wyjeżdżam z domu, i nagle przez ulicę przebiega kociak, czarny. Zamarłam, kociu udało się przebiec ulicę bez potrącenia; wracam, kocio czarne siedzi przy ochroniarzach. No dobra, myślę, trzeba wynieść żarełko i wodę. Zabrałam michy i żarło, przychodzę do ochroniarzy ("nie, oni nie widzieli żadnego czarnego kotka") postawiłam michę, jakieś czarno-białe kocię zwiało na mój widok. Następnego dnia - micha pusta, dołożyłam, znowu znikło. Więc coś tam się w tych krzakach czai i michę wyżera (rano tylko ślimaki się ślizgały po sosie z saszetki), a ja z Rudą na głowie latam już teraz dookoła osiedla, żeby to wszystko wykarmić. I dobrze, schudnę od tego biegania

Też tak macie, że te koty są wszędzie?