            da się oszukać!
        • troll_bagienny Re: Macocha to nie matka zastępcza 13.05.09, 16:44
          Przecież z jej postu jasno wynika, że nigdy by się nie związała z
          żonato-dzieciatym facetem. Zatem bzdury piszesz, na dodatek
          naczytałaś się za dużo kolorowych pisemek dla rozhisteryzowanych
          blondynek, które promują psychoterapię jako lek na wszystko. Dziś
          nawet psa można wysłać do psychoterapeuty, takie to trendy. A prawda
          jest taka, że oddanej rodziny nie zastąpi żaden "specjalista" od
          klepania o dupie Maryni i komunałów w stylu: wejdź głębiej w siebie
          i odkryj swoje lęki.
          • redanielka Re: Macocha to nie matka zastępcza 15.05.09, 19:45
            Doskonały tekst, popieram trolla w 100%.
        • findopindo Re: Macocha to nie matka zastępcza 13.05.09, 18:55
          Troche nie na temat odpowiadasz. Niechec do wychowywania cudzych
          dzieci z biologicznego punktu widzenia jest zdrowa. Autorka postu
          nie zostanie macochą, bo unika adoratorów z dziecmi, więc żadnej
          psychoterapii nie będzie potrzebowała.

          Im wiecej energii tracisz na wychowywanie cudzego dziecka tym mniej
          masz dla swojego - prosta kalkulacja. Normalne zdrowe podejscie.
      • aga999929 Re: Macocha to nie matka zastępcza 05.06.09, 20:27
        Twoja rada jest bez sensu. Ludzie się rozwodzą mają dzieci i wchodzą
        w nowe związki to część realnej rzeczywistości.Mnie zostawił mąż.
        Nie chciałam tego, nie zdradziłam go. I co teraz do końca życia mam
        być zgodnie z Twoją radą sama. Tylko dlatego, że mam dzieci??
    • wieloszka83 Niby-mama, niby-córka 13.05.09, 12:24
      Zgadzam się z tym co napisała hadassa79.

      Ja jestem i córką rozwiedzionych rodziców i teraz weekendowa
      macochę, choć też nie lubię takiego określenia. Moja macocha była o
      mnie zazdrosna i myślę że jest na dal, mówiłam do niej Ciociu bo
      tak chciała..nie wyszło to za dobrze wg mnie. Czułam że ma mnie za
      rywalkę choć ja nigdy tego nie czułam wobec niej. Do mnie natomiast
      pasierbica mówi po imieniu i mam z nią kontakt bardzo dobry! Chcę
      być dla niej przyjaciółką a nie wrogiem, jej mama też mnie nie
      znosi co powoduje że malutka pięciolatka wie ze to co się dzieje u
      nas nie moze przenosic do domu. Na pewno jest to dla niej trudne bo
      jest jej dobrze u nas ale nie moze się tym dzielić z mama która też
      bardzo kocha. My jesteśmy po ślubie i dzięki temu że mam znią taki
      kontakt nie jest to dla niej problem.Przynajmniej nie daje nam tego
      w żaden sposób odczuć.
    • godeep Niby-mama, niby-córka 13.05.09, 12:55
      Wychowywanie cudzych dzieci to kara i przekleństwo. Kobiety, które się na to świadomie decydują muszą być naprawdę zdesperowane. Z drugiej zaś strony, macocha czy ojczym są tragedią dla dziecka. Z każedj strony takich układów wyziera smutek i ból.
      • ray_of_sun Re: Niby-mama, niby-córka 13.05.09, 15:09
        godeep napisał:

        > Wychowywanie cudzych dzieci to kara i przekleństwo. Kobiety, które
        się na to św
        > iadomie decydują muszą być naprawdę zdesperowane. Z drugiej zaś
        strony, macocha
        > czy ojczym są tragedią dla dziecka. Z każedj strony takich układów
        wyziera smu
        > tek i ból.


        żal mi cię :( to przykre ze tylko z takiej strony znasz życie i
        relacje międzyludzkie :(



        • jedna_an_ja Re: Niby-mama, niby-córka 13.05.09, 15:58
          Moje córki od jakiegoś czasu mają taką "chętną" macochę, i cóż, jest mi z tym
          bardzo ciężko. To, że nasze małżeństwo nie było udane, wiadomo nie od dziś, ale
          bardzo boli, gdy mój były mąż próbuje dziewczynkom pokazać, jak powinna wyglądać
          kochająca się rodzinka. Jest mi przykro, gdy wyjeżdżają razem na wakacje lub idą
          na wielkie ciuchowe zakupy, dlatego prosiłam dzieci, żeby spotykały się tylko z
          ojcem i nową siostrzyczką, ale niestety, jest to bardzo trudne. Ja cierpię, one
          też, tylko były cieszy się ze swojej wielkiej rodzinki...
          • findopindo Re: Niby-mama, niby-córka 13.05.09, 19:01
            jedna_an_ja napisała:

            > Moje córki od jakiegoś czasu mają taką "chętną" macochę, i cóż,
            jest mi z tym
            > bardzo ciężko. To, że nasze małżeństwo nie było udane, wiadomo nie
            od dziś, ale
            > bardzo boli, gdy mój były mąż próbuje dziewczynkom pokazać, jak
            powinna wygląda
            > ć
            > kochająca się rodzinka. Jest mi przykro, gdy wyjeżdżają razem na
            wakacje lub id
            > ą
            > na wielkie ciuchowe zakupy, dlatego prosiłam dzieci, żeby
            spotykały się tylko z
            > ojcem i nową siostrzyczką, ale niestety, jest to bardzo trudne. Ja
            cierpię, one
            > też, tylko były cieszy się ze swojej wielkiej rodzinki...

