We wrześniu minionego roku znalazłam na ulicy młodego kotka (miał nie więcej niż 4-5 miesięcy) potrąconego przez samochód lub bardzo mocno uderzonego przez człowieka. Niestety zdaniem lekarzy bardziej prawdopodobne jest to drugie. Kotek, gdy go znalazłam, był w strasznym stane. Był wieczór i nawet nie byłam pewna, co wzięłam na ręce - futerko miał całe zabłocone, mokre, prowdopodobnie wpadł (ktoś go wrzucił?) do pobliskiego rowu melioracyjnego, i prawdopodobnie, choć nie wiem, jakim cudem to zrobił będąc w tak strasznym stanie, zdołał z tego rowu wyjść i dojśc do bramy mojego osiedla, gdzie przeraźliwie płakał. Wzięłam go z ulicy i pojechałam z nim do weterynarza. Okazało się, że kociak ma połamaną miednicę oraz nie potrafi się samodzielnie wypróżnić, prawdopodobnie wskutek uszkodzenia połączeń nerwowych. Lekarze ostrzegali mnie, że szanse na powrót do zdrowia Paproszka są niewielkie. Postanowilam jednak dać mu szansę. Leczyłam go długo - przez 3 dni był na granicy zycia i smierci, totalnie wyziębiony i obolały, niewrażliwy na żadne bodźce. W szpitalu na Gagarina spędził dwa tygodnie, mial w tym czasie robione badania i wizytował róznych specjalistów, ortopedtów / chirurgów (prof. Sterna, dr. Wisniewski, prof. Galanty).
Po dwóch tygodniach Paproszek doszedł do siebie na tyle, że można go było zabrać ze szpitala do domu. Powoli zaczynał chodzić, jednak nie wróciły mu funkcje samodzielnego wypróżniania się. Trzeba mu w tym pomagać, ponieważ funkcje te nie wróciły do dzisiaj.
Od grudnia 2011 i przez cały styczeń jeździłam z Paproniem na rehabilitację do dwóch ośrodków, wspaniałych specjalistów w Warszawie - Psychodni na Bielanach oraz Animal Center na Ursynowie. Paproszek miał łącznie 28 zabiegów magnetoterapii, elektrostymulacji prądem pęcherza i odbytu oraz laseroterapii. Niestety zabiegi nie przyniosły żadnych efektów. Prawdopodobnie połączenia nerwowe u Paproszka uległy stałemu przerwaniu i nie da się ich odbudować, choć - cuda się zdarzają.
Paproszek jest zaszczepiony, odrobaczony, ma negatywne testy na kocie wirósówki w tym białaczke, wykastrowany.
Kocurek ma teraz około roku, jest cały czarny, ale w miejscu uderzenia ma całkowicie białą sierść. Jest cudownym kotem. Przyjacielski, wyjątkowo cieprliwy w czasie zabiegów lekarskich i moich, komunikatywny, bardzo wesoły i optymistycznie nastawiony do świata. Uwielbia się bawić, jest bardzo kontaktowy i rozmowny, poza tym jest po prostu ładny

. Jest moim oczkiem w głowie, moim cudem. Pewnie nie pamieta już innego życia i uważa, że to co jest, musi być, że tak wygląda kocie życie - zamknięty poków, zabiegi chigieniczne, mycie dupki... Kotek, na szczęście, odzyskał w 95% władzę w kończynach, nie ma dla niego miejsc niedostepnych, unosi ogon (który jest "martwy" - brak czucia głębokiego), miednica ładnie się zrosła i dotykanie, przytulanie, zabawa nie sprawiają mu żadnego bólu, kot biega, skacze i szaleje. Nadal jednak trzeba mu pomagać w czynnościach fizjologicznych. Jeśli "siusia się go" ze 4 razy dziennie (+ rano i na noc), nie ma żadnego problemu - kot nie brudzi, nie chodzi z pampersami, może przebywac w każdym domu i na pewno nie pobrudzi nic. Warunek: trzeba umieć wysiusiać go do końca, to całkowitego opróżnienia pęcherza moczowego. Nie jest to nic skomplikowanego i każdy może się nauczyć wykonywania tych czynności w ciągu pół godziny - jako laik nauczyłam sie tego w szpitalu, po kilku tygodniach nabrałam biegłości; laik, ponieważ moje własne dwa rasowe koty, nigdy nie sprawiały takich problemów, i nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że coś takiego, wykonywanie takich zabiegów, w ogóle jest możliwe. Paproszek znosi to z wyjątkową cierpliwością i pogodą ducha, choć nie da się ukryć, że nie lubi tego i niemal zawsze oprotestowuje. Nie jest to dla niego bolesne, ale na pewno nie jest też miłe.
To samo z kupką, która przy odpowiedniej, wypróbowanej, wysokogatunkowej karmie, którą jest karmiony, ma odpowiednią strukturę. Kot zachował prawidłową, dobrą perystaltykę jelit, więc kupka niejako sama przesuwa się w jelitkach aż do końca.
