Dodaj do ulubionych

LOVE STORIES

05.10.04, 23:36
A oto nowy topik: z taka pewna niesmialoscia zakladam, ale po zobaczeniu pozytywnych reakcji w
krotkim czasie osmielam sie... smile)

No i jak na "zakladowczynie" przystalo oto moja historia:

W wieku 18 lat (1997) otrzymalam szanse wyjazdu do Australii. Pojechalam tam na kurs jezyka
angielskiego a szkola byla zabukowana na dokladnie 13 tygodni, zeby moc otrzymac wize
studencka. Wyjechalam w wakacje po 3 klasie liceum i mialam sie "planowo spoznic do szkoly"
(wszystko obgadane z dyrektorem liceum- super facet! i zawsze wybierany na najseksowniejszego
nauczyciela!!) o 1 miesiac z kawalkiem. Spoznilam sie o prawie 3.

W Australijskiej szkole poznalam mase ludzi. Uczniow ze Szwajcarii, Niemiec, Czech, Reunion'u lub z
krajow azjatyckich. Pamietam calkiem dobrze jeszcze jednego bibliotekarza greckiego pochodzenia
smile) o czarujacym usmiechu.

Bylo cieplo, wspaniale, kolorowo i bezstresowo. Po skonczeniu kursu w Perth spedzilam jeszcze
troche czasu na ogladaniu okolicy i po tygodniu czy 1,5 pojechalam autobusem(!) dwa dni i dwie
noce do Melbourne. Chcialam zobaczyc jak najwiecej i samolot wydawakl mi sie zbyt banalny...

Po powrocie do Polski w listopadzie (sic!) , gdy opowiedzialam juz wszystkie nowosci z "innego
swiata" bardzo zatesknilam za tamtymi kolorami, wiecznie usmiechnietymi ludzmi i zyciem bez
matematyki smile)
Napisalam kilka listow do ludzi z ktorymi przebywalam w Oz najwiecej. Do Dunki i Szwajcarow.
Dunka nigdy nie odpisala, wiec napisalam do innych ktorych znalam. Po 2 tygodniach otrzymalam
list z Niemiec, z okolic Stuttgart'u. Susanne pisala ze to niesamowite ze napisalam bo jej najlepsza
kolezanka ze szkoly tez jej nie odpowiedziala. Pisalysmy kilka listow i zaprosilam Susi latem do nas
do domu na wizyte. Do tej pory chce mi sie smiec ze tego ze przyjechala w starych jeansach i miala
kapcie pochlapane farba (dobrze zuzyte) Polska byla dla niej wielka nowoscia, a jeszcze wieksza to
ze nie mieszkamy w lepiankach i mamy bierzaca wode itp. Podobno ich w szkolach niczego o
wschodzie nie uczyli. Europa konczyla sie na "zaslonie" i koniec.

Jeszcze tego lata nadzedl czas na moja rewizyte i tak wyszlo ze jej babcia miala wlasnie 80 urodziny.
Zjechala sie cala familia, jedzonko w restauracji, kawa i ciasto itp itd.
Los chcial ze ny urodziny przyjechal rowniez kuzyn Susi- Daniel z Berlina ze swoim kumplem
Markiem. Ten przypadl mi do gustu! Rosly blondyn ale niestety angielskiego ani w zab, wiec gadalam
sobie z kuzynem Susi.

Wieczorem Susi pokazywala mi razem z chlopakami jej miasteczko. Oswietlony zamek, malownicze
gory ( ona uparcie twierdzi ze to nie gory! no ale ja pochodze z nadmorza) i piekne niebo. Jak to na
mlodziez przystalo zakupilismy na stacjo benzynowej wino i poszlismy z wczesniej zabranymi z
domu kieliszkami na plac zabaw... Niebo bylo piekne.

Nastepnego dnia wymienilam z chlopakami adresy i oni pojechali do siebie.
Po jakims czasie dostalam list... od kuzyna Susi. Dobrze nam sie pisalo, najpierw listy, pozniej
Emaile. Daniel mial ana maturze temat o rolnictwie wschodnioeuropejskim i takie bzdury mowil ze
zapytalam czy nie chce przyjechac i zobaczyc jak jest na prawde. Przyjechal. Pozniej znow i znow.
Zostalismy najlepszymi przyjaciolmi. (jakies zwiazki absoluttnie nie wchodzily w gre- ja z
przynajmniej 3 latami studiow przede mna i on maturzysta w miescie oddalonym od mojego o
400km) Ktoregos raztu przyjechal, a ze mial dziewczyne chcial jej przywiezc jakis prezent,
Wybralam u jubilera taki slodki wisioreczek z dwoma splecionymi serduszkami i ... serce mi sie
krajalo... W tym samym sklepie Daniel kupil mi wisiorek koloeczko z malowanego szka w srebrnej
ramce- mam go do dzis.
Po pewnym czasie ja rowniez mialam chlopaka i nawet chcial sie ze mna zenic. Nie podobal sie
moim rodzicom i zabronili mi siie z nim spotykac. Posluchalam.

Swieta Bozego Narodzenia i Sylwestra (00/01), spedzilam w Kenii u cioci Daniela. Mielismy jechac
grupa ale zlozylo sie ze pojechalismy we dwojke. no i ciocia smile)
Przepiekne plaze, krajobrazy ktorych nigdy nie zapomne. Muszle wielkosci kabaczka smile) ciala
rozpalone sloncem a miedzy nami zaczelo iskrzyc.
A my sie pokolcilismy o to czy ksiazyc swieci tak jasno ze mozna zobaczyc cienie ( w tej
miejscowosci nie bylo pradu alektrycznego a co za tym idzie zadnych lamp ulicznych) oraz o to kto
jak obcina rozek od pudelka z mlekiem ( wiekszy czy mniejszy) Stalismy przed domem i krzyczelismy
na siebie 45 minut. Sytuacja sie wyklarowala ale nam juz nie bylo do milosci. Po prostu "przestalo
iskrzyc".

Wrocilismy do Berlina, moj pocuag do Polski jechal nastepnego dnia i nocowalam w mieszkaniu
Daniela i jego mamy. No i sie stalo.

8 stycznia jechalam do domu. Dzwi od pociagu sie zamknely a ja "wymimowalam" I love you.
patrzylam na Daniela ale nie odpowiedzial. Przez caly droge do domu mowilam sobie zem glupia
baba, bo jeszcze jedna ktora uwierzyla i teraz ma.

Po wejsciu do domu i przywitaniu sie z rodzicami zadzwonil telefon- to Daniel mowil ze tej
"mimowal" I love you too" ale ze na dworcu byl slup to nie widzialam....

Boze jaka bylam szczesliwa! A tu jeszcze pol roku studiow i dyplomy itp.

Widzielismy sie co 2-3 miesiace ale mejle pisalismy codziennie. W "miesiecznice" doreczyciel
przyniosl mi dluga czerwona roze zamowiona przez niego przez internet. A w urodziny otworzylam
drzwi zeby krzyknac z zaskoczenia: Stal w nich zmachany Daniel. Zmachany- bo przyszedl z dworca
piechota - nie umial sobie kupic biletu na autobus ( a to calkiem spory kawalek - jakies 45 minut
szybkim marszem)
W "miedzyczasie" dowiedzialam sie ze Daniel zakochal sie we mnie juz tam na urodzinach babci, ale
nie widzac reakcji z mojej strony po prostu milczal. Plakal w pociagu powrotnym po pierwszej
wizycie i drukowal wszystkie moje mejle i skladal do pudelka smile

15 pazdzernika 01 przyjechalam do Berlina zeby robic magisterke tutaj. Obecnie mieszkamy nawet
razem.(od 1 roku). Moi rodzice - dosc tradycyjni-chcieli zeby to mieszkanie razem chociaz slubem
bylo przypieczetowane. Teraz mowia ze ich ponizylam wiazac sie z nim i ze nigdy go nie zaakceptuja
nawet jak bedziemy mezem i zona.
Mam nadzieje ze bedzie jescze Happy End.

Ale sie rozpisalam...

Jak ktos znajdzie bledy w pisowni to moze je zatrzymac- sa gratis smile
Obserwuj wątek
    • semantics DO Dziela! 05.10.04, 23:40
      Dziewczyny nie doposccie zeby moja historia byla samotna! W grupie zawsze razniej . No i to ciepelko
      bijace od milosci!
      • lili76 Re: DO Dziela! 06.10.04, 00:26
        No to i chyba ja cos naskrobie...
        Ponad 2 lata temu bylam, zdawalobysie, w szczesliwym zwiazku, nawet zareczona.
        Tylko nie wiem jakim cudem przez kilka lat moglam nazywac szczesciem plakanie
        co drugi dzien albo i czescie, bo to, bo tamto. Az w koncu oczy mi sie
        otworzyly i z bolami, ale zakonczylam ten toksyczny zwiazek. I zdecydowanie nie
        mialam ochoty na zadnych mezczyzn wokol siebie.
        Pewnego dnia jednak odwiedzilam przyjaciolke w domu Jej rodzicow (Ona sama
        wyprowadzila sie z naszego miasta) i tam przypadkiem spotkalam nasza wspolna
        psiapsiolke, ktora to "powrocila" z Anglii a wlasciwie nie byla do niej
        wpuszczona. Zostawila tam jednak Swojego Mezczyzne - Hiszpana.
        Teraz pae slow jak przyjaciolka trafila do UK. Otoz Jej szwagier dostal prace
        (i wize oczywiscie)i wraz z rodzina sie przeprowadzil na Wyspy. Przyjaciolka
        wyjechala rowniez aby pomoc w opiece nad Swoim chrzesniakiem. I tam poznal
        Swego (obecnego) Meza!
        W kazdym badz razie, przyjaciolka cierpiala, gdyz Ona tu a On tam. Na otarcie
        lez pozostawaly maile, telefony i ...zdjecia. I takowe mialam przyjemnosc
        ogladac. Przyjemnosc o tyle wieksza, ze na zdjeciach tych byl takze kolejny
        Hiszpan.... No co za cudo.. Tak nic nie myslac poprosilam przyjaciolke o email
        owego przystojniaka. I sie zaczelo.... mailowanie, czatowanie, smsy. A ze
        Hiszpan ciekawy swiata i ludzi wystrzelil ktoregos dnia z pytaniem czy moze
        przyjechac do Polski, no bo jeszcze nigdy nie byl. Wiec przyjechal.... I mimo
        iz mieszkam na Mazurach pojechalismy do Krawowa. Bylo fantastycznie!!!
        Potem byl raz jeszcze w Polsce, a ja w UK. I mimo iz bronilam sie, aby bylo cos
        powaznego miedzy nami... jakos nie wyszlo.
        Mielismy pare powaznych spiec, nieporozumien ale... postanowilam powalczyc.
        Przyjechalam na Wyspy jako operka i powoli, pomalu staralam sie wykreowac
        normalny zwiazek, i sie... udalo! W dniu swoich urodzin (kilka miesiecy temu)
        dostalam najpiekniejszy prezen - Moj Hiszpan mnie kocha! I teraz wiem co to
        znaczy szczesliwy zwiazek. Juz nie placze, ciagle sie smieje, czuje sie zawsze
        piekna i madra. I emocjonalnie bezpieczna. I wszystko to dal mi Moj Hiszpan.
        A teraz mieszkamy razem, juz prawie kupilismy wlasne mieszkanie i nie planujemy
        bardzo dalekiej przyszlosci, czujemy sie jednak bardzo, bardzo szczesliwi.
        I to chyba tyle. Oj rozmarzylam sie wspominajac...
        • karola333 Re: DO Dziela! 06.10.04, 00:36
          Piękne historie, szkoda tylko, że ja nie mogę takich tu napisać, może kiedyś....
          • i.p.freely Re: Wszystkie moje 06.10.04, 12:17
            malzenstwa to "love stories" - jedne bardziej inne mniej udane.
            Zaczne od pierwszego i postaram sie strescic.
            #1 byl Polakiem z krwi i kosci, jedyna toksyczna milosc w moim przypadku.
            Typ, co to mu nigdy nic nie lezy. Wiecznie niezadowolony, co bym nie zrobila i
            tak nigdy nie bylo "good enough". Zupa za cienka, wlosy za dlugie, moi znajomi
            to glupi dorobkiewicze itd, itp. Sam, wieczny student na moim i (jego) rodzicow
            utrzymaniu, groszem nie smierdzial ale za to jakie on mial o sobie mniemanie, z
            jaka klasa on potrafil zyc!!!! Wiecie o czym mowie.