            TEN POST JEST NAJLEPSZYM PRZYKŁADEM NA TO, ZE W ODPOWIEDZI GODEEP
            (DWA POSTY WCZESNIEJ) JEST DUZO PRAWDY
          • annubis74 Re: Niby-mama, niby-córka 13.05.09, 23:07
            > Jest mi przykro, gdy wyjeżdżają razem na wakacje lub idą
            > na wielkie ciuchowe zakupy, dlatego prosiłam dzieci, żeby
            > spotykały się tylko z
            > ojcem i nową siostrzyczką, ale niestety, jest to bardzo trudne. Ja
            > cierpię, one
            > też, tylko były cieszy się ze swojej wielkiej rodzinki...

            TOBIE jest przykro i to TWÓJ problem, a nie dzieci. Stawiasz je w
            bardzo niefajnym położeniu, kiedy spędzając czas z ojcem i jego nową
            rodziną czują jakby "zdradzały ciebie" Lecisz niestety bardzo
            typowym schematem, kiedy w sytuacji rozwodowej gra się dziećmi i ich
            uczuciami. Nie skleisz dzięki temu swojego, i tak nieudanego,
            małżeństwa a dzieciom fundujesz dodatkową traumę
            • jedna_an_ja Re: Niby-mama, niby-córka 14.05.09, 09:46
              annubis74 napisała:

              > TOBIE jest przykro i to TWÓJ problem, a nie dzieci.
              Czasem po burzliwym rozstaniu pojawia się depresja, trudno ją ukryć przed
              nastolatkami. Wolałabym być zdrowa, czas i terapia pewnie wygoją rany.
              > dzieciom fundujesz dodatkową traumę
              Tym bardziej ciężko...
        • troll_bagienny Re: Niby-mama, niby-córka 13.05.09, 16:59
          Ona/on przynajmniej zna życie, a ty, co widać, nie masz pojęcia jak
          to jest w takich układach. To nie jest telenowela ani serial TV,
          gdzie po kilkunastu odcinkach zła macocha pokocha pasierbicę, a ta
          przebaczy jej sam fakt istnienia, natomiast ojczym to nie obojętny
          mizogin, lecz czuły i opiekuńczy pan domu, który kocha dzieci idąc
          za słowami piosenki Majki Jeżowskiej "...bo wszystkie dzieci nasze
          są...". Radzę nie czytać bzdurnych kolorowych gazet ani nie słuchać
          pseudoporad pseudospecjalistów świadczonych na kanałach
          telewizyjnych typu "TVN Style", tylko przyjrzeć się otoczeniu. Jeśli
          twoje życie jest takie cacy, a rozumowanie proste jak sztacheta w
          płocie, to tylko pozazdrościć, ale piękne teorie rzadko bywają
          wcielane w życie, które pełne jest skomplikowanych sytuacji, układów
          i podłości, szkoda, że aktualny trend społeczny zakazuje dyskusji na
          ten temat, bo jak człowiek przyzna, że żyje mu się do dupy, to jest
          od razu podczepiany pod zakładkę "nieudacznik" lub "malkontent".
          Przestańmy udawać, że wszystko jest cacy, co się z wami, ludzie
          dzieje? Rodzina z reklamy TV?
          • ray_of_sun Re: Niby-mama, niby-córka 13.05.09, 20:56
            troll_bagienny napisał:

            > Ona/on przynajmniej zna życie, a ty, co widać, nie masz pojęcia jak
            > to jest w takich układach.



            wyobraź sobie, że pisze z własnego doświadczenia, mój narzeczony nie
            jest biologicznym ojcem córki co nie przeszkadza im się kochać -
            szczęśliwa rodzina to nie bajka - ja taką mam

            Jeśli
            > twoje życie jest takie cacy, a rozumowanie proste jak sztacheta w
            > płocie, to tylko pozazdrościć


            nie twierdzę, że zawsze jest cacy, napisałam chyba wyraźnie, że
            przykro mi że on/ona tylko z tej jednej strony zna życie. Ja
            miałam okazję poznać z obu
      • redanielka Re: Niby-mama, niby-córka 15.05.09, 20:02
        To prawda. Próbowałam zaakceptować 10- letnią córkę swojego
        narzeczonego "w imię miłości". Udawałam, że nie jest mi przykro, jak
        znikał w domu jej matki na całe dnie, jak miała katarek albo jak
        przy mnie mówi, że woli spotykac się ze swoim tatusiem sam na sam
        (tzn. beze mnie). Oraz jak tatuś, czyli mój mężczyzna, kupował jej
        prezenty za bajońskie sumy, a mnie skrytykował, jak kupiłam sobie
        (raz!) apaszkę Diora. Odeszłam od niego . Czuje wielką ulgę i mam
        wrażenie, że wyszłam na świeże powietrze. Jeśli ktoś uważa, że moja
        miłość nie była wystarczająco silna, nie żywię urazy:-)
    • the_rapist Dochodzaca? 13.05.09, 15:58
      Gdzie ta macocha dochodzi? Mam nadzieje, ze nie w obecnosci
      maloletnich.
    • funstein Niby-mama, niby-córka 13.05.09, 16:28
      instynkty samicy są bezwzględne i bezlitosne wobec obcych
      dzieci w domu. Obce dzieci zmniejszają sukces reprodukcyjny
      samicy, więc w przyrodzie są najczęściej zagryzane i/lub
      wyrzucane z gniazda.

      niby-człowiek mówi do dziecka "niby-córka", bo niestety
      samica nie jest w stanie emocjonalnie przeskoczyć zwierzęcego
      instynktu i nieświadomie musi podkreślić niby-status dziecka
      w jej domu.

      Stąd macocha w większości przypadków jest emocjonalną oprawcą
      dziecka a nie niby-matką.

      Im bardziej będą tego smutnego faktu świadome kobiety
      tym mniej będzie dzieci z niby-dzieciństwem.



      • troll_bagienny Re: Niby-mama, niby-córka 13.05.09, 17:01
        Brutalne, ale prawdziwe. Niestety. Ale kościół i rodzina namiętnie
        wmawiają nam od dziecka, że nie działamy na zasadzie instynktów,
        tylko wyłącznie poprzez rozum, który jest darem niebios. Stąd
        nieudane próby pokonania własnej natury.
        • black_tangens Jestem kobieta i to co napisal 13.05.09, 17:47
          troll_bagienny to prawda. Mam ostatnio taka sytuacje, ze jestem w zwiazku i
          mieszkamy razem, slub wkrotce. Nie mamy (jeszcze) dzieci ale obydwoje bardzo
          chcemy, wiec wkrotce pewnie sie pojawia. Niestety moj luby ma starsza siostre,
          ktora ma dzieci. Najstarsza corka jego siostry - obecnie dziewczyna 19-letnia -
          czesto przesiaduje u nas, potrafi wrecz nocowac i potrafi swoim przymilaniem
          spowodowac, ze jest zasypywana prezentami i co mnie naprawde boli takze uczciami
          mojego faceta. On po prostu pozwala tej materialistycznie nastawionej panience
          wejsc na glowe. Mnie to wkurza, bo to nie jest jego dziecko i nie widze powodu
          aby on zajmowal sie nia bardziej niz jej matka czy ojciec albo zeby dokladal sie
          finansowo na jej zachcianki. Cierpliwie to znosilam, choc ona juz wczesniej
          dokladala wraz ze swoja matka wszelkich staran aby rozbic nasz zwiazek. Nie wiem
          dlaczego, bo obydwoje nie jestesmy po rozwodzie, wiec swoim zwiazkiem nikogo nie
          krzywdzimy. Pdejrzewam, ze bylo im wygodnie posiadanie brata/wujka fajtlapy,
          ktory jeszcze sie nie ozenil i ktory na kazde skinienie jest gotowy uslugiwac i
          dawac pieniazki. Ale teraz jak juz zamieszkalismy wspolnie, postawilam sie i
          spowodowalam ze obydwoje wprowadzilismy zasade, ze jego siostrzenica nie nocuje
          u nas dluzej niz 1 noc (wczesniej przesiadywala tygodniami). Ku jej zdziwieniu
          moj facet przestal jej dawac pieniadze na jej potrzeby typu fryzjer itp. i nawet
          w mojej obecnosci powiedzial, ze przeciez ma ojca, ktory bardzo dobrze zarabia.
          A podjal te decyzje bez moich naciskow, wiec chyba co nieco dojrzal. Powiem
          szczerze, ze gdyby to byla jego corka to doszloby chyba do krwawej konfrontacji.
          Jestem naprawde spokojna osoba, nie jestem agresywna, ale uczucia, ktore wzbudza
          ta dziewczyna "zabierajac mi" ojca moich przyszlych dzieci sa tak mocne, ze
          zaczynam rozumiec "zle macochy".
          • funstein [...] 22.06.09, 18:01
            Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
      • findopindo Re: Niby-mama, niby-córka 13.05.09, 19:06
        funstein napisał:

        > instynkty samicy są bezwzględne i bezlitosne wobec obcych
        > dzieci w domu. Obce dzieci zmniejszają sukces reprodukcyjny
        > samicy, więc w przyrodzie są najczęściej zagryzane i/lub
        > wyrzucane z gniazda.
        >
        > niby-człowiek mówi do dziecka "niby-córka", bo niestety
        > samica nie jest w stanie emocjonalnie przeskoczyć zwierzęcego
        > instynktu i nieświadomie musi podkreślić niby-status dziecka
        > w jej domu.
        >
        > Stąd macocha w większości przypadków jest emocjonalną oprawcą
        > dziecka a nie niby-matką.
        >
        > Im bardziej będą tego smutnego faktu świadome kobiety
        > tym mniej będzie dzieci z niby-dzieciństwem.
        >
        >
        MOZE NIBY-DZIECI SWOICH EMOCJONALNYCH OPRAWCÓW, KTORE NIE POTRAFIA
        PRZESKOCZYC NATURY, POSIADA TE CHORA UMIEJETNOSC
      • gondra Re: Niby-mama, niby-córka 14.05.09, 08:21
        Samica? Następny, ktory niewyszedł z jaskini, mam nadzieję, że ten
        nieokiełznany pierwotny instynkt nie kaze wam robic pod siebie.

        Ale takie myślenie ułatwia zycie - "jesteśmy tak i tak ukształtowani
        przez biologię i nic nie można na to poradzic" po czym zasiadamy na
        kanapie z założonymi rękami, bo po co się wysilać, to i tak nic nie
        da, instynkty nami kierują.
        • godeep Re: Niby-mama, niby-córka 14.05.09, 12:58
          gondra napisała:

          > Samica? Następny, ktory niewyszedł z jaskini, mam nadzieję, że ten
          > nieokiełznany pierwotny instynkt nie kaze wam robic pod siebie.
          > Ale takie myślenie ułatwia zycie - "jesteśmy tak i tak ukształtowani
          > przez biologię i nic nie można na to poradzic" po czym zasiadamy na
          > kanapie z założonymi rękami, bo po co się wysilać, to i tak nic nie
          > da, instynkty nami kierują.


          Człowiek jaskiniowy nie robił pod siebie. Z jednym małym wyjątkiem, którym są
          Twoji protoplaści. Większość jednak kocha sercem, nie rozumem. I dlatego jest
          tak, jak pisał
          funstein.
          • gondra Re: Niby-mama, niby-córka 14.05.09, 14:42
            Co post to mądrośc, no i to "subtelne" obrażanie rozmówcy.:)))
            W sumie macie rację, połowicznie sie z wami zgadzam - w niektórych
            jaskinia zostaje i nic na to nie poradzą.
            • godeep Re: Niby-mama, niby-córka 14.05.09, 16:21
              gondra napisała:

              > Co post to mądrośc, no i to "subtelne" obrażanie rozmówcy.:)))
              > W sumie macie rację, połowicznie sie z wami zgadzam - w niektórych
              > jaskinia zostaje i nic na to nie poradzą.


              Jeśli Cię obraziłem, to serdecznie przepraszm. Pogadajmy poważnie. Pozwolę
              przytoczyć sobie post funstein-a:

              > instynkty samicy są bezwzględne i bezlitosne wobec obcych
              > dzieci w domu. Obce dzieci zmniejszają sukces reprodukcyjny
              > samicy, więc w przyrodzie są najczęściej zagryzane i/lub
              > wyrzucane z gniazda.

