29.10.03, 15:02
Witam wszystkich,

Czy jest ktos moze z Libanu? czy ktos tam byl? czy moze macie jakies bliskie
zwiazki z Libanem?
Obserwuj wątek
    • arusa Re: LIBAN 29.10.03, 19:46
      czesc, mam bliskie zwiazki z Libanem. A o co chodzi? Pozdrawiam.
      • alalama Re: LIBAN 29.10.03, 22:06
        arusa napisała:

        > czesc, mam bliskie zwiazki z Libanem. A o co chodzi?

        Wlasciwie to nic takiego. Poznalam kiedys - jeszcze jako studentka - wiele
        wspanialych osob z Libanu (dziewczyny, chlopcy) z innych arabskich krajow
        rowniez (Syria, Palestyna, Maroko, Jordania, Kuwejt.... ), ale Libanczycy sie
        wyrozniaja. Pod kazdym wzgledem. Jak tam jest? jak wyglada Saida? Bejrut? czy
        drogi jest Liban? (porownujac np z Syria??, czy bezpieczny? czy mozna tam
        jechac?

        'beduinka' obejrzalam polecane zdjecia. Niektore ciekawe, ladne. Ale ci faceci
        to bardziej Palestynczykow mi przypominaja niz Libanczykow :))
        Zamila
        • beduinka Re: LIBAN 29.10.03, 22:24
          alalama napisała:


          > 'beduinka' obejrzalam polecane zdjecia. Niektore ciekawe, ladne. Ale ci
          faceci
          >
          > to bardziej Palestynczykow mi przypominaja niz Libanczykow :))
          > Zamila

          bo ja właśnie w Libanie najwięcej czasu spędzałam w obozach dla uchodźców
          palestyńskich

          oprócz tego odwiedziłam m.in.
          Bejrut
          Saidę (Sydon)
          Tyr (Sur)
          Quneitrę
          Beit Ad-Din
          Dolinę Bekaa, Baalabek, Andżar
          Trypolis
          Byblos
          i jeszcze trochę innych miejsc
          • alalama Re: LIBAN 30.10.03, 10:50
            beduinka napisała:

            >ja właśnie w Libanie najwięcej czasu spędzałam (...ciach..) odwiedziłam m.in.
            > Bejrut, Saidę...i jeszcze trochę innych miejsc...

            Pytalam czy tam jest drozej niz w Syrii? czy jest bezpiecznie? i jak Liban
            mozna odniesc do np Tunezji? Egiptu? Maroka?

            pozdro

    • beduinka Re: LIBAN 29.10.03, 20:19
      alalama napisała:

      > Witam wszystkich,
      >
      > Czy jest ktos moze z Libanu? czy ktos tam byl? czy moze macie jakies bliskie
      > zwiazki z Libanem?


      ja odwiedziłam Liban dwukrotnie i na pewno tam wrócę...m.in. dlatego, że chcę
      pisać pracę magisterską na temat sytuacji uchodźców palestyńskich w obozach na
      Bliskim Wschodzie, w tym w Libanie...znajdziesz już na tym forum wątek na ten
      temat:
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=10662&w=7907697
      tutasz masz linki do kilku moich zdjęć z Libanu
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=10662&w=6159986&a=7866297
      Wątek na temat Libanu jest też tutaj:
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=10662&w=6116222
      a o Libańczykach tutaj:
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=10662&w=7843783
    • hyakuman LIBAN - zmiany polityczne 23.03.05, 09:50
      Ciekaw jestem opinii znawców ;-) Bliskiego Wschodu na temat ostatnich wydarzeń
      poltycznych m.in. w Libanie. Czy sądzicie że szersza demokratyzacja ma szanse w
      tym regionie? Czy może Liban jest tu wyjątkiem ze względu na swoją różnorodność
      i kosmopolityzm?
      • beduinka Re: LIBAN - zmiany polityczne 23.03.05, 21:35
        hyakuman napisał:

        > Ciekaw jestem opinii znawców ;-) Bliskiego Wschodu na temat ostatnich
        wydarzeń
        > poltycznych m.in. w Libanie. Czy sądzicie że szersza demokratyzacja ma szanse
        w
        >
        > tym regionie? Czy może Liban jest tu wyjątkiem ze względu na swoją
        różnorodność
        >
        > i kosmopolityzm?

        Liban od samego początku istnienia był wyjątkiem w regionie. Po I wojnie
        światowej, Wielkiej Brytania i Francja zaczęły dzielić między sobą dawne
        prowincjie impierium osmańskiego. Na konferencję w Paryżu udały się delegacje
        Maronitów (zresztą aż 3 - prezentujące różne koncepcje państwa libańskiego) -
        chcieli utworzenia państwa chrześcijańskiego. Jednak przydzielono do niego
        także dolinę Bekaa oraz prowincje północne w okolicy Trypolisu, a także
        południowe - gdzie przeważali muzułmanie. W związku z tym na terenie Libanu
        zamieszkiwało według spisu z lat 30-tych ok. 51% chrześcijan i ok. 49%
        muzułmanów (a jako że zazwyczaj w rodzinach muzułmańskich posiadano więcej
        dzieci - szala większości przesunęła się od tego czasu na drugą stronę - i to
        pewnie znacznie). Dodatkowo ani chrześcijanie, ani muzułmanie nie byli
        monolitem, lecz każda z tych grup była wewnętrznie podzielona. Dlatego też
        Libańczycy musieli nauczyć się zręcznie lawirować w wewnętrznej polityce,
        nauczyć się unikać religijnych sporów, nauczyć akceptować innych - z ich wiarą,
        pochodzeniem, poglądami. Nie zawsze im się to udawało. Szczególnie, że żadne
        państwo nie istnieje w politycznej pustce, lecz znajduje się w sieci powiązań z
        otaczającym światem. I także na Liban wpływały różnorakie międzynarodowe
        wydarzenia. Libanowi nie udało się też uniknąć wewnętrznych sporów, co
        doprowadziło do wyniszczającej wojny domowej. Teraz Libańczycy marzą o pokoju i
        wewnętrznej stabilizacji. Pamięć wojny i trudnych przeżyć z nią związanych jest
        nadal silna - to wzmacnia chęć uniknięcia kolejnych starć. W Libanie w wielu
        sferach panują o wiele większe swobody. Na pewno nadal nie jest w pełni
        demokratycznym krajem - szczególnie z powodu ingerencji Syryjczyków w
        wewnętrzną politykę Libanu - lecz to, że Libańczycy umieją (i pozwala się im na
        to) otwarcie mówić o tym, że nie życzą sobie ich obecności dobrze rokuje na
        przyszłość
        • jajcio Re: LIBAN - zmiany polityczne 25.03.05, 09:17
          Cześć,

          Obawiam się, że jedynym demokratycznym krajem w regionie jest niestety tylko
          Izrael. Zbudowany jest w oparciu o podobny system wartości, jak kraje
          europejskie i Stany Zjednoczone, przyjął podobną samoorganizację i strukturę
          sprawowania władzy. Oczywiście nie chcę powiedzieć, że Izrael jest krajem
          rządzonym przez ludzi miłujących pokój, to zupełnie inna sprawa. Bez wątpienia
          najlepiej ze wszystkich krajów Bliskiego Wschodu zaimplementował sobie
          demokrację.
          Niewiele wiem o Libanie. Jest to kraj wielkich kultur, cywilizacji przeszłości,
          wielkiej historii i także ciekawej, acz pogmatwanej współczesności. Nie jest to
          kraj li tylko arabski - takie stwierdzenie byłoby po prostu nieprawdziwe.
          Niemniej jednak tak go kwalifikujemy i ma to oczywiście swoje racjonalne
          uzasadnienie. Odnosząc się zaś do kwestii demokracji w krajach arabskich, to
          przyznam szczerze, iż moim zdaniem coś takiego, jak demokracja, w krajach
          arabskich nie funkcjonuje. Nie znam kraju arabskiego, w którym system rządów
          byłby rzeczywiście demokratyczny. Świat zachodni doprowadził co prawda do tego,
          w ramach prowadzonej przez cały wiek XX krucjaty kulturowo-cywilizacyjnej, iż
          większość krajów arabskich przyjęła demokratyczne formy sprawowania władzy,
          lecz w istocie demokracja rozumiana najprościej jako władza ludzi (nie w
          komunistycznym broń Boże znaczeniu) jest czymś kulturowo obcym większości
          społeczeństw azjatyckich, w tym i arabskich. W krajach arabskich funkcjonują
          więc parlamenty, partie polityczne, wybory oraz przeróżne inne instytucje
          wyrażające demokratyczną formę sprawowania władzy, lecz w rzeczywistości tworzą
          one pewną zafałszowaną fasadę, pod którą kryją się rządy autorytarne, a czasami
          wręcz zbrodnicze, jak było w Iraku. Innego przykładu dostarcza Jemen, w którym
          jest i system parlamentarny i partie polityczne, urząd prezydenta, premiera i
          inne przeróżne instytucje, jednak wiadomo, że wszystko podporządkowane jest
          układom plemiennym. I dobrze - jeżeli tylko państwo funkcjonuje sprawnie,
          system sprawowania władzy jest przejrzysty i czytelny, a obowiązujące prawo
          powszechnie akceptowane przez społeczeństwo i uznawane za sprawiedliwe. Jeżeli
          ludziom z władzą żyje się bezpiecznie, to nie widzę powodu, by źle oceniać taką
          w istocie niedemokratyczną formę organizacji ustroju państwowego. Gorzej, gdy
          dochodzi do łamania praw człowieka, jak ma to miejsce chociażby w Syrii, którą
          skądinąd jestem zafascynowany jako podróżnik. Nawet taka Tunezja jest krajem
          bardzo niedemokratycznym w naszym rozumieniu tego słowa.
          Należy oczywiście zdać sobie sprawę, że podstawowe instytucje demokratyczne, a
          więc wybory, parlament, partie polityczne, zaistniały w życiu politycznym
          krajów arabskich już na dobre. Myślę, że co najmniej w kilku krajach zaczęły
          pełnić bardzo istotną rolę, a przy założeniu, że elity przynajmniej części
          państw arabskich rzeczywiście chcą korzystać z dorobku kulturowego Zachodu
          (odrzucając jednak jego fatalną ignorancję dla kultury Islamu), to z pewnością
          ludzie w tych krajach mogą liczyć w niedalekiej przyszości na demokratyzację,
          rozumianą jednak inaczej niż demokracja. Przez demokratyzację rozumiem
          zwiększenie swobód obywatelskich, zapewnienie działania wolnej od nacisków
          prasy, zmianę fatalnej czasami polityki wobec mniejszości religijnych lub
          kulturowych (jak np. wobec Koptów w Egipcie). Demokrację rozumiem zaś trochę
          inaczej. Wyrosła ona w Europie, odpowiada naszym doświadczeniom, Europa zresztą
          dojrzewała do demokracji bardzo długo. Doświadczenia i tradycje arabskie są
          zgoła inne. Należy je oczywiście szanować, jeżeli tylko wyrastające z nich
          systemy i instytucje życia publicznego nie dopuszczają do krzywdzenia ludzi. Z
          tym w krajach arabskich wciąż jest niestety krucho, co nie znaczy, że w Europie
          i Stanach albo w takiej Rosji jest wspaniale. Niestety.

          pozdrawiam,

          jajcio
          • beduinka Demokracja i świat islamu 26.03.05, 02:07
            znalazłam artykuł na temat, o którym rozmawiamy

            Demokracja i świat islamu
            gazeta.pl; Robert Stefanicki 18-03-2005

            Ameryka ma w świecie arabskim fatalną reputację - zwłaszcza po inwazji na Irak,
            której druga rocznica mija właśnie dzisiaj. Dlatego presja USA na
            demokratyzację Bliskiego Wschodu przynosi niewielkie skutki. - Bush chce,
            żebyśmy się reformowali? - słychać w tamtym regionie. - No to na złość się nie
            zreformujemy! Artykuł Roberta Stefanickiego

            Oj, dzieje się na Bliskim Wschodzie... W centrum Bejrutu setki tysięcy
            demonstrantów domagają się odejścia wojsk syryjskich i przywrócenia Libanowi
            suwerenności. Saudyjczycy stoją w kolejce nie po nowy model mercedesa, lecz by
            oddać głos w pierwszych w ich kraju wyborach lokalnych. Prezydent Egiptu wzywa
            parlament do uchwalenia poprawki konstytucyjnej, która umożliwi udział w
            wyborach prezydenckich jego konkurentom.

            Rok 2005 można nazwać rokiem arabskich wyborów. Zaczęło się od Autonomii
            Palestyńskiej, gdzie na nowego prezydenta wybrano Mahmuda Abbasa. Potem były
            wybory do parlamentu Iraku, pierwsze od obalenia Saddama Husajna. Trwają wybory
            do rad miejskich w Arabii. Do końca roku Palestyńczycy wybiorą jeszcze radnych,
            posłów oraz kierownictwo rządzącej partii Fatah. Irakijczycy mają głosować nad
            nową konstytucją, a w grudniu wybrać kolejny parlament. Na wiosnę zaplanowano
            wybory parlamentarne w Libanie. Egipcjanie wybiorą parlament, a następnie
            prezydenta. Wybory będą też w Jemenie i Omanie.

            Zajmijcie się kotami

            Czyżby wiosna demokracji w świecie arabskim? Jeszcze nie teraz. Żadne z
            arabskich wyborów nie wypełniają wszystkich norm, jakie winien spełniać
            praworządny i prawomocny proces demokratyczny: powszechność biernego i czynnego
            prawa wyborczego, wolność zrzeszania się, równe traktowanie kandydatów,
            przyznanie wybieranym organom realnej władzy ustawodawczej bądź wykonawczej,
            ograniczenie kadencji w czasie, uczciwe liczenie głosów, bezwzględne uznanie
            wyniku głosowania za obowiązujący...

            W Iraku parlament wybierano w warunkach wojny i okupacji, głosowanie
            zbojkotowali sunnici. Abbas nie miał poważnych konkurentów, komentatorzy
            chwalili go, że zwyciężył umiarkowaną jak na ten region większością 62 proc. -
            bo mógł przecież, jak prezydent Tunezji Ben Ali czy niegdyś Saddam, pokusić się
            o wynik zbliżony do stu procent. W Egipcie, z rywalami czy bez, po raz piąty
            prezydentem zostanie Hosni Mubarak. W Arabii Saudyjskiej kobiety nie mają prawa
            głosu ani kandydowania, ponadto wyborowi podlega tylko połowa składu rad -
            drugą połowę władze mianują, "aby zapewnić ich profesjonalizm".

            W żadnym kraju arabskim - i jest to jedyny taki region na świecie - władza nie
            pochodzi z wolnego i powszechnego wyboru. Rządy sprawują albo monarchie
            absolutne, albo nacjonalistyczne reżimy. Jedynymi demokracjami na Bliskim
            Wschodzie są Izrael, Turcja i do pewnego stopnia Iran.

            Pierwsze w krajach Zatoki Perskiej wybory, w których kandydować i głosować mógł
            każdy pełnoletni obywatel, nawet jeśli miał pecha urodzić się kobietą, odbyły
            się w 1999 r. w Katarze - wybrano wówczas rady lokalne, których zadanie
            ogranicza się do formułowania opinii (nie do wydawania decyzji!) w dość
            przyziemnych sprawach, jak naprawa dróg czy wałęsające się koty. Bahrajn ma
            pochodzącą z wyboru izbę niższą parlamentu, jednak by nie uchwaliła przypadkiem
            czegoś niezgodnego z wolą emira, kontruje ją izba wyższa, w całości mianowana.
            Z kolei w Omanie, choć parlament nie ma właściwie żadnych uprawnień, sułtan
            zachował sobie prawo odrzucenia każdego kandydata na posła, który mu się nie
            spodoba.

            W krajach Maghrebu, inaczej niż w Zatoce Perskiej, na ogół dozwolone jest
            tworzenie partii i odbywają się wybory do parlamentu krajowego, ale opozycja
            jest tłumiona tak skutecznie, że nie ma szans sięgnąć po władzę. Na tym tle
            korzystnie wyróżnia się królestwo Maroka, gdzie wybierany w dwóch trzecich
            parlament ma spore uprawnienia.

            Bardzo ciekawa jest sytuacja w Kuwejcie, gdzie proces demokratyzacji jest
            najstarszy (trwa od 1963 r.) i najdalej posunięty. Obecnie spośród 65 posłów
            wybieranych jest 50, a parlamentowi wolno - to precedens w regionie - wetować
            ustawy i usuwać ministrów. Jednak głosu nie mają kobiety. Emir chciałby im
            nadać to prawo, ale od sześciu lat sprzeciwia mu się zdominowany przez
            konserwatystów parlament. To paradoksalny i znamienny przypadek, gdy dalszą
            demokratyzację blokuje nie niewybieralna głowa państwa, lecz pochodzący z
            wyboru posłowie.

            Z demokracją im do twarzy

            Może zatem demokracja nie sprawdza się w świecie arabskim silnie przywiązanym
            do religii i tradycyjnej hierarchii? Tego zdania są m.in. konserwatywni
            duchowni - według nich wybory promują "nieislamską" rywalizację między
            jednostkami, podczas gdy społeczeństwa muzułmańskie nawykły do tradycji szury,
            konsultacji, kiedy to przywódca wysłuchuje opinii ekspertów, a potem podejmuje
            decyzję po naradzie z teologami.

            - Jeśli demokrację rozumiemy jako uczestniczenie ludzi w procesie podejmowania
            decyzji, to Arabowie walczą o nią od ponad 300 lat - przekonuje Hassan Mukkahal
            z gazety "Al Chalidż" w Abu Zabi. - Pierwszy ruch demokratyczny w imperium
            osmańskim powstał na ziemiach arabskich. Od tego czasu setki tysięcy ludzi
            trafiły do więzienia za żądanie demokracji. Normy demokratyczne są
            przestrzegane na co dzień w życiu społecznym, można się o tym przekonać nawet w
            odległych wsiach Jemenu czy Omanu.

            - Absurdalne są twierdzenia, że Bliski Wschód nie nadaje się do demokracji i
            przyjmie tylko demokrację narzuconą siłą, krzycząc i wyrywając się - uważa Turi
            Munthe z londyńskiego instytutu badań strategicznych RUSI. - Badania ONZ-
            owskiego Funduszu Rozwoju (UNDP) mówią, że chce jej 80 proc. Arabów - to więcej
            niż w wielu krajach europejskich.

            Trzy lata temu UNDP opracował raport o stanie rozwoju gospodarki i społeczeństw
            arabskich. Wyniki były szokujące. W ostatnich dziesięcioleciach wydłużyła się
            co prawda przeciętna długość życia, spadła śmiertelność niemowląt i
            analfabetyzm. W krajach arabskich nie ma też skrajnej biedy, ale życie naukowe
            i intelektualne znajduje się w zapaści. We wszystkich 22 krajach, gdzie mieszka
            280 mln ludzi, tłumaczy się rocznie 330 książek. W niewielkiej Grecji ukazuje
            się pięć razy więcej przekładów. Arabscy badacze doszli do wniosku, że
            zacofanie jest spowodowane brakiem wolności, zepchnięciem kobiet na margines
            życia społecznego i politycznego oraz przestarzałym szkolnictwem.

            Dlaczego więc w krajach arabskich nie ma demokracji? Odpowiedź jest prosta.
            Rządzące familie, które posiadają władzę, pieniądze i służby siłowe na swoich
            usługach, nie chcą się tych przywilejów pozbywać. Saudowie, Baszar Assad w
            Syrii czy Hosni Mubarak w Egipcie trzymają swoje społeczeństwa twardą ręką,
            przed nikim nie odpowiadają, każdy bunt tłumią w zarodku. Szansa na rozkwit
            prawdziwej demokracji istnieje nie w stabilnych autokracjach, lecz w krajach
            upadłych, wyniszczonych wojnami, przechodzących burzliwą transformację - w
            Iraku i Palestynie.

            Liban, gdzie po zabójstwie popularnego polityka opozycji Rafika Haririego
            doszło do masowych protestów, znajduje się gdzieś pomiędzy tymi biegunami i
            jest wyjątkiem - to kraj politycznie rozdarty, a więc słaby, gdzie nie udało
            się wprowadzić całkowitego zamordyzmu, a libańskie społeczeństwo jest
            najbardziej liberalne i zmodernizowane w regionie. Nie ma co marzyć,
            aby "rewolucja cedrów", która najpewniej doprowadzi do całkowitego wycofania
            wojsk syryjskich z Libanu, rozlała się na inne państwa.

            Ciekawsza wydaje się odpowiedź na inne pytanie - dlaczego mimo wszystko
            arabskie reżimy wspierają proces demokratyzacji, dlaczego słowo "demokracja"
            jest chętnie używane przez rządzących?

            Dzieje się tak bardziej wskutek nacisku zewnętrznego niż wewnętrznego. Zachód
            woli utrzymywać stosunki z krajami, które "robią postępy na
            • beduinka 2 Demokracja i świat islamu 26.03.05, 02:07
              Dzieje się tak bardziej wskutek nacisku zewnętrznego niż wewnętrznego. Zachód
              woli utrzymywać stosunki z krajami, które "robią postępy na drodze ku
              demokracji", niż z dyktaturami. Oczywiście dyktatura z ropą jest traktowana
              bardziej ulgowo niż dyktatura bez ropy, ale gra idzie też o przeróżne fundusze
              rozwojowe, niekiedy bardzo pokaźne.

              Dodatkowym czynnikiem jest niedoceniana na Zachodzie rywalizacja między
              państwami regionu. Gdy emir Kataru organizował wybory lokalne (nikt go nie
              zmuszał, ruch reformatorski w bajecznie bogatym Katarze prawie nie istnieje),
              mówiło się, że chce w ten sposób dać prztyczka nielubianej Arabii Saudyjskiej,
              która żadnych wyborów nie miała. No więc teraz ma. Przemiany w poszczególnych
              krajach są bacznie obserwowane i prędzej czy później naśladowane przez
              sąsiadów, choć proces ten postępuje tak wolno i nieśmiało, że trudno mówić o
              efekcie domina. Właściwszym określeniem wydaje się moda na demokratyzację,
              delikatną i kontrolowaną.

              Np. w Arabii Saudyjskiej żądania reform pojawiają się od dawna, ale reżim
              skutecznie się im opierał aż do pierwszej wojny w Zatoce. W 1992 r. król Fahd
              obwieścił powstanie Rady Konsultacyjnej, której skład sam mianuje. Potem
              powstało Centrum Dialogu Narodowego. Następca tronu książę Abdullah zaprosił do
              dyskusji intelektualistów, islamistów, kobiety i członków dyskryminowanej
              mniejszości szyickiej - skład panelu był odważny, ale całe przedsięwzięcie
              okazało się znów jedynie chwytem propagandowym. Ostatnie zebranie nosiło
              tytuł "Spotkanie z młodzieżą. Realia i aspiracje" - w serii przemówień
              przedstawiciele władz poinformowali społeczeństwo, że z saudyjską młodzieżą
              jest wszystko w porządku. Powstała też Komisja Praw Człowieka, która nawet nie
              pisnęła, gdy wsadzano do więzień dysydentów za to tylko, że ośmielili się
              wzywać do szybszych reform. - Królestwo chce reform, ale będą one wprowadzane w
              odpowiednim czasie i zakresie, aby nie zburzyć pokoju i stabilności w państwie -
              oświadczył książę Abdullah.

              Jak zmieniać, gdy straszy al Kaida?

              Naturalnie żaden władca nie powie wprost, że nie wprowadzi demokracji, bo na
              tronie jest mu wygodnie. Jedną z powtarzanych od dziesięcioleci wymówek jest
              konieczność zachowania czujności w obliczu konfliktu izraelsko-palestyńskiego,
              lecz ten argument nieco wyblakł, odkąd Palestyńczycy pokazali, że sami chcą
              demokracji.

              Obecnie najmodniejszą wymówką jest walka z terroryzmem. Al Kaida od trzech lat
              prowadzi z władzami w Rijadzie wojnę, której objawami są zamachy
              terrorystyczne, strzelaniny na ulicach i aresztowania. Książę Najef, szef
              saudyjskiego MSW, ogłosił więc w zeszłym roku, iż "obecna sytuacja nie sprzyja
              mówieniu o reformach ani wprowadzaniu ich w życie; najważniejsze jest
              bezpieczeństwo". Zgadza się z nim Waszyngton, zgadza wielu rodaków. Przeciętny
              Saudyjczyk jest rozdarty - chciałby, aby władza rodziny królewskiej była mniej
              absolutna, ale obawia się chaosu, na którym skorzystaliby ekstremiści.

              Popularny pogląd głosi, że pierwsze całkowicie wolne wybory w kraju arabskim
              byłyby ostatnimi, bo zwyciężyliby fundamentaliści i zaprowadzili reżim
              teokratyczny, bardziej opresyjny od panującego. Tak mogło się stać na początku
              lat 90. w Algierii, gdyby armia nie unieważniła wyborów. Wybory palestyńskie
              wygrał umiarkowany Abbas, ale nie wiadomo, jaki byłby wynik, gdyby w szranki
              stanął kandydat Hamasu.

              - W Arabii Saudyjskiej ekstremiści islamscy z pewnością wygraliby wybory -
              uważa Mark Katz z amerykańskiego Uniwersytetu George'a Masona. - Po zdobyciu
              władzy albo by złagodnieli, bo radykalizmem nie da się nakarmić narodu, albo
              zawiesiliby demokrację i skorumpowali się tak samo jak ich poprzednicy.

              Innego zdania jest Hassan Mukkahal z gazety "Al Chalidż": - Arabowie nie lubią
              fundamentalistów, 80 proc. jest im przeciwnych. Zwycięzcami wyborów byliby
              umiarkowani islamiści. To oczywiście kwestia definicji - czy np. Bractwo
              Muzułmańskie w Egipcie uznamy za fundamentalistów, jak czyni to egipski rząd?
              Ja uważam to stronnictwo za umiarkowane.

              O "kwestię definicji" rozbija się szansa na dialog. Weźmy np. Ruch na rzecz
              Islamskiej Reformy w Arabii (MIRA), który prezentuje następującą wizję państwa
              saudyjskiego po obaleniu reżimu Saudów: rządem będą kierować ulemowie
              (przywódcy religijni), ale wybierać się go będzie w wyborach powszechnych, w
              których uczestniczyłyby kobiety. Monarchię zastąpi system zapewniający podział
              władzy, odpowiedzialność, przejrzystość, niezależne sądownictwo, wolność słowa
              i zgromadzeń. O treści konstytucji zdecydowaliby obywatele, ale musiałaby się
              ona wywodzić z prawa islamskiego.

              Brzmi to rozsądnie, ale jeden Allah wie, jak w praktyce wyglądałyby rządy MIRA.
              Władze w Rijadzie oskarżają tę rezydującą w Londynie opozycję o szykowanie
              fundamentalistycznego zamachu stanu.

              Brak demokracji i represje przyczyniają się do wzrostu popularności
              ekstremistów. Opozycja radykalizuje się, bo tylko w ten sposób ją słychać. W
              październiku 2003 MIRA zorganizowała marsz w Rijadzie - pierwszy publiczny
              protest przeciw wolnemu tempu reform oraz przetrzymywaniu więźniów
              politycznych. Demonstrantów rozpędziła policja, 270 osób aresztowano. Rok
              później władze rzuciły na ulice tyle uzbrojonej w ciężki sprzęt policji, że
              zapowiedziany protest się nie odbył. Lider MIRA Saad al Fakih już nie domaga
              się ewolucji, tylko rewolucji. - Nie prosimy o drobne reformy ekonomiczne,
              polityczne czy społeczne - mówi. - Zmierzamy do zmiany reżimu, który jest
              niereformowalny.

              Opozycja islamistyczna ma więcej zwolenników niż liberałowie. Liberalizm
              kojarzy się źle, z zachodnim "imperializmem". Arabscy demokraci są w trudnej
              sytuacji, bo muszą szukać odpowiedzi na szereg pytań pułapek: w jaki sposób
              pogodzić modernizację z tradycją i religią, co z prawami kobiet, jak ułożyć
              stosunki z USA, jakie stanowisko przyjąć wobec konfliktu z Izraelem, przyjmować
              czy odrzucać ideologię nacjonalistyczną i islamistyczną?

              Fundamentaliści mają uproszczone zadanie. - Po co konstytucja - pytają - skoro
              mamy Koran? Rządy ludu są sprzeczne z rządami Boga! - krzyczą. Straszą inwazją
              kulturową Zachodu, choć w historii to islam, gdziekolwiek się pojawiał,
              wchłaniał zastane kultury: indyjską, hiszpańską, perską.

              Władcy Arabii rozgrywają jednych przeciw drugim. Tworzą fasadę demokracji, aby
              odebrać program prawdziwym reformatorom. Dla wielu liberałów perspektywa
              dojścia do władzy islamistów jest gorsza niż współpraca z reżimami. Godzą się
              zatem na reformę w ramach monarchii, kierowaną przez państwo. Koniec końców
              jedyną naprawdę groźną opozycją jest al Kaida.

              O ile brak demokracji ułatwia zadanie terrorystom, o tyle nie ma żadnej
              gwarancji, że demokratyzacja jest lekiem na terroryzm. - Nie łudźmy się,
              znaczna część terroryzmu nie dotyczy polityki wewnętrznej. To odbicie
              apokaliptycznej wizji funkcjonowania świata, która jest skutkiem błędnej
              polityki Zachodu na Bliskim Wschodzie - mówi Turi Munthe z instytutu RUSI.

              - Nie sądzę, by bez demokratyzacji można było zwalczyć terroryzm - uważa Mark
              Katz. - Demokracja nie wyeliminuje terroryzmu, ale przynajmniej ci, którzy są
              niezadowoleni, będą mogli próbować to zmienić środkami pokojowymi.

              Wydaje się, że jedyną rozsądną, kompromisową drogą zmian w świecie arabskim
              jest pozwolić religii stać się częścią demokracji. Partiom islamskim nie należy
              dawać luksusu bycia w opozycji i głoszenia poglądów bardziej skrajnych, niż
              gdyby były u władzy. Wymarzonym, choć pewnie długo niedoścignionym modelem,
              jest Turcja, gdzie rządzi partia o korzeniach islamskich, a mimo to dąży do
              integracji z Unią Europejską i ma dobre stosunki z Izraelem.

              Kto ma ropę, ten ma po staremu

              Dwa inne ważne czynniki wpływające na reformy w krajach arabskich to cena ropy
              oraz presja Ameryki.

              Maleńkie emiraty Katar i Abu Zabi, zasobne w złoża gazu ziemnego, mogą być
              spoko
              • beduinka 3 Demokracja i świat islamu 26.03.05, 02:08
                Maleńkie emiraty Katar i Abu Zabi, zasobne w złoża gazu ziemnego, mogą być
                spokojne o swoją przyszłość. Ludziom w tych krajach nie w głowie rewolucja.
                Demokratyzacja w Katarze jest wynikiem woli emira, a nie konieczności.

                Tymczasem w przeludnionej Arabii Saudyjskiej, która jako pierwsza wzbogaciła
                się na ropie, przez ostatnie ćwierć wieku dochód na głowę mieszkańca spadł z 26
                tys. dol. do 7 tys. rocznie - to trzy razy mniej niż w Katarze i nieco mniej
                niż w Polsce. Saudowie zmarnowali fortunę, stawiając pałace na pustyni i
                spełniając zachcianki tysięcy członków rodziny królewskiej. Młodzi ludzie, bez
                pracy, są sfrustrowani i podatni na ideologię fundamentalistyczną.

                Mniejsze państwa uczą się na błędach Saudyjczyków, zmniejszając uzależnienie od
                ropy i gazu. Arabia próbuje naśladować ich sukcesy, ale sama reforma
                ekonomiczna nie wystarczy; żeby naprawić państwo, trzeba by ukrócić przywileje
                książąt, a to już byłaby reforma polityczna.

                Zdaniem części analityków ubiegłoroczny wzrost cen paliw, przynosząc większe od
                zakładanych dochody, przyczynił się do opóźnienia wyborów lokalnych w Arabii. Z
                tego punktu widzenia ich spadek mógłby przyspieszyć proces demokratyzacji.
                Niestety, jest mało prawdopodobne, że cena ropy spadnie, dopóki w krajach nią
                dysponujących utrzymuje się zagrożenie terrorystyczne. To jeden ze sposobów, w
                jaki al Kaida walczy z "bezbożną" demokracją.

                A jednak widać pierwiosnki zmian

                W komentarzach amerykańskich popularność zdobywa teza, że polityka Waszyngtonu
                przyczynia się do demokratyzacji Bliskiego Wschodu. George W. Bush umieścił ją
                na liście priorytetów w tegorocznym orędziu o stanie państwa. Wezwał nawet po
                imieniu swoich sojuszników - Arabię Saudyjską i Egipt - do "wejścia na drogę
                demokracji".

                Jednak zdaniem ekspertów arabskich presja Ameryki odnosi skutek przeciwny do
                zamierzonego, a to z uwagi na fatalną reputację USA w tej części świata,
                spowodowaną popieraniem Izraela i inwazją na Irak. "Bush chce, żebyśmy się
                reformowali? No to na złość się nie zreformujemy!". Nastroje antyamerykańskie
                są tak silne i tak powszechne, że jeden z arabskich komentatorów pytał
                ironicznie: "Czy jeśli Amerykanie są przeciw korupcji, to ja muszę być za?".

                - Amerykanie popierali i popierają arabskie dyktatury, więc kiedy teraz mówią,
                że chcą reform, nie wierzymy im - mówi Hassan Mukkahal. - To zachodnia
                hegemonia jest winna temu, że nie mamy demokracji. Mówiąc wprost: nie mamy
                demokracji, bo mamy ropę.

                Trudno się dziwić, że Arabowie nie wierzą w szczere zamiary USA. Egipska
                opozycja nazywa wybory w tym kraju "mydlaną operą dla Amerykanów". Wydaje się,
                że Busha zadowala demokracja fasadowa, niepowiązana z ryzykiem zmian
                politycznych, które mogłyby dać władzę fundamentalistom. Prezydent USA odtrąbił
                sukces w Iraku, pogroził palcem sojusznikom w Rijadzie i Kairze, a w którejś
                kolejnej mowie powie: "Patrzcie, w Arabii Saudyjskiej i Egipcie wybory się
                odbyły. Tacyśmy skuteczni!".

                Ale nawet nieszczera demokratyzacja może być ziarnem, które kiedyś przyniesie
                plon. W Arabii słowo "wybory" było do niedawna tabu. Teraz Saudyjczycy po raz
                pierwszy mogą dyskutować, zadawać pytania i mówić, czego oczekują od rządu. -
                Kiedy pozna się słodki smak wolności, niełatwo z niego zrezygnować -
                przekonywał jeden ze świeżo upieczonych wyborców.

                Jak głosi jedna z mądrości Beduinów: "Kiedy wielbłąd wsadzi głowę do namiotu,
                to można się spodziewać, że wkrótce cały wejdzie do środka". Ale naturalnie
                nigdy nie ma takiej pewności - zwierzę może się rozmyślić, można je też
                przytrzymać za ogon.

                Pierwiosnki zmian widać w wielu miejscach. Pewna zachodnia organizacja co roku
                prowadzi ogólnoświatowy konkurs na esej - podczas gdy dotąd większość prac z
                państw arabskich zawsze dotyczyła Izraela, w tym roku dominuje temat reformy
                ich własnych społeczeństw. Sami rządzący coraz częściej dostrzegają potrzebę
                reform, choć nie wiedzą jeszcze, jak ich dokonać, nie rezygnując z władzy.

                Podczas Arabskiego Forum Strategicznego w grudniu zeszłego roku następca tronu
                Dubaju, przemawiając do innych arabskich przywódców, wygłosił dość kategoryczne
                ostrzeżenie: - Jeśli się nie zmienicie, to was zmienią. Jeśli nie rozpoczniecie
                radykalnych zmian zmierzających do wprowadzenia zasady przejrzystości,
                sprawiedliwości i odpowiedzialności, wasze narody odrzucą was, a historia oceni
                surowo.


                Robert Stefanicki
    • beduinka Wielkanoc w Libanie: Maronici pieką ciasteczka 28.03.05, 13:33
      Wielkanoc w Libanie: Maronici pieką ciasteczka

      gazeta.pl, Piotr Ibrahim Kalwas 19-03-2005,

      Wszyscy udają się do kościołów, wkładając nowe ubrania i - jeżeli tylko ich na
      to stać - nowo kupione buty

      W Libanie jest ok. 30 proc. chrześcijan, z których większość należy do Kościoła
      maronickiego, jednego z kościołów Wschodu, który powstał w VII w. Jego nazwa
      wywodzi się od imienia założyciela - św. Marona (arab. Maroun), mnicha i
      anachorety, kapłana, mistyka i uzdrowiciela, który żył w IV w. w pustelni w
      górach Taurus nad rzeką Orontes w Syrii.

      Obrzędy Kościoła maronickiego do dziś sprawowane są w języku aramejskim, tym
      samym, którym mówił Jezus. Maronici wprowadzili do kościoła rzymskokatolickiego
      różaniec i tzw. drogę krzyżową. Obecnie na terenie Libanu, Syrii, Izraela i
      Cypru mieszka około 2 mln maronitów.

      ***

      Dzieci malują jajka na twardo w kolorach zielono-żółto-czerwonych, a następnie
      uderzają jednym o drugie. Czyje jajko się nie zbije, to dziecko będzie miało
      szczęście w życiu, aż do... następnych świąt.

      Wszyscy pieką, m.in. z semoliny, małe ciasteczka, po arabsku zwane ma'amoul,
      napełniane farszem z daktyli lub orzeszków pistacjowych, a następnie polewane
      lukrem. W niektórych rodzinach przepisy na ma'amoule są przekazywane z
      pokolenia na pokolenie i otaczane ściśle strzeżoną tajemnicą (takie same
      ciasteczka robi się też na zakończenie żydowskiego święta Purim). Niektórzy
      ludzie, szczególnie starsi, wieszają na noc swoje ma'amoule na gałęziach drzew
      przed kościołami, wierząc, że spłynie na nie łaska bezpośrednio z samego nieba.

      W Niedzielę Palmową dzielą ciastka na małe kawałki i wkładają do pojemników z
      jedzeniem, lodówek, zamrażarek i spiżarek, z nadzieją na obfitość jedzenia aż
      do następnej Wielkanocy.

      W sobotę wielkanocną po południu wierni odwiedzają siedem kościołów, w każdym
      uzyskując błogosławieństwo.

      W Niedzielę Palmową (po arabsku Shanine) wszyscy udają się do kościołów,
      wkładając nowe ubrania i - jeżeli tylko ich na to stać - nowo kupione buty. Po
      uroczystej mszy dookoła kościoła rusza procesja. Ojcowie niosą "na barana"
      dzieci, które trzymają w rękach świece zdobione kwiatami i kolorowymi wstążkami.

      Na świąteczny obiad w maronickich domach podaje się indyka bądź kurczę
      faszerowane orzechami i ryżem. Zwyczajem jest odwiedzenie tego dnia jak
      największej liczby członków rodziny i przyjaciół, więc posiłki zazwyczaj trwają
      krótko, a i tak cały dzień wszyscy u wszystkich jedzą od rana do późnego
      wieczora. Na honorowym miejscu w każdym domu stoi wielka taca z górą ma'amouli,
      kandyzowanymi figami, cieciorką zapiekaną w cukrze i lukrowanymi migdałami.
      Każdy odwiedzający powinien podejść do tacy i skosztować każdej delicji.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka