luka
10.09.03, 09:25
Profesor Leszek Kołaowski przeciw "Wypędzonym"
fragment tekstu z dzisiejszej GW
całość pod www1.gazeta.pl/wyborcza/1,34513,1664000.html
"Projektodawcy Centrum przeciw Wypędzeniom nie mówią o masowych mordach i
gwałtach popełnianych na Niemcach przez Rosjan. Dlaczego? Bo byłoby to
tylko
bezużytecznym prowokowaniem Rosji, a nie dawałoby podstawy do żadnych
roszczeń.
Chciałbym się wtrącić do dyskusji o Centrum przeciw Wypędzeniom w Berlinie
projektowanym, a to po to, by zwrócić uwagę na jedną sprawę, której -
zdaje
się - nie poruszano w polskich na ten temat dyskusjach.
Najpierw mały fragment autobiograficzny. Moje pierwsze spotkanie z
niemiecką
cywilizacją było takie. We wrześniu 1939 r., mając niespełna 12 lat, byłem
w
grupie kilkunastu osób (cywilów) uciekających spod bomb niemieckich na
wschód. W wiosce nieopodal Bugu dopadła nas armia niemiecka. Uciekinierzy
zabrali ze sobą, co mogli, z wartościowych przedmiotów; oficerowie
niemieccy
obrabowali nas ze wszystkiego, włączając zegarki, pierścionki itd.
Aresztowali też wszystkich mężczyzn (do których ja się jeszcze nie
zaliczałem) i zamknęli ich w pobliskim więzieniu. Nie zdążyli ich jednak
wymordować, bo właśnie wtedy miała miejsce duża bitwa, którą przegrali i
musieli uciekać. Aresztowani wyszli z więzienia. Pamiętam, że w czasie
rewizji i rabunku późną nocą moja stara, siwa babcia siedziała bezsilna,
ledwo przytomna na ziemi. Przyszło kilku oficerów, pokazywali ją sobie
palcami i śmiali się głośno ze staruszki. Byłbym ich zabił, gdybym mógł.
Nie
mogłem, oczywiście, ale jestem pewien, że wkrótce potem inni ludzie to
zadanie wypełnili. To było moje pierwsze spotkanie z niemiecką cywilizacją.
Inne spotkanie miało miejsce w kilka miesięcy później, kiedy Niemcy nas
wywozili z terenów przyłączonych do Rzeszy, obrabowawszy nas doszczętnie
ze
wszystkiego, cośmy mieli. Wywózka nie odbywała się w takich warunkach jak
wycieczka Orient Expressem. Można z pewnością to samo powiedzieć o
wywózkach
Niemców po 1945 r. z Sudetów i z terenów przyłączonych do Polski.
Ale rabunki i wywózki nie zasługują w Polsce na pomniki martyrologiczne;
to
był dopiero wstęp do prawdziwej okupacji. Kilka milionów ludzi
wymordowanych,
niezliczone tysiące torturowane na śmierć w katowniach gestapo,
niezliczone
tysiące wygubione w obozach koncentracyjnych, masowe egzekucje
zakładników,
około 3 mln Żydów wysłanych do gazu; nie mówiąc już o likwidacji życia
kulturalnego i szkół (wedle idei Hitlera Polacy mieli zostać świniopasami
dla
Niemców po wytrzebieniu ludzi wykształconych). Prawie każde ogłoszenie dla
Polaków kończyło się słowami "...do kary śmierci włącznie". W
rzeczywistości
nie było w GG żadnych kar śmierci, nie słyszałem, by kogoś skazano na
śmierć.
Niemcy na śmierć nas nie skazywali, ale tylko mordowali.
Powtarzam: rabunki i wywózki nie zasługują w Polsce na pomniki
martyrologiczne w zestawieniu z innymi dziełami okupantów. Czy wywózki
Niemców zasługują na takie pomniki i czy Niemcy sami nie doznali bardziej
dotkliwych krzywd? (Nie mówiąc o tym, że licząca się część przesiedleńców
byli to ludzie, którzy opuścili swoje siedziby na rozkaz władz niemieckich
albo sami uciekali przed nadejściem Armii Czerwonej). Przecież niezliczone
tysiące niemieckich jeńców wojennych schwytanych pod Stalingradem albo
gdzie
indziej zostały wymordowane w Związku Radzieckim. Czy ich los nie
zasługuje
bardziej na upamiętnienie? (Przyznajmy, polscy oficerowie wrócili żywi z
niemieckich obozów jenieckich, wymordowano ich natomiast na rozkaz
Stalina.
Taka to była wojenka. Taka to była wojenka). Niezliczone tysiące
niemieckich
kobiet zostały zgwałcone przez sowieckich sołdatów. Czy ich los nie
zasługuje
bardziej na upamiętnienie? Dlaczego więc projektodawcy Centrum nie mówią o
tamtych, gorszych, okrutniejszych i bardziej bolesnych prześladowaniach?
Można się domyślić, dlaczego. Piętnowanie w postaci pomników masowych
mordów
i gwałtów popełnionych na Niemcach byłoby bezużytecznym prowokowaniem
Rosji,
a nie mogłoby być podstawą dla żadnych roszczeń. Inaczej pomniki
wystawione
wysiedlonym z terytoriów czeskich i polskich; to prawda, roszczenia
terytorialne czy inne nie są w tej chwili podnoszone z okazji tych
muzealnych
projektów. Pozostanie jednak wielki pomnik, który w każdej chwili może
służyć
za widowiskowe wsparcie wszystkich roszczeń, gdy się takie pojawią.
Czy pojawią się znowu? Nie wiemy, nic w takich sprawach nie jest pewne i
przewidywalne. NRD (przez długie lata poprawne słowo w Niemczech
Zachodnich
było: Mitteldeutschland) była naturalną częścią krajobrazu Europy i
zachodnioeuropejscy mężowie stanu bynajmniej nie marzyli o zjednoczeniu
obu
państw niemieckich, raczej się tego bali. Pamiętam, że jadłem kiedyś obiad
w
Monachium w towarzystwie trzech wybitnych intelektualistów niemieckich,
którzy o sprawach niemieckich wiedzieli wszystko, co wiedzieć było można.
Zapytałem ich, czy NRD nadal uchodzi wśród zachodnich Niemców za hańbę
narodową, czy jest silne i żywe pragnienie zjednoczenia. Wszyscy trzej
odpowiedzieli: - Zapomnij o tym, nikogo to tutaj nie obchodzi. Jeden z
moich
rozmówców dodał: - Nie ma żadnego narodu niemieckiego, to był sztuczny
wymysł
Bismarcka. Ta rozmowa miała miejsce kilka miesięcy, może rok przed
zburzeniem
muru. Oto przykład, jak najlepsza nawet wiedza nie wystarcza do
przewidywania
przyszłości.
9 maja 1945 r. był dniem radości dla całej nieniemieckiej Europy: Hitler
kaputt, Trzecia Rzesza zdechła, koniec bestii, chwała Bogu. Że był to
dzień
żałoby i nieszczęścia dla wszystkich Niemców, trudno się dziwić. (Okazało
się
wtedy, o czym Viktor Klemperer pisze, że wszyscy Niemcy byli zawsze
wrogami
Hitlera, że nazistów po prostu jakby nigdy nie było. Poza tym - kto mógł
wiedzieć o Oświęcimiu, Treblince etc.? Pan Waldheim [Kurt, sekretarz
generalny ONZ w latach 1972-81, prezydent Austrii w latach 1986-92 r., w
1986
r. oskarżany o udział w eksterminacji greckich Żydów w 1943 r.], gdy był
oficerem w kwaterze głównej armii niemieckiej w Salonikach, nic nie
wiedział
o tym, że trzecią część ludności tego miasta wywieziono wtedy do gazu).
Kilka lat po wojnie zaczął się kłopotliwy, ale realny proces pojednania
obu
narodów - polskiego i niemieckiego. Uczestniczyli w tym także biskupi,
intelektualiści, pisarze. Ten proces nie jest całkiem zakończony, ale -
miejmy nadzieję - trwać będzie. Ci, którzy chcą pomnika wypędzonych w
Berlinie, chcą ten proces powstrzymać albo nic ich ta sprawa nie obchodzi.
Wiemy wszyscy, że wojnę rozpętały rządy Hitlera z entuzjastycznym
przyzwoleniem znacznej większości ludności i że w wyniku tej wojny państwo
niemieckie z rozporządzenia zwycięskiej koalicji utraciło część swoich
terytoriów (choć nie tak wielką jak te, które Polsce zabrano). Stąd
jednak,
że Trzecia Rzesza wszczęła wojnę i użyła siebie jako najskuteczniejszej w
dziejach maszyny do ludobójstwa, nie wynika, że wszystkie środki odwetowe
wobec pokonanego wroga są dozwolone i sprawiedliwe. Nie ma nigdy
usprawiedliwienia dla masowego mordowania jeńców wojennych i masowego
gwałcenia kobiet. Niech martyrologiczne pomniki - jeśli mają w Niemczech
istnieć - dają świadectwo najgorszym zbrodniom."