marusia_ogoniok_102
04.08.08, 20:18
Mam 15 lat.
Od kilku lat chcę odciąć się od Kościoła Katolickiego.
Nie wiem, kiedy zaczęłam wątpić; chyba gdzieś w trzeciej, czwartej klasie.
Wcześniej nie znosiłam chodzenia do Kościoła, ale jednak na swój naiwny,
dziecinny sposób, kochałam "Bozię", a wiedziałam, że gniewa się, gdy mnie nie
ma. Cóż było robić... chodziłam.
A potem zaczęłam czytać i dowiadywać się. Znajdowałam coraz więcej
nieścisłości, fragmentów, w których Biblia przeczy sama sobie. I wiara mnie
opuszczała. Teraz już prawie nie wierzę. To, co we mnie zostało, opiera się na
panicznym strachu, który zasiała we mnie katechetka, ucząca mnie, na moje
nieszczęście, przez całą podstawówkę. Dzięki niej wystarczy większa burza,
podczas której nie widać świata za oknem albo kolejna bujda na Wirtualnej
Polsce lub Onecie, o tytule: "Koniec świata w 2012?" lub coś w ten deseń,
żebym kuliła się ze strachu. Mimo iż wiem, że to czysty wymysł, jak wiele
innych Armageddonów i taka sama burza jak wiele innych burz.
Gdy kończy się strach, znów nie wierzę.
Chciałabym wypisać się z lekcji religii - w tym roku mam być bierzmowana, nie
chcę tego. Ale napotykam kilka ogromnych problemów, z którymi nie wiem, jak
sobie poradzić.
Po pierwsze i najważniejsze: mama. Ostatni rok nie był dla nas najlepszy, by
nie powiedzieć: był koszmarny. Przez tego sk.... mojego ojca. Doszło do tego,
że mama praktycznie cały czas czuwała przy łóżku jego umierającej matki,
podczas gdy on był z nową żoną na wakacjach, w najmniejszym stopniu nie
przejmując się tą sytuacją, a ja rozmawiałam o swoich problemach z
nauczycielkami, bo nie miałam co liczyć na wsparcie koleżanek. Głównie
dlatego, że ich nie mam, bo nie chcę pić i chodzić na całonocne imprezy.
Ewentualnie wypłakiwałam się w poduszkę lub rozmawiałam z jedyną przyjaciółką
przez Internet.
Moją mamę podziwiam za ten rok.
I dlatego nie chcę jej ranić, mówiąc, że chcę przerwać naukę religii. Wiem,
że jej zależy. Już wiele razy się o to kłóciłyśmy. Najgorzej było w okresie
rekolekcji wielkopostnych. Nie poszłam wtedy do spowiedzi, bo po prostu nie
czułam żalu za grzechy a nie chciałam "odwalać prowizorki", jak wszyscy
dookoła; jak dziewczyny z równoległej klasy, które rozmawiały przez cała mszę,
klęły, a potem spokojnie szły do komunii. Wtedy ja powiedziałam, że nie
podeszłam do konfesjonału. Mama nie odzywała się do mnie trzy dni. A ja czułam
się potwornie winna.
Boję się, że, gdy jej powiem, może się z tym nie pogodzić. A ja zostanę
"czarną owcą".
Chociaż wolę być czarną owcą niż białym baranem.
Parę razy już groziła, że wypisze mnie z religii, ale wiem, że to nie takie
proste.
Boję się jej powiedzieć. Zauważyłam, że od ostatniego roku w ogóle nie
umiem... boję się z nią rozmawiać. Irytuje się z byle powodu i wszędzie
dopatruje się lekceważenia jej osoby. Nigdy nie wiadomo, kiedy wybuchnie.
Po drugie: przyszłość. Chciałabym kiedyś być żołnierzem. Ale znam słowa
przysięgi; jak niby mam mówić "Tak mi dopomóż Bóg", jeśli nie będę mieć
bierzmowania i nie będę wierzyć? Jeśli nie pójdę do wojska, chciałabym być
politykiem i coś z tym krajem zrobić; ale nikt nie będzie słuchał mnie, ateistki.
Po trzecie: świat. Co będzie, jeśli kiedyś ktoś poprosi mnie na chrzestną albo
świadka na ślubie...? I nie mogę iść do wymarzonego harcerstwa, bo tam kładzie
się nacisk na wiarę. Chociaż tym najmniej się przejmuję.
I po czwarte: strach, o którym już mówiłam. A jeśli jednak "coś w tym jest?".
Nie wiem, czemu to piszę. Może dlatego, że są wakacje i nie mam się komu
wygadać...