              > niby-człowiek mówi do dziecka "niby-córka", bo niestety
              > samica nie jest w stanie emocjonalnie przeskoczyć zwierzęcego
              > instynktu i nieświadomie musi podkreślić niby-status dziecka
              > w jej domu.

              > Stąd macocha w większości przypadków jest emocjonalną oprawcą
              > dziecka a nie niby-matką.

              > Im bardziej będą tego smutnego faktu świadome kobiety
              > tym mniej będzie dzieci z niby-dzieciństwem.


              W kwestii samicy przyznaję Ci rację. funstein powinien był użyć
              słowa kobieta. Co do reszty zgadzam się z jego wypowiedzią
              w stu procentach. Jak jeszcze facet może sobie wziąść babę z dzieckiem,
              tak kobieta dzieciatego faceta nigdy. I wiemy to dzięki naszemu rozumowi,
              a nie dzięki temu że siedzimy ciągle w jaskini - jak próbujesz insynuować.
              Ja ze swojej strony, serdecznie współczuję dzieciom opisanym w powyższym
              artykule. A krzywdę jaka ich spotkała ze względu na rozwód rodziców
              będą wspominać jako najpiękniejszą chwilę swojego życia - w porównaniu
              z tym co je czeka u boku niby-mamy.
      • redanielka Re: Niby-mama, niby-córka 15.05.09, 20:09
        Faktycznie nie umiałam zaakceptować córki mojego ukochanego, która
        była rozkapryszona i potwornie o mnie zazdrosna. On kiedyś mi
        powiedział, że nie mam go stawiać w trudnej sytuacji wyboru między
        mną a nią (na przykład jak się wydzierała w niebogłosy, że nie
        pojedzie do Carrefoura, jesli ja też pojadę). Pragne nadmienić, że
        starałam się być miła i nie przytulać do Piotra w jej obecności.
        Odeszłam (jak wspomniałam już wyżej) i czuję się z tym dobrze. Nie
        mam nad sobą "pręgieża", jakim jest nastrój obcego mi dziecka.
    • naciete_krocze Re: Niby-mama, niby-córka 13.05.09, 17:31
      Ta pierwsza to straszna pasztetka z gęby.Dżizas!!!!!
    • gagakapec Niby-mama, niby-córka 13.05.09, 17:56
      Ta druga historia coś we mnie poruszyła. Myslę, że macocha taka jak Katarzyna ma marne szanse, żeby stworzyć tej dziewczynce namiastkę normalnego domu. Długa przed nią droga, żeby w przyszłości stać się nietoksyczną matką dla swoich dzieci. Jak można rywalizować z dzieckiem i obrażać się na trzylatkę? Przecież ta kobieta jest niby dorosła. Sama weszła na trzeciego, widziała ten dziecięcy fotelik w samochodzie. Swoją drogą wyobrażam sobie tego szlachetnego tatusia, co to najpierw zwija się z życia swojej rodziny w dwa tygodnie, a teraz jest takim wzorowym tatą. Dobrze, że ta wspaniała para tak się troszczy o dobro tego dziecka, bo przecież rodzona "mama już nie poświęca jej zbyt wiele czasu i trzeba jej dać trochę czułości". Jak dla mnie - czuć obłudę na kilkometr.
    • abedec Niby-mama, niby-córka 13.05.09, 19:14
      Pani II: Był z nią do wieczora, a ja czekałam. Czułam, że dziecko zajmuje mój czas.
      Co za pusta, egoistyczna lala. To ty, kretynko, zajmujesz czas, ktory ten
      czlowiek powinien spedzac ze swym dzieckiem. Jak rozbijasz cudzy zwiazek, to
      przynajmniej ponos konsekwence swych samolubnych czynow
      • findopindo Re: Niby-mama, niby-córka 13.05.09, 19:35
        abedec napisała:

        > Pani II: Był z nią do wieczora, a ja czekałam. Czułam, że dziecko
        zajmuje mój c
        > zas.
        > Co za pusta, egoistyczna lala. To ty, kretynko, zajmujesz czas,
        ktory ten
        > czlowiek powinien spedzac ze swym dzieckiem. Jak rozbijasz cudzy
        zwiazek, to
        > przynajmniej ponos konsekwence swych samolubnych czynow

        ALE PRZECIEZ TU CHODZI O CZAS, KIEDY ON JEST ZE SWOIM DZIECKIEM, A
        ONA SAMA CZEKA, WIEC JESLI SAMA CZEKA TO CHYBA NIE PRZEBYWA W TYM
        CZASIE Z NIM I JEGO DZIECKIEM?
        UMIESZ CZYTAC ZE ZROZUMIENIEM?
        • abedec Re: Niby-mama, niby-córka 13.05.09, 19:47

          > UMIESZ CZYTAC ZE ZROZUMIENIEM?
          Po pierwsze, nie krzycz. Po drugie , a ty umiesz myslec choc troche? to ze
          akurat jednego wieczoru czeka sama, bo facet zajmuje sie swym dzieckiem, to
          jedno. To, ze on potem jednak zostawia to dziecko i wraca do kochanki, to
          drugie. Gdyby jej nie bylo, byc moze spedzalby z corka troche wiecej czasu, nie
          patrzac na zegarek, zeby zdazyc do kochanki?
          To jest chyba jedyna sytuacja z tego reportazu, w ktorych ta kobieta rozbila
          istniejacy zwiazek ( w pozostalych matki albo zmarly albo rozwod byl duzo
          wczesniej) i jeszcze ma czelnosc marudzic, ze to dziecko jej cos zabiera, nie
          widzac, ze sama kradnie dziecku ojca i rozwala mu dziecinstwo.
          • gondra Re: Niby-mama, niby-córka 14.05.09, 08:23
            > To, ze on potem jednak zostawia to dziecko i wraca do kochanki, to
            > drugie. Gdyby jej nie bylo, byc moze spedzalby z corka troche
            > wiecej czasu, nie patrzac na zegarek, zeby zdazyc do kochanki?

            Znaczy, że rozwiedziony rodzic nie ma prawa ułożyc sobie życia?
            Tylko cały swój czas poswiecać dziecku? No i to
            określenie, "kochanka" - nie partnerka, zły tatuś idzie sobie
            pobzykać zamiast zajmować sie dzieckiem.:)
            • abedec Re: Niby-mama, niby-córka 14.05.09, 14:50
              > Znaczy, że rozwiedziony rodzic nie ma prawa ułożyc sobie życia?
              Ma prawo , oczywiscie, ulozyc sobie zycie na nowo. Ale czas spedzony z dzieckiem
              nigdy nie powinin byc traktowany jako "kradzez" dokonana przez dziecko na
              swietej wlasnosci nowej niby-matki. Bo jesli ktos komus tu cos zabiera, to
              raczej odwrotnie, ona dziecku jego prawo do stalego kontaktu z ojcem. Roznica
              miedzy jej i dziecka prawem do czasu ojca jest tez taka, ze to dziecko ma tylko
              jednego ojca i raczej tego nie zmieni, natomiast ta pani moze miec tabuny
              przyjaciol, jesli tak bardzo nie odpowiadaja jej zobowiazania partnera.

              >No i to określenie, "kochanka" - nie partnerka
              Tak wlasnie , kochanka, czyli ktos, kto ma romans z zonatym facetem. Partnerka
              bylaby, gdyba spotykala sie z facetem po rozwodzie czy smierci 1 zony, jak w
              pozostalych przykladach. Tutaj ta pani rozwalila czyjes malzenstwo, w dodatku
              wiedzac, ze facet ma dziecko ( fotelik w samochodzie), a teraz jeszcze sie zali,
              jaka to ona jest pokrzywdzona.
              To tak jakby ktos okradl bank, a potem jeszcze biadolil ze te pieniadze jakies
              pomiete i w ogole ich za malo.
    • alia_od_noza Re: Niby-mama, niby-córka 13.05.09, 19:30
      Moja mama swoją macochę nazywała "druga mama". Moja babcia umarła, kiedy moja
      mama miała 3 czy 4 lata. Dziadek zamieszkał z inną kobietą. Nigdy nie wzięli
      ślubu, bo mąż "drugiej mamy" zaginął podczas wojny, więc oficjalnie była
      mężatką. Nie mieli też własnych dzieci. Moja mama do dziś dobrze wspomina swoją
      "drugą mamę", ma tylko trochę pretensji, że faworyzowała jej młodszego brata
      (rodzonego, nie przyrodniego). Jak widać, "druga mama" może mieć dobre kontakty
      z dziećmi z pierwszego małżeństwa swojego partnera.
    • gogg Niby-mama, niby-córka SUPER 13.05.09, 19:30
      Świetny tekst! Życiowy.
      --
      ogrodypamieci.pl/profil/lady-diana
    • zalobanarodowa Niby-mama, niby-córka 13.05.09, 20:53
      Pańcia?? A co to k.. za imię??
    • morfa5 Niby-mama, niby-córka 13.05.09, 21:00
      A ja jestem mamą dla moich 3 trojga pasierbów. Jestem z tego bardzo, bardzo
      duma. Teraz to dorośli ludzie, zostałam ich mamą 20 lat temu. Po niespełna
      roku od poznania mnie usłyszałam od Nich - Mamo. Mój biologiczny syn również
      zaakceptował nowa sytuację, i ma tatę. Oczywiście mieliśmy bardzo trudne
      chwile,które czasami ( tak wydawało się) trwały za długo. Wiem, że jestem dla
      nich bardzo ważna, czasami mąż był o to zazdrosny, ponieważ należy do tych
      mężczyzn, nie bardzo mających dobry kontakt z młodszymi, należy do tych
      "mędrkujących".
      Dla mnie najważniejsze jest to, że dzieci nasze mimo rozbitych rodzin i
      niezbyt wesołego dzieciństwa wyrośli na wartościowych ludzi, z bardzo dobrym
      wykształceniem.
    • zwyklaosoba Niby-macocha, niby-pasierbica. Trochę przesadzacie 14.05.09, 10:07
      Przeginacie z tą poprawnością polityczną na siłę. Dzieci mają matki,
      a wy na siłę wciskacie im dodatkowo macochę. To jakieś kretyństwo.
      Żona ojca, gdy dziecko ma matkę i nie sprawuje nad nim opieki
      rodzicielskiej, to po prostu jego żona, lub partnerka, lub
      jakkolwiek bądź. Ale nie wciskajcie dzieciom na siłę nowoczesnego
      modelu rodziny 4+1: ojciec, matka, ojczym, macocha + dziecko.
    • tangerka dziwne 14.05.09, 10:23
      jest dla mnie zaangażowanie tych kobiet w cudze dzieci, na dodatek im niechętne,
      na dodatek nie widzę powodu skoro niektóre z tych dzieci mają matki więc macocha
      jest im zupełnie nie potrzebna, nie wystarczy być po prostu żona/partnerką ojca?
      Dlaczego trzeba koniecznie walczyć o akceptację dziecka a dziecko może strzelać
      focha? Nie lepiej zachować neutralne stosunki zamiast na siłę się dopasowywać,
      przymilać, udawać miłość której się nie czuje? Ja osobiście nigdy bym się nie
      związała z facetem z dziećmi, po prostu dlatego że chcąc mieć sama dzieci
      traktowałabym te dzieci jako konkurencję dla moich własnych biologicznych
      dzieci. Nie wierzę w to, że można tak samo traktować dziecko partnera i własne,
      to pierwsze zawsze będzie przeszkadzać i być piątym kołem u wozu.
      • paula.wawa Re: dziwne 14.05.09, 15:29
        Trudno jest oddzielic siebie-macochy od dziecka partnera, ktore jest na codzien
        z mama, a z wami na weekend czy na wakacje - jest to takie samo zycie jak na
        codzien, kiedy wstajesz rano, jesz sniadanie, jakos spedzasz czas - a to dziecko
        z wami. Ci, ktorzy maja nawet wlasne dzieci wiedza, ze dzien spedzony z nimi
        wyglada calkiem inaczej niz samu dwu doroslych osob. Nie mozna myslec tylko o
        sobie planujac taki czas. Dlatego rola 'macochy' dziecka, ktore na codzien jest
        ze swoja mama a 'z doskoku' z ojcem nie ogranicza sie tylko do bycia partnerka
        ojca. Tego po prostu nie da sie rozdzielic.

        Ale z mojego punktu widzenia - trzeba byc w tym wszystkim soba i nie udawac
        uczuc, ktorych sie nie ma. Tak samo jak dorosli, dzieci sa bardzo rozne i roznie
        takie relacje sobie ukladaja, roznie je rozumieja, nie ma jednego sposobu.
      • wieloszka83 Re: dziwne 15.05.09, 15:59
        dla mnie to Ty jesteś dziwna! widac że myślisz tylko o sobie i w
        okół Ciebie ma się kręcić świat! Masz egoistyczne podjeście do
        życia, mówiąc o konkurencji między dziećmi "własnymi bilogicznymi"
        a "tymi". Współczuje w przyszłosci Twoim "biologcznym" dzieciom!!!
        Módl się żebyś Ty nie była nigdy w sytuacji samotnej matki!!!
        • polsz Re: dziwne 20.05.09, 13:13
          samotnej matki? Nie mówimy o samotnych matkach a o kobietach, które na siłę
          próbują ułożyć sobie z dzieckiem ich partnera stosunki rodzicielskie. Ale w
          jednym masz rację: tangerka ma egoistyczne podejście do życia ale to pewnie
          dlatego, że jest 15-letnią smarkulą
    • geehee natura dochodzi do głosu ... 14.05.09, 10:44
      trudno zwalczyć instynkty, które podpowiadają kobiecie, że dziecko partnera to
      zagrożenie dla jej własnego potomstwa, dlatego pierwszym uczuciem z obu stron
      zazwyczaj jest niechęć i uprzedzenia. dla dziecka to zawsze jest dramat i nawet
      najlepsza macocha nie zastąpi pełnej rodziny, rodzice, którzy tak lekko
      ostatnimi czasy podejmują decyzje o rozwodzie, powinni zastanowić się co fundują
      w ten sposób swoim dzieciom.
      • esther-pl Re: natura dochodzi do głosu ... 14.05.09, 20:11
        geehee napisała:
        rodzice, którzy tak lekko ostatnimi czasy podejmują decyzje o
        rozwodzie, powinni zastanowić się co fundują w ten sposób swoim
        dzieciom.
        Przestancie biadolic nad tymi dziecmi - w wiekszosci przypadkow
        funduja im przy okazji rozwodu dom bez awantur, klotni i ranienia
        sie.
    • adeladeotero Za szkody wyrządzone przez rodziców zapłacą dzieci 14.05.09, 14:06
      Pochodzę z nietypowej rodziny, gdyz mam troje przyrodniego
      rodzeństwa - 2 braci i 1 siostrę. Nawet nie chcę sobie wyobrażać jak
      trudne jest bycie Macochą, bo powiedzmy to sobie szczerze sytuacja
      jest ciężka i trudna dla obu stron, nie tylko dla dziecka.

      Moje kontakty z ojczymem i macochą na poczatku były trudne. Ojczym
      sie nie wtrącał, był z boku jakby wyobcowany, zreszta ma syna z
      pierwszego małżeństwa, którego ja dzis nazywam swoim bratem. Z
      macocha było gorzej, bo mój ojciec pod względem swojej nowej żony
      był nerwowy i ochrzaniał mnie za wszystko - że krzywo spojrzałam,
      nie tak wzięłam talerz, nie tak powiedziałam dziekuję etc. Potem to
      mineło i miałam moment fascynacji moją macochą - ubierałam sie jak
      ona, chciałam miec włosy jak ona, malowałma sie jak ona. Przez
      pewien czas tylko jej sie zwierzałam, mówiłam jej rzeczy, których
      nie mówiłam nikomu - czasami zapominając niestety, że to trochę obca
      osoba, która nie do końca musi miec czyste intenecje... Parę razy
      się "przejechałam" na tym zaufaniu.

      Dzis mam spoko układy, troche rozluźniły sie więzy. Jednak
      współczuje dzieciom, których rodzice się rozwodzą. Dzieci zawsze
      płacą za błędy rodziców,rozwód zawsze łamie serce dzieciom - no
      chyba, że tatuś lub mamusia są socjopatami i się znecają.

      Moi rodzice nie byli, nie są i nie będą dla mnie oparciem. Dla
      strszego brata, też nie - oboje nauczylismy się rozwiązywać swoje
      problemy sami. Młodsze rodzeństwo wychowaywało się w pełnych
      rodzinach (córeczka tatusia i synek mamusi :))sa z rodzicami mocno
      związani. My z bratem jesteśmy niczyi.
      Nie znaczy to, że wyrośliśmy na ofiary losu. Wręcz przeciwnie -
      jesteśmy perfekcjyjni w pracy zawodowej, odnosimy sukcesy. Ale też
      unikamy "stabilizacji" w życiu prywatnym. i tak chyba zostanie.
      Żadnych mocnych więzów, nie chcemy zostać zranieni, nie chcemy
      ranić.
    • milseog z meskiego punktu widzenia 14.05.09, 16:12
      Swietny tekst. bardzo zyciowy. w niemal kazdej historii znalazlem
      cos, co przezywalem, przezywam albo przynajmniej pomyslalem. a teraz
      czytam te posty i nie moge sie nadziwic..
      sam znalazlem sie w takiej sytuacji, tyle, ze dolaczylem do Mojej
      Dziewczyny i jej Synka (nazywam ich tak z oczywistych powodow).
      tego, co mam zamiar napisac nie wyczytalem w "kolorowych pisemkach"
      ani nie uslyszalem od cioci na imieninach. to moja rzeczywistosc.
      jako, ze jestem tym, ktory dolaczyl wiem, co moze czuc osoba w
      takiej konfiguracji. jakie szarpia nia obawy, emocje i jakie
      nawiedzaja mysli. przerabialem to w sobie bardzo wiele razy i ciagle
      jeszcze przerabiam. byc moze nigdy sie to nie skonczy, kto wie? za
      kazdym jednak razem, kiedy takie czarne chmury zbieraja sie nade mna
      Ona przerabia je ze mna. dyskutujemy o tym, mowimy co czujemy. to
      pomaga. wbrew temu co pisza zwolennicy "natury" i biologii"
      psychologia ma tu wiele do zaoferowania. im rowniez pod postacia
      behawioryzmu, skoro taka ich wola i sposob postrzegania swiata.
      uwazam jednak, ze wiele zalezy tu od inteligencji emocjonalnej:
      naszej i partnera. to ona odroznia nas od wiekszosci zwierzat, ba,
      nawet goryle sa w stanie wychowywac "cudze" dzieci. a im ulegania
      naturze odmowic nie sposob.
      za pokazywanie, uczenie dzieci emocji i uczuc odpowiadaja przed
      dziecmi dorosli. byc moze nie spotkaliscie na swojej drodze
      odpowiednich. wypowiedzi mowiace o niecheci, nieumiejetnosci
      nawiazania trwalych i glebokich relacji swiadcza o tym dobitnie. nie
      radze ludzic sie, ze bedzie Wam latwiej z wlasnymi, biologicznymi
      dziecmi. problem tkwi glebiej niz w plemnikach i jajeczkach.
      te zagadnienia sa trudne, ale nie niemozliwe do przezwyciezenia. nie
      ma mowy o uczuciach "na sile". to sie nigdy nie sprawdza. nie ma tez
      mowy o "przypodobywaniu sie", udawaniu i zabieganiu o uczucia. kiedy
      patrze na nasz zwiazek (naszej trojki) widze rosline, ktora
      podlewamy i patrzymy jak rosnie. opiekujemy sie uczuciami i
      troszczymy o nie. kiedy patrze jak dojrzewaja do nowego ukladu
      widze, ze mamy wszelkie szanse na sukces. chcemy, zeby sie udalo i
      krok po kroku robimy to.
      nie zabiegam o uczucia Malego Chlopca. wydaje mi sie, ze nie
      narzucam sie, nie jestem nachalny. ale staram sie byc na tyle
      blisko, zeby kiedy mnie zawola byc z nim wtedy kiedy tego chce.
      kiedy mowi "idz" odchodze. bez zalu, choc jakos to w sobie
      przezywam. wiem, ze to trudne i dla Niego. On powinien mnie wybrac.
      nie ma tu mowy o zabieganiu o uczucie. to nigdy nie wychodzi na
      dobre. nikomu.
      posty o wyzszosci "natury" i "biologii" moga wyjsc tylko od ludzi,
      ktorzy nigdy nie doswiadczyli tego, kiedy Maly Chlopiec przytula sie
      do ich nogi, gladzi po twarzy i mowi "wydaje mi sie, ze jestes
      kochany". sam z siebie. kiedy Moja Dziewczyna opowiada mi o tym, ze
      pyta o mnie rano, mowi o mnie w ciagu dnia, kiedy mnie akurat nie
      ma, wzruszam sie do lez. to sa emocje bezcenne. opisac sie tego nie
      da.
      nie staram sie byc dla Niego "tata" - ma swojego. jednak jesli
      kiedys (byc moze) powie mi, ze jest szczesliwy z tego, ze spedzil ze
      mna swoje dziecinstwo i dalej, bede wiedzial, ze zrobilem wszystko
      jak nalezy. podobnie poczuje sie wtedy kiedy bedzie kochal swoje
      rodzenstwo, bo to zalezy od tego, jaki dom my mu stworzymy. jak
      bedziemy kochac wszystkie NASZE dzieci. slowem od nas. patrzac na
      nas wiem, ze idziemy w dobrym kierunku.

      PS. Synek mowi do mnie po imieniu. nie jestem jego "wujkiem", "tata"
      czy nawet "cwierc tata". chce byc dla niego przyjacielem. jesli
      kiedys zechce mowic do mnie "tato" bede najszczesliwszym czlowiekiem
      na swiecie. zdaje sobie jednak sprawe z tego, ze tak moze sie nigdy
      nie stac. i to jest OK, fair. sam zdecyduje. licze na to, ze uda mi
      sie zasluzyc na jego szacunek. jesli tak bedzie moze do mnie mowic
      po imieniu. gdyby bylo inaczej, zadne tytuly tu nie pomoga.

      PPS. mowienie o dzieciach, czyichkolwiek, per "cudze bachory" jest
      tak wymowne, ze az strach. przykro to nawet czytac.

      wszystkiego najlepszego.
      • magdalik Re: z meskiego punktu widzenia 15.05.09, 22:44
        To piekne ze tak czujesz i mysle, ze dobrze rokuje na przyszlosc.
        Wszystkiego dobrego dla Waszej trojki. Oby jak najwiecej takich
        wrazliwych i taktownych ojczymow (i macoch) :-)
      • magdalena1166 Re: z meskiego punktu widzenia 26.05.09, 17:51
        Milseog, dziekuje, naprawde dziekuje, czytalam te wszystkie posty i szeka mi
        opadla. Nie chce mi sie rozpisywac ale czuje i mysle dokladnie tak samo. Sama
        mam 2 doroslych pasierbow i ukochanego syna z ktorym nic genetycznie mnie nie
        laczy- straszne co!Posty sa glownie od kobiet.
        Miselog jestes super facetem i zycze Ci wiele szczescia i powodzenia w Rodzinnym
        Zyciu
    • jjs78 Re: Niby-mama, niby-córka 15.05.09, 00:05
      Zgadzam sie, pani z drugiej historii niedojrzala emocjonalnie, bardzo
      egoistycznie patrzaca na sytuacje, zupelnie nie widzac w tej historii dziecka,
      ktoremu wlasnie rozwalil sie dom. Tata napewno nie spedza ze swoim dzieckiem
      wiecej czasu po rozstaniu z mama. Mysle, ze ta pani nie ma pojecia o ludzkich
      emocjach w takich sytuacja. Jestem w szoku !
      • niezapominajka67 Re: Niby-mama, niby-córka 15.05.09, 20:22
        A ja mam wrazenie, ze ta Pani (z drugiej historii) właśnie się
        przyznaje, że taka była, ale już zrozumiała niewłaściwość swojego
        postępowania. W każdym razie, ja to tak pozytywnie odczytałam, ze
        już zmieniła swoje podejście do dziecka.
    • iwoska88 Niby-mama, niby-córka 15.05.09, 23:22
      Nie rozumiem skąd tyle uprzedzeń do macoch i ojczymów. Już nie mieszkam w domu
      (studiuje w innym mieście), a moi rodzice się rozwiedli kiedy miałam 11 lat
      (mój brat 9). Oboje weszli w nowe związki. Przez 4 lata mieszkaliśmy z
      partnerem mamy i powiem szczerze, ze zaakceptowaliśmy go od razu. Owszem były
      między nami spory, nie było różowo, ale o żadnej nienawiści nie ma mowy.
      Podobnie z partnerką naszego ojca, kobieta okazała się sympatyczną, kochającą
      tatę panią. żadne z partnerów rodziców nie próbowało wchodzić w role rodzica.
      od początku traktowali nas jak normalnych ludzi, na równi ze sobą (co prawda z
      ojczymem trzeba było to wypracować, ale się udało). Ja z bratem od początku
      pojęliśmy, ze rodzice się rozstali, nie będą już ze sobą, ale mają prawo do
      szczęścia i bycia z kimś innym. Pamiętam, ze jak pojechaliśmy z bratem na
      wakacje z tatą i jego partnerką ona sama była zdziwiona, że tak łatwo i bez
      problemu ja zaakceptowaliśmy. A niby dlaczego miało być inaczej? Taty nam nie
      zbierze, bo on tak czy inaczej jest naszym ojcem, z nią się szybko
      zaprzyjaźniliśmy. A na każde wspólne wakacje czekamy cała czwórką:) A w domu,
      jak to w domu. Kłócimy się, rozmawiamy, ale nasze relacje z ojczymem też są w
      porządku :)
      • esther-pl Re: Niby-mama, niby-córka 16.05.09, 09:01
        No i trafilas w sedno. Moze nie wszystko zalezy od tego jak bardzo
        nowa/y mama/tata beda sie starac i ile fanaberii sa w stanie zniesc
        ale tez od dziecka, ktore jest (jak w waszym przypadku) na tyle
        inteligentne (albo dobrze uswiadomione przez rodzicow), ze pojmuje
        sytuacje. Dociera do niego, ze mama i tata juz nie beda razem i
        spotkali kogos innego, z kim chca byc. Koniec kropka. Te wszystkie
        kobiety, ktore nadskakuja pasierbom pomimo ciegow, jakie od nich
        zbieraja, powinny sie zastanowic czy nie maja jakiegos problemu z
        niezrealizowanymi marzeniami o aktorstwie z dziecinstwa. Udawac
        uczucia, ktorych sie nie posiada? - zapiszcie sie lepiej do kolka
        teatralnego. Dlaczego nie zadac od dziecka tylko tego, czego sie
        zada od niego wobec obcej osoby (bo jestescie obcymi osobami)-
        kulturalnego zachowania. I wystarczy na poczatek. A bedzie to
        napewno poczatek duzo latwiejszy i wiecej obiecujacy na przyszlosc.
    • aga999929 Niby-mama, niby-córka 05.06.09, 20:22
      To wszystko zależy od wieku dziecka i jego nastawienia a także jak
      długo się znacie ile czasu minęło od rozstania z matką dziecka.
      Myślę, że to bardzo indywidualna sprawa.Taką decyzję nalezy podjąć
      po przemyśleniu.Zbyt pochopna może bardzo zaciązyć na waszysch
      stosunka a może i na powodzeniu waszego związku. Trudno żyć z
      partnerem, którego dziecko nas nieakceptuje.
    • bszalacha Niby-mama, niby-córka 06.09.09, 15:08
      jestem pod ogromnym wrażeniem dojrzałości zaprezentowanych
      tutaj "macoch"i ich wrażliwości na cudze dzieci.Takie postaci /i
      postawy/powinny być treścią podręczników obowiązujących
      każdego "przysposobionego"rodzica i nie tylko przysposobionego.Sama
      jestem po rozwodzie,a moje dzieci NIGDY nie mogły liczyć na
      pomoc,czy choćby kontakt z ojcem i jego nowymi dziećmi,zoną.Ma
      kobieta studia prawnicze,jej matka jest nauczycielką,wychowującą
      cudze dzieci.Pomijając fakt,że pomogła córce uwieżdż cudzego
      męza,rozbić rodzinę,....nie chce mi sie juz o tym pisać.
    • ann767 Niby-mama, niby-córka 13.09.09, 18:09
      Uwazam, ze mimo wszelkich staran owej macochy, nie ona powinna byc przez
      dziecko spostrzegana jako "druga mama".. Po pierwsze - nie ma prawa. Po
      drugie, nie wydaje mi sie zeby to w jakikolwiek sposob ulatwialo cos dziecku.
      Moja obecna macocha D. ma 2-ke dzieci z poprzedniego malzenstwa. Jeden z nich
      gdy poznal mojego ojca zawolal: "O! To taki nowy tata!", na co moj ojciec
      odpowiedzial "nie, nie jestem twoim tata". Cale szczescie, i tak teraz nie
      wiem co myslec o D. Dowiedzialam sie o niej gdy juz byla w ciazy. Nie mam do
      niej zalu, ciesze sie ze wzgledu na ojca. Mimo wszystko nie lubie, gdy ojciec
      mowi o tym dziecku jak o moim braciszku/siostrzyczce. Dziwnie to brzmi...
Pełna wersja