Moi drodzy,
miesiąc temu szukałam partnera dla mojej kocicy imieniem Nora, szylkretki brązowo rudawej z persem w genach odległych, mieszkanki Łodzi, pamiętacie? KOta dzięki waszym także namowom i racjonalnym argumentom, przeszła sterylkę. Standard, wydawałoby się, znieczulenie, 2godzinny zabieg, wybudzenie, troche trudne i długawe, wspomaganie antybiotykowe. Mała szybko wracała do formy, już skakała po swoich kątach w 5 dobie po zabiegu, łącznie ze wspinaniem się na okap kuchenny i inne najwyższe miejsca w domu. Tydzień po zabiegu poszliśmy na zdjęcie szwów, jeszcze jedna porcja antybiotyku i................
PO 3 minutach od jej podania kotka zaczęła pocharkiwać, oddech zrobił się cięzki, nic nie chciała jeść ani pić, tętno skoczyło, oddech przyspieszył do prawie 80/minutę. O 20 wieczorem telefon do weta, kazął natychmiast zwierzaczka pakować i do gabinetu. Osłuchał, opukał, podał aminophylinę i wapno, kazał pokazac się rano.
Do rana kota już prawie zdychała, ziajała całą noc, leżąc bezradnie na swoim fotelu, całkiem bez sił.
Rano zrobilismy RTG i EKG, okazało się że jest w osierdziu płyn a praca serca bardzo nierówna, skurcze komorowe ledwo zarysowane na wykresie.
Wet starał się jeszcze przez dni 4 łącznie z wizytami w domu, biorąc za każdą 40-50 zł. POdał jeszcze sterydy ze względu na stan zapalny w oskrzelach.
KOta głodowała, piła tylko wodę bo dostała Furosemid na odwodnienie.
Nie mogło biedactwo usnąć, całą noc patrzyła wielkimi szklistymi slepiami na nas i coraz mniej jej było, futrzasty kłębek tylko się dusił i dygotał a ja...
Nieprzespane 4 noce, leki podawane strzykawką do pyszczka, nieustanne czuwanie, najczarniejsze mysli, łzy wylane szklankami.
Bylismy przy niej na zmianę, prosiłam rodziców o pomoc i przyjaciół bo musiałam wreszcie pójść do pracy ale gdzie mi tam było pracować

((
Telefonicznie konsultowałam się jeszcze z innymi wetami ale nikt nie dawał szans wielkich a ja ufałam mojemu "specjaliście".
We wtorek, w piątej dobie tej katorgi pojechałam po ostateczny wyrok do kociego kardiologa. Spokojny, młody czlowiek, poświęcił nam półtorej godziny, zwołał konsylium, zrobił morfologię, okazało się że jest wysoki poziom biąłych ciałek i leukocytoza takze, zmienił antybiotyk, kazal czekać dobę, dał nam troszkę nadziei.
Z każdym jego słowem otwierałam oczy ze zdziwienia. Jak bardzo głupio zrobiłam nie szukajać pomocy gdzie indziej wczześńiej, czemu tak długo czekałam, jak mogłam pozwolic tak cierpieć mojemu kochanemu stworzonku. A przede wszystkim, czemu nie posłuchałam swojej intuicji, ktora mówiła by zrobic morfologie wcześńiej, wbrew sugestiom mojego "rzeźnika". PIszę to słowo nie powodowana złościa ani żalem tylko słusznym spostrzeżeniem nowych ratowników kocich, iż blizna po zabiegu długości 8!!!! cm nie jest i nie mozę byc standardem przy młodej kotce bez żadnych wczesniejszych chorób ani powikłań w trakcie operacji. Wszyscy otiwerali oczy na widok tego paskudztwa na kocim biednym brzuszku. POjawiły sie mysli, ze moze coś działo się źle w trakcie zabiegu i dlatego tak ją rozpruł??? I dlaczego upierał się by nie robić potem badań? I dlaczego nie założył rękawiczek? I dlaczego podał antybiotyk o niewłaściwym spektrum działania?
Mój boże, wychowałam dwójke dzieci a żadne nie dało mi takich stresów swymi chorobami. Dlaczego nie słuchałam wewnętrznego głosu?
DO dzis nie wiadomo co było przyczyną tej nagłej niewydolności oddechowo-krązeniowej, kontrolne badania w czwartek. NA razie Norka odzyskuje siły z każdą godziną, zaczeła jeść nawet dośc łakomie a nie był to nigdy żarłok wielki. Zaczęła się myć i wypróżniać, mruczeć i łasić. Jeszcze nie biega i nie bawi się, dużo spi i leży ale zdrowieje każdego dnia.
Wspominienie jej przeracajacej się przy probie postawienia każdego kroku i tych slepi pełnych rozpaczy i miłości nie opuści mnie do końca moich dni.
Wybaczcie taki ponury wątek ale chciałam bardzo wam opowiedzieć.
Pozostaje jeszcze jeden problem i jescze nie wiem jak się z nim uporać. Chcę wrócic do tego weterynarza i pokazać mu zdrowego, pieknego i silnego kota któremu nie dawał już szans. Przypuszczam że brakło mu wiedzy bo nawet nie postawił jednoznacznej diagnozy. Chcę tęż jakoś ostrzec jego pacjentów by z ostrożnością podchodzili do pana fachowca.
Nie oglądam się wstecz i nie macham szabelką odwetu ale...
POzdrawiam a Norka pręży ogonek.
Dziś, 19 grudnia na pierwszą rocznicę jej przyjścia do naszego domu, dostaje nowe życie.