alalama 29.10.03, 15:02 Witam wszystkich, Czy jest ktos moze z Libanu? czy ktos tam byl? czy moze macie jakies bliskie zwiazki z Libanem? Odpowiedz Link Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
arusa Re: LIBAN 29.10.03, 19:46 czesc, mam bliskie zwiazki z Libanem. A o co chodzi? Pozdrawiam. Odpowiedz Link
alalama Re: LIBAN 29.10.03, 22:06 arusa napisała: > czesc, mam bliskie zwiazki z Libanem. A o co chodzi? Wlasciwie to nic takiego. Poznalam kiedys - jeszcze jako studentka - wiele wspanialych osob z Libanu (dziewczyny, chlopcy) z innych arabskich krajow rowniez (Syria, Palestyna, Maroko, Jordania, Kuwejt.... ), ale Libanczycy sie wyrozniaja. Pod kazdym wzgledem. Jak tam jest? jak wyglada Saida? Bejrut? czy drogi jest Liban? (porownujac np z Syria??, czy bezpieczny? czy mozna tam jechac? 'beduinka' obejrzalam polecane zdjecia. Niektore ciekawe, ladne. Ale ci faceci to bardziej Palestynczykow mi przypominaja niz Libanczykow :)) Zamila Odpowiedz Link
beduinka Re: LIBAN 29.10.03, 22:24 alalama napisała: > 'beduinka' obejrzalam polecane zdjecia. Niektore ciekawe, ladne. Ale ci faceci > > to bardziej Palestynczykow mi przypominaja niz Libanczykow :)) > Zamila bo ja właśnie w Libanie najwięcej czasu spędzałam w obozach dla uchodźców palestyńskich oprócz tego odwiedziłam m.in. Bejrut Saidę (Sydon) Tyr (Sur) Quneitrę Beit Ad-Din Dolinę Bekaa, Baalabek, Andżar Trypolis Byblos i jeszcze trochę innych miejsc Odpowiedz Link
alalama Re: LIBAN 30.10.03, 10:50 beduinka napisała: >ja właśnie w Libanie najwięcej czasu spędzałam (...ciach..) odwiedziłam m.in. > Bejrut, Saidę...i jeszcze trochę innych miejsc... Pytalam czy tam jest drozej niz w Syrii? czy jest bezpiecznie? i jak Liban mozna odniesc do np Tunezji? Egiptu? Maroka? pozdro Odpowiedz Link
beduinka Re: LIBAN 29.10.03, 20:19 alalama napisała: > Witam wszystkich, > > Czy jest ktos moze z Libanu? czy ktos tam byl? czy moze macie jakies bliskie > zwiazki z Libanem? ja odwiedziłam Liban dwukrotnie i na pewno tam wrócę...m.in. dlatego, że chcę pisać pracę magisterską na temat sytuacji uchodźców palestyńskich w obozach na Bliskim Wschodzie, w tym w Libanie...znajdziesz już na tym forum wątek na ten temat: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=10662&w=7907697 tutasz masz linki do kilku moich zdjęć z Libanu forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=10662&w=6159986&a=7866297 Wątek na temat Libanu jest też tutaj: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=10662&w=6116222 a o Libańczykach tutaj: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=10662&w=7843783 Odpowiedz Link
hyakuman LIBAN - zmiany polityczne 23.03.05, 09:50 Ciekaw jestem opinii znawców ;-) Bliskiego Wschodu na temat ostatnich wydarzeń poltycznych m.in. w Libanie. Czy sądzicie że szersza demokratyzacja ma szanse w tym regionie? Czy może Liban jest tu wyjątkiem ze względu na swoją różnorodność i kosmopolityzm? Odpowiedz Link
beduinka Re: LIBAN - zmiany polityczne 23.03.05, 21:35 hyakuman napisał: > Ciekaw jestem opinii znawców ;-) Bliskiego Wschodu na temat ostatnich wydarzeń > poltycznych m.in. w Libanie. Czy sądzicie że szersza demokratyzacja ma szanse w > > tym regionie? Czy może Liban jest tu wyjątkiem ze względu na swoją różnorodność > > i kosmopolityzm? Liban od samego początku istnienia był wyjątkiem w regionie. Po I wojnie światowej, Wielkiej Brytania i Francja zaczęły dzielić między sobą dawne prowincjie impierium osmańskiego. Na konferencję w Paryżu udały się delegacje Maronitów (zresztą aż 3 - prezentujące różne koncepcje państwa libańskiego) - chcieli utworzenia państwa chrześcijańskiego. Jednak przydzielono do niego także dolinę Bekaa oraz prowincje północne w okolicy Trypolisu, a także południowe - gdzie przeważali muzułmanie. W związku z tym na terenie Libanu zamieszkiwało według spisu z lat 30-tych ok. 51% chrześcijan i ok. 49% muzułmanów (a jako że zazwyczaj w rodzinach muzułmańskich posiadano więcej dzieci - szala większości przesunęła się od tego czasu na drugą stronę - i to pewnie znacznie). Dodatkowo ani chrześcijanie, ani muzułmanie nie byli monolitem, lecz każda z tych grup była wewnętrznie podzielona. Dlatego też Libańczycy musieli nauczyć się zręcznie lawirować w wewnętrznej polityce, nauczyć się unikać religijnych sporów, nauczyć akceptować innych - z ich wiarą, pochodzeniem, poglądami. Nie zawsze im się to udawało. Szczególnie, że żadne państwo nie istnieje w politycznej pustce, lecz znajduje się w sieci powiązań z otaczającym światem. I także na Liban wpływały różnorakie międzynarodowe wydarzenia. Libanowi nie udało się też uniknąć wewnętrznych sporów, co doprowadziło do wyniszczającej wojny domowej. Teraz Libańczycy marzą o pokoju i wewnętrznej stabilizacji. Pamięć wojny i trudnych przeżyć z nią związanych jest nadal silna - to wzmacnia chęć uniknięcia kolejnych starć. W Libanie w wielu sferach panują o wiele większe swobody. Na pewno nadal nie jest w pełni demokratycznym krajem - szczególnie z powodu ingerencji Syryjczyków w wewnętrzną politykę Libanu - lecz to, że Libańczycy umieją (i pozwala się im na to) otwarcie mówić o tym, że nie życzą sobie ich obecności dobrze rokuje na przyszłość Odpowiedz Link
jajcio Re: LIBAN - zmiany polityczne 25.03.05, 09:17 Cześć, Obawiam się, że jedynym demokratycznym krajem w regionie jest niestety tylko Izrael. Zbudowany jest w oparciu o podobny system wartości, jak kraje europejskie i Stany Zjednoczone, przyjął podobną samoorganizację i strukturę sprawowania władzy. Oczywiście nie chcę powiedzieć, że Izrael jest krajem rządzonym przez ludzi miłujących pokój, to zupełnie inna sprawa. Bez wątpienia najlepiej ze wszystkich krajów Bliskiego Wschodu zaimplementował sobie demokrację. Niewiele wiem o Libanie. Jest to kraj wielkich kultur, cywilizacji przeszłości, wielkiej historii i także ciekawej, acz pogmatwanej współczesności. Nie jest to kraj li tylko arabski - takie stwierdzenie byłoby po prostu nieprawdziwe. Niemniej jednak tak go kwalifikujemy i ma to oczywiście swoje racjonalne uzasadnienie. Odnosząc się zaś do kwestii demokracji w krajach arabskich, to przyznam szczerze, iż moim zdaniem coś takiego, jak demokracja, w krajach arabskich nie funkcjonuje. Nie znam kraju arabskiego, w którym system rządów byłby rzeczywiście demokratyczny. Świat zachodni doprowadził co prawda do tego, w ramach prowadzonej przez cały wiek XX krucjaty kulturowo-cywilizacyjnej, iż większość krajów arabskich przyjęła demokratyczne formy sprawowania władzy, lecz w istocie demokracja rozumiana najprościej jako władza ludzi (nie w komunistycznym broń Boże znaczeniu) jest czymś kulturowo obcym większości społeczeństw azjatyckich, w tym i arabskich. W krajach arabskich funkcjonują więc parlamenty, partie polityczne, wybory oraz przeróżne inne instytucje wyrażające demokratyczną formę sprawowania władzy, lecz w rzeczywistości tworzą one pewną zafałszowaną fasadę, pod którą kryją się rządy autorytarne, a czasami wręcz zbrodnicze, jak było w Iraku. Innego przykładu dostarcza Jemen, w którym jest i system parlamentarny i partie polityczne, urząd prezydenta, premiera i inne przeróżne instytucje, jednak wiadomo, że wszystko podporządkowane jest układom plemiennym. I dobrze - jeżeli tylko państwo funkcjonuje sprawnie, system sprawowania władzy jest przejrzysty i czytelny, a obowiązujące prawo powszechnie akceptowane przez społeczeństwo i uznawane za sprawiedliwe. Jeżeli ludziom z władzą żyje się bezpiecznie, to nie widzę powodu, by źle oceniać taką w istocie niedemokratyczną formę organizacji ustroju państwowego. Gorzej, gdy dochodzi do łamania praw człowieka, jak ma to miejsce chociażby w Syrii, którą skądinąd jestem zafascynowany jako podróżnik. Nawet taka Tunezja jest krajem bardzo niedemokratycznym w naszym rozumieniu tego słowa. Należy oczywiście zdać sobie sprawę, że podstawowe instytucje demokratyczne, a więc wybory, parlament, partie polityczne, zaistniały w życiu politycznym krajów arabskich już na dobre. Myślę, że co najmniej w kilku krajach zaczęły pełnić bardzo istotną rolę, a przy założeniu, że elity przynajmniej części państw arabskich rzeczywiście chcą korzystać z dorobku kulturowego Zachodu (odrzucając jednak jego fatalną ignorancję dla kultury Islamu), to z pewnością ludzie w tych krajach mogą liczyć w niedalekiej przyszości na demokratyzację, rozumianą jednak inaczej niż demokracja. Przez demokratyzację rozumiem zwiększenie swobód obywatelskich, zapewnienie działania wolnej od nacisków prasy, zmianę fatalnej czasami polityki wobec mniejszości religijnych lub kulturowych (jak np. wobec Koptów w Egipcie). Demokrację rozumiem zaś trochę inaczej. Wyrosła ona w Europie, odpowiada naszym doświadczeniom, Europa zresztą dojrzewała do demokracji bardzo długo. Doświadczenia i tradycje arabskie są zgoła inne. Należy je oczywiście szanować, jeżeli tylko wyrastające z nich systemy i instytucje życia publicznego nie dopuszczają do krzywdzenia ludzi. Z tym w krajach arabskich wciąż jest niestety krucho, co nie znaczy, że w Europie i Stanach albo w takiej Rosji jest wspaniale. Niestety. pozdrawiam, jajcio Odpowiedz Link
beduinka Demokracja i świat islamu 26.03.05, 02:07 znalazłam artykuł na temat, o którym rozmawiamy Demokracja i świat islamu gazeta.pl; Robert Stefanicki 18-03-2005 Ameryka ma w świecie arabskim fatalną reputację - zwłaszcza po inwazji na Irak, której druga rocznica mija właśnie dzisiaj. Dlatego presja USA na demokratyzację Bliskiego Wschodu przynosi niewielkie skutki. - Bush chce, żebyśmy się reformowali? - słychać w tamtym regionie. - No to na złość się nie zreformujemy! Artykuł Roberta Stefanickiego Oj, dzieje się na Bliskim Wschodzie... W centrum Bejrutu setki tysięcy demonstrantów domagają się odejścia wojsk syryjskich i przywrócenia Libanowi suwerenności. Saudyjczycy stoją w kolejce nie po nowy model mercedesa, lecz by oddać głos w pierwszych w ich kraju wyborach lokalnych. Prezydent Egiptu wzywa parlament do uchwalenia poprawki konstytucyjnej, która umożliwi udział w wyborach prezydenckich jego konkurentom. Rok 2005 można nazwać rokiem arabskich wyborów. Zaczęło się od Autonomii Palestyńskiej, gdzie na nowego prezydenta wybrano Mahmuda Abbasa. Potem były wybory do parlamentu Iraku, pierwsze od obalenia Saddama Husajna. Trwają wybory do rad miejskich w Arabii. Do końca roku Palestyńczycy wybiorą jeszcze radnych, posłów oraz kierownictwo rządzącej partii Fatah. Irakijczycy mają głosować nad nową konstytucją, a w grudniu wybrać kolejny parlament. Na wiosnę zaplanowano wybory parlamentarne w Libanie. Egipcjanie wybiorą parlament, a następnie prezydenta. Wybory będą też w Jemenie i Omanie. Zajmijcie się kotami Czyżby wiosna demokracji w świecie arabskim? Jeszcze nie teraz. Żadne z arabskich wyborów nie wypełniają wszystkich norm, jakie winien spełniać praworządny i prawomocny proces demokratyczny: powszechność biernego i czynnego prawa wyborczego, wolność zrzeszania się, równe traktowanie kandydatów, przyznanie wybieranym organom realnej władzy ustawodawczej bądź wykonawczej, ograniczenie kadencji w czasie, uczciwe liczenie głosów, bezwzględne uznanie wyniku głosowania za obowiązujący... W Iraku parlament wybierano w warunkach wojny i okupacji, głosowanie zbojkotowali sunnici. Abbas nie miał poważnych konkurentów, komentatorzy chwalili go, że zwyciężył umiarkowaną jak na ten region większością 62 proc. - bo mógł przecież, jak prezydent Tunezji Ben Ali czy niegdyś Saddam, pokusić się o wynik zbliżony do stu procent. W Egipcie, z rywalami czy bez, po raz piąty prezydentem zostanie Hosni Mubarak. W Arabii Saudyjskiej kobiety nie mają prawa głosu ani kandydowania, ponadto wyborowi podlega tylko połowa składu rad - drugą połowę władze mianują, "aby zapewnić ich profesjonalizm". W żadnym kraju arabskim - i jest to jedyny taki region na świecie - władza nie pochodzi z wolnego i powszechnego wyboru. Rządy sprawują albo monarchie absolutne, albo nacjonalistyczne reżimy. Jedynymi demokracjami na Bliskim Wschodzie są Izrael, Turcja i do