Gdzie jest problem.
Kotek "mieszka" u mnie w jednym z pokoji. Ma tam wszystko, czego mu trzeba do życia, zabawki, drapaki, schowki, legowiska, okno, które może być bezpiecznie otwierane - poza swobodą, wolnością i możliwością przybywania z tymi, z którymi chce przebywać, czyli z ludźmi. Niestety nie mogę zostawiać go w ciągu dnia poza pokojem, bowiem niewysiusiany systematycznie co kilka godzin, wszystko pobrudzi, a poza tym - i tu przechodzę do sedna - moje dwa pozostałe koty, 8 letnia rosyjska niebieska i 6 letni abisyńczyk, nie są w stanie pogodzić się z jego obecnością w domu.
Minęło już prawie pół roku odkąd Paproszek jest u nas. Myślalam, że się przyzwyczają... Lenka, starsza kotka, nie toleruje go do tego stopnia, że poluje na niego (siada pod jego drzwiami, rzuca się na nie, dwa razy - jeszcze na początku, gdy nie wiedziałam, czym grozi ich przebywanie razem - upolowała go sobie i bardzo dotkliwie pogryzła - raz tak mocno, że cierpiał po tym pogryzieniu przez blisko miesiąc - rany, ropnie itp historie). Kocurek, Imbirek, sprawiał wrażenie, że w jakimś stopniu go akceptuje, ponieważ nie atakował go wprost, byle Mały nie wchodził mu w drogę. Niestety, Mały jako go widzi jest nim zafenomenowany, chodzi za nim krok w krok i nie daje mu spokoju. Imbir zrobił się strasznie agresywny. Raz pogryzł mnie tak, że wylądowałam u chirurga, zostały brzydkie blizny. Najgorsze jest jednak to, że oba moje koty żyją w ciągłym, permanentnym stresie; Imbir schudł, nie interesuje się jedzeniem, ciągle syczy, przejawia niekontrolowaną i niespodziewaną agresję, i niestety, od jakiegoś czasu powoli ale notorycznie zaczyna nam zasikiwać cały dom, włacznie z ubraniami, pościelą, sika na ściany, okna, w kątach. Bywają takie dni, że dwa dni pod rząd, wszystkie 4 kuwety, jakie są w domu dla nich dostępne (Paproś ma swoją u siebie w pokoju), są czyste...
Ponieważ koty nie moga przebywac jednocześnie w jednym pomieszczeniu, muszę zamykać je na zmianę w pokojach - przez to Paproszek ma tylko 2 godziny swobody w ciągu dnia - pół godziny rano przed wyjściem do pracy i godzinę, dwie wieczorem. Probowałam wielu metod - feliway, calmaid; chciałam wprowadzić specjalistyczną karmę uspokajającą Royal Canin ale nasza weterynarz nie rekomendowała z uwagi na problemy ze zdrowiem Imbirka (całą sprawę komplikuje fakt, że Imbirek jak był małym rocznym kocurkiem bardzo zachorował; miał problemy z żołądkiem, które niestety co jakiś czas mu się odnawiają; leczyliśmy go pół roku, ledwo udało się go odratować; to jest właśnie też problem w kontekscie jego stresu w związku z Paproszkiem - obawiam się, ze to kwestia czasu, jak jego problemy wrócą). Niestety, nie ma żadnego postępu w sprawie integracji kotów.
W koncu, po konsultacji z naszą panią weterynarz, postanowiłam wbrew rozsądkowi, sercu i logice, szukać nowego domku dla Paproszka. Nie muszę pisać, że serce mi pęka na myśl, że mogłabym go oddać, lub uspić (jego schorzenie, bez rokowań na poprawę, kwalifikuje go do eutanazji). Tego drugiego nie dopuszczam w ogóle do głowy, choć weterynarz powiedziała, że w ostateczności powinnam zdecydowac się nawet na to rozwiązanie, aby chronić moje koty.
Paproszek, mój cudowny promyczek, jest więc do oddania

( w najlepsze z możliwych rąk.
Osoba/osoby, które chciałaby zaopiekować się Paproszkiem, to powinny być osoby raczej starsze, będące na emeryturze, rencie, nie pracujące (lub pracujące krótko, po 4-5 godzin dziennie). Powinny ti jednak yć osoby na tyle zdrowe, żeby sie nim zająć (trzeba uklęknąć i go sysiusiać, wytrzeć ew, to, co wyciekło z przepełnionego pęcherz, umyć podłogę itp - oczywiście ciągła opieka nad kotem powoduje, że sytuacje awarynjen będą wystepować bardzo rzadko - ja oczywiście jadę na szmacie i to konkretnie dwa-trzy razy dziennie, ale jest to związane z tym, że paproszek jest sam przez tyle godzin).
Dalej w drugim poście...