alga-dwa
07.09.09, 14:04
Może jestem ograniczona i staroświecka, ale ten artykuł zrozumiałam
następująco:
1. Nie informuj męża/partnera o tym, że nie pasują ci jego
zdrady, że w razie gdyby, to poniesie konsekwencje, bo możesz z góry
założyć, że facet nie ma boków tylko dlatego, iż został zastraszony
i w związku z tym dokonał wyboru negatywnego, czyli jest wierny ze
strachu przed karą, a nie z miłości do ciebie.
2. Nie bierz sobie do serca słów przysięgi małżeńskiej (jeśli
takowe padły), czy też prywatnych deklaracji, bo człowiek się
zmienia, a to wszystko tłumaczy, no i wymagać za dużo też nieładnie.
3. Daj mu wolność, bo a nóż, widelec, bidulek jeszcze czegoś
tam nie przeżył, a ma prawo – zielone światło dla zdrady, a partner
już zadecyduje czy i na ile twoje pozwolenie wykorzysta.
4. Zachowaj liberalne (żeby nie powiedzieć libertyńskie)
podejście w odniesieniu problemu zdrady, a wtedy osiągniesz
najwyższy stopień wtajemniczenia, bo jedynie taka postawa jest
wyrazem „dojrzałej/jasnej relacji”.
5. Zdradzaj i pozwalaj się zdradzać, a nabierzesz „właściwego”
podejścia do sprawy – „ćwiczenie czyni mistrza”.
Przykro mi, ale wcale mnie to nie przekonuje.
Żony/partnerki alkoholików czy męskich bokserów, od lat namawia się
do stosowania różnego rodzaju form samoobrony, do tego aby nie
chowały głowy w piasek i nie przygłaskiwały problemów, nie
wspominając już o zakazie akceptacji tego typu zachowań, zaś ich
sprawcy są karani, potępiani, leczeni, w celu eliminacji negatywnych
postaw.
A co z dręczeniem psychicznym? Przecież zdrada partnera jest jedną z
najbardziej wyrafinowanych i okrutnych form takiego dręczenia, a
przynajmniej ja ją tak postrzegam.
Autorka artykułu przekonuje nas, że wręcz przeciwnie, że to
normalna „ludzka sprawa” (jak pobicia?, morderstwa?, kradzieże?,
oszustwo? – też ludzkie jak by nie było). Że należy zamieść pod
dywanik, zaakceptować, przyzwyczaić się, dać przyzwolenie –
DLACZEGO? W imię wolności drugiego człowieka?
Coś mi tu nie gra, bo niby z jakiej racji niektóre naganne czyny
można potępiać, można za nie karać, podczas gdy inne powinny być
akceptowane?
Dlaczego żona pijaka nie miałaby być uznana za głupią życiowo z tego
powodu, że zabrania swojemu mężowi zaglądać do kieliszka, a podczas
gdy żona zdrajcy, nie godząc się na zdrady jako takowa, według
autorki artykułu, jest uznawana?
Dlaczego żona wspomnianego wyżej pijaka, według ogólnie panującej
opinii, nie powinna się przyzwyczaić do wybryków męża, nie ma
moralnego obowiązku „poćwiczyć w celu osiągnięcia mistrzostwa oraz
jasności relacji”, a żona zdrajcy wręcz przeciwnie?
Przecież skoro ten drugi człowiek chce być wolny, to niech sobie
jest, niech się nie zobowiązuje, niech nie przysięga, a jeśli już to
zrobił niech, do cholery, jeśli ma, to co mieć powinien plus
odrobinę honoru, odpowiedzialności i empatii, (nie wspominając już o
miłości), dotrzymuje danego słowa, a nie łamie go (łamiąc przy
okazji czyjeś serce, przeważnie niejedno), tłumacząc, że ma prawo
się zmienić.
A tak na zakończenie. Mamy już plagę bezstresowo wychowywanej
młodzieży, więc po co nam kolejna – bezstresowych mężów??