Dodaj do ulubionych

Opowieści o lubuskiej ziemi...

04.08.06, 10:55
W związku z pewnymi moimi "odkryciami", oczekuję tu na Quickly'ego i jego
opowieści, oraz na inne osoby zorientowane w temacie.
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=343&w=46200106&a=46308046
Ja wprawdzie na kilka tygodni znikam, ale z przyjemnością poczytam jak wrócę :-)))

Upoważnienie do zarządzania wątkiem daję Sokółce, z którą zabieram się za
szukanie zaginionego skarbu ostatniej księżnej na Zaborze ;-)))

Jak znajdziemy... to wybaczcie, ale więcej się tu już nie pojawimy ;-PPP
Obserwuj wątek
    • pluton30 Re: Opowieści o lubuskiej ziemi... 04.08.06, 11:06
      a może zamieścisz kilka fotek wraz z opisem i podasz link, ciekaw jestem tych
      miejsc
      ja też mam takie miejsce którego historię mam ochote poznać
      Pałac , wokół stary park, obok jezioro przez które biegnie polsko-niemiecka
      granica - a wszystko to we wsi o rmomantycznej nazwie Stolec
      • meduza4 Re: Opowieści o lubuskiej ziemi... 04.08.06, 11:21
        Stolec... No tak romantyczne :-)))

        Fotki... I Ty przeciwko mnie??? Następny???

        Toż to nie dalej jak tydzień temu Sokółka mnie molestowała o to samo. Obiecałam
        zrobić sobie stronkę, a termin podałam... "na świętego nigdy"... ale jak już
        dwie osoby molestują to po powrocie z urlopu pomyślę jak wam dogodzić :-)))

        Zresztą wtedy to dooooopieeerooo będę miała mnóóooostwoooo fotek :-DDD
        • pluton30 Re: Opowieści o lubuskiej ziemi... 04.08.06, 11:27
          a my dzięki Tobie również odwiedzimy te miejsca, choć tylko wirtualnie
          p.s
          oprócz zdjęć nagrobków, zamieść choć jedno zdjęcie ze sobą w tle :)
          • meduza4 Re: Opowieści o lubuskiej ziemi... 04.08.06, 11:41
            Ale jak ja, bidulka, mając zwykłą, kompaktową idioten-kamerę i włócząc się tam,
            gdzie żywej duszy nie ma... mam jeszcze siebie w tle sfotografować???

            A miejsca możecie odwiedzić niewirtualnie. To się da zrobić :-DDD
    • pluton30 Re: Opowieści o lubuskiej ziemi... 04.08.06, 11:51
      uważaj na siebie, kręcić się samotnie nie jest bezpiecznie
      szczególnie w po pegerowskich wsiach, gdzie miłośnicy rodzimego winiarstwa
      normalne kobiety widzą tylko przez szyby przejeżdzajacych samochodów
      • meduza4 Re: Opowieści o lubuskiej ziemi... 04.08.06, 12:02
        Wiesz... ja w życiu szczęścia nie mam. Od lat włóczę się samotnie i nikt mie
        nawet nie zaczepił, a już gwałciciela to na oczy nie widziałam. A wszystko
        dlatego, że zamiast autostradą... to najczęściej chodzę lasem...

        ;-PPP
        • pluton30 Re: Opowieści o lubuskiej ziemi... 04.08.06, 12:06
          hmm może tego szczęścia nie masz bo z plecaka wystaje kij bejsbolowy?
          • meduza4 Re: Opowieści o lubuskiej ziemi... 04.08.06, 12:21
            Rany Julek... To tylko parasolka ;-PPP

            A co do gwałcicieli: to by przecież taki umarł z nudów w tym lesie jak raptem
            raz na pół roku ktoś tamtędy przechodzi. Prościej zaczaić się koło śmietnika
            wieczorem czy obok sklepu :-)

            Szlaki turystyczne biegną czasem całymi kilometrami przez las z dala od
            wszelkich ludzkich osiedli. Tam nie ma prawa być żadnego okolicznego pijaczka
            i łobuza, chyba że na grzyby poszedł. Ale wątpię czy tego typu element jest
            zainteresowany grzybami.
            • piotr_321 Re: Opowieści o lubuskiej ziemi... 04.08.06, 12:25
              A jak wilk wyskoczy ? ;)
              • meduza4 Re: Opowieści o lubuskiej ziemi... 04.08.06, 12:39
                Wilk?! W biały dzień?!

                Ostatnio sarny spłoszyłam... Myślałam, że jakieś oswojone czy cuś, bo mnie nie
                zauważyły. Fakt, że na zielono byłam ubrana i spryskana off-em przeciw owadom.

                Jak się do nich odezwałam... to spierniczyły w podskokach, nawet zdjęcia nie
                zdążyłam zrobić :-)
    • wiarusik Re: Opowieści o lubuskiej ziemi... 04.08.06, 13:21
      Znając Meduzko życie,zaczną tu ludzie wypisywać o Rzeczplitej Obojga
      Narodów,Roztoczu,biłgorajskiej nucie,Honkerach i wiertalotach;)
      • meduza4 Re: Opowieści o lubuskiej ziemi... 04.08.06, 13:24
        A niech wypisują :-)))

        To wolisz ciągle te złamane serca, dylematy: zdradzać czy nie, pierdoły: kocham
        czy mi się tylko wydaje, zarzuty: na tym forum nie ma normalnych ludzi, itd, itp?

        :-D
        • wiarusik Re: Opowieści o lubuskiej ziemi... 04.08.06, 13:34
          Nie tylko złamanym sercem człowiek żyje.
          Dawniej prawdziwi romantycy szukali też miejsc,które wywoływałyby w nich jakieś
          emocje,czy to melancholię,czy grozę,czy jeszcze coś.
          Z ich braku albo przede wszystkim wygody tworzyli je sami-świątynie dumania.
          Romantica bez opuszczonych pałaców byłaby niekompletna.Wypełniasz ważną
          lukę.
          • wiarusik Re: Opowieści o lubuskiej ziemi... 04.08.06, 13:49
            Musimy kiedyś zrobić sobie taką wzajemność:
            Ty pokażesz mi poniemieckie pałace i cmentarze,a ja Tobie siedziby
            magnatów(np.Krasiczyn)i opuszczone cmentarze greko-katolickie i cerkwie.
            Co Ty na to?Do obejżenia tyle miejsc,nawet we własnym kraju.Tyle par
            tanich sandałków do zdarcia:)
            • meduza4 Re: Opowieści o lubuskiej ziemi... 04.08.06, 13:51
              No dobra, umowa stoi :-)))

              A kilka lat temu kupiłam skórzane sandały za 80 PLN. Są już podzelowane, bo
              podeszwy pękły. Są poklejone, bo od deszczu rozmiękły... ale wyglądają cały czas
              jak nowe i w tym roku też będę w nich chodzić :-)))
              • wiarusik Re: Opowieści o lubuskiej ziemi... 04.08.06, 13:54
                Moje po tylu latach nawet nie wyglądają.Nawet słuch po nich zaginą i
                pamięć:(
                Tak to jest jak się kupuje w "ambrze".
                • meduza4 Re: Opowieści o lubuskiej ziemi... 04.08.06, 14:08
                  A ja kupiłam w jakimś pierwszym lepszym sklepie na osiedlu.
                  Mieli tam same tanie buty i te, choć były najdroższe, to i tak wydały mi się
                  tanie, bo wierzch zrobiony jest z prawdziwej, solidnej, grubej skóry... No to
                  wzięłam :-)))
          • meduza4 Re: Opowieści o lubuskiej ziemi... 04.08.06, 13:49
            Ja mam nie tylko opuszczone pałace... Ja mam ich ruiny... ja mam groby
            arystokratów i inne dziwy nie z tej ziemi, uchwycone mym aparatem :-)))
            • wiarusik Re: Opowieści o lubuskiej ziemi... 04.08.06, 13:51
              Mam nadzieję,że nie uchwyciłaś tych arystokratów,brrrryyychychy....?;))))
              • meduza4 Re: Opowieści o lubuskiej ziemi... 04.08.06, 13:52
                Nie, tylko groby :-)))

                Ale, co Ty??? Duchów się boisz???
                • wiarusik Re: Opowieści o lubuskiej ziemi... 04.08.06, 14:05
                  Jakoś nie mam szczęścia do duchów.Im bardziej ich szukam tym nic.
                  A jak nie szukam to też nic.Parę lat temu byłem w miejscowości
                  Tuczno na pomorzu.Stoi tam poniemiecki zameczek starej,brandenburskiej
                  rodziny Wedelów(Wedlów?Nie wiem czy to też ci od czekolady).Było po
                  sezonie,więc pusto.Nawet raz mi na myśl przeszło,że jak zamek to i
                  duchy.Ale nic,spałem jak zabity.Zawsze.
                  Wracam Ci ja do domu i wpada mi do ręki książka "Duchy polskie",którą
                  kiedyś wertowałem nagminnie.Patrzę,a tam rozdział-zjawy z Tuczna.
                  Ale sobie plułem w brodę.Zobacz-zamek,po sezonie,praktycznie tylko ja i
                  ojciec,można przechadzać się korytarzami do woli,według książki straszyło
                  właśnie w skrzydle w którym mieszkaliśmy.A ja durny spałem.So ein pech!
                  • meduza4 Re: Opowieści o lubuskiej ziemi... 04.08.06, 14:10
                    Bo przyjechałeś po sezonie.

                    W sezonie wynajmuje się człowieka, żeby straszył i interes się kręci :-)))
                    • wiarusik Re: Opowieści o lubuskiej ziemi... 04.08.06, 14:16
                      Tak mówisz?Jak Św. Mikołaj?
                      Fakt.2 osoby to za mało by wydawać na proszek do prania prześcieradła,krochmal,
                      mąkę i bateryjki do magnetofonu ze ścieszką dźwiękową do "Z archiwum X".
                      :))))
                      • meduza4 Re: Opowieści o lubuskiej ziemi... 04.08.06, 14:24
                        Pewnie że to jak z tym świętym Mikołajem. Na niektórych zamkach specjalnie dla
                        turystów nocą chodzi po murach osoba przebrana za ducha, czy dawnego władcę.

                        Wszyscy o tym wiedzą... a i tak ludziska jadą popatrzeć :-)

                        Widziałam na stronce jakiegoś zamku zdjęcia z takiej "imprezy" ale nie pamiętam
                        co to za zamek. Te wynajęte duchy to straszyły tam chyba z okazji jakiejś
                        okrągłej rocznicy bo było wtedy mnóstwo imprez w tym mieście.
                        • wiarusik Re: Opowieści o lubuskiej ziemi... 04.08.06, 14:32
                          Nieważne co to za zamek.
                          Teraz we wszystkich straszy....;)




                          (Kombinat turystyczny to ważny dział przemysłu.Norma atrakcji musi zostać
                          przekroczona o 300%)
                          przekroczona o 300%.
                          • meduza4 Re: Opowieści o lubuskiej ziemi... 04.08.06, 14:41
                            Słuchaj, a może kupisz jakiś stary zamek, rozkręcisz straszenie i sprzedaż
                            pamiątek, oczywiście za... powiedzmy 10 zł mozna będzie jeszcze się
                            sfotografować z duchem a za 50 -spędzić noc w lochu w jakichś dybach czy
                            kajdanach? :-)

                            Wariatów... znaczy miłośników mocnych wrażeń przecież pełno na świecie :-)
                            • pluton30 Re: Opowieści o lubuskiej ziemi... 04.08.06, 14:47
                              ludzie teraz płacą za różne dziwne rzeczy : żeby ich zamrażać (krioterapia),
                              batem okładać (ale to juz inna dziedzina ) :)
                            • wiarusik Re: Opowieści o lubuskiej ziemi... 04.08.06, 14:48
                              Dobrze.
                              Ale dla mnie samego ta inwestycja to zbyt duże obciążenie finansowe.
                              Może zabraknąć na ręczniki do tojlety.Dorzucisz swój wkład?Zakładamy
                              spółkę z.o.o?
                              :)))
                              • meduza4 Re: Opowieści o lubuskiej ziemi... 04.08.06, 14:52
                                Chyba raczej spółkę z nieograniczoną nieodpowiedzialnością, hihi ;-)))

                                Jeśli zamiast zamku wykorzystamy starą stodołę u moich krewnych na wsi to koszty
                                będą minimalne. Dołoży się jakąś imitację baszty, loch wykopie się koło kurnika
                                i będzie w sam raz :-)))
                                • wiarusik Re: Opowieści o lubuskiej ziemi... 04.08.06, 14:54
                                  Z chlewa zrobimy loch.
                                  Standard porównywalny;)
                                  • meduza4 Re: Opowieści o lubuskiej ziemi... 04.08.06, 15:22
                                    Aaaa, gdzieś tam chlewy na tyłach zabudowań powinny być, jak ich nikt jeszcze
                                    nie rozebrał :-)))
                                    • wiarusik Re: Opowieści o lubuskiej ziemi... 04.08.06, 15:31
                                      Spokojna głowa,już ja się tym zajmę:)
                                      Daj mi jakiekolwiek komnaty,a ja zrobię z nich koryto.
                                      Znam to z autopsji.....teraz patrzę na swój pokój:))
                                      • meduza4 Re: Opowieści o lubuskiej ziemi... 04.08.06, 15:56
                                        Eeee, nawet się wysilać nie musisz. Tam już nie ma żadnych komnat. Tam są same
                                        koryta ;-PPPPPPP
    • justiz To udanej wyprawy włóczykiju... 04.08.06, 13:31
      • meduza4 A dziękuję :-) 04.08.06, 13:53
        Moje wyprawy zawsze są udane, na co daję tysiąc lat gwarancji :-D
        • justiz 1000 lat ???!!! 04.08.06, 14:02
          Meduzka nie strasz, bo już żaden chłop na Ciebie nie poleci!
          Jakieś 1000-letnie gwarancje i to na same podróże? No, coś Ty! A cała reszta?!
          Przecież taki chłopek-matołek (czyli każdy), pomyśli, że tyle będzie musiał z
          Tobą wytrzymać!

          A poza tym nie wracaj, dopóki nie wypoczniesz! ;-DDDDDD
          • meduza4 Re: 1000 lat ???!!! 04.08.06, 14:13
            No nie, 1000 lat gwarancji to ja daję na to, że wyprawa będzie udana, choćby
            nawet ze mnie ani okruszek przez ten czas nie został. Zawsze jak gdzieś jadę to
            się wszystko udaje: deszcz przestaje padać akurat tego dnia, PKS jest za kilka
            minut jak się dowlekę do pierwszego lepszego przystanku na odludziu. A jak jest
            za godzinę to znaczy, że gdzieś obok jest jakiś zabytek o którym nie wiedziałam
            i że zwiedzanie zajmie mi równo 45 minut :-)))
    • white.falcon Tajemnica skarbów książęcej Babci ;-) 05.08.06, 17:52
      Najpierw Meduza mi podrzuciła swoje niesamowite zdjęcia, zrobione w Zaborze,
      który odkryła podczas wędrówek pieszych, później podesłała link do szczątkowych
      informacji o książętach, pochowanych na cmentarzu w okolicy. Nazwiska były na
      zniszczonych nagrobkach, zaś w okazałym i dotąd sprawiającym niezłe wrażenie
      pałacyku mieści się szpital dziecięcy. Wszystko to plus informacje i
      genealogiczne drzewo książąt doprowadziło nas do czasów II wojny światowej i
      pewnej tajemnicy. Dalsze wnioski wysnuwamy może mylnie, ale zainteresowała nas
      pewna historia. Może ktoś z Was także zainteresuje się.

      Otóż ród książęcy - Mamo, nazwiska nie do wymówienia - jak ktoś ciekaw, to je
      przepiszę odrębnie! - był znaczny i bogaty. Przewijały się w nim koligacje z
      cesarzami, wpływy i tego typu cenne przed wojną rzeczy. Majętni byli, posiadali
      zabytkowe dzieła malarstwa i literatury, a poza tym - różne cenne dyrdymałki.
      Nie czepiam się książęcych Praszczurów z dalekiej przeszłości, choć ich też
      może wypadałoby uczepić się, by wiedzieć, co posiadali i co było w tym
      pałacyku - siedzibie rodowej, ale rozważam dzieje pokolenia z lat II wojny.
      Otóż rodzina miała sympatie pro-hitlerowskie, więc źle im nie działo się. W
      czasie wojny w pałacyku zamieszkiwała książęca Babcia i w 1945 roku została
      zmuszona do ucieczki. Uciekła prawdopodobnie tak, jak stała, choć planowała
      ucieczkę dużo wcześniej i końca swoich dni dokonała w przytułku pod Bukaresztem.

      I tu zaczyna się historia skarbów. Przed wojną i w czasie wojny w pałacyku
      zabytki były, była też pokaźna biblioteka. Istnieje wersja, że książęca Babcia,
      czując nosem, iż wiatr historii obraca się niekoniecznie w dobrym kierunku,
      przekazała kosztowności zaufanemu kierowcy, który (książęca Babcia posiadała
      małe autko), miał ją wywieźć z Zaboru. Gamoń-kierowca istotnie - odjechał
      autkiem, ale w ferworze ucieczki zapomniał zabrać ze sobą książęcą Babcię.
      Zastanowiło mnie jedno: ile można było zabrać do autka i co można było zabrać.
      Napewno część biżuterii, coś, co jest poręczne i ma wartość, ale nie sądzę, by
      to były obrazy i zabytkowe meble. Napewno też książęca Babcia wszystkich
      dyrdymałków nie zapakowała do auta - musiała to jakoś inaczej zabezpieczyć na
      miejscu, uważając, że po kilku latach ona lub jej spadkobiercy wrócą po resztę.

      Owszem, jest informacja o tym, że pałacyk rozszabrowały wojska radzieckie i
      miejscowa ludność. Tylko wątpię, by w trakcie szabru większe rzeczy, w tym
      obrazy zostały ukradzione. O ile znam kwestię szbrownictwa wojska radzieckiego
      z różnych źródeł literacko-pamiętnikarskich, żołnierze nie taszczyli na plecach
      w kierunku Berlina obrazów, stojących zegarów i szaf gdańskich, a tam przecież
      szli. Miejscowi też nie sądzę, by mieli możliwość szabrowania czegoś więcej,
      niż posadzek i krzeseł. Więc gdzie podziała się nie wywieziona reszta? Z
      informacji wynika niezbicie, że zawartość księgozbioru biblioteki ocałała i
      obecnie znajduje się w kilku miejscach na terenie Polski, więc wykluczony jest
      pożar w pałacyku, skoro książki nie spłonęły. Wykluczam też szaber na ogromną
      skalę, połączony z bezrozumnym niszczeniem, skoro - znów vide książki.

      Na terenie Zaboru funkcjonuje jakaś mętna legenda o zatopieniu skarbów w
      jeziorze. Ja tam w takie cuda-wianki nie wierzę, ale, moim zdaniem, jej
      istnienie przemawia za tym, że skarby z pałacyku nie zostały przez nikogo
      zaszabrowane, bo w tamtym momencie ich już w pałacyku nie było. Więc gdzie są?
      Z informacji wynika, że żaden z obrazów zamkowych nie "wypłynął" w żadnym
      muzeum polskim, ani na zagranicznych aukcjach. I to mnie zastanawia też.

      Po wojnie popularne było poszukiwanie cudzych skarbów, wyszukiwanie kryjówek,
      gdzie właściciele schowali kosztowne rzeczy lub coś wartego ukrycia. Do tego
      procederu garnęli się nie tylko obcy - spadkobiercy też czasem podnajmowali za
      sowitą opłatą obywateli Polski, organizując wydobycie ukrytych rzeczy i
      przemytu ich przez granicę (sami w Polsce nie mogli bowiem się pokazać). Za
      tym, że skarby z Zaboru dalej tam są przemawia to, że książęca Babcia zmarła w
      przytułku dla biednych, więc albo spadkobiercy i krewni książęcej Babci
      pożegnali ten świat w trakcie wojny, albo też nadopuszczali się takich
      przestępstw w trakcie, że ukryli się po jakichś Argentynach i Brazyliach i
      wyrzekli się jakiegokolwiek pokrewieństwa z familią.

      Postanowiłyśmy więc z Meduzą z własnej ciekawości pochodzić dookoła Zaboru i
      jego dziejów, bo obydwie chcemy obejrzeć taki np. portret książęcego Dziadka w
      hełmie pruskim. Może ktoś też jest chętny pociągnąć z nami to małe
      awanturnictwo rodem z poszukiwania skarbów? Może ktoś wie coś więcej o historii
      okolic Zielonej Góry lub tym w wolnej chwili zainteresuje się? I co Wy na to -
      romantyczne poszukiwania zapowiadają się. :-)
      • quickly Tajemnice jeziora Zabor Duzy (Litwino)... 11.08.06, 04:19
        Nie przeczytalem jeszcze zadnego wpisu na tym watku. Zrobie to dopiero w
        poniedzialek, bo mam za dziesiec minut "lunch" (zegnamy takiego jednego z
        biura).

        Ale przynajmniej napisze, ze bardzo przepraszam meduza4, ze nie napisalem
        niczego wczesniej.

        Opowiesci o Ziemii Lubuskiej...

        Co ja, jakis tam drobny, szary robaczek moge napisac o czyms, czego nie da sie
        opisac? Bede sie silil i troil, i tak z tego wyjdzie co najwyzej jakas
        patetyczna bryndza.
        Rownie dobrze moglbym zaczac pisac o Australii. To przerasta moje mozliwosci -
        wlasciwie, to przerasta kazdego mozliwosci.

        Jezeli ktos mi powie, ze dobrze poznal Ziemie Lubuska - co ja tam pisze Ziemie
        Lubuska! - ze dobrze poznal chociaz jedno jezioro lub rzeczke tej pieknej
        ziemii, to zawsze powiem, ze jest klamca i nie wie o czym pisze.

        Nie bede szukal daleko. Jest takie jezioro w Zaborze. Nie duze (chyba
        wszystkiego 20 hektarow z hakiem). Plytkie, trudno dostepne (bagno + pas
        trzcin), bez pomostu (byl, ale zawalil sie jeszcze w latach
        siedemdziesiatych). Nawet porzadnego kapieliska tam nie ma (troche brudnego
        piasku i wody po kolana).

        I ktos tu powie, i o czym ten quickly tutaj pitoli? Nawija tu o jakims
        poniemieckim bajorze, w jakies tam bamberskiej wiosce, na obrzezach kraju.
        Ten ktos moze tak myslec, ma do tego pewne prawo - tylko, ze on (lub ona) nie
        wie, ze nie wie. Warto to powtorzyc: "nie wie, ze nie wie".

        Nie zmienia to jednak faktu, ze bez klopotu moglbym napisac o tym jednym,
        niepozornym jeziorze najprawdziwsza na swiecie basn.

        Wszystko zaczelo sie jeszcze w latach 60. ubieglego stulecia. Mialem moze 6,
        moze 7 lat, nie chodzilem jeszcze chyba w tym czasie nawet do do szkoly. Moj
        ojciec mial w Zaborze lodz. Taka duza, zielona, drewniana lodz, ktorej dno
        smarowal jesienia smola. Bardzo to lubilem, bo tata robil ognisko, stawial na
        nim kociolek, pozniej w kociolku bulgotala czarna smola i w ogole mozna bylo
        sie nia usmarowac przy tym samrowaniu lodzi (tata nie krzyczal, bo tez byl
        usmarowany). Ta lodz stala przymocowana do malego pomostu (wlasciwie kladki
        znajdujacej sie w tym samym miejscu do dzisiaj) na koncu aleji wiodacej od
        palacu do jeziora.

        To bylo moje pierwsze spotkanie z Zaborem.

        Kiedys wyplynelismy na jezioro. Pozna wiosna. Cieplo. Tata lowil na
        spinning, a ja patrzylem (bo bylem jeszcze bardzo maly). Woda czysta, w zadnym
        miejscu nie glebsza, niz 1.5-2 metry. Doskonale widac bylo dno pokryte
        wszedzie bujna roslinnoscia wodna. Widzialem nawet ryby!!! Mnostwo malych ryb:
        ploci, okonkow, krasnopiorek... To byly ogrody Edenu! Do tego rosliny:
        radestnica, wywlocznik, moczarka... Zielono, spokojnie, jak w gigantycznym
        akwarium. No i zaczelem sie nudzic, wiercic, o malo co nie wypadlem z lodzi.
        Ojciec powiedzial, ze mi cos pokaze. Wyciagnal wioslo z bocznego zaczepu, i
        wpuscil je w dno, w ta zielsko zalegajace gestym kobiercem na dnie. Weszlo
        cale, bez najmniejszego problemu. Pozniej do pierwszego przywiazal drugie
        wioslo i wsunal je jak po masle do szlamu zalegajacego dno tego jeziora. Dwa
        wiosla weszly bez najmniejszego klopotu w to bloto zalegajace dno jeziora. I
        to bez zadnego najmniejszego oporu! To jezioro nie mialo twardego dna! Zrobilo
        to na mnie piekielnie wrazenie. I pomyslalem sobie wtedy, co by sie stalo
        gdybym wypadl za burte, utonal, a pozniej moje cialo wessalo w to bloto? Satry
        juz chlop jestem, ale nie moge tego zapomniec. Do konaca ryb na lodzce
        siedzialem juz spokojnie i rozmyslalem o bezdennym dnie jeziora Zabor Duzy.

        (To bylo tylko malenki, poczatkowy epizodzik z mojej wielkiej przygody z tym
        wspanialym, nietuzinkowym jeziorem).
        • white.falcon Quickly... 15.08.06, 02:06
          A mogę skromniutko poprosić o dalszy ciąg? :-)

          Pozdrawiam,
          Sokółka
          P.S. Obiecaaałeś, więc trzymam za słowo. ;-)
          • quickly Bardzo chetnie, tylko ze... 16.08.06, 00:07
            ...za pol godziny jade do lekarza. Lekarz, niestety, jest az w "city".
            Dobrze, ze dzis rano byl wolny samochod z automatycznym licznikiem za przejazd
            platnymi drogami i tunelami. Mam silne przeziebienie i mam nadzieje, ze lekarz
            da mi zwolnienie do konca tygodnia.

            I tak wszystko mieszam w swoich opisach. Ta dama z Zaboru, o ktorej
            nadmienilem, nazywala sie Cosel, a nie Casell, "jezioro Zabor Duzy" nazywa sie
            rowniez "jezioro Liwno", a nie Litwino. No coz... lata robia swoje.

            • white.falcon Poczekamy zatem... 17.08.06, 22:35
              Zdrowiej, Quickly! :-)
              • justiz Re: Poczekamy zatem... 21.08.06, 09:52
                Cześć Falconeta!
                Co u Ciebie?
                Podnoszę wątek, aby nie "umarł" ;-)))

                Quickly, za często chorujesz. Powinieneś bardziej o siebie dbać, bo osłabisz
                sece i cały organizm i może się to bardzo źle skończyć! Powiedz lekarzowi, żeby
                Ci przepisał jakieś środki uodporniające.
                • white.falcon Hellouuu :-) 21.08.06, 23:15
                  Witaj, Justiz! Miło Cię znów widzieć. :-) U mnie wszystko w porządku, nie mam
                  na co narzekać, a jak się miewasz Ty? :-)

                  Tez zmartwiłam się chorobami Quickly'ego. Może powinien kompleksowo przebadać
                  się, bo czasem przeziębieniowe objawy świadczą o różnych rzeczach - np. o
                  przemęczeniu. :-(
                  • quickly Dzisiaj jest juz wtorek... 22.08.06, 06:12
                    Prawie caly zeszly tydzien bylem na zwolnieniu - werdykt
                    lekarki: "przeziebienie". No tak! Ameryke odkryla! - pomyslalem sobie. Dala mi
                    jakies tam tabletki, syropy i inne takie tam. Czyli bylo tak jak zawsze...

                    Juz po zwolnieniu (do niedzieli), w poniedzialek rano mielismy zajecia
                    sportowe. Gralismy w australijskie rugby. Gdzies po pietnastu minutach meczu
                    wpadlem na najwieksza "lodowke" po stronie przeciwnika. Chlop, na oko, jakies
                    120-130 kg zywej wagi, nawet nie byl az tak bardzo wysoki, moze wszystkiego
                    jakies 190cm... no ale masa pozostaje masa.

                    No i bylo czolowe zderzenia. Faceta rzucilo na moja lewa strone... Mnie
                    przekrecilo na prawa, zlapalem go za bark, upadlismy na trawe i jakos
                    nieszczesliwie zaplatalem palec mojej lewej reki w jego koszulke. Facet nie
                    stracil pilki, podniosl sie i zaczal biec do przodu razem z moim zaplatanym w
                    jego podkoszulke palcem. Poczulem ostry bol. Uwolnilem sie z zaczepu moja
                    nieszczesliwa reke, ale jeden z moich palcow zamiast byc proty byl... hmmm
                    krzywy. Zszedlem z boiska. Mysle sobie: "chyba zlamany". Ale gdzie tam. Po
                    prostu w najwyzszym stawie zgial sie w bok. No to wyprostowalem go(nawet nie
                    bolalo). Od razu zgielem go, zeby zobaczyc czy dziala, ale nie dzialal jak
                    powinien. Chrup i wyskoczyl ze statwow, i znow zgial sie w bok. Znow go wiec
                    wyprostowalem (czulem jak sie kosc przesuwa po stawie) i juz sie z nim wiecej
                    nie bawilem. Na tym sie moj mecz zakonczyl, bo przeciez ze zgietym w
                    nienaturalny sposob palcem nie bede ganiac po boisku.

                    Wczoraj nie bylo tak zle. Wieczorem dostalem goraczke, ale spalem dobrze.
                    Dzisiaj mam na klawiaturze niezle napuchnietego w kolorze fioletowo -
                    niebieskim. Na szczescie zgina sie juz normalnie, tylko jest teraz jakies
                    poltora razy wiekszy, niz normalnie. No tak... i jak tu pisac opowiadania o
                    Ziemi Lubuskiej?
                    Moze cos jutro skrobne...?



                    > Witaj, Justiz! Miło Cię znów widzieć. :-) U mnie wszystko w porządku, nie mam
                    > na co narzekać, a jak się miewasz Ty? :-)
                    >
                    > Tez zmartwiłam się chorobami Quickly'ego. Może powinien kompleksowo przebadać
                    > się, bo czasem przeziębieniowe objawy świadczą o różnych rzeczach - np. o
                    > przemęczeniu. :-(
                    • white.falcon No jeszcze lepiej... :-( 22.08.06, 20:13
                      Quickly, gdybym wierzyła w różne czary-mary, to stwierdziłabym, że tym Twoim
                      chorobom i zwichniętemu palcu jest winna niekorzystna koniunkcja Saturna z
                      Marsem, a Pluton ustawił się w opozycji, tylko nie wiem do której planety i czy
                      one wogóle ustawiły się jakoś, co wpływa niekorzystnie na stan Twojego zdrowia.
                      Wróżką, by to ustawienie naprawić, nie jestem, więc pozostaje mi uzbroić się w
                      cierpliwość i czekać na opowieść, polecając Ci okłady z octu, jeśli nie masz
                      nic lepszego pod ręką.

                      Wnioskuję, że skoro graliście w australijskie rugby, to musi u Ciebie być
                      względnie ciepła jesień po tym upalnym lecie. I czym różni się rugby
                      australijskie od amerykańskiego? Domniemywać nie chcę, a dowiedzieć się z
                      pewnego źródła wolałabym.

                      Pozdrawiam, zycząc szybkiego ozdrowienia, :-)
                      Sokółka
                      • quickly Cos ciekawego na temat odkryc... 25.08.06, 02:06
                        white.falcon dzieki za slowa wsparcia. Rugby australijskie, to strasznie
                        brzydka i brutalna gra. My gramy (ze wzgledu na nasze wlasne bezpieczenstwo)
                        tylko do pierwszego dotkniecia zawodnika z druzyny przeciwnej (touch
                        football). Ale i tak czasami bywa nieciekawie.
                        --------------------------------------------------------------------------------

                        Pisalem wczesniej o wykopaliskach, w ktorych bralem udzial osobiscie jako
                        chlopak.
                        Dzisiaj w Gazecie Lubuskiej przeczytalem:

                        www.gazetalubuska.com.pl
                        Artykul “Wiekowe Znaleziska”

                        Ale zbieg okolicznosci!
                        Ciagle znajduja cos ciekawego. Ta ziemia jest nafaszerowana niesamowitymi
                        zagadkami.
                        Tylko, ze to co ja odkopalem albo nalezalo (ze wzgledu na ceramike i inne
                        przedmioty) do kultury… (prosze sie nie smiac) sumeryjskiej (!), albo nalezalo
                        do … sam juz nie wiem.


                        > Quickly, gdybym wierzyła w różne czary-mary, to stwierdziłabym, że tym Twoim
                        > chorobom i zwichniętemu palcu jest winna niekorzystna koniunkcja Saturna z
                        > Marsem, a Pluton ustawił się w opozycji, tylko nie wiem do której planety i
                        czy
                        >
                        > one wogóle ustawiły się jakoś, co wpływa niekorzystnie na stan Twojego
                        zdrowia.
                        >
                        > Wróżką, by to ustawienie naprawić, nie jestem, więc pozostaje mi uzbroić się
                        w
                        > cierpliwość i czekać na opowieść, polecając Ci okłady z octu, jeśli nie masz
                        > nic lepszego pod ręką.
                        >
                        > Wnioskuję, że skoro graliście w australijskie rugby, to musi u Ciebie być
                        > względnie ciepła jesień po tym upalnym lecie. I czym różni się rugby
                        > australijskie od amerykańskiego? Domniemywać nie chcę, a dowiedzieć się z
                        > pewnego źródła wolałabym.
                        >
                        > Pozdrawiam, zycząc szybkiego ozdrowienia, :-)
                        > Sokółka
                        • white.falcon Re: Cos ciekawego na temat odkryc... 25.08.06, 22:42
                          W ubiegłym roku koleżanka - zapalony archeolog, wyciagnęła mnie na grzebanie w
                          piasku na wykopaliskach archeologicznych na jednym z naszych najbardziej
                          znanych stanowisk w Polsce. Ciekawe to było, choć robota żmudna i bardzo
                          szczegółowa. Mimo to mi podobało się ślęczenie nad omiataniem różnymi
                          pędzelkami jednego malutkiego kawalątka po to, by nie poruszyć tego czegoś
                          odkopanego. Trudno powiedzieć, czy te nasze skorupki były wartościowe i
                          odkrywcze, ale jak dla mnie frajdą było pomaganie, a raczej obserwowanie tego,
                          co w końcu znaleziono, bo jako siła niefachowa byłam wykorzystywana jako taki
                          robotnik bardziej fizyczny.

                          To co kryje ziemia jest niezmiernie fascynujące. Szkoda, że jacyś archeologowie
                          prawdopodobnie po nas odgrzebią kupę śmiecia. Ładnie to o nas świadczyć nie
                          będzie. :-/
                          • meduza4 Re: Cos ciekawego na temat odkryc... 31.08.06, 11:38
                            Ja z odkryć "archeologicznych" przywiozłam właśnie szczątki wyrzutni V3 i model
                            pocisku, oczywiście w formacie jpg, bo nie daliby mi tego zabrać na plecach.

                            Co do książecej Babci to sprostuję jedną rzecz - nie tyle była prohitlerowska
                            co ją raczej postawili w takiej sytuacji, pod groźbą kulki w łeb i konfiskaty
                            majątku, że się tak musiała zadeklarować. Próbowała raczej ratować mająteczek
                            i własną skórę udając wielką miłość do nazistów, a chyba patrzeć na to nie
                            umiała spokojnie. W każdym razie skórę uratowała a mająteczek przepadł :-(((

                            Co do nazwiska księżnej: Schoenaich-Carolath. Wcale nie trudne. Jednym tchem
                            wymawiam i to z całkiem ładnym niemieckim akcentem ;-PPP
                            • justiz Re: Cos ciekawego na temat odkryc... 31.08.06, 12:11
                              meduza4 napisała:

                              > Ja z odkryć "archeologicznych" przywiozłam właśnie szczątki wyrzutni V3 i
                              model
                              > pocisku, oczywiście w formacie jpg, bo nie daliby mi tego zabrać na plecach.

                              I to już jest całe streszczenie Twojego urlopu?
                              No to nieźle, nieźle balowałaś! hehehe

                              Napisz, gdzie w końcu byłaś i co najważniejsze... z kim, tzn. którym? ;-PPPP
                              • meduza4 Re: Cos ciekawego na temat odkryc... 31.08.06, 12:18
                                Byłam sama, no bo w sumie bez balastu (czyli jakiegoś mało sprawnego fizycznie,
                                mięczakowatego chłopa) łatwiej się było wspinać po stromej ścieżce do tej wyrzutni.

                                A gdzie byłam? Wszędzie gdzie się dało: na lądzie, na morzu i w powietrzu, ale
                                szczegółów zdradzać nie będę, bo jestem skończoną egoistką ;-PPP
                                • piotr_321 Re: Cos ciekawego na temat odkryc... 31.08.06, 12:23
                                  No widziasz, a tak marudzilas, ze bez chlopa jedziesz :D
                                  • meduza4 Re: Cos ciekawego na temat odkryc... 31.08.06, 12:26
                                    Piotruś, marudziłam, że bez towarzystwa, a to mała różnica. Trochę towarzystwa
                                    znalazło się na miejscu, przynajmniej o tyle, że miałam z kim na grzyby
                                    polecieć. Kanie zbieraliśmy a potem usmażyliśmy jak schabowe. Pycha!!!

                                    Ale tak poza tym to towarzystwo preferowało wieczorne spotkania przy kielichu
                                    niż całodzienne latanie ze mną, więc latałam sama a piłam w towarzystwie :-)
                                    • piotr_321 Re: Cos ciekawego na temat odkryc... 31.08.06, 12:38
                                      Ja tez jadlem grzyby, ale tak czasem nerwowo zwracalem uwage na zoladek, czy
                                      oby wszystkie jadalne byly ;)
                                      Wazne sa kiliszki niz latanie po deszczu ;)
                                      • meduza4 Re: Cos ciekawego na temat odkryc... 31.08.06, 12:41
                                        No nie Piotruś, na grzybach to ja się znam, a do tego kani to się z niczym nie
                                        da pomylić. A jak mi pokażesz idiotę, który ją potrafi pomylić z czymkolwiek, to
                                        ja mu chyba specjalny order z jakiegoś kapsla i kawałka wstążki zrobię ;-PPP
                                        • piotr_321 Re: Cos ciekawego na temat odkryc... 31.08.06, 12:54
                                          W sumie fakt, Kania to byl jeszcze kiedys I sekretarz PZPR ;)
                                          Ale ze nie przywiozlas nam tu nic do picia to nie wybaczam ;)
                                          • meduza4 Re: Cos ciekawego na temat odkryc... 31.08.06, 12:55
                                            Nie przywiozłam, bo nic nie zostało, a pustych flaszek nie będę przecież dźwigać.
                                • justiz Re: Cos ciekawego na temat odkryc... 31.08.06, 12:29
                                  meduza4 napisała:

                                  > Byłam sama, no bo w sumie bez balastu (czyli jakiegoś mało sprawnego
                                  fizycznie, mięczakowatego chłopa) łatwiej się było wspinać po stromej ścieżce
                                  do tej wyrzutni.

                                  To wygląda na to, że żadnego chłopa na szczycie tej stromej góry nie było to i
                                  o przeleceniu nie było mowy... tą wyrzutnią, rzecz jasna ;-PPP

                                  > A gdzie byłam? Wszędzie gdzie się dało: na lądzie, na morzu i w powietrzu, ale
                                  > szczegółów zdradzać nie będę, bo jestem skończoną egoistką ;-PPP

                                  Oszzzz, Ty!
                                  A tu się tyle działoooooooo! Och, tyle można by opowiadać, ale za nic Ci nie
                                  powiemy! O!
                                  • meduza4 Re: Cos ciekawego na temat odkryc... 31.08.06, 12:45
                                    justiz napisała:

                                    > To wygląda na to, że żadnego chłopa na szczycie tej stromej góry nie było to i
                                    > o przeleceniu nie było mowy... tą wyrzutnią, rzecz jasna ;-PPP

                                    Chłopy tam wchodziły te przecudne militaria oglądać. Nawet mi "dzień dobry"
                                    mówiły, bo takie zwyczaje na szlakach turystycznych panują, że pozdrawia się
                                    nieznajomych, choćby po to, żeby ich nie straszyć.

                                    A przelecieć się wyrzutnią nie da rady -jeno fundamenta się ostały. Pod koniec
                                    wojny wyrzytnię zdemontowano i wywieziono na gwałt do Niemiec.


                                    > A tu się tyle działoooooooo!

                                    Działo... No tak, militarnie mi te moje sierpniowe wojaże wyszły, więc działa
                                    i tym podobny sprzęt także posiadam w kolekcji fotek :-)))

                                    "When I feel silence in my heart I'll call your name untill I die..."
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka