Dodaj do ulubionych

Ayrton Senna poleca

    • kotbert sen mojej mamy 05.06.05, 16:44

      mama miała sen.
      śniło jej się, że była wojna i że siedziałam z nią i jakimś kolesiem w aucie i
      on dał mamie odbezpieczony granat do potrzymania, a potem odbezpieczył drugi i
      wetknęliśmy je w jakiś mur, żeby go rozsadziły, a potem zaczęliśmy bardzo
      szybko uciekać tym samochodem. zajechaliśmy pod jakiś most i tam był taki pusty
      plac, jakby krańcówka tramwaju. mama i ja wysiadłyśmy, a ten koleś próbował
      przejechać samochodem przez jakiś rów z wodą i utknął na drugim brzegu i nie
      mogliśmy uciekać tym samochodem. mama miała ze sobą pierzynę. potem przyszli
      niemcy i powiedzieli, że zaraz przyjedzie tramwaj dla niemców i że oni będą
      strzelać do ludzi na ulicach, więc mamy iść wzdłuż tramwaju. mama się bała, że
      nas aresztują, bo ma pierzynę, ale ten koleś co był z nami powiedział, że jak
      ktoś się zapyta o pierzynę to powie, że jedziemy na wakacje. potem szliśmy
      wzdłuż tych torów, ale nie było tramwaju, więc szliśmy dość szybko, aż
      doszliśmy do jakiegoś ruskiego obozu. byli tam ludzie ubrani w ruskie mundury,
      a na środku stała wielka pomalowana na czarno kolumna z napisem po
      rusku "chwała leninu", na czubku było oczywiście popiersie lenina. jak
      doszliśmy do kolumny to zaczęli nas gonić ludzie w czarnych mundurach, mama
      spanikowała, że nie zdąży uciec, bo przecież ma kołdrę pod pachą i wtedy się
      obudziła.
      • szprota jeb 06.06.05, 00:22
        w nieuchwytny sposób ten sen przypomina mi sen mojej podstawówkowej
        przyjaciółki, która wyprowadziła swojego krokodyla na spacer i ponieważ krokodyl
        mitrężył, bardzo się denerwowała, że nie zdąży przez niego do szkoły, a była
        klajstra z histry.
    • huann dzisiaj śniła mi się 06.06.05, 12:16
      MATEMATYKA

      :(((((
      • aard czy coś w tym złego? /ni? 07.06.05, 17:19

        • huann Re: czy coś w tym złego? /ni? 07.06.05, 18:44
          gorsze może być tylko niespanie. tak jak dziś.
          a jak już wreszcie przysnąłem, to sen miałem taki, że po 7 piwie nie powiem, bo
          by mnie wylali (pozostałe 6)

          kto da więcej??
          • aard gadać łatwo 07.06.05, 21:33
            udowodnij :)
            • huann Re: gadać łatwo 07.06.05, 21:48
              nie powiem, bo sen dotyczył jednej ze znanych nam wszystkich osób wobec której
              zachowałem się po frojdowsku.
              nie kontynuować??
              • aard owszem, kątynuować 07.06.05, 22:03
                może być z naźwiskamni :-)
                • huann Re: owszem, kątynuować 07.06.05, 22:03
                  nie.
                  • aard nie to nie 07.06.05, 22:05
                    sam sobie przyśnię :p
                    • huann Re: nie to nie 07.06.05, 22:06
                      a, to życzę :)
              • szprota fiu fiu 07.06.05, 23:03
                nie wiem, jak państwo, ale ja zaczynam snuć domysła, czy przez żołądek do frojda...
                • maginiak Dzisiaj to mi się śniło 08.06.05, 09:45
                  Byłam na ślubie znajomych. I tu są dwie opcje zakończenia. W jednej z nich
                  budzę się rankiem następnego dnia w domu moich rodziców i zdaję sobie sprawę,
                  że zaraz po ślubie poszłam do domu i zapomniałam pójść na wesele i dać prezent.
                  Zaczynam snuć plan jak by tu się wytłumaczyć, chcę się między innymi wślizgnąć
                  cichcem na dogorywające weselisko i udawać że nic się nie stało ale koniec
                  końców stwierdzam że najlepiej będzie jak się prześpię z tym problemem - co
                  natychmiast czynię z rozkoszą.
                  W drugiej opcji snu zostaję na weselu i tańczę na scenie z jakimś starym
                  dziadkiem a potem z jeszcze innym facetem a wszyscy goście biją brawo i
                  szczerzą w uśmiechu zęby. Po zejściu ze sceny okazuje się, że wesele jest
                  muzułmańskie. Idę wzdłuż sali a pod oknem siedzi mnóstwo dziewczyn, siedzą na
                  parapecie a stopy trzymają w ażurowych skrzynkach, próbują wciskać do tych
                  skrzynek ręce przez ciasne kratki, żeby założyć buty. Nie mogą położyć tych
                  stóp na skrzynce i założyć spokojnie butów, bo muszą je ukrywać (te stopy)
                  przed muzułmańskimi facetami, których objawiło się nagle całe mnóstwo.
                  Muzułmanie łażą po sali w której siedzą dziewczyny, a przed nimi (tymi
                  Muzułmanami) idzie zawsze kilku facetów niosących wielką planszę, mającą ukryć
                  przed nimi (tymi Muzułmanami) wdzięki stóp dziewcząt mozolących się nad
                  założeniem na te stopy butów. Zobaczywszy całą akcję próbowałam się wymknąć z
                  sali, żeby w spokoju założyć sobie buty, ale przy wyjściu przechwycił mnie
                  jakiś nieznajomy koleś i przekonywał żebym to zrobiła bo później będę żałowała
                  że straciłam taką okazję, że to naprawdę wyjątkowa sprawa i że zdarza się raz w
                  życiu. No więc uległam. Ten posadził mnie na parapecie a kilku innych kolesi z
                  wielką planszą podeszło do mnie i zaczęło instruować jak plansza działa. Po
                  naciśnięciu guzików plansza miała zwiększyć swoją objętość i dzięki temu
                  spełnić swą ochronną funkcję. Ja zaczęlam naciskać nie te guziki co trzeba i
                  plansza zaczęła się zmniejszać w zawrotnym tempie aż całkowicie uszło z niej
                  powietrze. A ja zostałam bez butów na tym parapecie. No i potem to się działo!
    • lolik2 ach, dzis mam dobry dzień, to napiszę 11.06.05, 17:47
      sniły mi sie kazamaty, lochy, podziemia, tunele, przejścia, korytarze, piwnice

      bardzo malownicze
      • huann Re: ach, dzis mam dobry dzień, to napiszę 12.06.05, 02:36
        lolik2 napisała:

        > sniły mi sie lochy, koryta rze
        rze na co to?!
        • lolik2 rze 12.06.05, 10:00
          mieślnik?
          • huann rze 12.06.05, 15:04
            kotki.
            • lolik2 rze 12.06.05, 19:34
              sza
              pochowała skarby w tych lochach!
              trzeba je przerobic na zgrabne szyneczki
    • aard krawaty wiąże, usuwa ciąże 15.06.05, 09:47
      Byłem z wizytą u dość odległej rodziny (u której z wizytą bywać, dodajmy,
      bardzo nie lubię i nie bywam). Rodzina mieszka (we śnie i w realu też) w
      dwupokojowym mieszkaniu w składzie: teściowie (po siedemdziesiątce), rodzice
      (przed czterdziestką) i ich siedemnastoletni syn. Wizyta była składana z okazji
      faktu, że moja kuzynka zaszła w drugą ciążę (było to jednak owiane jakąś
      tajemnicą, bo wszyscy się strasznie wokół tego tematu czajnikowali).

      Na początku wywiązała sie - nie wiedzieć czemu - rozmowa na temat mojego
      scyzoryka wielofunkcyjnego. Podsumowałem ją nieco lekceważąco zdaniem
      jak_w_temacie i zorientowałem się, że chyba właśnie palnąłem niezłą gafę. Na to
      starsza pani wzięła mnie na bok i konspiracyjnym szeptem, robiąc miny na wzór
      faceta z wiertarą z "Nic śmiesznego" powierdziała zezując nad drzwi
      wejściowe: "Bo my tu mamy nowy alarm..."

      Obudziłem się zlany potem.
      • agga12 Re: krawaty wiąże, usuwa ciąże 15.06.05, 14:30
        w takich sytuacjach niezastąpione wydaje się być koło gospodyń wiejskich -
        tańczy, śpiewa, recytuje, daje dupy i gotuje..:)
        • aard W takich sytuacjach wybieram prostsze wyjście 15.06.05, 15:14
          obudzić się :p
          • huann Re: W takich sytuacjach wybieram prostsze wyjście 15.06.05, 15:15
            obudzić się zbudzić się obudzić się
            to takie jest banalne

            /lech/
    • aard W moich snach wciąż Warszawa... 22.06.05, 10:06
      Najpierw chciałem się przekraść do Mordoru. Mordor mieścił się na trzecim
      piętrze warszawskiego socrealistycznego budynku w stylu szpitala Kopernika
      tylko nie aż tak wysokiego. Na szóstym i ostatnim piętrze tego samego budynku
      mieścił się oddział położniczy szpitala, więc pomyślałem, że przed Mordorem
      pojadę na szóste piętro windą odwiedzić przyjaciółkę, która tam leży. Poza tym
      stwierdziliśmy z Wiedźmunem, że może schody z góry do Mordoru będą słabiej
      strzeżone niż wejścia od strony wind.

      Odwiedziliśmy przyjaciółkę, pogodaliśmy chwilę o tym, że wszystkie pacjentki
      wokoło - jak na ostatnie tygodnie ciąży - zdecydowanie za mało ważą (na co
      pielęgniarka stwierdziłą, że tak, bo one się wciąż odchudzają!) i chyba
      zrezygnowaliśmy z wizyty w Mordorze, bo nagle znalazłem się (już sam) na
      przystanku tramwajowym w Warszawie. Patrzę, a tu na przystanku tego samego
      tramwaju w przeciwnym kierunku stoi... Rimma! W pierwszej chwili chciałem
      wyciągnąć laptopa i napisać do niej maila, ale przyszło mi do głowy, że
      przecież mogę podejść i porozmawiać!

      Więc podszedłem. Rzuciła mi się na szyję, wysciskalismy się i w pierwszych
      słowach swojego listu spytała "czy mam kochankę". Odpowiedziałem, że nie, a
      ona, że ona niestety ma chłopaka i mimo że już nie może z nim wytrzymać, to nie
      może też odejść, bo wtedy groziłoby mnie i jej straszne niebezpieczenstwo.
      Odniosłem wrażenie, że on był z jakiejś mafii, czy coś. Ciekawostką było, że
      rozmawialiśmy po polsku, tylko od czasu do czasu, kiedy nam się przypomniało,
      że ona przecież nie zna polskiego, a ja prawie nic nie pamiętam z rosyjskiego,
      przechodziliśmy na niemiecki. Chciałem, żebyśmy poszli gdzieś pogadac, ale ona
      mówiła, że nie ma czasu i poza tym boi się, że ktoś mógłby nas zobaczyć razem.
      Spytałem od jak dawna jest w Polsce i dlaczego w żaden sposób mnie o tym nie
      zawiadomiła?
      I wtedy się obudziłem.

      Jeeeeeeeeeeeść!
    • szprota blogowo napiszę 23.06.05, 11:44
      że sen był z gatunku nie powiem bo się wstydzę, ale podobał mi się odtwórca roli
      głównej ;)
      • huann Re: blogowo napiszę 23.06.05, 11:51
        oho
    • huann w dzisiejszym śnie 23.06.05, 12:18
      eksplorowałem Kołdryliery
      aż po podu-sine ostateczne
      wybrzuszenie
    • aard Olalala dwiekulkizgówna 23.06.05, 12:52
      Zadawałem sztychy krzywą szablą
      w tors i w gardło
      pewnej osobie, do której
      nawet nie mogę mieć pretensji.

      Krwi nie było.
    • aard W okolicach Wezuwiusza 24.06.05, 09:22
      planowaliśmy desant w zatoce, nad którą piętrzyły się Tatry. Ale żeby lądować,
      to potrzebowaliśmy mieć dobrą mapę i wzwiązku z tym - wraz z Małym -
      próbowaliśmy ją narysować. Najbliżej brzegu były trzy wybitne szczyty, od
      lewej: Kapucyn, Żabi Mnich i Kyocera. Z daleka wyglądało na to, że z Kyocery da
      się zjechać na nartach.
    • aard Legia panny! 05.07.05, 10:52
      W kwadratowym pomieszczeniu wielkości średniej (może ciut większej niż
      średniej) łazienki gralismy w pewną odmianę koszykówki (to znaczy we śnie
      nazywaliśmy to "pewną odmianą koszykówki"). Naprzeciw siebie stały dwa kible i
      zadanie polegało na wlewaniu wódki z flaszki do kibla przeciwnika. Drużyny były
      trzyosobowe, jedna z tych osób siedziała wiekszość czasu na kiblu i
      broniła "bramki". Wygrywała ta drużyna, która miała mniej wódki w swoim
      zbiorniku pod kiblem po ustalonym czasie lub ta, której pierwsza skończyła się
      wódka we flaszkach (dlaczego nikt nie wpadł na pomysł, żeby wypić?).
    • aard tupot małych nóżek (ależ sig przypasował!) 08.07.05, 09:17
      Przyszło na świat Moje Dziecko. Byłem nieprzytomnie szczęśliwy i potwornie
      dumny, choć nie nadęty. Co ciekawe nie wiem, kto był matką - co prawda ona
      pojawiała się w tym śnie - byliśmy szczęśliwą rodziną, ale była to Mrs. Nobody.
      Po prostu nie wiem, kto. Natomiast Dziecko (cholera wie, jakiej płci, chociaż
      raczej chłopiec) było geniuszem. Co prawda urodziło się ze zrośniętymi
      powiekami i oczami lekko wypukłymi na kształt szczątkowych czułek, którymi
      próbowało badać otoczenia raczkując (bo raczkowało od urodzenia!), ale za to
      już pierwszego dnia mówiło! Produkowało cudownie bezsensowny strumień
      świadomości i niepowiązanych słów. Nie gaworzyło, mówiło!
      Jako świeżo upieczony ojciec byłem najszczęśliwszym cżłowiekiem na ziemi.
      • maginiak Re: tupot małych nóżek (ależ sig przypasował!) 08.07.05, 11:12
        > Jako świeżo upieczony ojciec byłem najszczęśliwszym cżłowiekiem na ziemi.



        Czyżby szło ku lepszemu? :-p
        • yavorius hehe (rotfl jeno) 08.07.05, 11:17
        • aard czy ku lepszemu - nie wiem 08.07.05, 11:21
          Ale na pewno nie - szło :)
    • lolik2 byłam w lesie 08.07.05, 11:08
      z moim bratem. wyszliśmy na dość sporą polanę, a tam pełno snujących się bez sensu ludzi oraz dośc spora rzeczka. za rzeczką zauważyliśmy kilka kamieni i strasznie zachciało nam sie je mieć. ale jako że rzeczka była dość spora nie dało się przejśc. przeszlismy kawałek dalej w las i zrobiła się zima i kurwasnieg dookoła. znaleźliśmy kładkę i przeszliśmy na drugą stronę rzeczki. wróciliśmy do miejsca z kamieniami i znaleźliśmy sobie jeden naprawdę wypasiony. nagle zobaczyłam ze obok nas stoi Jacek i patrzy na mnie z ogromnym wyrzutem. pomyślałam że pewnie mieliśmy się spotkac i oczywiście zapomniałam.obudziłam się.
      i faktycznie, mam zadzwonić do Jacka - takie przypomnienie to dobre przypomnienie :)
      • szprota to mi przypomina taki fajny sajkotest 09.07.05, 12:19
        na osobowość "las, droga, przeszkoda".
        Jak chcecie, mogę zarzucić na wątek w blogiej świadomości i po kilku
        wyczerpujących odpowiedziach dokonać analizy (z naciskiem na anal)
        • lolik2 chcemy /bepbeepbeep 09.07.05, 12:41
          • szprota tomacie [patrztawobnażańsko] 10.07.05, 16:35

        • aard Ten test jest do niczego, moim zdaniem 11.07.05, 10:40
          takie na siłę przypasowywanie. Od kiedy np. skojarzenia z wodą mają cokolwiek
          mówić o zyciu seksualnym?
    • aard Może i surrealne, ale słabo zapamiętałem 11.07.05, 10:37
      byłem w letniej (p)rezydencji prezydentów USA w Górach Skalistych. Do póżna w
      noc naradzaliśmy się z dwoma Bushami i Reaganem. Po polsku.
    • huann wczorajszy sen krwawy 19.07.05, 09:32
      śnili mi się nożownicy mieli rozczochrane rude afra na głowie z wielkimi czołami
      choć byli biali. bliźniacy-nożownicy się z nożami do nas wszystkich na
      szprotkaniach przebijali przez tłum w knajpach zarzynali wszystkich innych gości
      starając się nas sięgnąć. na koniec zaś snu był to jakby film z amantem i piękną
      coś jakby w stylu amerykańskich filmów tego typu z lat 40-tych ale w kolorze a
      może 50-tych takie bogartowate, ale bardziej ulizane i było to na statku i była
      kajuta i ja wiedziałem co tę parę w łóżku czeka bo oni byli piękni w tym łóżku i
      wtargnęli bliźniacy i amanta zadźgali przy drzwiach bo chciał bronić się i
      pieknej w odwrotnej kolejności a potem urządzili sobie konkurs rzucania nożami w
      nią która stała pod ścianą. no i się obudziłem w technicolorze! smutny co
      ciekawe ze względów estetycznych, że tacy młodzi i przystojni a tacy zadźgani.
    • aard Kombajn do zbierania ludzi po szosach 03.08.05, 11:48
      Powoziłem czymś w rodzaju olbrzymiego kombajnu. Ale naprawdę olbrzymiego - ze
      cztery metry wysokiego, szerokiego na też jakieś cztery i długiego na sześć.
      Pomarańczowy prostopadłościan bez tych wszystkich młockarni, co mają kombajny,
      ale kurwa większy od lokomotywy! Moim wehikułem kierowało się siedząc na samej
      górze z przodu - jak na słoniu, za pomocą skórzanego pasa. Pas trzeba było
      ciągnąć z wielkim wysiłkiem w lewo i w prawo, by skręcał oraz do siebie, by
      hamował. Napędu pojazd nie posiadał, ale nie było problemu, bo cały czas było z
      górki. Zjeżdżając po polskich drogach mimo olbrzymiej masy podskawiwał i
      kolebał się na wybojach. Bałem się, że się wywróci, bo coś podejrzanie wysoko
      miał środek ciężkości.

      Co jakiś czas doganiałem jakiś wiejski wóz, z którego w ostatniej chwili
      zeskakiwał woźnica, a wóz był miażdżony jak sterta zapałek pod kołami mojego
      Jumbo. A w pewnej chwili jechałem przez las, gdzie na brzegu szosy spali
      naprzeciwko siebie w śpiworach dwaj ludzie. Na widok mojego potwora wykonali
      przeturlanie się jak w najklasyczniejszych filmach akcji wprost spod kół w las.
      Oczywiście o wyhamowaniu nie było mowy - pas służył wyłącznie do stopniowego
      zwalniania.
      I ten wszechobecny hałas toczącej się piekielnej machiny...

      Dodam, ze śniło mi się to w nocnym pociągu z Łodzi do Krynicy.
      Dzierżbór!!
    • huann Huann Senna poleca 03.08.05, 15:37
      sen dronowy Lavinki:


      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=63&w=27234766
    • izakaotomita Re: Ayrton Senna poleca 07.08.05, 10:25
      Sen miałem. Miałem nie żyć.

      W tym celu powinny się u mnie, na czwartym piętrze azbestem okładanego
      akademika z widokiem na przesmyk między góry (ale dlaczego góry, raj ja
      sobie wyobrażałem jako zwijanie przez morze, a może ten przesmyk zwodził
      do piekła, w każdym razie topos destynacji, nie mylić z destylacji, był
      dość niejasny, wysoki, kamienisty, jurny mniej z krakowska więcej
      częstochowski, co piszę acz nigdy w jurni ni po turni nie hasałem, no ale
      widziałem maczugę tego na H, na zdjęciu (i skoro o mitologie zahaczywszy:
      charakter tanatologiczny pań, o których będę pisał per zomerle, w dalszej
      części relacji, q.v., to pomieszanie nordyckie (że niby eskorta walkirii)
      z poplątaniem celtyckim (niby jak kto usłyszy banshee, to ma game over))
      zjawić (w podstawowym tj. namacalnym znaczeniu zjawiania, tym razem nie jak
      duchy, choć może trochę, ale o tym w dalszej części, q.v.) tyle że ja ufałem
      (o naiwnie, bom w tym śnie był młody (stąd akademik!), głupi (a skąd!) czy co
      się wiekowi z mózgiem przypisuje), że zjawy będą wysmukłymi seksi elficzkami
      z miłym timbrem szmaragdowego włosu, że grzech nie iść z takimi choćby po
      śmierć, i spoglądałem przez lunetę, że nadjeżdżają po mnie w eleganckiej
      amerykańskiej limuzynie z czarnymi szybami (a miał i otwierany dach, co mnie
      zadziwiło (ale na krótko, bo zdałem sobie sprawę, że pełnia lata, niech ma
      trup przewiew w ostatniej drodze z życia), myślałem sobie, odjadę z tego
      świata z szykiem, ale przykręcam ostrość, i widzę: do limuzyny z wąwoziku
      przesmyku serpentynującego ku mnie, póki co z daleka, przypięty jest wóz,
      taka trójkółka, jak wóz drabiniasty na którym Janosik filmowy zajeżdżał pod
      hak, z łapami związanymi z tyłu, więc przeczułem, że to eskorta będzie
      siedzieć w wozie eleganckim, a ja będę na wozie drabiniastym, i zacząłem się
      buntować (jako przeciw podatkom (jak to jest, że mnie nie stać na podatki a
      instytucję ściągającą podatki, na które mnie nie stać stać na wiele?)) oraz
      zacząłem kwestionować, biegać po pokojach, czy ktoś zaprzyjaźniony ma może
      jaki pomysł, jak się wywinąć wysłanniczkom śmierci, ale nikt nie miał, co
      więcej: każdy sądził, że się konkretnie narąbałem), zrobiło mi się smutno, bo
      zdałem sobie sprawę, że umrę młody, głupi (a głupoty nie było szkoda, ale
      młodości owszem, bo tyle domniemanych lat miało być przede mną), na brzegu
      łóżka siadłem i płakałem (brzmi jak tytuł tandetnej książki), tymczasem wóz
      holujący wóz dojechał pod akademik, i już bez lunety widzę, kto wysiada, otóż,
      zamiast elficzek-perliczek tokujących z podtekstami, wynurzyło się komando
      ryczących sześćdziesiątek, a jedna postury Zofii Merle (to była szefowa) a
      reszta, tak z pół tuzina, postury pół Zofii Merle (nazwijmy je zomerle, że
      niby na wszystkie litery nie zasłużyły puszystością), a z twarzy wczesny
      Gierek, ondul koszmarny, i tylko ciuszki zielone przypominały mi, że śmierć ma
      być z irlandzka, no więc wysiadły, ale że tylko przyszły nieboszczyk (czyli ja)
      widział je a póki co żyjący - nie, no to portier akademika nie chciał bab
      wpuścić, bo ich nie widział, choć widział wozy, nawet słyszał głosy (nie
      chwalił się tym potem, bo nie chciał trafić nieprzypadkiem do psychiatryka,
      miał bowiem dużo pieniędzy a mało dzieci, które (dzieci) chętnie by go ich
      (pieniędzy) pozbawiły po ubezwłasnowolnieniu w ramach zarządu) i wtedy zomerle
      zdecydowały, że muszą się ujawnić, czary mary, było je widać, portier im
      otworzył, spisał dowodziki (que? como?), nawet poinformował, szczur owaki, w
      którym pokoju zamieszkuję (a przecież uiszczałem terminowo opłaty, więc mógł
      je trochę zbajerować (z drugiej strony, kto by chciał bajerować, z podtekstami,
      Zofię Merlę, (którą (notabene) bardzo lubię, bo jest zacna aktorka, ale co
      innego aktorka, co innego przespanka)), tak czy siak zomerle weszły na teren
      akademika (tylko szefowa się zasapała i zdecydowała nie biegać po piętrach,
      ale puścić dymka, na co portier przystał, bo choć palenie wzbronione, to nie
      każdy dymił z Zofią Merle Nie z Tego Świata (a papierosy miały filtry dłuższe
      niż resztę) i zaczęły mnie szukać, ja nie taki głupi, żeby siedzieć na swoim,
      tylko smyk, smyk po pokojach, ale się robił niepożądany rwetes (no bo jak
      zomerle się odkamuflowały z krainy niewidzialnych, to i mnie każdy w akademiku
      widział z bladą poświatą marłości na licu, i zaczynał szlochać, że za młody
      jestem na śmierć, lub szarpać, co w kwestii nieuregulowanych długów) a rwetes
      ten wskazywał jasno zomerlom gdzie się kierować, i długo trzeba było czekać na
      wysłanniczki śmierci, bo się zasapywały co piętro, mógłbym je jakoś ominąć,
      ślizgiem po poręczy, sprintem przez korytarze, ale pomyślałem, że umrę nieco
      później, za to też zasapany (i jak to będzie wyglądać na zdjęciu, jeszcze w
      gablotę dadzą foto ryja poczerwieniałego, spoconego mnie), zatem zaczekałem
      cierpliwie na czwartym piętrze, w grupie szlochających i szarpiących, aż, uff,
      uff, uff, komando doszło, o matko, nareszcie, i zaczęło eskortować do wozu
      (drabiniastego) a ja dalej podpytywać na schodach, dlaczegóż mam umierać tak
      wcześnie, a zomerle na to, że primo formalnie to jestem żywy, a secundo elfi
      dział analiz od okresu zadekretowanego ogólnie życia odejmuje czas żegnania
      się z wszystkimi, którzy chcą się ze mną pożegnać, a to może potrwać - i
      faktycznie, nim się ze mną cały akademik pożegnał, z czułością lub kuksańcem,
      języczkiem lub piąstką, to godziny pomijały (może dni? (we śnie czas działa
      inaczej)), w końcu dotarłem do wozu drabiniastego, wlazłem posłusznie, komando
      umościło się w limuzynie, i ledwie zaczęliśmy jechać, co to za jazda, trzeba
      było przystawać (co się okazało: koło akademika zrobił się tłum zwyczajnych
      ludzi, którzy mnie nie znali, ale chcieli popatrzeć na nasz nieziemski rydwan
      śmierci, procedura zaś była ta, że z każdym ale to każdym (znajomym czy nie)
      się mogłem pożegnać, a zomerle puściły w limuzynie muzyczkę dość głośno, więc
      nie słyszały mojego staaać!, no więc musiałem zbiegać z drabiniastego,
      przeganiać limuzynę, machać przed kierowcą, coby stanęła (a kierowca nie dość,
      że miała szyby ciemne więc widoczność ograniczoną, nie dość, że jechała
      wąskawym przesmykiem pod górę a to jeszcze po bokach stała kupa ludzi, tych
      przyglądaczy z miasta, a na jedynce silnik gasł, albo zapominała o hamulcu
      ręcznym, a że pod górkę, zjeżdżała, to komuś tam zdarzyło się że najechała na
      odcisk a wtedy trzeba było szukać lekarza, i tak dalej, same kłopoty), szefowa
      (Zofia Merle) orzekła, że możemy nie zdążyć na czas, więc zdecydowały się na
      machinację czasem - czyli wektory temporalne wydłużyły się kilkukrotnie, ale
      efekt uboczny machinacji był taki, że nie tylko ludzie z okolic teraźniejszości
      mogli się żegnać, ale też istoty z mojej przeszłości, oraz istoty z mojej
      przyszłości! (na przykład bileter z pociągu Krotoszyn Szczecin, co gdybym nie
      umarł, to może bym się udał), oraz istoty związane z moim życiem (włącznie z
      bajkowymi (pamiętam, że koło Wiaczesława Tichonowa stali Wilk i Zając), kolejka
      narobiła się upiornie długa, sznur istot wyglądał jak żywy Mur Chiński, a ja
      schodziłem, żegnałem się, ściskałem, obrywałem (we śnie szło szybko - ale
      naprawdę to dniami, tygodniami), przy czym zasada była taka, że ja, jako
      główny gwóźdź programu, decyduję o nastrojach, czyli jak się wzruszyłem na
      widok tej fajnej blondynki, którą pamiętałem z Czeskich Budziejowic, to się
      cały wąż wzruszał, a kiedy się zaśmiałem na widok jakiegoś urywku filmowego
      (tak, urywki filmowe, podobnie jak melodie, lektury itp., też były w kolejce)
      z Barei albo Allena, to cały tłum rechotał, a jak takiemu jednemu sprzedałem
      piąchę, że mi wyrwał najlepszą stronę z porno gazety (młodzi mogą nie wiedzieć,
      jakże trudno w PRL było o porządnego pornola (a ten mój był Mayfair (mam do
      dzisiaj (oczywiście tylko ze względów sentymentalnych (to znaczy nie mam (bo
      umarłem, chyba?))))), to cały tłum zaczynał się bić, i Zofia Merle w którymś
      momencie nie wytrzymała - i powiedziała, że tradyc
      • izakaotomita cug dalszy 07.08.05, 10:26
        Zofia Merle w którymś
        momencie nie wytrzymała - i powiedziała, że tradycja czy nie tradycja, mam się
        żegnać, jak papież albo prezydent, z wozu, machaniem łap i przesyłając całusy
        lub klątwy, rad-nierad musiałem się zastosować, ale że minę miałem smutną, że
        właśnie ograbiono mnie z przywileju, zomerle ustaliły naprędce że na
        pocieszenie wolno mi zrobić trik specjalny, mianowicie mogłem wybrać jedną
        osobę po którą rydwan śmierci zajedzie w następnej kolejności, i ja nie bardzo
        widziałem, kogo wybrać, ale zomerle się uparły, że muszę a bo inaczej bym
        wnosił skargę, że się nie zbilansowało, podważał śmierć z racji proceduralnych
        a sądy wiadomo działają jak działają, czyli nie działają, no to mój wzrok padł
        na Jamesa Joyce'a (który we śnie był moim przyszłym instruktorem jazdy we
        fiacie puttano), i James Joyce miał umrzeć następny, posmutniały za grubymi
        szkłami okularów, na co zomerle dopiero się wściekły, bo Joyce już nie żył
        (w tym śnie (bo w ogóle to żyje wiecznie), trudno więc uśmiercać go po raz
        drugi, ale ja się uparłem, że właśnie on, no to Zofia Merle orzekła, że ona
        przejmuje kierownicę, bo musi pędem! zajechać do wyższego szefostwa, dopytać
        co z tym fantem, więc wygoniła zomerle z limuzyny, kazał odczepiać hol, bab
        reszcie wysiadać, i pognała w góry, miażdżąc widzów na zakręcie, a ja stałem
        na wozie drabiniastym z resztą starych elfic i zakładaliśmy się kiedy to się
        wreszcie skończy, bo nawet jak na sen robiło się przydługo i przynudnawo, a
        więc trudno mi powiedzieć jak i czym się sprawa zakończyła (no, że umrę, to
        akurat mam gwarantowane), wynikało ze snu jasno, że gdybym nie musiał żegnać
        się z połową świata, to miałbym czas, by pożyć dłużej, a na budziku była 6:12,
        niedziela, słońce, zimno, out.
    • huann Re: Ayrton Senna poleca 15.08.05, 11:38
      śniły mi się Duże Bijące Kobiety mężczyzn.
      na szczęście były po naszej stronie!
    • aard Kurwa, miałem ostatnio tyle zakręconych snów, że.. 19.08.05, 14:28
      żadnego nie pamiętam ://
      • aard A dzisiaj 20.08.05, 19:07
        jeździłęm po jakichś podziemiach na deskorolce (a w realu nie umiem) i nawet
        wychodziły mi niewysokie skoki (na przykład na krawężnik), oglądałem też trochę
        na telebimie mecz w hokeja pomiędzy Polską a Białorusią, a w przerwach między
        jeżdżeniem i oglądaniem dokarmiałem Huann.
    • lolik2 kurwa. 22.08.05, 08:25
      Niemcy we Wro - trochę jak Ku-Klux-Klan, trochę jak rycerze. Zagonili wszystkich do pieców i spalili. Mnie też zagonili. Przed spaleniem uratował mnie budzik.
    • aard Czekamy na sen Rosomaka 22.08.05, 11:07
      ten stary, z Brodką.
    • aard Mielonka z mielonką, mielonką, mielonką i mielonką 25.08.05, 09:59
      Pani w sklepie spożywczym przygotowywała mi kanapki z grubej pajdy świeżego
      chleba z konserwą tyrolską i przysmakiem śniadaniowym. Mniaaaam... :p

      A potem byłem w sejmie na przemówieniu Leppera, to znaczy wiedziałem, że to był
      Lepper, ale wyglądał zupełnie inaczej, z rysów twarzy podobny nieco do Jana
      Tomaszewskiego, a nieco do Jana Kaczmarka (satyryka, nie kompozytora), ale
      znacznie znacznie chudszy od Tomaszewskiego i znacznie wyższy od Kaczmarka.
      Miał też czarną aureolę włosów wokół całej twarzy (wraz z buuujną i
      rozczochraną brodą). A mówił od rzeczy, ale nie pamiętam, co :/
    • mag.gie gorączka wyborcza... 26.08.05, 10:39
      Aard i ja postanowiliśmy załozyć własną partię polityczną. Brakowałao nam tylko
      odpowiedniecgo kandydata na prezydenta.
      W światku polityczno- medialnym krążyła plotka iż idealnym prezydentem byłby
      Jan Tomaszewski, jakże znany i lubiany w towarzystwie seksuologów- piłkolog.
      I my postanowilismy go zwerbować...
      Doszły nas słuchy, iż Pan Jan prowadzi lekcje "z życia w rodzinie" w pobliskim
      gimnazjum. Żeby sie dostać do tej szkoły musiałam się czołgać przez rurę o
      dużym przekroju (całe szczęście!).
      Aard siedział na lekcji jako szpieg, a ja gadałam o wszystkim i o niczym z moja
      siostrą.
      • szprotaard Wow! Kogo my tu mamy :)) 26.08.05, 10:52
        Witaj w Rezerwacie! Niech Ci materace miekkimi będą, a brak klamek nie
        doskwiera :)))

        PS. I więcej tych narkotyków, nie żałuj sobie! :ppp
        • huann to nie Sen! 26.08.05, 10:54
          to nie Yavo!
          to Mag.gie na RU!
          :)))
        • mag.gie Re: Wow! Kogo my tu mamy :)) 26.08.05, 16:21
          Riki tiki, narokotyki?
          Ole ole, alkohole;)
          • huann Ty toń 26.08.05, 16:32
            a ja Tita.nick! :)
      • aard gorączka forumowa... 26.08.05, 10:58
        a ja dziś wyśniłem, że pod nickiem Mag.gie na forum tak naprawdę ukrywał się
        jakiś obleśny facet pokroju i wyglądu Asassello. Nie mogłem tego zrozumieć, bo
        przecież znam i - co tu ukrywać - troszkę lubię prawdziwą, jak najbardziej i
        stuprocentowo kobiecą Mag.gie.

        Ale niedługo się głowiłem, bo potem brałem udział w konkursie forumowym w
        radiu: kto prawidłowo odpowie na pytanie, jaka forumowiczka chciała wyjechać na
        weekend deo Wrocławia w nagrodę jedzie z nią. Odpowiedziałem prawidłowo, że
        Szamanka (czy Szymonka, czy jakoś kurwapodobnie) i wygrałem bilet kolejowy
        do... Paryża. Wyraźnie było napisane na bilecie Champs Elysees :))
        Ale poczułem taką ekscytację przed zbliżającą się podróżą (!), że aż się
        obudziłem :pp
    • zamek niby esemes, ale zawsze 26.08.05, 17:08
      wczoraj, od właścicielki mojego mieszkania
      "Panie Sławku, czy z mieszkaniem wszystko dobrze? Miałam sen, że pękły rury i
      zalało całą kuchnię..."
    • aard Tak bardzo stęskniłem się za Wiedźmunem 31.08.05, 11:08
      że bez uprzedzania kogokolwiek pojechałem do Londynu. Znalazłem się na północy
      miasta, w okolicy stacji metra Walthamstow, wsiadłem w Victoria Line i mijając
      stacje Czerwieńsk (!) i Wrzesieńsk (!!) jechałem ku centrum.

      Po chwili do pociągu wsiadł mój kuzyn Maciek ze swoim ojcem, wcale się mojemu
      widokowi nie dziwiąc i zaproponował mi, żebym wysłał SMSa z jego komórki, skoro
      moja się popsuła. Nie miałem pojęcia, że moja się popsuła, ale jak ją wyjąłem,
      to faktycznie - nichu ja nie chciała zadziałać. Kilka stacji dalej (metro
      jechało cały czas na powierzchni) wsiadł... Wiedźmun. Miał krótkie ciemne włosy
      (może nie bardzo krótkie, był trochę "zapuszczony", ale gdzie mu tam do siebie
      w realu!) i w ogóle był do siebie niepodobny. Ale stwierdziłem, że to na pewno
      on, kiedy powiedział, że mi przypierdoli, skoro zapomniałem, że ma imieniny 3
      lutego :)

      Podczas całej tej jazdy maszynista metra siedział sobie w swojej kanciapie na
      początku pociągu i - kierując nim - grał na manuale wielkich kościelnych
      organów. Bardzo ładnie grał.
      • huann a propos pociągów - miałem dzis taki sen: 31.08.05, 11:12
        mialem sen ni to statku z którego wysiadało się po drabince nieledwie
        sznurkowej bardzo niebieskiej na nabrzeże i wsiadało już po płasku z peronu do
        b. supernowoczesnego pociągu złożonego z mikrosegmentów (dzięki temu brał jak
        żaden zakręty!) w kolorze matowego złota (czyli żółty ;0) ) a był to ten sam
        obiekt który wypływał/wyjeżdżał na b. prestiżową wyprawę badawczą na bodaj
        biegun południowy i ja byłem pełnoprawnym członkiem tejżre ekspedycji! w
        pociągu był wagon warsa, gdzie b. drogie ale i przepyszne kanapko-
        jakieśplacuszki z obfitym farszem sprzedawano!

        piękny w sumie sen :)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka