Dodaj do ulubionych

Dawid zaprasza

IP: *.dip.t-dialin.net 12.10.03, 18:56
Restauracja Stary Browar, Gliwice, ul. Piwna 1, czynne od 12 do 24, piątek,
sobota od 12 do 4

Browar - jak to pięknie brzmi, nie wspominając już o piwie. W wielu
tradycjach mistycznych funkcjonuje wiara w moc dźwięku. Weźmy taką mantrę -
człowiek siedzi w kucki, uważa, żeby mu się zamykał obieg energetyczny, a
boskość sama z siebie wypełnia jego wnętrze. Dokładnie to samo muszą czuć
biesiadnicy na _October Fest, wlewając w siebie kolejne kufle piwa. Tym
bardziej więc nazwa Stary Browar zauroczyła mnie na tyle, że niczym Kubuś
Puchatek maszerujący przed siebie w poszukiwaniu baryłki z miodem, "kopnąłem
się" do Gliwic, by wreszcie z tym lokalem się zapoznać.

U wejścia do Starego Browaru stało kilku napakowanych łysoli i od razu
zacząłem się zastanawiać, czy to na pewno dobre miejsce na zjedzenie
kolacji. Kiedy nieśmiało zagadnąłem, czy otwarte, rozstąpili się na boki,
zapraszając do środka. Minąłem więc ich śmiało i wszedłem. No proszę! Ale
wielka buda - pomyślałem, obchodząc kolejno cztery dwupoziomowe sale (trzy
pubowe i jedna restauracyjna) z barkiem w każdej. Wszystko wypindrzone na
ostatni połysk - ściany, podłogi, meble i bary. Większość w wiśniowym
drewnie, budzi szacunek do ilości wpakowanego tutaj kapitału, tym bardziej
iż układ sal, ich kubatura i rozmieszczenie sugerują, że rzeczywiście był tu
kiedyś browar.

"Był tu kiedyś browar" - potwierdził zapytany kelner i zapewnił, że takie
sale rozciągają się aż do torów kolejowych (na oko jeszcze jakieś trzysta
metrów) i póki co dostępne są na razie tylko cztery. Od razu też
zaproponował irlandzkiego Beamisha w promocji za jedyne 11 zł za 0,5 l (też
mi promocja!), którego spróbowałem, żeby nie wyjść na niechętnego promocjom
i natychmiast pożałowałem swej decyzji: ciemny, oleisty i zbyt słodki płyn z
białą gęstą pianką przypominał bardziej budyń niż piwo. Tym chętniej
wróciłem więc do naszego luzem w dużym bawarskim kuflu (1 l za 11 zł) i od
razu zrobiło się przyjemniej. Wybór mają tam rzeczywiście duży, bowiem ani
ja, ani towarzyszące mi dwie piękne kobiety nie mogliśmy się długo
zdecydować. W końcu zacząłem od carpaccio (13 zł), ślimaka z polędwicy (27
zł) z zasmażanymi ziemniakami (6 zł) i tajemniczą surówką coleslow (6 zł). O
kobietach wspominam celowo, bowiem przydarzyła mi się gafa, którą opowiem
potomnym ku przestrodze. Otóż zanim zabrałem się do spożywania, dojrzałem
przy sąsiednim stoliku pewną parę siedzącą tak, że część pary płci żeńskiej
siedziała dokładnie w miejscu, na które mogłem spoglądać pomiędzy ramionami
siedzących naprzeciwko mnie pań. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby
nie nieskromny dekolt tej pani, który z biegiem wieczoru i odbytymi tańcami
rozchylony był coraz bardziej... Postanowiłem jednak być twardy i wziąłem
się za carpaccio, próbując skupić się na zawartości talerza i prowadzonej z
moimi towarzyszkami konwersacji. Wyobraźcie tylko sobie: krojona cieniutka
polędwica, która rozmraża się w lekkiej marynacie, by zostać podana na
talerzu w postaci rozchylonych (to słowo już się nie odczepi) płatków róży,
a całość odnajdujemy w wianuszku świeżej zielonej sałaty. Na górę nałożony
jest zmiażdżony czosnek w sosie winegretwraz z połówkami zielonych oliwek.
Co za maestria, co za smak! Cała potrawa zniknęła z talerza w okamgnieniu, a
kiedy znikała, już zdawałem się tęsknić do następnej.

Wbrew pozorom dobre carpaccio trudno zrobić. Polędwica musi być bardzo
zmrożona, by ją cienko i równo rozkroić, do tego ułożenie na talerzu jest
niezwykle ważne. Dobrze zrobione i doprawione, ale po takim carpaccio nic
już nie jest takie samo.