            Przyjechalismy do stanow. On swiezo upieczony inzynier, z minimalna znajomoscia
            jezyka i "attitude" ze mu sie od wszystkich nalezy, zwlaszcza tych glupich
            amerykanow. Ja, mloda i ciekawa swiata, ze znajomoscia j. angielskiego,
            porzucilam dobrze platna prace i przyjechalam by byc przy mezu, na dobre czy na
            zle.

            Jego rodzina (brat z zona) pomogla nam jak mogla. On jednak nie potrafil sie tu
            odnalezc. Po paru miesiacach zaczely sie powazne niesnaski, ostra wymiana slow
            zaczela przeradzac sie w przepychanki. Jak on mnie ponizal (!!!) a potem jak
            gdyby nigdy nic pchal sie do lozka i oczekiwal "malzenskiej powinnosci" ode
            mnie, moj pan i wladca. To byl dopiero koszmar.

            Tak czy inaczej, moj malzonek pojechal do Polski a ja do Colorado i po rocznej
            nieobecnosci go rozwiodlam, co nie bylo takie trudne czy kosztowne bo ani
            dzieci ani zadnego majatku tu nie mielismy.

            Z perspektywy czasu moge powiedziec, ze to byla jedna z moich najlepszych
            decyzji zyciowych.

            Nasze losy znow sie splotly po ilus tam latach ale to byl raczej tragikomiczny
            epizod. Inny stan inne miasto.
            Bylam w swoim drugim zwiazku, tym razem z tubylcem. Z bylym nie mialam
            kontaktu, nie interesowalam sie jego losem az tu ci ktoregos poranka moj
            owczesny malzonek wola mnie do okna i mowi by zadzwonic 911 bo jakis "homeless"
            chyba umarl na naszych schodach. Tym "homeless" okazal sie moj byly!!!! Dostal
            moj adres od wspolnych znajomych i postanowil mnie odwiedzic by zobaczyc jak mi
            sie wiedzie. Dodam, ze byl pijany na umor!!!! padl na schodach i .... zasnal.
            Po krotkiej wymianie slow zadzwonilismy po taksowke i odeslalismy go z bogiem.






    • dorkalesk Re: LOVE STORIES 06.10.04, 12:02
      Do mojej znajomej z pracy przyjechala grypa znajomych ze Skandynawii. Wsrod
      nich byl jeden facet ktory rzekomo sie nia interesowal. Raz poszlam na
      spotkanie z nimi do pubu. Rozmowa sie nie kleila.Ona ta kolezanka przedstawiala
      mi jego jako ewentualnego swojego lubego w przeszlosci, chociaz ja nie moglam
      zauwazyc zadnych oznak z jego strony jakoby byl kolezanka zainteresowany.
      Przyjechali wieksza grupa troche polazic pomiescie, cos zwiedzic napic sie
      polskiego piwa. Kolezanka byla strasnie nakrecona na niego - mnie sie nawet nie
      podobal wiec nie zwracalam uwagi. Jakos z rozmowy wyniknelo, ze wszyscy mamy
      komunikator. Pozniej kolezanka mnie namawiala na kolejne spotkania z jej
      znajomymi ale ja nie mialam ochoty. Grupa wyjechala.
      Po 2 miesiacach dostalam message od Niego...
      A ja sama nie wiedziec czemu tez szukalam go od momentu jego wyjazdu. To bylo
      cos tak niesamowitego ze nie potrafie tego nazwac....
      On mi sie przeciez nie podobal....
      Cos mnie ciagnelo... Przeszukalam wszystkie komunikatory jakie sie dalo
      szukalam i po imieniu i po nicku i nic w koncu to on mnie znalazl..
      zaczely sie dlugie rozmowy , telefony, rachunki po 10 tys NOK, nieprzespane
      noce, bukiety kwaitow wysylane przez interflore, bizuetria przez poslanca,
      czekoladki itd.
      W koncu wizyty...
      Po miesiacu wiedzielismy ze nie chcemy bez siebie zyc!!!Pewnego lutowego dnia
      bedac w Bodo zrozumialam ze ja go nigdy nie opuszcze....a on dwsa miesiace
      wczesniej zamowil obraczki zareczynowe o czym nie wiedzialam.. a poznalismy sie
      w pazdzierniku....(to znaczy nawiazalismy kontakt ze soba przez
      komunikator).....

      Dzis jestesmy malzenstwem...i oby to trwalo na wieki!!!!
      • kendo Re: LOVE STORIES 06.10.04, 12:35
        ..burzliwe i romantyczne historie
        piszecie dziewczyny.....
        hmm....moja juz poszla w zapomnienie po 31 latach wspolnego przezyciawink)

        .. kupilam sobie w Paryzu
        pierota w rococo ubranku z pozytywka
        grajaca Lav Story
        • kurczak1976 Re: LOVE STORIES 06.10.04, 13:33
          Hmm.. moja love story to przy waszych nic takiego ale tez opowiem.
          Otoz tkwilam w zwiazku z pewnym bardzo toksycznym panem (cos w rodzaju meza
          I.P.freely) i juz ledwo zipialam od ciaglych awantur i wyrzutow jaka to jestem
          beznadziejna i jak to powinnam lapac ostatnia szanse bo inaczej na pewno mnie
          juz nikt nie zechce i takie tam inne bla bla.

          Pewnego dnia przez przypadek poznalam pewnego Fina, ktory nawet mi sie podobal
          ale nic nie wyszlo z naszej znajomosci ale dzieki ktoremu zaczelam patrzec w
          inny sposob na mezczyzn. W mojej glowie zrodzila sie mysl, ze panowie
          zagraniczni sa w jakis sposob mniej toksyczni niz panowie made in PL.

          Potem przez chwile zapomnialam o swoim spostrzezeniu az do momentu rozpoczenia
          czatow. Przez przypadek dowiedzialam sie ze jedna z kolezanek mojej
          przyjaciolki na ICQ poznala fajnego Wlocha i wszystko im sie cudownie uklada.
          No to duzo nie myslac zabralam sie za czatowanie szukajac mojego szczescia w
          internecie bo postanowilam kategorycznie z polskimi panami sprawe zakonczyc.

          No i po kilku niewypalach z napalonymi Turkami, zboczonymi murzynami itp.
          poznalam mojego obecnego lubego. Zaczely sie czaty do poznej nocy, telefony,
          smsy az przyszedl dzien zobaczenia go w kamerze. Myslalam ze umre ze strachu i
          nic nie powiem ale wszystko poszlo gladko.
          W Boze narodzenie chcialam aby moj wtedy jeszcze znajomy (potencjalny partner)
          przyjechal do Polski. Niestety w Szwajcarii mysla ze Polska jest krajem - w
          dokladnym tlumaczeniu-"gdzie wbijaja noz w plecy" wiec luby nie dal sie
          namowic.
          Nie wiem czy z uprzejmosci czy z innych powodow dostalam jednak zaproszenie do
          Szwajcu i ... mimo strachu ze moze zamkna mnie w domu publicznym wsiadlam w
          samolot i polecialam. Znajomi powiedzieli ze zwariowalam ale coz..raz sie zyje.
          Myslalam ze jesli nic z tego nie wyjdzie to chociaz zobacze ten piekny kraj.
          Emocjie podbijal fakt ze luby widzial mnie tylko na starych zdjeciach bo ja
          wtedy nie posiadalam kamery. Tak ze ja mialam przewage majac mozliwosc
          zobaczenia go wczesniej a on wlasciwie nie wiedzial co to z tej Polski
          przyjedzie.

          Cala wyprawa byla moim pierwszym lotem, stresem podrozy w nieznane i jeszcze do
          tego cudowne linie swiss musialy mi zgubic bagaz. Chyba jednak dobrze bo w
          przelamaniu pierwszych lodow pomogla sprawa walizkowa. I tak nasza pierwsza
          randka odbyla sie na lotnisku w oczekiwaniu na stracony bagaz.

          Potem juz sie szybko potoczylo i juz jestesmy prawie dwa lata ze soba:o)
          • dorkalesk Re: LOVE STORIES 06.10.04, 14:24
            chyba cos w ty jest / moim zdaniem panowie zagraniczni sa duzo mniej toksyczni
            i nie kochaja tak strasnzie mamusi smile)
            • kurczak1976 Re: LOVE STORIES 06.10.04, 16:51
              Nie kochaja tak mamusi to po pierwsze a po drugie nie przybieraja postawy mi
              sie wszystko nalezy czytaj "masz byc taka usluzna jak byla dla mnie mamusia
              albo nawet bardziej" brrr...
              • lili76 Re: LOVE STORIES 07.10.04, 17:54
                Zdecydowanie sie z Wami zgadzam. Moj niedoszly Polski maz kiedys zrobil mi
                awanture, ze na obiad (w moim wlasnym domu rodzinnym! w ktorym sie stolowal
                codziennie!) zrobilam nalesniki z twarogiem a nie jakies.... mieso!!!
                Wyrzucilam go wtedy za drzwi....
                • michalina1974 Re: LOVE STORIES 13.06.07, 19:47
                  podpisuje sie pod tym wszystkimi recami i nogami wink
        • semantics Re: LOVE STORIES 06.10.04, 14:15
          kendo jak to poszla w zapomnienie! Kategorycznie domagam sie opisu! smile)
          • kendo Re: LOVE STORIES 06.10.04, 17:02
            semantics napisała:

            > kendo jak to poszla w zapomnienie! Kategorycznie domagam sie opisu! smile)

            hi,hi,ach niema o czym pisac....
            wystarczy,ze jestesmy razem tak dlugo....))
    • st0kro-tka Re: LOVE STORIES 06.10.04, 16:38
      jakie romantyczne te wasze historie! moja tez taka byla, ale sie skonczyla sad
      • kurczak1976 Stokrotka 06.10.04, 16:50
        Stokrotka glowa do gory ta sie skonczyla bo bylo tak pisane. Teraz kolej na
        jeszcze piekniejsza i moze ta ostateczna:o)
      • tamsin Re: LOVE STORIES 06.10.04, 17:58
        tez moge sie podpisac pod takim toksycznym zwiazkiem z osobnikiem z PL.
        Pamietam jak moja kolezanka sie rozwodzila, czesto dzwonila do mnie i
        opowiadala mi co jej ukochany maz (PL) wyprawial, to _bardzo_ dobrze ja
        rozumialam, bo ona opisywala mi MOJE zycie. Wreszcie powiedzialam sobie, mam
        to gdzies, raz sie zyje, a ja i tak czuje sie na wpol niezywa w takim zwiazku,
        zebralam sie w garsc i za rozwod. Wiecie, ze ten moj byly malzonek nawet nie
        mogl zrozumiec O CO MI CHODZI!?!?! ale uniosl sie "honorem" i rowniez sie
        chcial rozwodzic, wiec przebieglo to tylko z malymi zgrzytami. To oczywiscie
        nie jest moje "love story" ale szybko potem nastapilo smile) Dziesiec lat po
        naszym poznaniu, ciagle moge powiedzic, ze lapie sie na mysleniu/snach o moim
        M. jakby to byl nasz miesiac miodowy smile Tyle ze roztyl mi sie chlopina
        okropnie wink
    • agnieszka_syd Re: LOVE STORIES 08.10.04, 01:51
      To i ja moja Love Story opisze.

      Ja rowniez bylam w stalym, aczkolwiek niezbyt stabilnym zwiazku z pewnym
      Polakiem. Na czwartym roku studiow wyjechalam na rok do Korei Pd, na
      stypendium. Moj owczesny mezczyzna bardzo sie temu wyjazdowi sprzeciwial, potem
      przez dlugie miesiace nawet slowa do mnie nie napisal, wiec jakies tam resztki
      uczucia, co sie we mnie tlily, zupelnie wygasly.

