„Pamiętajcie dzieci, nie ma większych i mniejszych połów. Tymczasem większa
połowa z was twierdzi odwrotnie” - to taki dowcip, który krąży od zawsze.
Wszyscy się śmieją z nauczyciela.
Temat ten zahacza trochę o inny - czy powinniśmy się nawzajem poprawiać -
bo poprawianie się w kwestii wielkości połów jest stosunkowo popularne.
Nie wiem, czy ktoś już bronił większych i mniejszych połów, bo to, co chcę
napisać, to efekt własnych przemyśleń, niemniej jednak nie roszczę sobie
jakichś specjalnych pretensji do oryginalności w takim ujęciu. Ba, mam
nadzieję, że to dość oczywiste, że większe i mniejsze połowy istnieją.
Przynajmniej dla większej połowy z Was
Otóż całe nieporozumienie wynika z tego, że słowo „pół” ma różne znaczenia.
Czym innym jest „pół” w zadaniu matematycznym, czym innym zaś, gdy prosimy w
sklepie o „pół” chleba. Chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie sądzi, że
ekspedientka przekroi chleb na dwie matematyczne połówki, idealnie ważące
tyle samo z dokładnością do dowolnej jednostki, np. do miligrama. Ale żeby
nie stwarzać wrażenia, że przesadzam, weźmy deko. Czy po przekrojoniu chleba
„na pół” obie połowy będą równe co do dekagrama? Najprawdopodobniej nie, i
wcale nie o to chodzi kupującemu! I w takim znaczeniu wyrażenia „większe pół”
i „mniejsze pół” mają prawo do traktowania z lingwistycznym szacunkiem.