No właśnie - łyknąłem piwa i odetchnąłem z ulgą, bo siedząca naprzeciw para
właśnie poszła tańczyć. Mogłem się oddać uroczej dyskusji i piwku, i nawet
zdobyłem się na odwagę zamówienia jeszcze jednego carpaccio... Gdy nagle,
zupełnie niespodziewanie, zauważony przeze mnie wcześniej damski obiekt
powrócił na swe miejsce i z przerażeniem dostrzegłem, że dekolt wcześniejszy
to zaledwie połowa tego, który zaprezentowany moim oczom został w tej
chwili. Okazało się, że jestem człowiekiem słabym, skoro byłem kilkukrotnie
przywoływany do porządku przez nieźle ubawione koleżanki, ponieważ nie dość,
że już nie zdołałem uczestniczyć w pogawędce, ale w ogóle jakoby nie
słyszałem, co się do mnie mówi. I tu właśnie cała gafa - miast zabawiać
damy, siedziałem jak burak na weselu, wgapiając się w, co tu dużo mówić,
damskie przedsięwzięcie, powodując, że dotychczasowy i niezbyt pochlebny sąd
moich towarzyszek o mężczyznach tylko się spotęgował... Ciężkie życie
panowie - w barze topless to byśmy sobie nie pojedli!

Co zaś tyczy się Starego Browaru - idealne miejsce na tańce, piwne biesiady
i zaspokojenie kulinarnych uciech, ze szczególnym wskazaniem na carpaccio,
do którego już teraz tęsknię.

Obserwuj wątek
    • kolcero Re: Dawid zaprasza 12.10.03, 20:37
      Piekna opowiesc, aczkolwiek o ile mnie pamiec nie myli piora J.Gibasa- zdobywcy
      knajp katowickiej GW.
      • Gość: Dawid Re: Dawid zaprasza IP: *.dip.t-dialin.net 12.10.03, 20:46
        U Holendra, Gliwice ****

        18-05-2001 17:45

        Restauracja, Gliwice, ul. Tarnogórska 245

        Wielbiciele żuru będą zachwyceni! U Holendra otrzymujemy go pod postacią żuru
        chłopów holenderskich i od razu wiemy, z czego wyżej wymienieni brali
        odpowiednią krzepę do budowania wiatraków. Oprócz ziemniaków i jajek pływa w
        nim naprawdę bardzo dużo mięsa, rozebranego do postaci włókien. Co więcej,
        potrawę tę podają w objętości 0,5 l, więc można sobie zdrowo odbić te
        wszystkie zupki w innych restauracjach, których dają czasem tyle "co kot
        napłakał". Uczciwie muszę również polecić przysmak amsterdamski - spróbujcie
        sami. Wnętrze przyrządzono w ciężkich używanych holenderskich meblach z
        dodatkami najprzedziwniejszych lamp, zegarów i staroci. Widziałem tam nawet
        starą pianolę. W ten oto sposób z "knajpy przy drodze" powstała wcale niezła
        restauracja, która broni się przede wszystkim ciekawą kuchnią i to powstałą
        pod komendą kobiety (kucharzy tam kucharka, a nie kucharz, jak w większości
        restauracji). Dodatkową atrakcją jest fakt, że wszystkie meble i dodatki z
        wystroju restauracji są na sprzedaż.

        U Holendra Restauracja

        Gliwice ul.Tarnogórska 245

        kuchnia polsko-holenderska

        czynne: 10 - 23 poniedziałek - niedziela

        pięć sal na dwóch kondygnacjach

        100 miejsc siedzących, stoliki: jaki kto sobie życzy

        rezerwacja pod numerem telefonu 238 87 51

        restauracja ma własny parking

        lokal przystosowany do konferencji, bankietów, imprez różnego rodzaju

        szatnia, WC bezpłatne

        minimalna cena dwudaniowego obiadu 20 zł

        minimalna cena piwa 7 zł

        sala do tańczenia, możliwość kupna każdego sprzętu, który znajduje się w
        restauracji, od łyżki po stół, Klub Sympatyków Wina - spotkania w każdy
        ostatni czwartek miesiąca, degustacje, spotkania z przedstawicielami,
        importerami win z całego świata, wstęp wolny



        • kolcero Re: Dawid zaprasza 12.10.03, 20:57
          Stary material- nalezy dodac druga restauracje U Holendra na Zwyciestwa.
          A propos zuru.... glodnego szlag moze trafic jak lyzka sie zaplacze w te
          nieszczesne wlokna miesiwa, albo jak jedzacy sie sam w nie zaplacze :)))
          • Gość: Dawid Re: Dawid zaprasza IP: *.dip.t-dialin.net 12.10.03, 21:01
            Rest "Auracja", Gliwice, ul. Jagiellońska 4, czynne od 11 do 23, w weekendy od
            12 do 24

            Jakieś dwa lata temu miałem okazję zaliczyć "zakopiankę" w towarzystwie
            Szymona Majewskiego - tego telewizyjnego od słów gięcia i coś tam, który przez
            całą drogę komentował architekturę zakopiańską, a szczególnie te budynki,
            które do niej nijak nie pasowały. Ilekroć zaś mijaliśmy taki właśnie budynek,
            słynna osobowość telewizyjna wypowiadała słowa: "ja p..., ale paździerz!". I
            właśnie "paździerz" przypomniał mi się, kiedym szukał w Gliwicach restauracji
            Pokusa Dionizosa i w końcu natrafiłem na budynek zwany onegdaj pawilonem.
            Młodzież śpieszę poinformować, że pawilon to taka wcześniejsza wersja pasażu
            handlowego, która jest co prawda jak najbardziej do handlu przeznaczona, ale
            samego pasażu w niej nie uświadczysz. Stoją więc takie "paździerze" w każdym
            mieście na pamiątkę geniuszu PRL-owskich architektów i czasem się trzeba
            ciężko nagłowić, żeby wpaść na to, jak się na przykład wchodzi
            na "paździerzowe" pięterko.

            Wreszcie znalazłem restaurację, a właściwie Rest "Aurację", bowiem
            zrezygnowano tu zdecydowanie ze wspomnienia o Dionizosie na rzecz słów cięcia-
            gięcia, co widać po nazwie tego lokalu. Wewnątrz boksy... i właściwie to
            wszystko, co można o wystroju powiedzieć. Raczej miło niż niemiło, tym
            bardziej że za oknami było akurat jakieś minus dziesięć stopni. W menu
            odnajdujemy radosną twórczość, próbującą ukryć niedawne greckie nazwy potraw,
            co oczywiście się nie udaje, bo kuchnia grecka wciąż jest tutaj w znakomitej
            przewadze. Na początek jednak sięgam po danie o nazwie antivampire (2,9 zł),
            ponieważ uwodzi mnie swoją nazwą. Cóż się okazuje? Antivampire to
            najzwyczajniejsza w świecie i dobrze nam znana wodzionka! Teraz dopiero
            wiadomo, jak się bronić się przed wampirami - zażywa się wodzioneczki z obfitą
            ilością czosnku i po kłopocie. Ciekawe, czy działa to równie dobrze na
            rozpleniające się ostatnio wampiry energetyczne, wysysające z nas całą chęć do
            życia. Pal sześć, jeśli taki wampir hasa wśród znajomych, gorzej, gdy jest nim
            nas przełożony! Zajadając wodzionkę, przypomniałem sobie jeszcze jeden sposób
            na wampiry - socjotechniczny, ale wcale niezgorszy, tym bardziej że sam go
            sprawdzałem. Otóż energetycznemu wampirowi należy wyssać energię w taki
            sposób, aby drań myślał, że to on wysysa. Dalsze instrukcje w socjologicznej
            literaturze fachowej! Tymczasem wodzionka się skończyła i czym prędzej
            zapragnąłem przepłukać czosnek piwem (0,5 l za 4,5 zł). Tutaj pojawia się
            wodzionkowy problem - otóż chociażby wypić i z pięć browarów, to i tak
            antywampirowego wyziewu z paszczy człowiek się nie pozbędzie, w związku z czym
            decydując się na wodzionkę, trzeba od razu założyć, że wieczór będzie się
            musiał obejść bez całowania. Kolejnym daniem, w którym słów cięcie-gięcie
            wpłynęło na mój wybór, było red hot chili ikar (7,9 zł), które okazało się być
            złożone z pikantnych skrzydełek z kurczaka. Prawdę powiedziawszy, palce lizać -
            dużo lepsze od tych z KFC, a tamte, jak wiadomo, mimo że plastikowe, to poza
            tym niczego sobie. Tutaj wysmażone z chrupiącą skórką i w czerwonym sosie
            chili, od razu przywodzą na myśl piosenki Red Hotsów, szczególnie tę o
            kalifornikacji, która w niewyszukanych słowach tłumaczy, dlaczego tak wiele
            amerykańskich dziewcząt marzy o operacji plastycznej. Po skrzydełkach palący
            przełyk należy ugasić po raz kolejny, tym bardziej że przechodzimy do pompei
            (22,9 zł), która to nazwa tłumaczy się dopiero wówczas, kiedy danie zjawia się
            na stole. Oto stoi przed nami na środku talerza góra ryżu ugotowanego z
            dodatkiem szafranu, a wokół góry rozlewa się polędwica wołowa z warzywami.
            Pompei wprawdzie nie widać, ale Wezuwiusz dostojnie góruje nad otoczeniem,
            polędwica zaś nie zgrzyta w zębach popiołem, co oznacza, że kucharz jednak
            postanowił oszczędzić konsumentom bardzo dokładnego oddania tego, co się z
            Pompejami stało. W Pompejach zaś, jak wiadomo ze szkolnych lektur, tuż przed
            ich zagładą było bardzo fajnie i tutaj akurat danie nazwane na cześć tego
            rozpustnego miasta wpasowuje się idealnie, bo jest również bardzo fajne. Wiem,
            że w kulinarnych opisach słowa "bardzo fajnie" nic nie znaczą, więc może
            najwyższy czas nadać im kulinarne znaczenie. "Bardzo fajne danie" oznacza
            więc, że mamy do czynienia z czymś przyzwoicie smacznym, jednak nie takim,
            żeby od razu padać na kolana.

            W ten oto sposób powiększyliśmy naszą wiedzę o śląskich architektonicznych
            paździerzach. Ładniejsze od tego w Gliwicach nie będą, ale może warto się
            czasem przy niektórych zatrzymać, bo mogą skrywać w swych wnętrzach bardzo
            fajne restauracje.




Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka