energeia
14.06.05, 22:00
Dziś się wpieniłam. Mocno. Byłam w Inno, żeby sobie kupić puder. Oglądam sobie testery, żeby
znaleźć odpowiedni kolor, a tu przyczepia sie do mnie syn Maghrebu przebrany za ochroniarza i
wmawia mi, że nie wolno mi otworzyc wystawionego słoiczka próbki, bo to nie tester, tylko produkt
przeznaczony do sprzedaży. Bo na próbce nie naklejono naklejki z byczym napisem "Tester." Nic z
tego, że opakowanie jest włożne w specalny rowek, w którym stoją inne testery, jest mniejsze niż
normalne opakowanie produktu i stoi na nim komunikat: "Demonstration. Not for sale" w kilku
językach... Lingwistycznie rzecz ujmując oznacza to to samo co pierdolony tester.
Pokazuje mu ten napis, a ten po jakimś dwunimutowym zastanowieniu wraca i dalej swoje...
Nieważne, że ja robię w tym sklepie zakupy nie po raz pierwszy. I kurwa, z buszu nie wyszłam prosto
do "ekskluzywnej" perfumerii. Do tego jeszcze umiem czytać, i orientuje się, co to jest tester lepiej
niż on.
Olałam gościa, wzruszyłam ramionami, spokojnie znalazłam sobie odpowiednie pudełko
przeznaczone do sprzedaży i poszłam do kasy. Nawet nie wiem, czy jeszcze stał nade mną, po
prostu go olałam.
Mimo to, poczułam sie strasznie zdenerwowana, urażona i potraktowana jak debil. Wpierw
stwierdziłam, że jadę do domu zlewając to zdarzenie. Ale teraz, jak już troche ochłonęłam, to
zastanawiam się czy tam jutro nie wrócić i nie złożyc jakiegoś zażalenia.
Centrum Europy, kurwa, a zatrudniaja jakiegoś pół-analfabetę...