pewnego stopnia Iran. Pierwsze w krajach Zatoki Perskiej wybory, w których kandydować i głosować mógł każdy pełnoletni obywatel, nawet jeśli miał pecha urodzić się kobietą, odbyły się w 1999 r. w Katarze - wybrano wówczas rady lokalne, których zadanie ogranicza się do formułowania opinii (nie do wydawania decyzji!) w dość przyziemnych sprawach, jak naprawa dróg czy wałęsające się koty. Bahrajn ma pochodzącą z wyboru izbę niższą parlamentu, jednak by nie uchwaliła przypadkiem czegoś niezgodnego z wolą emira, kontruje ją izba wyższa, w całości mianowana. Z kolei w Omanie, choć parlament nie ma właściwie żadnych uprawnień, sułtan zachował sobie prawo odrzucenia każdego kandydata na posła, który mu się nie spodoba. W krajach Maghrebu, inaczej niż w Zatoce Perskiej, na ogół dozwolone jest tworzenie partii i odbywają się wybory do parlamentu krajowego, ale opozycja jest tłumiona tak skutecznie, że nie ma szans sięgnąć po władzę. Na tym tle korzystnie wyróżnia się królestwo Maroka, gdzie wybierany w dwóch trzecich parlament ma spore uprawnienia. Bardzo ciekawa jest sytuacja w Kuwejcie, gdzie proces demokratyzacji jest najstarszy (trwa od 1963 r.) i najdalej posunięty. Obecnie spośród 65 posłów wybieranych jest 50, a parlamentowi wolno - to precedens w regionie - wetować ustawy i usuwać ministrów. Jednak głosu nie mają kobiety. Emir chciałby im nadać to prawo, ale od sześciu lat sprzeciwia mu się zdominowany przez konserwatystów parlament. To paradoksalny i znamienny przypadek, gdy dalszą demokratyzację blokuje nie niewybieralna głowa państwa, lecz pochodzący z wyboru posłowie. Z demokracją im do twarzy Może zatem demokracja nie sprawdza się w świecie arabskim silnie przywiązanym do religii i tradycyjnej hierarchii? Tego zdania są m.in. konserwatywni duchowni - według nich wybory promują "nieislamską" rywalizację między jednostkami, podczas gdy społeczeństwa muzułmańskie nawykły do tradycji szury, konsultacji, kiedy to przywódca wysłuchuje opinii ekspertów, a potem podejmuje decyzję po naradzie z teologami. - Jeśli demokrację rozumiemy jako uczestniczenie ludzi w procesie podejmowania decyzji, to Arabowie walczą o nią od ponad 300 lat - przekonuje Hassan Mukkahal z gazety "Al Chalidż" w Abu Zabi. - Pierwszy ruch demokratyczny w imperium osmańskim powstał na ziemiach arabskich. Od tego czasu setki tysięcy ludzi trafiły do więzienia za żądanie demokracji. Normy demokratyczne są przestrzegane na co dzień w życiu społecznym, można się o tym przekonać nawet w odległych wsiach Jemenu czy Omanu. - Absurdalne są twierdzenia, że Bliski Wschód nie nadaje się do demokracji i przyjmie tylko demokrację narzuconą siłą, krzycząc i wyrywając się - uważa Turi Munthe z londyńskiego instytutu badań strategicznych RUSI. - Badania ONZ- owskiego Funduszu Rozwoju (UNDP) mówią, że chce jej 80 proc. Arabów - to więcej niż w wielu krajach europejskich. Trzy lata temu UNDP opracował raport o stanie rozwoju gospodarki i społeczeństw arabskich. Wyniki były szokujące. W ostatnich dziesięcioleciach wydłużyła się co prawda przeciętna długość życia, spadła śmiertelność niemowląt i analfabetyzm. W krajach arabskich nie ma też skrajnej biedy, ale życie naukowe i intelektualne znajduje się w zapaści. We wszystkich 22 krajach, gdzie mieszka 280 mln ludzi, tłumaczy się rocznie 330 książek. W niewielkiej Grecji ukazuje się pięć razy więcej przekładów. Arabscy badacze doszli do wniosku, że zacofanie jest spowodowane brakiem wolności, zepchnięciem kobiet na margines życia społecznego i politycznego oraz przestarzałym szkolnictwem. Dlaczego więc w krajach arabskich nie ma demokracji? Odpowiedź jest prosta. Rządzące familie, które posiadają władzę, pieniądze i służby siłowe na swoich usługach, nie chcą się tych przywilejów pozbywać. Saudowie, Baszar Assad w Syrii czy Hosni Mubarak w Egipcie trzymają swoje społeczeństwa twardą ręką, przed nikim nie odpowiadają, każdy bunt tłumią w zarodku. Szansa na rozkwit prawdziwej demokracji istnieje nie w stabilnych autokracjach, lecz w krajach upadłych, wyniszczonych wojnami, przechodzących burzliwą transformację - w Iraku i Palestynie. Liban, gdzie po zabójstwie popularnego polityka opozycji Rafika Haririego doszło do masowych protestów, znajduje się gdzieś pomiędzy tymi biegunami i jest wyjątkiem - to kraj politycznie rozdarty, a więc słaby, gdzie nie udało się wprowadzić całkowitego zamordyzmu, a libańskie społeczeństwo jest najbardziej liberalne i zmodernizowane w regionie. Nie ma co marzyć, aby "rewolucja cedrów", która najpewniej doprowadzi do całkowitego wycofania wojsk syryjskich z Libanu, rozlała się na inne państwa. Ciekawsza wydaje się odpowiedź na inne pytanie - dlaczego mimo wszystko arabskie reżimy wspierają proces demokratyzacji, dlaczego słowo "demokracja" jest chętnie używane przez rządzących? Dzieje się tak bardziej wskutek nacisku zewnętrznego niż wewnętrznego. Zachód woli utrzymywać stosunki z krajami, które "robią postępy na Odpowiedz Link
beduinka 2 Demokracja i świat islamu 26.03.05, 02:07 Dzieje się tak bardziej wskutek nacisku zewnętrznego niż wewnętrznego. Zachód woli utrzymywać stosunki z krajami, które "robią postępy na drodze ku demokracji", niż z dyktaturami. Oczywiście dyktatura z ropą jest traktowana bardziej ulgowo niż dyktatura bez ropy, ale gra idzie też o przeróżne fundusze rozwojowe, niekiedy bardzo pokaźne. Dodatkowym czynnikiem jest niedoceniana na Zachodzie rywalizacja między państwami regionu. Gdy emir Kataru organizował wybory lokalne (nikt go nie zmuszał, ruch reformatorski w bajecznie bogatym Katarze prawie nie istnieje), mówiło się, że chce w ten sposób dać prztyczka nielubianej Arabii Saudyjskiej, która żadnych wyborów nie miała. No więc teraz ma. Przemiany w poszczególnych krajach są bacznie obserwowane i prędzej czy później naśladowane przez sąsiadów, choć proces ten postępuje tak wolno i nieśmiało, że trudno mówić o efekcie domina. Właściwszym określeniem wydaje się moda na demokratyzację, delikatną i kontrolowaną. Np. w Arabii Saudyjskiej żądania reform pojawiają się od dawna, ale reżim skutecznie się im opierał aż do pierwszej wojny w Zatoce. W 1992 r. król Fahd obwieścił powstanie Rady Konsultacyjnej, której skład sam mianuje. Potem powstało Centrum Dialogu Narodowego. Następca tronu książę Abdullah zaprosił do dyskusji intelektualistów, islamistów, kobiety i członków dyskryminowanej mniejszości szyickiej - skład panelu był odważny, ale całe przedsięwzięcie okazało się znów jedynie chwytem propagandowym. Ostatnie zebranie nosiło tytuł "Spotkanie z młodzieżą. Realia i aspiracje" - w serii przemówień przedstawiciele władz poinformowali społeczeństwo, że z saudyjską młodzieżą jest wszystko w porządku. Powstała też Komisja Praw Człowieka, która nawet nie pisnęła, gdy wsadzano do więzień dysydentów za to tylko, że ośmielili się wzywać do szybszych reform. - Królestwo chce reform, ale będą one wprowadzane w odpowiednim czasie i zakresie, aby nie zburzyć pokoju i stabilności w państwie - oświadczył książę Abdullah. Jak zmieniać, gdy straszy al Kaida? Naturalnie żaden władca nie powie wprost, że nie wprowadzi demokracji, bo na tronie jest mu wygodnie. Jedną z powtarzanych od dziesięcioleci wymówek jest konieczność zachowania czujności w obliczu konfliktu izraelsko-palestyńskiego, lecz ten argument nieco wyblakł, odkąd Palestyńczycy pokazali, że sami chcą demokracji. Obecnie najmodniejszą wymówką jest walka z terroryzmem. Al Kaida od trzech lat prowadzi z władzami w Rijadzie wojnę, której objawami są zamachy terrorystyczne, strzelaniny na ulicach i aresztowania. Książę Najef, szef saudyjskiego MSW, ogłosił więc w zeszłym roku, iż "obecna sytuacja nie sprzyja mówieniu o reformach ani wprowadzaniu ich w życie; najważniejsze jest bezpieczeństwo". Zgadza się z nim Waszyngton, zgadza wielu rodaków. Przeciętny Saudyjczyk jest rozdarty - chciałby, aby władza rodziny królewskiej była mniej absolutna, ale obawia się chaosu, na którym skorzystaliby ekstremiści. Popularny pogląd głosi, że pierwsze całkowicie wolne wybory w kraju arabskim byłyby ostatnimi, bo zwyciężyliby fundamentaliści i zaprowadzili reżim teokratyczny, bardziej opresyjny od panującego. Tak mogło się stać na początku lat 90. w Algierii, gdyby armia nie unieważniła wyborów. Wybory palestyńskie wygrał umiarkowany Abbas, ale nie wiadomo, jaki byłby wynik, gdyby w szranki stanął kandydat Hamasu. - W Arabii Saudyjskiej ekstremiści islamscy z pewnością wygraliby wybory - uważa Mark Katz z amerykańskiego Uniwersytetu George'a Masona. - Po zdobyciu władzy albo by złagodnieli, bo radykalizmem nie da się nakarmić narodu, albo zawiesiliby demokrację i skorumpowali się tak samo jak ich poprzednicy. Innego zdania jest Hassan Mukkahal z gazety "Al Chalidż": - Arabowie nie lubią fundamentalistów, 80 proc. jest im przeciwnych. Zwycięzcami wyborów byliby umiarkowani islamiści. To oczywiście kwestia definicji - czy np. Bractwo Muzułmańskie w Egipcie uznamy za fundamentalistów, jak czyni to egipski rząd? Ja uważam to stronnictwo za umiarkowane. O "kwestię definicji" rozbija się szansa na dialog. Weźmy np. Ruch na rzecz Islamskiej Reformy w Arabii (MIRA), który prezentuje następującą wizję państwa saudyjskiego po obaleniu reżimu Saudów: rządem będą kierować ulemowie (przywódcy religijni), ale wybierać się go będzie w wyborach powszechnych, w których uczestniczyłyby kobiety. Monarchię zastąpi system zapewniający podział władzy, odpowiedzialność, przejrzystość, niezależne sądownictwo, wolność słowa i zgromadzeń. O treści konstytucji zdecydowaliby obywatele, ale musiałaby się ona wywodzić z prawa islamskiego. Brzmi to rozsądnie, ale jeden Allah wie, jak w praktyce wyglądałyby rządy MIRA. Władze w Rijadzie oskarżają tę rezydującą w Londynie opozycję o szykowanie fundamentalistycznego zamachu stanu. Brak demokracji i represje przyczyniają się do wzrostu popularności ekstremistów. Opozycja radykalizuje się, bo tylko w ten sposób ją słychać. W październiku 2003 MIRA zorganizowała marsz w Rijadzie - pierwszy publiczny protest przeciw wolnemu tempu reform oraz przetrzymywaniu więźniów politycznych. Demonstrantów rozpędziła policja, 270 osób aresztowano. Rok później władze rzuciły na ulice tyle uzbrojonej w ciężki sprzęt policji, że zapowiedziany protest się nie odbył. Lider MIRA Saad al Fakih już nie domaga się ewolucji, tylko rewolucji. - Nie prosimy o drobne reformy ekonomiczne, polityczne czy społeczne - mówi. - Zmierzamy do zmiany reżimu, który jest niereformowalny. Opozycja islamistyczna ma więcej zwolenników niż liberałowie. Liberalizm kojarzy się źle, z zachodnim "imperializmem". Arabscy demokraci są w trudnej sytuacji, bo muszą szukać odpowiedzi na szereg pytań pułapek: w jaki sposób pogodzić modernizację z tradycją i religią, co z prawami kobiet, jak ułożyć stosunki z USA, jakie stanowisko przyjąć wobec konfliktu z Izraelem, przyjmować czy odrzucać ideologię nacjonalistyczną i islamistyczną? Fundamentaliści mają uproszczone zadanie. - Po co konstytucja - pytają - skoro mamy Koran? Rządy ludu są sprzeczne z rządami Boga! - krzyczą. Straszą inwazją kulturową Zachodu, choć w historii to islam, gdziekolwiek się pojawiał, wchłaniał zastane kultury: indyjską, hiszpańską, perską. Władcy Arabii rozgrywają jednych przeciw drugim. Tworzą fasadę demokracji, aby odebrać program prawdziwym reformatorom. Dla wielu liberałów perspektywa dojścia do władzy islamistów jest gorsza niż współpraca z reżimami. Godzą się zatem na reformę w ramach monarchii, kierowaną przez państwo. Koniec końców jedyną naprawdę groźną opozycją jest al Kaida. O ile brak demokracji ułatwia zadanie terrorystom, o tyle nie ma żadnej gwarancji, że demokratyzacja jest lekiem na terroryzm. - Nie łudźmy się, znaczna część terroryzmu nie dotyczy polityki wewnętrznej. To odbicie apokaliptycznej wizji funkcjonowania świata, która jest skutkiem błędnej polityki Zachodu na Bliskim Wschodzie - mówi Turi Munthe z instytutu RUSI. - Nie sądzę, by bez demokratyzacji można było zwalczyć terroryzm - uważa Mark Katz. - Demokracja nie wyeliminuje terroryzmu, ale przynajmniej ci, którzy są niezadowoleni, będą mogli próbować to zmienić środkami pokojowymi. Wydaje się, że jedyną rozsądną, kompromisową drogą zmian w świecie arabskim jest pozwolić religii stać się częścią demokracji. Partiom islamskim nie należy dawać luksusu bycia w opozycji i głoszenia poglądów bardziej skrajnych, niż gdyby były u władzy. Wymarzonym, choć pewnie długo niedoścignionym modelem, jest Turcja, gdzie rządzi partia o korzeniach islamskich, a mimo to dąży do integracji z Unią Europejską i ma dobre stosunki z Izraelem. Kto ma ropę, ten ma po staremu Dwa inne ważne czynniki wpływające na reformy w krajach arabskich to cena ropy oraz presja Ameryki. Maleńkie emiraty Katar i Abu Zabi, zasobne w złoża gazu ziemnego, mogą być spoko Odpowiedz Link
beduinka 3 Demokracja i świat islamu 26.03.05, 02:08 Maleńkie emiraty Katar i Abu Zabi, zasobne w złoża gazu ziemnego, mogą być spokojne o swoją przyszłość. Ludziom w tych krajach nie w głowie rewolucja. Demokratyzacja w Katarze jest wynikiem woli emira, a nie konieczności. Tymczasem w przeludnionej Arabii Saudyjskiej, która jako pierwsza wzbogaciła się na ropie, przez ostatnie ćwierć wieku dochód na głowę mieszkańca spadł z 26 tys. dol. do 7 tys. rocznie - to trzy razy mniej niż w Katarze i nieco mniej niż w Polsce. Saudowie zmarnowali fortunę, stawiając pałace na pustyni i spełniając zachcianki tysięcy członków rodziny królewskiej. Młodzi ludzie, bez pracy, są sfrustrowani i podatni na ideologię fundamentalistyczną. Mniejsze państwa uczą się na błędach Saudyjczyków, zmniejszając uzależnienie od ropy i gazu. Arabia próbuje naśladować ich sukcesy, ale sama reforma ekonomiczna nie wystarczy; żeby naprawić państwo, trzeba by ukrócić przywileje książąt, a to już byłaby reforma polityczna. Zdaniem części analityków ubiegłoroczny wzrost cen paliw, przynosząc większe od zakładanych dochody, przyczynił się do opóźnienia wyborów lokalnych w Arabii. Z tego punktu widzenia ich spadek mógłby przyspieszyć proces demokratyzacji. Niestety, jest mało prawdopodobne, że cena ropy spadnie, dopóki w krajach nią dysponujących utrzymuje się zagrożenie terrorystyczne. To jeden ze sposobów, w jaki al Kaida walczy z "bezbożną" demokracją. A jednak widać pierwiosnki zmian W komentarzach amerykańskich popularność zdobywa teza, że polityka Waszyngtonu przyczynia się do demokratyzacji Bliskiego Wschodu. George W. Bush umieścił ją na liście priorytetów w tegorocznym orędziu o stanie państwa. Wezwał nawet po imieniu swoich sojuszników - Arabię Saudyjską i Egipt - do "wejścia na drogę demokracji". Jednak zdaniem ekspertów arabskich presja Ameryki odnosi skutek przeciwny do zamierzonego, a to z uwagi na fatalną reputację USA w tej części świata, spowodowaną popieraniem Izraela i inwazją na Irak. "Bush chce, żebyśmy się reformowali? No to na złość się nie zreformujemy!". Nastroje antyamerykańskie są tak silne i tak powszechne, że jeden z arabskich komentatorów pytał ironicznie: "Czy jeśli Amerykanie są przeciw korupcji, to ja muszę być za?". - Amerykanie popierali i popierają arabskie dyktatury, więc kiedy teraz mówią, że chcą reform, nie wierzymy im - mówi Hassan Mukkahal. - To zachodnia hegemonia jest winna temu, że nie mamy demokracji. Mówiąc wprost: nie mamy demokracji, bo mamy ropę. Trudno się dziwić, że Arabowie nie wierzą w szczere zamiary USA. Egipska opozycja nazywa wybory w tym kraju "mydlaną operą dla Amerykanów". Wydaje się, że Busha zadowala demokracja fasadowa, niepowiązana z ryzykiem zmian politycznych, które mogłyby dać władzę fundamentalistom. Prezydent USA odtrąbił sukces w Iraku, pogroził palcem sojusznikom w Rijadzie i Kairze, a w którejś kolejnej mowie powie: "Patrzcie, w Arabii Saudyjskiej i Egipcie wybory się odbyły. Tacyśmy skuteczni!". Ale nawet nieszczera demokratyzacja może być ziarnem, które kiedyś przyniesie plon. W Arabii słowo "wybory" było do niedawna tabu. Teraz Saudyjczycy po raz pierwszy mogą dyskutować, zadawać pytania i mówić, czego oczekują od rządu. - Kiedy pozna się słodki smak wolności, niełatwo z niego zrezygnować - przekonywał jeden ze świeżo upieczonych wyborców. Jak głosi jedna z mądrości Beduinów: "Kiedy wielbłąd wsadzi głowę do namiotu, to można się spodziewać, że wkrótce cały wejdzie do środka". Ale naturalnie nigdy nie ma takiej pewności - zwierzę może się rozmyślić, można je też przytrzymać za ogon. Pierwiosnki zmian widać w wielu miejscach. Pewna zachodnia organizacja co roku prowadzi ogólnoświatowy konkurs na esej - podczas gdy dotąd większość prac z państw arabskich zawsze dotyczyła Izraela, w tym roku dominuje temat reformy ich własnych społeczeństw. Sami rządzący coraz częściej dostrzegają potrzebę reform, choć nie wiedzą jeszcze, jak ich dokonać, nie rezygnując z władzy. Podczas Arabskiego Forum Strategicznego w grudniu zeszłego roku następca tronu Dubaju, przemawiając do innych arabskich przywódców, wygłosił dość kategoryczne ostrzeżenie: - Jeśli się nie zmienicie, to was zmienią. Jeśli nie rozpoczniecie radykalnych zmian zmierzających do wprowadzenia zasady przejrzystości, sprawiedliwości i odpowiedzialności, wasze narody odrzucą was, a historia oceni surowo. Robert Stefanicki Odpowiedz Link
beduinka Wielkanoc w Libanie: Maronici pieką ciasteczka 28.03.05, 13:33 Wielkanoc w Libanie: Maronici pieką ciasteczka gazeta.pl, Piotr Ibrahim Kalwas 19-03-2005, Wszyscy udają się do kościołów, wkładając nowe ubrania i - jeżeli tylko ich na to stać - nowo kupione buty W Libanie jest ok. 30 proc. chrześcijan, z których większość należy do Kościoła maronickiego, jednego z kościołów Wschodu, który powstał w VII w. Jego nazwa wywodzi się od imienia założyciela - św. Marona (arab. Maroun), mnicha i anachorety, kapłana, mistyka i uzdrowiciela, który żył w IV w. w pustelni w górach Taurus nad rzeką Orontes w Syrii. Obrzędy Kościoła maronickiego do dziś sprawowane są w języku aramejskim, tym samym, którym mówił Jezus. Maronici wprowadzili do kościoła rzymskokatolickiego różaniec i tzw. drogę krzyżową. Obecnie na terenie Libanu, Syrii, Izraela i Cypru mieszka około 2 mln maronitów. *** Dzieci malują jajka na twardo w kolorach zielono-żółto-czerwonych, a następnie uderzają jednym o drugie. Czyje jajko się nie zbije, to dziecko będzie miało szczęście w życiu, aż do... następnych świąt. Wszyscy pieką, m.in. z semoliny, małe ciasteczka, po arabsku zwane ma'amoul, napełniane farszem z daktyli lub orzeszków pistacjowych, a następnie polewane lukrem. W niektórych rodzinach przepisy na ma'amoule są przekazywane z pokolenia na pokolenie i otaczane ściśle strzeżoną tajemnicą (takie same ciasteczka robi się też na zakończenie żydowskiego święta Purim). Niektórzy ludzie, szczególnie starsi, wieszają na noc swoje ma'amoule na gałęziach drzew przed kościołami, wierząc, że spłynie na nie łaska bezpośrednio z samego nieba. W Niedzielę Palmową dzielą ciastka na małe kawałki i wkładają do pojemników z jedzeniem, lodówek, zamrażarek i spiżarek, z nadzieją na obfitość jedzenia aż do następnej Wielkanocy. W sobotę wielkanocną po południu wierni odwiedzają siedem kościołów, w każdym uzyskując błogosławieństwo. W Niedzielę Palmową (po arabsku Shanine) wszyscy udają się do kościołów, wkładając nowe ubrania i - jeżeli tylko ich na to stać - nowo kupione buty. Po uroczystej mszy dookoła kościoła rusza procesja. Ojcowie niosą "na barana" dzieci, które trzymają w rękach świece zdobione kwiatami i kolorowymi wstążkami. Na świąteczny obiad w maronickich domach podaje się indyka bądź kurczę faszerowane orzechami i ryżem. Zwyczajem jest odwiedzenie tego dnia jak największej liczby członków rodziny i przyjaciół, więc posiłki zazwyczaj trwają krótko, a i tak cały dzień wszyscy u wszystkich jedzą od rana do późnego wieczora. Na honorowym miejscu w każdym domu stoi wielka taca z górą ma'amouli, kandyzowanymi figami, cieciorką zapiekaną w cukrze i lukrowanymi migdałami. Każdy odwiedzający powinien podejść do tacy i skosztować każdej delicji. Odpowiedz Link