Mam taką sprawę - będę wdzięczna za wszelkie uwagi i refleksję osób doświadczonych w temacie.
Moi rodzice dokarmiają pewnego wolnożyjącego kota. Nosi on imię Byk, ze względu na silną posturę, ogromny łeb i nieco zakapiorski wyraz pyszczka

Byk jest kotem wolnożyjącym, mocno dzikawym - ucieka, gdy się do niego zbliżyć, choć pozwala podchodzić do siebie już znacznie bliżej niż na początku (rodzice dokarmiają go od ostatniej zimy). Do rodziców przychodzi codziennie, czasem śpi u nich w ogródku w wiklinowym koszu. Odwiedza też inne domy, gdzie jest dokarmiany.
I teraz tak: wiem, że sterylizacja jest polecanym zabiegiem w stosunku do kotów wolnożyjących. Gdyby to była kotka, nie zastanawiałabym się ani trochę. Jednakże w przypadku kocura, mocno się waham. Pomijając już fakt trudności ze złapaniem Byka (latem próbowałam raz z sukcesem, kładąc do transporterka jedzenie - udało się, ale zamknięty w klatce wpadł w szał i wyłamał drzwiczki, potem przez długie tygodnie trzymał się z daleeeka od nas)... Chodzi mianowicie o to, że rodzice obawiają się - ja zresztą również - o dalsze bytowanie Byka po ewentualnej kastracji. Boją się, że jako wykastrowany kocur straci "prestiż" w miejscowym kocim otoczeniu i będzie bity czy przeganiany. Mieliśmy taką historię z Luckiem mojej cioci (który obecnie jest u nas) - jako jedyny wykastrowany kocur w okolicy stał się kozłem ofiarnym. Mimo że jest dużym, dorodnym kocurkiem, wszystkie inne kocury ostro go biły i znęcały się nad nim
Jakie macie doświadczenia w tej kwestii? Nam w sumie fakt niewykastrowania Byka zbytnio nie przeszkadza, kocur za bardzo nie "znaczy". Jedynie argument, iż niewykastrowany kocur zapładnia kotki przemawia - jak dla mnie - za kastracją. Ale nade wszystko, nie chciałabym mu zaszkodzić - to nie jest kot proludzki, którego ktoś przygarnie i przez to ocali go od dręczących go innych kotów, musi radzić sobie sam...