somepoint210
22.11.06, 01:07
wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,3747860.html
Ośmiu górników zginęło we wtorek w kopalni "Halemba" w Rudzie Śląskiej. -
Ratownicy wciąż usiłują dotrzeć do 15 pozostałych, ich los jest nieznany -
poinformował Zbigniew Madej, rzecznik Kompanii Węglowej, do której należy
kopalnia. Na Śląsk przyjechał premier Jarosław Kaczyński.
Atmosfera w rejonie wypadku w kopalni "Halemba" w Rudzie Śląskiej jest
niezdatna do oddychania, ponieważ podczas wybuchu metanu został zniszczony
most wentylacyjny, co zakłóciło przepływ powietrza - powiedział Zbigniew
Madej. - To informacje bardzo niepokojące - przyznał.
Podczas wybuchu lub zapalenia metanu na poziomie 1030 m, do którego doszło
ok. godz. 16.30, zginęło ośmiu górników, ratownicy wciąż szukają 15. -
Sytuacja jest bardzo poważna, ale jak zawsze mówimy w górnictwie, nadzieja
umiera ostatnia. Wierzymy, że dotrzemy do tych górników, takie jest nasze
głębokie przeświadczenie - powiedział Madej. Dodał jednak: - Mogą się tam
objawić wszystkie zagrożenia, jakie występują w górnictwie. Według niego
dotarcie w rejon wypadku może zająć kilka lub kilkanaście godzin, ale może to
być nawet kilka dni, jak często się zdarzało podczas wypadków w kopalniach
węgla kamiennego.
Rejon, który muszą przeszukać ratownicy, to odcinek 500 m, ale niewykluczone,
że górnicy znajdują się bliżej, w odległości 200-300 m. Odcinek ten jest
częściowo zasypany węglem i skałami, pracę ratownikom utrudnia również
znajdujący się tam zniszczony sprzęt, bardzo wysoka temperatura i wilgotność.
Warunki panujące w miejscu wypadku Madej określił jako "niewyobrażalne i
ekstremalne".
Na miejscu cały czas pracuje dziewięć zmieniających się zastępów ratowników -
wprowadzenie tam większej liczby ratowników jest technicznie niemożliwe.
Madej potwierdził, że 15 osób z grupy 23 w rejonie zagrożenia to pracownicy
zewnętrznej firmy świadczącej usługi na rzecz kopalni, pozostali to jej
pracownicy.
Przedstawiciele kopalni nie chcą mówić o szansach zaginionych górników na
przeżycie. Podkreślają, że ratownicy pracują w niezwykle trudnych warunkach -
w miejscu akcji panuje bardzo wysoka temperatura i wilgotność. Jak jednak
mówią wszyscy górnicy, zawsze dopóki trwa akcja, jest nadzieja.
Według nieoficjalnych informacji PAP, ratownikom udało się dotrzeć i
wyprowadzić z rejonu sąsiadującego z miejscem wypadku górników, którzy
zostali poparzeni, mimo że znajdowali się ok. 500 m od centrum wybuchu. Jeśli
te informacje się potwierdzą, będą oznaczać, że szanse pozostałych w tym
miejscu są bardzo małe.
Specjaliści mówią, że górnicy mają szansę na przeżycie, jeśli zostali
odcięci, a nie zasypani. Mają bowiem ze sobą aparaty ucieczkowe z tlenem.
Wojciech Bradecki, były prezes Wyższego Urzędu Górniczego: - Gdy wybucha
metan, człowiek tam na dole jest jak zapałeczka. Najpierw jest podmuch, a
potem potężna fala uderzeniowa. W chodniku gwałtownie obniża się poziom tlenu
i nie ma czym oddychać.
Były wiceminister górnictwa i były ratownik górniczy Jerzy Markowski,
powiedział TVP3, że warunki prowadzenia akcji ratowniczej są wyjątkowo
trudne. Ma to związek z bardzo wysoką temperaturą, jaka towarzyszy takiemu
wybuchowi. - W tym momencie - jak mówi Markowski - nie ma możliwości
poruszania się bez aparatu tlenowego. Ponadto - jak zaznacza - nie wiadomo,
jaki jest stopień dewastacji wyrobiska. W związku z takimi warunkami -
wszelkie rygory, jakie można sobie wyobrazić podczas tego typu akcji, muszą
być ściśle zachowane - podkreślił Markowski. Jak zaznaczył - trzeba też
uważać na samych ratowników, którzy niosą pomoc górnikom.