sss9
02.03.07, 14:09
Nie lubię Śląska
Jan Mazurkiewicz, redaktor naczelny Górnośląskiego Tygodnika Regionalnego "Echo"
2007-03-01, ostatnia aktualizacja 2007-03-01 21:33
Ślązacy są dla mnie zbyt racjonalni i hermetyczni. Brak im spontaniczności,
ułańskiej fantazji, tej hemingwayowskiej "odrobiny szaleństwa" - pisze dla
Przystanku Śląsk Jan Mazurkiewicz,redaktor naczelny Górnośląskiego Tygodnika
Regionalnego "Echo"
Kazimierz Kutz twierdzi, że ze Śląska trzeba uciec, by z dystansu docenić jego
walory, poznać problemy, klucz do ich rozwiązania. Coś w tym jest.
Urodziłem się w Gliwicach, ale moje śląskie pochodzenie jest płytko
zakorzenione; moja matka była Ślązaczką, ale ojciec pochodził z Lidy na
Wileńszczyźnie i te właśnie kresowe klimaty przeważają w poczuciu mojej
tożsamości. Jako osobie niezwiązanej zbyt emocjonalnie z tym regionem, łatwiej
mi odpowiedzieć na pytanie: dlaczego Śląsk mnie wkurza.
Otóż wkurza mnie przede wszystkim mentalność Ślązaków. Doceniam takie cechy,
jak: religijność, uczciwość (choć tu bym nie uogólniał), pracowitość,
rzetelność, przywiązanie do rodziny, ale już podnoszona do rangi cnoty śląska
lojalność jest dla mnie nieporozumieniem. Lojalność w wydaniu Ślązaków
niewiele ma wspólnego z prawością, wiernością zasadom, rzetelnością w
stosunkach z ludźmi; bardziej przypomina postawy wiernopoddańcze,
podporządkowywanie się woli rządzących. Mam w życiorysie epizod pracy jako
robotnik w zakładach wielkoprzemysłowych. Większość szeregowych pracowników
stanowił tam tzw. element napływowy, ale na czele brygady zawsze stał Ślązak.
Komuniści świetnie potrafili wykorzystać tę cechę Ślązaków, która mimo
sprzeciwów wewnętrznych kazała im stać wiernie przy władzy.
Ślązacy są dla mnie zbyt racjonalni i hermetyczni. Brak im spontaniczności,
ułańskiej fantazji, tej hemingwayowskiej "odrobiny szaleństwa". Wkurza mnie
ich pazerność, przywiązywanie do dóbr materialnych. Ślązaka częściej można
spotkać w supermarkecie niż używającego życia.
Moją żonę, pół warszawiankę, pół kresowiankę z pochodzenia (choć mieszkającą
całe życie w Gliwicach), wkurza proniemieckość Ślązaków. Jako wnuczka
legionisty i bohatera trzech wojen, jako córka łączniczki z powstania
warszawskiego, kiedyś nie "wydzierżyła", gdy pewien Ślązak szczycił się po
kielichu, że Hitler to był równy gość, bo jego rodzina dostała świnię.
Emigracja ekonomiczna Ślązaków do Niemiec to natychmiastowe pozbywanie się
polskości, ta łamana polszczyzna po krótkim czasie pobytu, wychowywanie dzieci
bez znajomości języka polskiego. Ta chęć bycia Niemcem za wszelką cenę, są dla
patrioty polskiego nie do zaakceptowania. To wieczne wytykanie niedociągnięć
"tego kraju", porównywanie Polski do jednego z najbogatszych państw na
świecie, ma według mnie także podłoże materialne. Ślązak ceni bogatych. Mieć,
a nie być - to główne jego przesłanie. Patriotyzm Ślązaka sprowadza się tylko
do epatowania tzw. Małymi Ojczyznami, które w skrajnych wypadkach ograniczają
się do własnej posesji. Ja wiem, że większość tych cech wyewoluowała historia,
ale jest jak jest. Dopóki ten stan rzeczy nie ulegnie przewartościowaniu,
miasta będą straszyć anonimowością i wyobcowaniem.
Jeszcze jedna cecha Ślązaków wydaje się wyeksponowana: to brak gustu, dobrego
smaku w zgodzie z kanonem estetyki. Niemców obwiniam zresztą o to samo -
kiczowaty, bazarowy gust krasnoludkowy, brak francuskiej finezji czy włoskiego
wyrafinowania. Czerpanie z niemieckich wzorów widać na Śląsku na każdym kroku
- w sztampowym ubiorze mieszkańców, w wystroju witryn sklepowych, w
architekturze blokowisk i nowo powstałych budynków, w detalu małej architektury.
Katowice są miastem bez wyrazu. Brak wizji, czym tak naprawdę chciałyby być:
ośrodkiem handlu, biznesu, nauki czy kultury, centrum jakiejś nowoczesnej
gałęzi przemysłu itp. (bo profil turystyczny z góry wykluczam z powodu, mówiąc
kolokwialnie "braku urody").
Poznań reklamuje się jako miasto gospodarne i ludzi zapobiegliwych, Wrocław to
centrum wielokulturowe, młodych i wykształconych ludzi. Kraków jest jądrem
naszej historii, miastem noblistów, kultury przez wysokie K, uroczych knajpek
i nocnych klubów. Tam w centrum każdy zaułek, każde małe podwóreczko jest
estetycznie zagospodarowane. W Katowicach, na ulicy Stawowej, którą niektórzy
czytelnicy ankiety przywoływali jako centralny "deptak" Katowic, podwórka
straszą odrapanym tynkiem, brudem, dziurawą posadzką, pełną śmieci i
porzuconych przez ćpunów z pobliskiego dworca strzykawek. Bo dworzec kolejowy
i jego dzicy rezydenci to problem, z którym miasto od lat nie potrafiło się
uporać.
Doceniam wysiłki prezydenta Katowic w rozwiązywaniu problemów komunikacyjnych.
Ale highwaye, aczkolwiek potrzebne, nie sprzyjają kameralności miasta. Brak w
tym mieście jakiegoś intymnego wnętrza urbanistycznego, rynku, czegoś takiego,
co we włoskich miastach określa się mianem piazza.
Dlaczego wolę Gliwice od Katowic? Bo to miasto ma swoje serce - rynek z
ratuszem i fontanną, jego arterie w postaci handlowych uliczek. Lubię Gliwice,
bo mają ulicę Zwycięstwa - główną oś łączącą dworzec z rynkiem. Wuj mojej
żony, warszawiak z krwi i kości, zawsze podziwiał ulicę Zwycięstwa z jej
eklektycznym kostiumem i charakterem handlowym, bo przypominała mu
przedwojenną ulicę Marszałkowską. Dziś ta ulica, przez politykę rozdymanych
czynszów, zatraciła swój dawny charakter. Sklepiki o różnorodnym asortymencie,
kawiarenki na kilka stolików, księgarenki, antykwariaty, sklepiki z płytami i
prasą, coraz nachalniej zastępują sklepy jubilerskie, salony z markową
odzieżą, banki i punkty załatwiania kredytów. Rynek otoczony siecią knajpek z
wyeksponowanymi na całej powierzchni letnimi ogródkami żyje w sezonie do
późnych godzin nocnych. No i zieleń - stanowiąca w Gliwicach 80 proc. miasta -
coraz piękniej pielęgnowana. Tego mi brak w Katowicach.
serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34309,3957285.html
nie bardzo rozumiem - ten tekst to krytyka czy pochwała Śląska? chyba, że ten
nielubiany Śląsk, to tylko Katowice?