      Bylam wiec mloda, niezalezna, odwazna i gotowa na podboj swiata. W takim
      wlasnie nastroju podczas wakacyjnej przerwy wybralam sie na koreanska wyspe
      Cheju, ktora zawsze chcialam odwiedzic. I tam wlasnie, podczas zwiedzania
      wulkanicznej jaskini, natknelam sie na jedynych oprocz mnie obcokrajowcow. W
      oko wpadl mi zwlaszcza wysoki blondyn... Jak to w jaskiniach bywa, bylo
      ciemnawo, myslalam ze to chlopak i dziewczyna. Usmiechnelam sie, pomachalam i
      udalam sie w swoja strone (zmierzalam juz do wyjscia). Po chwili jednak
      uslyszalam odglos krokow za mna. Odwrocilam sie, a przede mna stal ow wysoki
      blondyn, ktory usmiechajac sie zapytal: "Czy ta jaskinia naprawde warta jest
      obejrzenia? Bo jesli nie to my z checia pozwiedzamy reszte wyspy razem z
      toba..."

      I dalej zwiedzalismy razem. Okazalo sie, ze on jest Australijczykiem, jego
      kolega zas (tak, osoba plci meskiej to byla, tylko ze o dlugich wlosach wink)
      Kanadyjczykiem, obydwaj pracuja w Sydney, gdzie ja studiowalam. Dzien
      zakonczylismy ogladajac zachod slonca ze szczytu wulkanu. I trzeba sie bylo
      pozegnac. Wymienilismy sie numerami telefonow...

      Po trzech dniach zadzwonil. Zaczelismy sie spotykac. I tak to sie zaczelo...

      Po paru miesiacach ja wrocilam do Polski aby skonczyc studia. On musial czekac
      do skonczenia kontraktu. Umowilismy sie, ze po zakonczeniu jego kontraktu, i po
      napisaniu mojej pracy magisterskiej, spotkamy sie w Wenecji, jak na
      romantycznych kochankow przystalo. On pojechal do Wloch wczesniej, mial tam na
      mnie czekac. Czekac jednak nie chcial, wsiadl w pociag i przyjechal do
      Warszawy. Musze przyznac, ze prace magisterska konczylam w pospiechu wink Potem
      razem wyjechalismy do Wloch, na pare tygodni rowerowej wloczegi po Toskanii. Ta
      wyprawa juz na dobre nas scementowala.

      Mieszkalismy razem w Polsce przez pare miesiecy, on poznal moja rodzine, poznal
      Polske, nauczyl sie nieco jezyka. Potem on wrocil do Sydney, a ja dolaczylam po
      kilku miesiacach. W pewien piekny wieczor, w ogrodzie botanicznym, gdy slonce
      zachodzilo wlasnie za Opera House, zapytal czy zostane jego zona, a ja bez
      chwili wahania odpowiedzialam, ze tak.

      Jestesmy malzenstwem od prawie 6 lat, mieszkamy na stale w Sydney. Dziewiec
      miesiecy temu zas rodzina powiekszyla sie nam o malenka osobke, Jamesa smile
    • semantics Re: LOVE STORIES 08.10.04, 10:00
      piekne te wasze historie!!!

      A moze nakrecimy kilka filmow? "Kieszonkowe" zawsze sie kobiecie przyda, nie?

      Czekamy na wiecej!!! Hej dziewczeta dzielcie sie pieknymi chwilami! szczescie to jedyna rzecz ktora sie
      pomnaza jak sie ja dzieli!!
      • asia.sthm Re: LOVE STORIES 08.10.04, 10:15
        Madrze gada smile)

        Ps
        Ja dzis i jutro bardzo zajeta, prosze o usprawiedliwienie moich zaniedban na
        forum.
    • semantics malo nas malo nas... 12.10.04, 21:25
      do pieczenia chleba.

      Hej Kobitki! Duzo nas i jeszcze dwie wychodza za maz niedlugo a historii romantycznych jakos tak
      malo...

      klawiatury w dlon!!
      • syswia Re: malo nas malo nas... 12.10.04, 21:52
        Ja poznalam mojego meza ... przypadkowo. Obronilam wlasnie prace o hiszpanskim
        rolnictwie i w wakacje postanowilam zobaczyc o czym pisalam. Wybralam sie w
        objazdowke po znajomych i nieznajomych i w pewnym momencie wyladowalam w
        Walencji w schronisku mlodziezowym na plazy. Schronisko bylo surrealistycznie
        rozbebeszone i sasiadowalo z klubem nocnym z paniami tanczacymi na piedestalach
        z piorkami w tylku . Poniewaz schronisko bylo nowootwarte znalzla sie o nim
        wzmianka tylko w polskiej i kanadyjskiej wersji Pascala. Zamieszkiwali je wiec
        tylko Polacy i Kanadyjczycy. Moj malzonek zas wyrwal sie na tygodniowy wypad do
        Hiszpanii z Wielkiej Brytanii (gdzie studiowal) za namowa kolegi z Kanady, ktory
        skonczyl studia i postanowil poszwendac sie po Europie i odwiedzic kumpla.
        Walencja byla ich ostatnim przystankiem, nastepnego dnia kolega jechal dalej do
        Wloch, a moj malzonek z powrotem do GB. Tej nocy nie zmruzylismy oka. Wybralismy
        sie grupowo na flamenco, ktorego nie moglismy znalezc, a potem na drinka, a
        potem wyladowalismy w schronisku i na imprezie po sasiedzku. Potem byla partyjka
        szachow, tanczenie walca i ogladanie wschodu slonca na plazy. To juz tylko we
        dwojke, rzecz jasna. Rano wsiedlismy w dwa rozne pociagi. Nastepnego dnia
        napisalam do niego maila, on odpowiedzial i od tamtego momentu dostawalam od
        niego codziennie maila. Dwa miesiace pozniej polecialam z Polski do Leeds, w
        Boze Narodzenie on przylecial i tak przez dwa lata widywalismy sie co kilka
        miesiecy. Najbardziej urocze bylo to, ze nie ominal ani jednego dnia bez maila.
        Mam je wszystkie wydrukowane - grubasna ksiazka by z tego bylasmile
        Nie wiedzialam nic o Sikhach, nie mialam pojecia co to za kultura, ale podobal
        mi sie, podobalo mi sie jego podejscie do zycia, poglady na swiat i nie chcialam
        przerwac tej znajomosci. Po roku poznalam jego rodzicow i siostre - wybrali sie
        turystycznie do Europy i w tym samym roku moj C. oswiadczyl mi sie. To bylo w
        Sylwestra, na balu przebierancow w jednym z krzyzackich zamkow. Powiedzialam TAK
        i zaczelam szykowac sie do emigracji do Kanady. Slub wzielismy po roku, w
        Sylwestrasmile A potem zenilismy sie jeszcze dwa razy w Kanadzie w swiatyni mojego
        meza i w polskim kosciele. I zyjemy dlugo i szczesliwie we wlasnym zameczku nad
        jeziorem labedzimsmile)))
        • syswia Re: malo nas malo nas... 12.10.04, 21:59
          Ach, zapomnialam jeszcze dodac, ze moj maz utrzymuje, ze jakoby przed wylotem
          na stypendium do GB mial proroczy sen, w ktorym snil ze podczas tego pobytu
          pozna on milosc swego zycia i ze bedzie to dlugowlosa blondynka.
          Kiedys myslalam, ze sie ze mnie nabija, ale on twierdzi powaznie, ze tak bylo...

          A moze to byla karma, przeznaczenie... Cos za duzo tu zbiegow okolicznoscismile
    • abere8 Czas na mnie! :-) 13.10.04, 00:31
      Juz kiedys gdzies opisywalam moja love story, ale tutaj chyba nie. Uwaga, bedzie
      dlugo smile

      W wakacje po pierwszym roku moich studiow moi rodzice zgodzili sie przyjac pod
      nasz dach Amerykanke z Korpusu Pokoju - przyjechalo ich ok. 80 osob do Polski i
      w naszym miescie mieli przez 2,5 miesiaca uczyc sie polskiego, poznawac polskie
      realia itp. Mnie zalezalo na kontakcie z angielskim, ktory uwielbiam i ktory
      niby studiowalam razem z niemieckim, a kontaktu z nativami nie mialam. No i
      wiadomo, byly imprezki integrujace grupe ze soba i z Polakami i ja z "moja"
      Amerykanka na nie chodzilam i tak go poznalam. Pierwszego wieczoru strasznie
      chcialo mi sie z niego smiac, bo mowil do mnie powoli i wyraznie, wrecz
      drukowanymi literami, a ja z niecierpliwoscia czekalam na to, co on powie.
      Wreszcie nie wytrzymalam i zapytalam: "Do you always speak so slowly?" smile Potem
      sie przyzwyczail, ze go rozumiem, jak mowi normalnie, a mial kiedy sie
      przyzwyczajac, bo go zakwaterowali u rodziny blisko moich rodzicow, wiec bywaly
      wspolne powroty z imprez itp. smile

      Pod koniec tamtego lata juz bylismy para, a potem on musial wybyc na
      "posterunek" - do szkoly niedaleko Krakowa (spuszczam zaslone milczenia nia jego
      doswiadczenia tam), a ja wrocilam na studia do Warszawy. Widywalismy sie co
      najmniej raz w miesiacu, najczesciej co dwa tygodnie, a po roku on wrocil do
      Stanow, wczesniej namowiwszy mnie na ubieganie sie o wize. Dostalam ja bez
      problemu i w wakacje po drugim roku studiow pojechalam na miesiac do niego.
      Poznalam jego rodzicow i pieska, wszyscy mnie polubili smile

      Potem widywalismy sie co pare miesiecy. Raz on przyjezdzal do Polski, raz ja do
      niego. Ferie zimowe i wakacje byly zbawieniem, ale bywaly i weekendy, kiedy
      spotykalismy sie "w pol drogi" - np. w Atenach smile Albo ja do niego pojechalam
      na 9 dni dzieki naszym swietom majowym (od tej pory nie wierze w historie o
      strasznych urzednikach imigracyjnych na lotniskach w USA - nigdy nie mialam
      problemu z wjazdem, niezaleznie od tego, jak czesto i na jak dlugo wjezdzalam).
      Z tego miejsca chcialabym powiedziec, ze bardzo podziwiam osoby, ktore wytrwaly
      w zwiazkach na odleglosc przed wynalezieniem internetu smile

      W wakacje po czwartym roku moich studiow zaplanowalismy wycieczke samochodowa az
      do Kansas (on mieszkal wtedy w Bostonie), bo chcial mi pokazac, gdzie dorastal,
      a potem studiowal. Poprosil mnie o reke moze po dwoch dniach tej wycieczki, w
      hotelu w Ann Arbor. Pomijajac sam fakt zareczyn, nie byla to bardzo romantyczna
      chwila i potem dowiedzialam sie, ze on po prostu nie wytrzymal. A planowal sie
      oswiadczyc w kapliczce na campusie swojego uniwersytetu, chcial ukleknac i w
      ogole, ale pierscionek zareczynowy wypalal mu dziure w plecaku i bal sie, ze
      lada chwila go znajde smile

      Planowalismy slub za rok, ale niestety proza zycia nas dopadla, on stracil prace
      i stwierdzil, ze pojdzie znow na studia, wymyslilismy Nowa Zelandie, wiec
      wzielismy przyspieszony slub w ferie na moim piatym roku, bo inaczej watpie, czy
      dostalabym wize do NZ. Na slubie bylismy tylko we dwoje w City Hall, w tydzien
      zalatwilismy wszystkie formalnosci, a cztery dni po fakcie bylam juz w samolocie
      do Polski sad Praca magisterska wzywala. Skonczylam ja, obronilam sie, wzielam
      udzial w referendum unijnym i polecialam z powrotem do meza.

      Powiem Wam, ze bardziej za nim tesknilam w czasie naszego rozstania po slubie
      niz caly ten czas wczesniej, kiedy bylismy "tylko" para.

      Koniec i bomba, kto przeczytal, ...tego podziwiam za wytrwalosc smile
    • frankie36 Re: LOVE STORIES 16.10.04, 22:33
      To i ja opowiem swoja.Lata temu grupa studentow z Wroclawia (moi przyjaciele)
      wyjechali do pracy w Norwegii,rozbili namiot sasiadujac z sympatycznymi
      Kanadyjczykami.Po wypiciu wspolnie kanadyjskiej whiskey i polskiej wodki
      zostala zawarta przyjazn,ktora okazalo sie ,ze przetrwa lata.Jednym z tych
      Kanadyjczykow byl najlepszy przyjaciel mojego M,ktory postanowil przyjechac do
      Polski w odwiedziny.I tak go poznalam,jeden z najwspanialszych ludzi jakich
      znam,pozniejszy swiadek na naszym slubie,ojciec chrzestny naszej
      pierworodnej,dla moich dzieci po prostu uncle Buck.Jemu sie tak spodobala
      Polska (i moja kolezanka),ze przyjezdzal jeszcze pare razy sam,az w koncu
      zaciagnal i mojego M.W tym czasie obydwoje przebywali w Holandii i postanowili
      spedziec swieta Bozego Narodzenia w Polsce.Autostopem z Holandii do POlski
      zajelo im 2 dni,i z tego co opowiadaja ,gdzies na stacji kolejowej w
      Dreznie,przyjaciel mojego M powiedzial,ze tam w POlsce jest dziewczyna dla
      niego ,ze przeczuwa ,ze cos z tego bedzie(myslal o mojej skromnej osobie),na co
      moj przyszly:A co ty tam gadasz ,znasz mnie itp.

      Przyjechali do nas,mieszkali z nami w naszym malym pokoju akademickim gdzies
      tak po 3 dniach moj M oswiadczyl,ze kiedys zostane jego zona,na co ja
      oczywiscie popukalam sie w glowe.Okazalo sie ,ze mial racje,po paru latach
      relacji na dystans wyjechalam do niego do Holandii,gdzie spedzilismy wspolnie 9
      lat(a mowilismy,ze zostaniemy tylko na 2),3 lata temu przyjechalismy do Kanady
      i (odpukac w niemalowane) do tej pory jestesmy szczesliwym malzenstwem.
      • kinky5 Re: LOVE STORIES 16.10.04, 23:31
        Niech bedzie LOVE STORY...musimy je napisac dla urzednikow imigracyjnych wiec dla Was tez......
        Moj wydzial mial wymiane z Bauhaus Universitat wiec oczywiscie sie zapisalam- glownie chyba dla
        jezyka, mniej na studia.Pojechalysmy tam razem z kolezanka- wysadzono nas w obcym miescie o
        godzinie 5 nad ranem.poczatki byly tragiczne- ale jakos sie zaaklimatyzowalysmy- zreszto wymiana
        byla zorganizowana w ten sposob ze mialysmy kontakt z innymi erasmusami z calego (doslownie)
        swiata.Oczywiscie obracalysmy sie tylko wsrod ludzi z dawnego "bloku"- czesi, rumuni+brazylijczyk,
        norwezka i grek. Jakos brakowalo mi odwagi aby podejsc do kogos innego, a jak do kogos podeszlam
        okazywal sie srednio zainteresowany rozmowa. W tym "towarzystwie" zdecydowanie wybijali sie
        kanadyjczycy- Christiaan+Andrew + hiszpan- Angel+jeden Belg i Szwed. Ale przez okolo 6 miesiecy
        bylismy takimi przeciwnymi obozami (nie w sesie rywalizacji ale po prostu nie spedzalismy ze soba
        czasu i chodzilismy na inne imprezy- kontakty konczyly sie na "czesc"-tak Andrew wpil mi sie w glowe
        bo mowil czesc po polsku.)Ale w koncu sie spotkalismy na kolejnej imprezie pozegnalnej (zla strona
        bycia erasmusem) i zaczelismy ze soba gadac- przedstawil mi sie z tym swoim seksownym
        kanadyjskim akcentem - ja oczywiscie powiedzialam ze wiem jak sie nazywa (glupia baba!) on sie
        zapytal jak ja sie nazywam (pozniej sie przyznal ze wiedzial- co za typ wink stwierdzil ze mowi 4
        jezykami- angielski, niemiecki, wegierski i...francuski(takie male klamstewko) ja rozniez stwierdzialam
        ze mowie 4 (a co!) angielski, polski, niemiecki i...francuski (klamstewko- tego jezyka sie nie
        nauczylam) Troche jeszcze pogadalismy ale wydawal mi sie strasznym bufonem.
        Na kolejnej imrezie (jakis miesiac pozniej) juz tanczylismy ze soba- on dobrze tanczyl a mnie
        napastowal jakis Niemiec ktory mi mowil ze to ja jestem ta jedyna (widzialam go 3 razy w
        zyciu..koszmar). A. wzial nawet moj numer telefonu- oczywiscie nie zadzwonil. Do czasu.

        zorganizowano nam wycieczke do Hamburga- pojechalysmy razem z kolezanka- oczywiscie A. tez.
        I wyobrazcie sobie ze siedze sobie w autobusie od strony przejscia i nagla czuje ze ktos sie na mnie
        intensywnie gapi. Popatrzylam sie w bok- nikogo nie ma...popatrzylam sie w dol i co widze?
        Andrew z buzia rozwarta i zebiszczami wystawionymi na zewnatrz, w pelnym przygotowaniu do
        gryzienia obok mojej lydki.....po prostu podpelz do mojego siedzenia i chcial mnie ugrysc!!!!
        Bylo to bardzo smieszne ale stwierdzialam ze zachowam pelna kontrole i zapytalam tylko:Are you ok???
        I tak zaczelismy gadac, gadac az do Hamburga i tak juz nam zostalo.

        ten zwiazek ma jeszcze jeden wymiar- moja mama jako prezent gwiazdkowy umowila mnie z wrozka.
        Poszlam- dowiedzialam sie ze w niemczech poznam swojego przyszlego meza ale niemcem on nie
        bedzie. Znam go z widzenia ale nie mamy blizszych kontaktow. Bedzie mowic lepiej po angielsku ode
        mnie ale gorzej po niemiecku, bedzie pochodzic z kraju za woda, inicjaly A,T i bedzie starszy ode mnie.
        Z tymi sensacjami wrocialam do Niemiec, powiedzialam kolezanka a te zaczely "dopasowywac
        kandydatow"- na polu bitwy zostalo 2: Ted G. ze Szwecji i Andrew K. z Kanady.

        No i sprawdzilo sie- za jednym wyjatkiem- A. jest mlodszy. Pewnie zastanawiacie sie co sie stalo z
        literka T? Ja doszlam do tego pozniej- drugie imie A. zaczyna sie na T, nosi nazwisko swojego ojczyma,
        natomiast prawdziwe jego nazwisko, po ojcu (czyli to ktore ma na birth certificate- notabene na
        kazdym dokumencie ma inne nazwisko a czasami ma rozne kombinacje dlatego tez ja sama nie wiem
        jak sie nazywam) zaczyna sie rowniez na magiczna literke T.
        Nigdy wczesniej nie spotkalam sie z czyms takim!!!!!
        • asica74 Re: LOVE STORIES 16.10.04, 23:36
          kinky i inne dziewczyny! dzieki za historie! bardzo ladne. Ja nie umiem swojej
          sklecic.. moze kiedys

          kinky, a pamietasz adres tej wrozki?
          • semantics Re: LOVE STORIES 17.10.04, 00:17
            O rany julki smile) Ja tez chce do tej wrozki! smile)

            albo moze lepiej nie bo mi powie cos innego... balybyscie sie?

            kinky a tak niedyskretnie to to gryzienie w lydki mu sie utrwalilo? smile
            • kinky5 Re: LOVE STORIES 17.10.04, 02:18
              nie- nie podgryza na szczescie!
              Tylko wtedy chcial!
              Z tymi wrozkami to jest tak ze podejrzewam ze "wiekszosc nie dziala".
              A gdy ma sie zycie zorganizowane to po co?
              Ja wtedy gdy poszlam bylam sama (nie samotna ale sama) a jesli ma sie meza tudziez ukochanego to i
              po co???Lepiej nie kusic diabla wink
              • semantics Re: LOVE STORIES 17.10.04, 03:48
                kinky dzieki za to ze mi tak ladnie odpowiedzialas. Po co kusic!
                Od razu mi zasepienie odeszlo
    • osobista Re: LOVE STORIES 17.10.04, 12:27
      A moja historia jest taka: studiowaliśmy na jednym wydziale na tym samym roku.
      Jak sobie o tym teraz pomyslę, to stwierdzam, że nie jestem normalna ale...
      Miałam zwyczaj bardzo praktycznie podchodzic do uczuć tzn. jesli akurat nie
      byłam z nikim to tworzyłam listę nazwisk, wypisywałam za i przeciw i .. do
      dzieła, poniewaz nie potrafiłam egzystowac bez uczucia "zakochania". Właśnie na
      czele takiej listy w pewnym momencie znalazł się mój obecny mąż. Ponieważ nie
      zwracał na mnie najmniejszej uwagi musiałam podszkolić się w tematach jego
      hobby co by było o czym gadać (oj dużo musiałam przeczytać). Po pół roku
      wytężonych działań oswoiłam go na tyle, że chodziliśmy do kina i na spacerki.
      Długo później dowiedziałam się, że podejrzewał podstęp ale nie mógł uwierzyć,
      ze takie historie dzieją się naprawdę. Poznałam jego rodziców - nie udało się
      zrobić dobrego wrazenia ( tesciowa = Imperator Zła), natomiast moi go
      uwielbiają. Po 10 latach weekendowego życia razem pobralismy się (jego rodzice
      nie wiedzą do tej pory, hihi, a o slubie juz pisałam) właściwie ze wzgledu na
      proces wizowy. Wkrótce wyjeżdżamy do Kanady. Mogę tylko stwierdzic, ze mój OZ
      powinien być beatyfikowany - naprawdę go podziwiam, bo sama z soba chyba bym
      nie wytrzymała.
      A propos wróżki to mnie wywróżyła 3 mężów ale ja chyba nie chcę.
      Juz nie tworzę listy nazwisk.
    • momo16 Re: LOVE STORIES 18.10.04, 04:55
      Tak sobie podczytuje ten watek od kiedy Semantics go rozpoczela...
      Warto zyc dla niektorych chwil wink
      Mojego Marco Polo poznalam prawie 5 lat temu na... dworcu autobusowym.
      Tak. Victoria Station w Londynie. Jechalismy w tym samym kierunku - do Dublina.
      Ja do szkoly jezykowej, on jezdzil z plecakiem po Europie. On zaoferowal mi
      miejsce obok siebie zdejmujac z niego swoje bagaze - ja na poczatku odmowilam,
      ale on nalegal... Zapytal czy obiektyw mojego aparatu jest do robienia zdjec,
      czy Rentgena smile) I tak zaczela sie rozmowa - gdzie jedziemy, skad jestesmy itd.
      On byl Kanadyjczykiem z Montrealu mieszkajacym od wielu lat w Stanach. On gadal
      prawie caly czas, nawet obawialam sie usiasc kolo niego w autobisue, zeby mnie
      nie zagadal na smierc smile Ale zaryzykowalam. Po 12-tu godzinach jazdy (w tym
      prom) dotarlismy wreszcie do Dublina w niedzielny ranek. Dalam mu adres mojej
      szkoly - jak chce to niech przyjdzie w poniedzialek po zajeciach. Byl
      punktualnie!! Tak sie przy tym "odwalil" ze malo co go poznalam smile Spotykalismy
      sie tak codziennie po szkole, na weekend pojechalismy autobusem do Galway. Duzo
      rozmawialismy... Czulam sie tak bezpiecznie... I jednoczenie swobodnie...On
      spedzil w Irlandii tydzien, dalej jechal do Belfastu - ja zostalam w Irlandii.
      Pisywalismu maile- on w tym czasie wrocil do Luizjany gdzie wtedy mieszkal. 2
      miesiace pozniej wybieralam sie do moich krewnych pod Washington DC. Marco
      namowil mnie na odwiedzenie Luizjany -"zaplace Ci polowe biletu!" smile Bylam 10
      dni. Potem wricilam do Polski i do pracy.
      Przynajmniej raz w miesiacu bywalam wtedy sluzbowo w Stanach, wiec gadalismy
      wtedy godzinami przez telefon. W lecie przylecial do mnie na 2 tygodnie do
      Polski, poznac skad jestem. W jesieni wzielam bezplatny urlop z pracy i
      polecialam na 2 miesiace do Luizjany. Nie ukladalo sie dobrze - klocilismy sie
      czesto i pakowalam sie pare razy smile - byl to najbardziej burzliwy okres w
      naszym zyciu smile)) Po powrocie do Warszawy zadzwonilam do niego ze jestem w
      dumu. To kiedy wracasz? - on na to. I wtedy poczulam, ze cos mnie laczy silnego
      z tym gosciem, te klotnie to byly proby badania terenu na ile ktore moze sobie
      pozwolic. Wrocilam za 2 miesiace - zwolnilam sie wtedy z pracy i polecialam w
      zasadzie w nieznane. (Teraz kiedy patrze na to z perspektywy czasu bylo to
      troche ryzykowne. Ale coz - kto nie ryzykuje ten nie ma!)
      No wiec bylam z nim. On prowadzil wloska restauracje swojego ojca, ja
      probowalam znalezc prace... Wreszcie po paru miesiacach otworzylismy nasza
      wlasna restauracje - ok kuchcil - ja zajmowalam sie biurem. To byla dla nasz
      szkola zycia ta restauracja, ktora skonczyla sie niestety po 15-tu miesiacach.
      Resto nie przetrwala, a my w trakcie postanowilismy sie pobrac, bo skoro
      poradzilismy sobie z takim wyzwaniem, to razem mozemy dokonac cudow! Slub byl w
      starym kosciele pod Montrealem... Potem wrocilismy na 6 miesiecy do Luizjany, w
      tym czasie pozbylismy sie restauracji i dowiedzielismy sie ze jestem w ciazy!
      To byl dylemat: wracac do Kanady gdzie babcia blisko, czy zostac w Stanach i
      radzic sobie samemu. Wygrala opcja Kanady. Wiec spakowalismy wszystkie nasze
      manatki i w 3 dni przyjechalismy do Montrealu 2 lata temu. Musialam przejsc
      caly proces emigracyjny, bez ubezpieczenia, pracy itd... - ale trudnosci
      wzmocnily chyba nasz zwiazek. Marco ma niezla prace, Corcia ma juz poltorej
      roku, ja za tydzien zaczynam szkole... Nie czuje sie tutaj obco, mam obok
      siebie Marco, ktorego mam wrazenie znam cale zycie!
      Amen

      Kinky5 - moj maz tez byl zaadoptowany przez ojczyma wink Nie mialam jednak
      problemu ze zmiana nazwiska przy zawarciu malzenstwa, bo w Quebecu zostaje sie
      przy swoim (Ci to zawsze musza sie czymc wyrozniac...)
    • myszka888 Re: LOVE STORIES 20.10.04, 21:47
      Miło poczytać te historie, ile to różnych przeżyć po drodze trzeba było
      doświadczyć, żeby w końcu znaleźć tego jedynegosmile
      To i ja napiszę Wam moją małą historyjkę.
      Zacznę od tego, że należałam raczej do tych dziewczątek, które zawsze miały
      kogoś do wzdychania. Najczęściej, oczywiście, nieodwzajemnione, ba! nawet
      często niezauważone westchnienia.
      Ale tak naprawdę to moja druga miłość okazała się tą największą, najprawdziwszą
      i w niej tkwię z ogromną radością do dziś.
      Zacznę od nr.1ego.
      U znajomych na nieplanowanej imprezce spotkało się kilka osób. Wcześniej nikogo
      z tych ludzików nawet nie widziałam, nie słyszałam, więc tym bardziej było dość
      ciekawie smile
      Prawie wszyscy byli starsi ode mnie, dziewczęta i chłopcy. I tak naprawdę na W.
      nie zwracałam kompletnie uwagi, będąc zaaferowana jakimś laniem wosku (to były
      andrzejki) i innymi wróżbami.
      Imprezka szybko się skończyła, niektórzy poszli do domku nad ranem, reszta
      nocowała w mieszkanku znajomych. W. tez.
      O poranku ja jako jedna z pierwszych zdecydowałam się już iść. Okazało się, że
      W. chciał mnie odprowadzić do autobusu... I tak się zaczęło. Trwało krótko, był
      to jednak bardzo absorbujący mnie związek, do czasu... aż poznałam mamę W.
      Nie przypadłam jej do gustu. I już. Długo na efekty nie czekałam i bardzo
      szybko przekonałam się, jak bardzo W. jest uległy maminym opiniom.
      Moim błędem było jednak to, że zaangażowałam się w ten związek bardzo. Było
      naprawdę ok. Ale po tym rodzinnym spotkaniu skończyło się równie gwałtownie,
      jak się zaczęło.
      Zostawił mnie.
      Nie umiałam sobie poradzić przez pewien czas, potem ułożyłam sobie w głowie
      jakoś wszystko, ustaliłam sobie reguły, wg których sama przed sobą tłumaczyłam
      sobie sytuację i którymi sama siebie pocieszałam.
      To była taka moja osobista psychologia smutku.
      Zapominanie zajęło mi bardzo długo. Ale nigdy potem nie byłam już wiecznie
      zauroczona. Moim mocnym postanowieniem było nie dać się tak zranić, nigdy
      więcej.
      Dodam tylko, że to był czas moich studiów, więc zagłębiłam się w naukę. A
      mężczyzn zaczęłam traktować po przyjacielsku, jednocześnie od początku dając im
      znać, że nie jestem zainteresowana związkiem.
      Po jakimś czasie koleżanka wyciągnęła mnie na uczelnię (w mój dzień wolny od
      zajęć) do laboratorium komputerowego i pokazała mi irc'a. Heh- pochłonęło mnie
      zupełnie! Więc częściej i częściej zaglądałam na odkryte już kanały. Poznałam
      dużo ludzi, ale raz ktoś zaczepił mnie, myląć z osobą, która pojawiała się na
      tym samym co ja kanale i miała (!) takiego samego nicka jak ja! W taki sposób
      trafiłam na nowy kanał.
      Nowi ludzie, ale wszystko przez internet, więc nadal z rezerwą. Razem ze mną na
      ten kanał trafiła wyżej wspomniana koleżanka. I miałam wrażenie, że ona czuła
      się tam jak ryba w wodzie, a mi się wydawało, że ja jakoś tam nie przystaję...
      Nie rozmawiałam więc ze wszystkimi, ale tylko z kilkoma osobami. Między innymi
      z moim obecnym mężem. Czego wtedy nawet bym przez myśl nie przepuściła!!!
      Zaczęliśmy rozmawiać częściej i częściej. W końcu wchodziłam na irc, żeby tylko
      z nim rozmawiać- nadal traktując go jako przyjaciela. Z czasem zaczęliśmy
      używać gadu-gadu. Bardzo swobodnie mi się z nim rozmawiało. Dziwne dla mnie
      było to niesamowite uczucie, że mogę mu o wszystkim powiedzieć i on to
      akceptuje, rozumie, wspóldoświadcza, jakby. Zresztą- to samo z mojej strony.
      W pewien sylwestrowy dzionek rozmawialiśmy jak zwykle i on stwierdził,
      że...zadzwoni do mniesmile Ojej, jaki miły glosik usłyszałam w słuchawce! Ale
      nadal dla mnie to był świetny przyjaciel. On tamtego sylwestrowego dnia był
      troszkę przygnębiony, bo dziewczyna, z którą jakieś tam nadzieje wiązał właśnie
      zmieniła zdanie i wróciła do swojego poprzedniego chłopaka.
      W ciągu następnego miesiąca nasza przyjaźń zaczęła ewoluować, co do mnie
      dotarło dopiero po jakimś czasie.
      Postanowiliśmy się spotkać. To był luty.
      Spotkanie zostało wyznaczone w środku odległości między M. a K. (w tych
      miejscowościach mieszkaliśmy). I wypadło na Warszawę!
      Gdy zobaczyłam go zbliżającego się na dworcu centralnym, to czułam jakby mój
      najbliższy przyjaciel właśnie nadchodził, jakbym miała spotkać się z tym
      przyjacielem po długiej, długiej rozłące.
      I wtedy w Warszawce coś zaczęło iskrzyć!
      Po kilku dniach od powrotu do swoich światów M. przyznał mi się, że się
      zakochał...
      Od tego momentu wszystko miało inne znaczenie, a najważniejsze było to, żeby
      się spotkać, choć na chwilkę.
      Spotykaliśmy się na tyle często na ile mogliśmy sobie pozwolić. Razem
      spędzaliśmy święta. Nie umieliśmy bez siebie żyć!
      W pewnym momencie razem wyjechaliśmy do usa i już tutaj się pobraliśmy.
      I wiem, że miłość jaką daje mi M. jest nieporównywalna do niczego. Sporo
      przeszliśmy, życie nas trochę już doświadczyło, a wszystko to jedynie wzmocniło
      nasze uczucia, wzmocniło nasz związek.
      I nie żałuję ani jednego dnia spędzonego z M.!

      uch, to się rozpisałam! Dziękuję, jeśli komuś wystarczyło cierpliwości, żeby
      dotrzeć do końca. I z góry za błędy przepraszam...

      A tak czytając posty pozostałych forumowiczek-> nie wszyscy PL są tacy bee i
      fuuwink Przykre jednak jest, że niestety- wielu nie jest najłatwiejszym
      materiałem na partnera.
      • asia.sthm Myszko, piekna historia :-) 20.10.04, 22:14
        Niech ci nie bedzie przykro zesmy tu troche napsioczyly na mezow z Pl.
        Doswiadczenia nasze takie do kitu tylko z paroma egzemplarzami. sad
      • mulinka Re: LOVE STORIES 20.10.04, 22:35
        Asiu,
        to Ty tez masz "komputerowego" meza!
        smile)
        wspaniala historia
        bardzo sie ciesze, ze jestescie szczesliwi, niech tak juz zostanie
        pozdrawiam serdecznie
        smile
        • mulinka Re: LOVE STORIES 20.10.04, 22:47
          przepraszm, poprzedni post byl oczywiscie do Myszki!
          ale ze w glowie mialam i Asie, do ktorej sie chcialam usmiechnac, co teraz
          czynie
          smile
          to tak jakos wyszlo
          • tamsin Re: LOVE STORIES 20.10.04, 22:49
            ale on obydwie sa Asie smile) bardzo nam na forum w Asiach obrodzilo wink)
            • mulinka Re: LOVE STORIES 20.10.04, 22:52
              ufff
              na szczescie
              polapalam sie po niewczasie, jak zwykle
              smile
              a...teraz do garow, bo mezus lada chwila z pracy wroci
              kurcze, jak ja go kocham!
              pewnie mnie tak wzielo po tym pisaniu
              smile
              pozdrowionka i do jutra!
            • asia.sthm Re: LOVE STORIES 20.10.04, 22:53
              Dziekuje za usmiech i wyrozumienie. smile)))))))
              Asio faktycznie jak mrowkow i bardzo dobrze.
              Mulinko ja jednak sie udusze dzisiaj przez ciebie.
              • semantics Re: LOVE STORIES 20.10.04, 22:58
                A nie znacie tego powiedzenie " Niech Ci Bozia w ... Asiach wynagrodzi!" ?
                • asia.sthm Re: LOVE STORIES 20.10.04, 23:03
                  Ja znam smile
                  Ale glownie slysze: - Skaranie boskie
                • myszka888 Re: LOVE STORIES 21.10.04, 01:07
                  Dziekuje smile)
                  Tutaj na forum jest tak milosmile

                  A moj maz kochany mi podpowiada, ze dobrze miec kilka As w rekawie smile))

                  pozdrowionka dla wszystkichsmile
    • blue_jay Re: LOVE STORIES 21.10.04, 03:12
      poczytalam Was troszke, zreszta czytam od dawnawink
      dziekuje za pzrepiekne historie, a mi sie wydawalo, ze tylko ja i moj maz
      jestesmy internetowiwink a tu proszewink
      • myszka888 Re: LOVE STORIES 21.10.04, 14:06
        A ja mysle, ze internet bardzo ulatwil odnajdywanie sie tych wlasciwych
        osobeksmile
        No i to sa plusy dodatnie internetawink
        • semantics Re: LOVE STORIES 21.10.04, 16:38
          myszka888 napisała:


          > No i to sa plusy dodatnie internetawink


          O ja nie wiedzialam ze sa plusy dodatnie i ujemne! smile
          • myszka888 Re: LOVE STORIES 21.10.04, 16:42
            semantics napisała:

            > myszka888 napisała:
            >
            >
            > > No i to sa plusy dodatnie internetawink
            >
            >
            > O ja nie wiedzialam ze sa plusy dodatnie i ujemne! smile


            tak wlasnie jest: sa plusy dodatnie i plusy ujemne wink
            pozdrawiamsmile
            • azja_pl Re: LOVE STORIES 22.10.04, 12:24
              no to kolej na mnie. nic oryginalnego ta moja love story, ale mnie sie
              podobalo... robilam praktyke w pewnej niemieckiej firmie. firma w typowej
              wschodnioniemieckiej miescinie. spora, nowoczesna, ale atmosfera jeszcze jakas
              taka jak z dawnych lat, bez tego "kapitalistycznego" pedu do sukcesu,
              konkurencji. pracuje tam wiekszosc mezczyzn, ktorzy do tej pory Polakow
              kojarzyli z Gastarbeiterami. mlode, wyksztalcone dziewcze z Polski to raczej
              jakas egzotyka dla nich byla. wiec ogolnie rzecz biorac bylam od samego
              poczatku przedmiotem zainteresowania. nie powiem, zeby mi sie nie podobalo smile
              no ale, jak to porzadna praktykantka, skupialam sie glownie na pracy.

              kiedys szlam sobie przez hale produkcyjna i nagle uslyszalam "dzien dobry" po
              polsku. to byl szok. nastepne, co zobaczylam, to uroczy usmiech od ucha do
              ucha. znowu szok. wydukalam jakos moje "dzien dobry", stanelam na sekunde w
              miejscu, po czym znowu ruszylam przed siebie. obejrzalam sie, on oczywiscie
              tez. no, a potem sie zaczelo. w tej firmie na komputerach bylo zainstalowane
              cos w rodzaju Gadu-Gadu, mozna bylo sobie pisac krotkie wiadomosci, wyskakiwaly
              one na monitorze. bardzo niezobwowiazujacy sposob flirtowania. i skuteczny! do
              tego stopnia, ze po 1,5 miesiaca bylismy nierozlaczni, wspolne przerwy
              sniadaniowe, obiadowe, krotkie odwiedziny w biurze, o 15.00 herbatka w kuchni.
              az mnie rwalo kazdego ranka do pracy smile) firma huczala od ploteczek, ale nikt
              nie byl zlosliwy, wszyscy nas lubili. no i staralismy sie jako tako pracowac...
              moja praktyka dobiegla konca, zaczelam kolejna gdzie indziej (bo studia mialam
              juz wlasciwie skonczone, ale nie chcialo mi sie pisac magisterki, wiec
              wloczylam sie po roznych firmach). przyszedl okres rozlaki, moja nastepna
              kilkumiesieczna praktyka byla w Monachium, a kochanie dalej pracowalo kolo
              Berlina. majatek poszedl na dojazdy, ale niczego nie zalowalismy. raz sie
              rozchorowalam i dostalam zwolnienie od lekarza na tydzien. no to ja w te pedy
              do Berlina na kuracje, z 38 stopniami goraczki. ale bylo warto...

              po pol roku znajomosci ja, osoba rozsadna az do bolu, zrobilam cos calkowicie
              nierozsadnego - wprowadzilam sie do mojego skarba. to bylo prawie rok temu. no
              i sobie mieszkamy razem, funkcjonuje to calkiem dobrze, wbrew moim poczatkowym
              obawom. a w miedzyczasie napisalam ta nieszczesna magisterke. oddalam ja w
              czwartek. w piatek wieczorem poszlam na piwo z moim chlopakiem i z jego
              kolegami z pracy. byl tam tez przypadkiem jeden z szefow, ktory mnie pamietal z
              tej mojej praktyki. i zaproponowal mi prace! ha, wiec wracam do poczatkow smile
              zobaczymy, jak to bedzie...

              a jeszcze musze dodac, ze mialam rozne przemyslenia, jak to bedzie z akceptacja
              naszego szybko rozwijajacego sie zwiazku przez nasze rodzinki. wiadomo,
              stosunki miedzy Polakami a Niemcami nie byly nigdy rozowe, moja rodzinka po
              niemiecku ani slowa. ale poszlo po prostu jak z platka. moi rodzice uwielbiaja
              mojego skarba, moj tata dyskutuje z nim zawziecie o motorach. wychodzi z
              zalozenia, ze jak bedzie po polsku dostatecznie glosno mowil, to Stephan
              wszysciutko zrozumie. moja mama pakuje w niego cale masy polskiego jedzonka,
              tak ze mi sie potem chlop nie moze ruszyc od stolu.
              jego rodzice tez mnie bardzo szybko polubili, mama do mnie wydzwania z roznymi
              zapytaniami o rade, jakims autorytetem sie dla nich stalam, nie wiedziec
              czemu smile ja ich tez bardzo lubie, tacy ciepli, rodzinni ludzie, zastepuja mi
              moich rodzicow, ktorzy sa niestety daleko...

              o rany, znowu tyle sie napisalam, mam nadzieje, ze Was nie zanudzilam!
              • semantics Re: LOVE STORIES 22.10.04, 12:59
                azja wunderschöne Geschichte! to masz wielkie szczescie z rodzicami!! Moi nie akceptuja mojego
                "wspollokatora" jak zostal ostatnim razem nazwany ( jestesmy prawie 4 lata ze soba)
                Jestem w Berlinie wink jak masz ochote to sie odezwij!

                pozdrawiam!
                • azja_pl Re: LOVE STORIES 22.10.04, 17:33
                  o semantics, fajnie, ze tak niedaleko jestes! ja tu w poblizu nikogo polskiego
                  nie znam...

                  a dlaczego Twoi rodzice nie akceptuja "wspollokatora"? dlatego ze bez slubu,
                  czy ze nie-Polak, czy jeszcze cos innego? nielatwa sytuacja...

                  na pocieszenie powiem Ci, ze moja "tesciowa" na poczatku caly czas gadala o
                  bylej dziewczynie mojego faceta, nawet jak ja przy tym bylam. Katja to, Katja
                  tamto, takie ozdoby na choinke lubila, taki miala rower, a ja mam inny... juz
                  myslalam, ze trzeba bedzie wejsc na sciezke wojenna, ale potem nagle jakos
                  mnie "pokochala". moze u Ciebie tez sie jakos zmieni...

                  a wiesz, ze ja tez robilam kurs angielskiego w Australii?! ale w Sydney, w
                  Perth niestety nie bylam. szkoda, ze ta Australia tak daleko, w przeciwnym
                  razie chetnie bym tam zamieszkala...
                  • semantics Azja 22.10.04, 21:20
                    Auja to wal do mnie smialo! Co po polsku pogadac trzeba, a to ze bylas w Austalii- koniecznie mosimy
                    sie zgadac bo ja nie bylam w Sydney! smile)

                    A dlaczego nie akceptuja "zagranicznego kochanka" ... hmm po 4 latach nie umiem Ci dac precyzyjnej
                    odpowiedzi , bez slubu jestesmy, on nie mowi perfekt po polsku, sa inne tradycje i inaczej sie
                    zachowuje w pewnych sytuacjach. Moi rodzice oczekuja ze inaczej sie zachowa i bedzie prosil czy im
                    moze mimo 5 odmowy zrobic herbatke, a on tego nie robi itd itp. Np teraz rodzice i brat (sic!) nie
                    rozmawiaja ze mna ze wzgledu na to ze "zniszczylam rodzine nasza zlym wyborem"..


                    A szkoda slow


                    A co do rozmow telefonicznych taty- ja mam to samo! Moj tata wogole to sie strasznie "podnieca" i
                    nawet jak ktos stoi blisko to zaczyna glosno smile a do Australii to prawie nie musieli dzwonic bo mogl
                    "dokrzycec" smile)

                    pozdrawiaki
              • myszka888 Re: LOVE STORIES 22.10.04, 16:13
                No to fajniutko Azja_pl smile
                Tak w ogole- najbardziej mi sie podoba sposob w jaki Twoj tato probuje nauczyc
                Stephana polskiegosmile Jak to jest, ze jak sie glosniej mowi, to obcokrajowcy
                rozumiejawink hi hi hi
                pozdrowionka i oczywiscie- oby sie Wam ukladalo szczesliwie i milutkosmile
                • azja_pl Re: LOVE STORIES 22.10.04, 17:37
                  dzieki myszka!
                  moj tata juz tak ma, nie tylko z obcokrajowcami. do telefonu tez po paru
                  minutach rozmowy zaczyna sie wydzierac, chociaz gluchy chyba nie jest.
                  gdy moj chlopak pierwszy raz slyszal, jak tata z kims telefonuje, to sie
                  przerazil, ze cos sie stalo, ze sie z kims kloci (bo nie rozumial ani slowa,
                  wiadomo). ja juz nie zwracam na to uwagi wink
                  • kinky5 Re: LOVE STORIES 22.10.04, 17:56
                    ja tylko chcialam dodac ze piekne historie sobie tutaj poczytalam.........
                    • mulinka Re: LOVE STORIES 22.10.04, 18:16
                      Hej Azja,
                      sliczna historia
                      i gratuluje magisterki i nowej pracy
                      smile
                      a tata - uroczy!
            • mysiaa9 Re: LOVE STORIES 31.03.05, 14:11
              a nie powinno byc Asia K. ?
              he he he smile
    • jollyvonne wygrany w sieci 20.01.05, 00:05
      To ze jestem mezatkom zawdzieczam:
      1. zbiegowi okolicznosci
      2. zamilowaniu do gry w brydza

      Zaczne od poczatku, czyli jeszcze za czasow drugiego ex:
      Urodzilam dziewczynke. Wiedzialam ze On sobie tego nie zyczyl, mialam urodzic
      mu syna, alem krnabrna i zawzieta i urodzilam corke bo tak sama chcialam.
      Nieposluszenstwo zostalo "ukarane", zostalam sama z niemowleciem, na
      wychowawczym. Nadmiar wolnego czasu wykozystalam na hobby - nauczylam sie grac
      w brydza, a bedac "uwieziona" z mloda w domu nauczylam sie tego wlasnie na
      sieci. Nie dzialal wtedy jeszcze zaden polski internetowy klub brydzowy i bylam
      skazana na amerykanskie, australijskie, angielskie i holenderskie (bo takie
      znalazlam). Zapisalam sie do EBU i postawilam na angoli. Angole jak to angole,
      polskiego nie znaja, ba, nawet sie nie zamierzaja uczyc! Stanelo na tym ze to
      ja sie angielskiego nauczylam, potrzebny mi byl do ustalania systemu z
      partnerami. Na poczatek nauczylam sie systemu brydzowego zwanego Acol, okazalo
      sie jednak ze poza wyspami ma on male zastosowanie, wobec czego nauczylam sie
      jeszcze standartu amerykanskiego, a z rozpedu rowniez kilku innych systemow. W
      polowie drugiego roku dopelnialam swoja edukacje systemem norweskim, i na gwalt
      potrzebowalam norweskiego partnera.
      Viking pojawil sie na horyzoncie w maju. Gralo sie nam bardzo dobrze, gadalo
      jeszcze lepiej. I tutaj zaczyna sie komedia pomylek. W jego profilu widnialo
      czarno-biale zdjecie. Ocenilam jego wiek na zdjeciu na jakies 25 lat, a wiek
      zdjecia na jakies 18, razem ok 43. Tymczasem po drugiej stronie morza moj
      partner widzac nick pod ktorym gralam - DamianW (konto dzielilam z pierwszym
      ex, do glowy mi nie przyszly konsekwencje) byl pewny ze gra z facetem.
      Znajomosc sie rozwijala w kierunku brydzowym i ogolnoprzyjacielskim, az do
      czasu gdy o raz pierwszy napomknelam o dziecku (musialam nakarmic i
      potrzebowalam przerwe w grze).
      -Nieczesto spotyka sie samotnych ojcow - nadeszla wiadomosc od Vikinga.
      -Za to samotne matki jak ja nie sa zadna zadkoscia - odpowiedzialam grzecznie,
      troche tylko zdziwiona ta nagla zmiana tematu.
      -MATKA???" - Viking oslupial - TO TY JESTES KOBIETA???
      Caly czas rozmawialismy po angielsku, a w tym jezyku jak powszechnie wiadomo
      plci sie nie rozroznia gramatycznie przy odmianie czasownikow ... a ja
      przypominam wam, gralam jako moj ex - Damian.
      Dalej wypadki potoczyly sie lawinowo. Viking, ktory juz od dawna czul do mnie
      slabosc i powoli zaczynal podejzewac samego siebie o homoseksualizm (hehe),
      zapragnal kontaktow telefonicznych, a wkrotce potem - zapowiedzial swoj
      przyjazd do PL w ramach 10-dniowych wakacji. Pomna tego ze znam jego wyglad
      tylko z tego starego zdjecia, kazalam sobie wyslac nowe. I wiecie co sie
      okazalo? Viking na zdjeciu mial 25 lat to zgadlam, ale zdjecie nie bylo az tak
      stare jak myslalam, w sumie Viking jest starszy ode mnie tylko o 2 miesiace!
      Jak zapowiedzial, przybyl do PL. Potem ja pojechalam z re-wizyta do Norwegii.
      Znowu on do PL, a ja do N, jakis czas tak sobie jezdzilismy tam i z powrotem,
      drogo to nam wychodzilo jak diabli. Viking jest z wyksztalcenia ekonomista,
      wyszlo mu ze przy owczesnym kursie korony taniej jest kupic w PL pierscionek z
      brylantem niz kolejny bilet na samolot wink
      Jestesmy malzenstwem od 2,5 roku, wciaz strasznie sobie zakochani. Jedno sie
      tylko zmienilo, juz nie gramy ze soba w brydza tak czesto, mamy inne wspolne
      zajecia wink
      • asia.sthm Re: wygrany w sieci 20.01.05, 00:16
        No cudne, po prostu wspaniala historia.smile)))))))))))))
        Haa, na brydza podrywa sie dobrze. Wiem o tym. Tez mam brydzowe poczatki,ale
        nie wirtualne. Plec mozna bylo golym okiem zauwazyc.
      • frankie36 Re: wygrany w sieci 20.01.05, 00:58
        Cudna historia smile))))))))Pozdrow Wikinga od nas
      • ulkaa Re: wygrany w sieci 20.01.05, 07:45
        Jestes urodzona gawedziara !!!
        Historia : cud - miod smile))
        • kurczak1976 Re: wygrany w sieci 20.01.05, 10:50
          Swietna historia!!! Super ze sie tak potoczylo:o))
      • jollyvonne Re: wygrany w sieci 20.01.05, 16:30
        A juz sie martwilam ze nic z mojego slowotoku nie zrozumiecie ... Nie moglam
        jednak ominac kwestii brydzowych, sa za bardzo zwiazane z moim zyciem milosnym,
        obaj moi ex to tez brydzysci big_grin

        jollyvonne
    • sylwek07 Re: LOVE STORIES 20.01.05, 08:47
      Ladne te wasze opowiesci asz sie lza kreci w oku..
    • neeki brazylijski klapek 27.01.05, 17:20
      moej love story nie ma zakonczenia : zyli dlugo i szczesliwie, co zreszta stale
      czytelniczki wiedza doskonale wink
      tak wiec moja najwieksza dotychczas miloscia byl D. , brazylijczyk. poznalismy
      sie w pracy, z ktorej zreszta z tego powodu musialam pozniej odejsc.
      spotkalismy sie przypadkiem na piwie i od tego dnia nie rozstalismy sie przez
      1.5 roku. najdluzej spedzilismy bez siebie chyba 1 dzien.
      na poczatku bylo super, bardzo fajny byl z niego chlopak, wkrotce razem
      zamieszkalismy. na poczatku nie zdawalam sobie sprawy ze on coraz wiecej
      popija. zreszta powiedzmy szczerze bylo nam i tak bardzo dobrze. planowalismy
      wspolna przyszlosc, jakies brazylie, slub itd.
      bylismy nierozlaczni, wszyscy mysleli ze zawsze bedziemy razem. pewnie ze
      zdarzaly sie klotnie, szczegolnie jak jego popijanie przybieralo na sile.
      no i ktoregos dnia wszystko trachlo. moj D zaczal coraz wiecej czasu spedzac
      pijac z kumplami ( lub sam ) i jarajac. ja sie nagle stalam niepotrzebnym
      wyrzuten sumienia. jeszcze probowalismy o ten zwiazek walczyc, chyba za dlugo.
      rozstalismy sie, bylo mi bardzo trudno. boli fakt, ze gdyby nie pil to
      prawdopodobnie bylibysmy bardzo szczesliwi. niemniej jednak niczego nie zaluje.
      zawsze bede kochala czlowieka jakim kiedys byl. tego kim jest teraz niestety
      nawet nie moge powiedziec ze lubie...
      po prawie 3 miesiacach moge powiedziec ze to byla dobra decyzja. przegralam z
      butelka i narkotykami. walczylam z jego nalogami, ale on wybral spokojne picie
      i palenie.zreszta chyba nie moglam tej walki wygrac. teraz mam wreszcie spokoj
      i z nadzieja patrze w przyszlosc. jestem sama, nie wskoczylam w kolejny zwiazek
      bo zrozumialam ze nie tedy droga. skoncentrowalam sie na tym czego chce. moje
      zycie uczuciowe to teraz carte blanche, zobaczymy co bedzie.
      • asia.sthm Re: brazylijski klapek 27.01.05, 17:28
        Smutne i ciezka ta szkola.
        Wiesz, czas teraz na porzadne obuwie tongue_out
        Zycze samego milego za zakretem.
        smile)))
        • neeki Re: brazylijski klapek 27.01.05, 17:32
          ciezka, ciezka, ale co nas nie zabija czyni nas silniejszymi. czegos mnie to
          doswiadczenie nauczylo.
          a obuwie rzeczywiscie bede wybierac porzadniejsze. jak to powiedzial mi D kiedy
          ostatni raz sie widzielismy : nie warto oddawac serca zbyt latwo i byle komu.
          przynajmniej tu mial racje.
          • asica74 Re: brazylijski klapek 27.01.05, 19:20
            neeki szkoda, ze tak, ale dobrze ze sie czegos nauczylas i ze wyszlas z tego
            obronna reka. Bo pamietaj: urodzilas sie by chodzic w sloncu, w ladnych
            pantofelkach!
    • gherarddottir Re: LOVE STORIES 30.01.05, 21:50
      no to rzeczywiscie historia jak z bajkismile
    • suomen_poro polsko-finska :) dlugie strasznie 02.02.05, 17:33
      jako, ze partyjny regulamin wymaga coby klawiatury nie oszczedzac to pisze.
      zanim przejde do wlasciwej polsko-finskiej love story kilka slow o mnie,
      cobyscie wiedzialy jakie ze mnie ziolko smile
      urodzona w roku malpy, znaku strzelca w malej miescinie na Dolnym Slasku. w
      wieku lat 15 zaparlam sie, ze chce do LO we Wroclawiu. rodzice rozwaznie sie
      nie sprzeciwiali, a wrecz zachecali. wyladowalam w szkole siostr urszulanek...
      ehem. spuszczam zaslone milczenia na moje wybryki tamze smile
      po maturze stwierdzilam, ze Wroclaw jest fajny, ale 4 lata to wystarczajaco
      dlugo i wyjechalam na studia do Krakowa. ah, oczywiscie przez lata LO
      zakochiwalam sie z czestoliwoscia raz na pol roku. rzecz jasna chlopak owczesny
      na krakow sie nie zgadzal- plakal, krzyczal grozil... rozpadl sie ten zwiazek
      (jak i poprzednie)- mialam szczescie do panow, ktorych marzeniem najwiekszym
      bylo zamknac mnie w zlotej klatce, zakneblowac (bo pyskata feministka ze mnie)
      i pokazywac kolegom jako przyklad poskromienia zlosnicy... w krakowie tez sie
      platalam w rozne przygody erotyczno-milosne, az w polowie drugiego roku
      zamieszkalam w bardzo studencko-dekadenckim mieszkaniu opanowanym przez dwie
      nieustannie zwalczajace sie frakcje filozofow (gwoli scislosci: analityczni vs
      cala reszta). tamze uleglam zgubnej fascynacji filozofia egzystencjalna,
      zaczelam sie ubierac na czarno i robic inne balwanstwa jak np. zakochanie sie w
      jednym z egzystencjalnych. a mieszkalismy pod jednym dachem. matusia
      ostrzegali, ale nie sluchalam. mniej wiecej po roku z hakiem przejrzalam na
      oczy (no bo ile mozna dyskutowac o heidegerze?) i okazalo sie, ze chlopak jest
      zupelnie przecietny, a wrecz niezyciowy. nie interesowalo go zycie prawdziwe-
      marzyl, snul sie, a glownym zajeciem bylo marudzenie. a ja chcialam inaczej-
      podrozowac, poznawac ludzi, swiat... wiedzialam, ze z nim sie nie uda (a samej
      nudnawo), ale szkoda mi bylo chlopiny- tak po prostu go porzucic. nie moglam
      sie zebrac i mu powiedziec. dalej razem mieszkalismy, a ja myslalam jak z nim
      zerwac. wreszcie nadarzyla sie okazja, zeby troszke odmienic swoje zycie: w
      polowie III roku dostalam roczne stypendium do szwecji- wyjazd w sierpniu.
      oczywiscie chlop (juz byl watek nt toksycznych z polski) bardzo sie
      sprzeciwial, szantazowal i co tam jeszcze. ale ze szwecja byla moja wymarzona
      od dzieciectwa to sie zaparlam i pojechalam. jak tylko wyladowalam w szwecji
      rozstalismy sie- za porozumieniem stron.
      szwecja odurzyla mnie pierwszego dnia. z mojego uniwerku pojechalo 5 osob, po
      wspolnej 40-to godzinnej podrozy autobusem, promem i pociagiem moglismy juz
      konie ze soba krasc. zakwaterowano nas w akademiku- fantastyczna miedzynarodowa
      (pewnego dnia policzylismy ze bylo nas tam 35 narodowosci. na niecale 90
      osob...) atmosfera, wode mozna pic z kranu, sauna... no po prostu rewelacja
      kompletna. oczywiscie od poczatku bardzo intensywnie sie zapoznawalismy i
      uczylismy sie jezykow (glownie "na zdrowie". do tej pory pamietam chyba z
      dwadziescia)...
      na kolejnej z imprez "zapoznawczych" wyszlam sobie zapalic i troche
      przewietrzyc glowke. stala tam dosc spora i glosna grupka- dolaczylam do nich,
      rozmawiali w jakims tajemniczym i cudownie brzmiacym jezyku- okazalo sie ze
      finski. nauczyli mnie kilku przeklenstw (a jakze, najlepsza zabawa na
      wieczorkach zapoznawczych u erasmusowcow), posmialismy sie. wszystko dosc
      halasliwe i malo wyrafinowane generalnie. po chwili wiekszosc weszla do srodka,
      a ja zostalam z nietypowo przystojnym blondynem, ktory przez czas tych wyglupow
      byl raczej cichy. zaczelismy sobie rozmawiac- czarowal mnie po wlosku, jakie to
      mam piekne oczy itp. po wlosku, bo kilka lat tam pracowal a teraz mu sie
      zamarzyla zmiana profesji i zdecydowal sie na dalsze studia. no i tak sobie
      gaworzylismy przyjemnie, coraz bardziej mi sie podobal i kombinowalam jakby go
      tu naprowadzic na trop jakiejs randki. nagle podchodzi do nas jakas koszmarnie
      brzydka i nieksztaltna dziewczyna (no, przynajmniej wtedy tak mi sie wydawalo.
      generalnie to chyba nie byla taka straszna...) i pyta czy moga juz wracac do
      domu, bo jej sie nudzi... no i popatrzyla na mnie takim wzrokiem koszacym, wiec
      bylam pewna, no wiecie... na co moj blondyn skwapliwie zakonczyl konwersacje,
      zawinal kite i poszedl z Nieksztaltna. uh. normalnie bym sie nie przejela, ale
      nie tym razem...
      na dzis koniec, przynajmniej dotarlam do poczatkow. jutro bedzie o spotakniu
      3go stopnia po treningu Takewon Do.
      pozdrawiam i mam nadzieje ze nie zanudzilam smile
      • aneta05 Re: polsko-finska :) dlugie strasznie 02.02.05, 19:31
        No i co bylo dalej...ja muszem wiedziec!!!
        Teraz nie moge do pracy wrocic bo mnie strasznie Nieksztalatna zdenerwowala.
      • ponponka1 Re: polsko-finska :) dlugie strasznie 02.02.05, 21:09
        suomen_poro napisała:

        > jako, ze partyjny regulamin wymaga coby klawiatury nie oszczedzac to pisze.
        > zanim przejde do wlasciwej polsko-finskiej love story kilka slow o mnie,
        > cobyscie wiedzialy jakie ze mnie ziolko smile
        > urodzona w roku malpy, znaku strzelca w malej miescinie na Dolnym Slasku. w
        > wieku lat 15 zaparlam sie, ze chce do LO we Wroclawiu. rodzice rozwaznie sie
        > nie sprzeciwiali, a wrecz zachecali. wyladowalam w szkole siostr urszulanek...
        > ehem. spuszczam zaslone milczenia na moje wybryki tamze smile
        >


        Witaj - tez jestem ciekawa dalszej historii ale pozwole sobie na prywate
        Ja tez chodzilam do urszulanek - ale Rybnickich. Czolem kolezanko!!!!!
        Serviam nie dostalam, bom tez rogata dusza byla i wygadana niezle - co mi nie
        przeszlo i sie uwidacznia na forum smile)))
        I ja tez mam duzo wspolnego ze Skandynawia - tyle ze ta zachodnia strona smile)))))

        Cmok - no gdzie ten smok??????
        • jollyvonne Re: C. D. N. 02.02.05, 21:50
          > suomen_poro napisała:
          na dzis koniec, przynajmniej dotarlam do poczatkow. jutro bedzie o spotakniu
          3go stopnia po treningu Takewon Do. Pozdrawiam i mam nadzieje ze nie
          zanudzilam smile

          Tak nas zostawic? Zaostrzyc apetyt i sobie pojsc?
          Ustrzelila nas z tego swojego luku, jak to malpa wink
          No to czekamy ...

          jollyvonne
          tez strzelec, tez gadula, tez z krzyzem na fladze :o)
        • suomen_poro Re: polsko-finska :) dlugie strasznie 03.02.05, 14:59
          ha ha, ja tez Serviam nie dostalam za rogatosc duszy. Malo tego, w IV klasie
          tak balam sie ze nie zdam matury, ze zostalam ministrantem!
      • bietka1 Re: polsko-finska :) dlugie strasznie 03.02.05, 00:28
        Bardzo mnie zaintrygowalas i juz nie moge sie doczekac... mam nadzieje, ze nie pozwolisz zbyt
        dlugo czekac...
        tym bardziej, ze moj zwiazek tez ma swoje korzenie na wymianie erazmusowej smile))
      • suomen_poro Re: polsko-finska :) CD 03.02.05, 15:10
        ha, widze, ze odzew pozytywny... wiec pisze dalej
        wiec Blondyn po swoim okrutnym wyczynie z Nieksztaltna siedzial mi w glowie
        przez nastepne dni, ale ku udreczeniu mej duszy nie widywalam go- nie mieszkal
        w akademiku tylko wynajmowal mieszkanie. dosc czesto miedzynarodowa grupka
        chadzalismy na rozniste imprezki, w miedzyczsie zaczal sie rok akademicki i
        dosc powazne wkuwanie. Blondyna spotkalam ze dwa razy, raz nawet dyskutowalismy
        do rana na after-party, ale bylam przekonana, ze Nieksztaltna zawladnela jego
        sercem i nic z tego nie bedzie. Na kolejnej imprezie, na ktorej go nie bylo (a
        bardzo liczylam ze bedzie) nie wytrzymalam i po solidniejszym "odstresowaniu
        sie" podeszlam do jego wspolokatora zapytac primo: gdzie moj Blondyn jest jak
        go tu nie ma, a secundo: co go laczy z Nieksztaltna? No i dowiedzialam sie, ze
        blondyn pojechal na Octoberfest spotkac sie z przyjaciolmi, a Nieksztaltna to
        owszem ma na blondyna ochote, ale blondyn na nia nie bardzo. I laczy ich li
        tylko wspolna kuchnia, lazienka i przedpokoj. Bo w 3 mieszkali razem. No to
        kamien z serca.
        Ktoregos wieczora wracalam z kolezanka z treningu Taekwon Do i po drodze
        zahaczylismy o laba komputerowego na uniwerku- sciagnac jakies materialy na
        zajecia. Nagle wchodzi moj blondyn. Zza plecow slysze oczywiscie komentarze
        kolezanki po polsku- "no to bierz sie do roboty", "dobra okazja" i tym podobne,
        bo rzecz jasna wiedziala, ze mi sie Blondyn podoba. Na co ja (zdziwilona
        niemile wlasna reakcja) stanelam w pasach i czerwieniach, spuscilam wzrok i
        wybakalam jakies niemrawe "hi"... Co za wstydzior, jak pensjonarka! Po chwili
        kolezanka zostawila mnie sama na polu bitwy i pojechala do akademika. Blondyn
        siedzial przede mna- wiec nijak sposobnosci do konwersacji. Ja stwierdzilam, ze
        nie wyjde z laba dopoki jakos ten chlop na mnie nie zareaguje... niechby do
        rana! Bojowo bylam nastawiona- raz ze adrenalina podniesiona po treningu, a
        dwa, ze caly czas musialam brac pod uwage konkurencje w postaci Nieksztaltnej
        (niby Blondyn nie ma ochoty, ale wiadomo, ze kropla drazy skale czestym
        padaniem) No wiec zaczelam sobie czytac scenariusz do Graala i chichotac sama
        do siebie, bo to smieszne bylo niemozebnie. Pomyslalam, ze wezme go na
        przetrzymanie. Po dobrej godzinie widze, ze Blondyn sie nerwowo kreci na
        krzesle, wiec uznalam ze czas sie zbierac i moze zareaguje. Z wyrazna ulga
        zareagowal wzorcowo: na moje "see you" powiedzial, ze on tez "wlasnie
        wychodzil". Rozmawialismy sobie na zewnatrz (a zimno jak cholera), nagle on mi
        proponuje kolacje. Dzisiaj. Tylko wsiadamy w autko i jedziemy. Bo strasznie
        chcialby mi cos ugotowac... Na koncu jezyka mialam "tak", ale sobie
        przypomnialam, ze wracam z tego nieszczesnego treningu i najzwyczajniej w
        swiecie smierdze, bo akurat sie zepsuly prysznice w szatni... No i zaczelam cos
        kombinowac, ze na rowerze przyjechalam no i nie bardzo. On sie wpatruje we mnie
        tymi niebieskimi wielkimi oczyma, ja czuje ze miekne, rozplywam, tone w tych
        oczach po prostu, a gdzies tam z tylu glowy sie kolacze ten trening i brak
        prysznica i wiem ze jak tylko sciagne kurtke to Blondyn sie zniecheci raz na
        zawsze, bo akurat tego dnia trener byl bezlitosny. Dodatkowo mialam na
        przedramionach dwa potezne siniaki, po prostu miodzio. Romantycznie jak
        cholera. Nagle czuje, ze najzwyczajniej w swiecie sie calujemy na tym mrozie,
        na parkingu przed uniwerkiem! Wzial mnie z zaskoczenia, skubaniec, jak sie w
        tych jego oczach topilam...
        Tak mnie oszolomil ten pocalunek, ze prawie sie z treningu i smierdzenia
        wyspowiadalam... Na szczescie zachowalam resztki rozumu i musztry
        urszulanskiej, bo umowilismy sie na kolacje na nastepny dzien. Mial po mnie
        przyjechac do akademika.
        Przygotowania do randki zajely mi caly dzien, przy dzielnej asyscie kolezanek
        (nawet bielizne mi wybraly!), ktore potem na zmiane czatowaly w hallu, zeby mi
        dac znac ze przyjechal (no bo bron Boze nie moglam pokazac, ze na niego
        czekam... chociaz siedzialam jak na szpilkach). Randka byla absolutnie
        czarujaca. Nie dosc, ze Nieksztaltna kilka dni wczesniej sie wyprowadzila, to
        drugi wspolokoator tez gdzies sie kulturalnie wyekspediowal. Blondyn
        przygotowal absolutnie fascynujace jedzonko, fantastyczne wino (zupelnie nie
        wiem jak trafil w moja ulubiona Rioje...) swiece, cichutko grajacy jazz...
        marzenie. Jezeli do tej pory nie bylam zakochana to podczas tej randki wpadlam
        jak sliwka w kompot smile
        Kolejne spotkania byly rownie czarujace... niezaleznie czy bylo to wyjscie na
        impreze w wiekszym gronie, czy romantycznie we dwojke... Potem byl Sylwester w
        Pradze, po ktorym przyjechal do PL poznac moja rodzinke. Rodzinka polubila
        Finiatko bardzo, mimo ze communication breakdown byl kompletny- ani Babcia ani
        Mama nie mowia po angielsku tylko po niemiecku ewentualnie, Siostra ciut po
        angielsku, tylko Mamy malz dosc plynnie. Ale bylo bardzo milo. W lutym
        pojechalismy na kolo podbiegunowe przedstawic mnie jego rodzince (tu musicie
        wiedziec, ze jego Mama prawie spadla z krzesla jak sie dowiedziala ze syn
        przyjezdza przedstawic dziewczyne- to u nich ponoc dosc powazna
        deklaracja...) . Podobniez komunikacja bardzo meczaca fizycznie, bo trzeba
        namachac sie rekami i glosno mowic (wiadomo, ze zrozumieja). Po wstepnych
        zapoznaniach pojechalismy we dwojke na 3dniowe sniezne safari skuterami
        snieznymi. Spedzilismy 3 dni w drewnianym domku "in the middle of nowhere", bez
        pradu i biezacej wody ale za to z sauna. Jedno z najpiekniejszych wydarzen
        mojego krotkiego badz co badz zycia... Do sauny musielismy stopic snieg i
        napalic w takim wielgachnym piecu... A po saunie stalismy nago na zewnatrz,
        wokol cisza absolutna a nad nami przepiekna zorza polarna...

        Alez sie rozmarzylam...
        .....
        .....
        Ale to nie jest jeszcze happy end... Na drodze naszego szczescia stanely
        kolejno: moja glupota, brak odpornosci na upaly i pewien przystojniak z
        wschodniej Polski...
        To juz nastepnym razem, bo literki na klawiaturze sie zacieraja wink
        • mulinka Re: polsko-finska :) CD 03.02.05, 15:55
          wink)
          powtorze raz jeszcze : swietnie piszesz
          (czekamy na ciag dalszy!)
          i...znalazlam ceche wspolna smile
          i ja i Moje Kochanie uwielbiamy Rioje
          smile
        • kash0303 To sie podciaga pod tortury;)))) 03.02.05, 16:08
          I co ja mam teraz zrobic do nastepnego odcinka????????? Normalnie tortury na
          skale niektorych siostr Urszulanek (ha!!! Ja tez chodzilam do wroclawskich, ale
          tylko 1,5 roku). Paczkow robic nie umiem (i wole sie nie uczyc, bo juz i tak
          mam wystarczajaco zbednych kilogramow). Razem z ukochanym M. umawiamy sie na
          diete od Nowego Roku, ale ciagle cos nam przeszkadza, zeby zaczacwink))

          pzdrfka

          Kasia

          P.S. A jak miala na imie ta siostra od biologii (chodzi mi teraz po glowie i ni
          w zab przypomniec sobie nie moge)? Chyba cos na B....
          • gherarddottir Re: To sie podciaga pod tortury;)))) 03.02.05, 18:16
            dziewczyny! powoli zaczelam lapac jakas paranoje ze tu wszytskie wyktszlacone
            przez siostry zakonne?smile czy ja sie yle, czy jest was 4??smile
            • kash0303 Do gherarddottir 03.02.05, 19:18
              > dziewczyny! powoli zaczelam lapac jakas paranoje ze tu wszytskie
              wyktszlacone
              > przez siostry zakonne?smile czy ja sie yle, czy jest was 4??smile

              Ja sie doliczam 3 (ja, ponponka i suomen_poro). Kto ten czwarty/a?


              • asica74 Re: Do gherarddottir 03.02.05, 19:21
                syswia bodajze?
                • gherarddottir Re: Do gherarddottir 03.02.05, 19:30
                  wlasnie to syswia smile dzieki za podpowiedzsmile)
                  ale zbiegi okolicznosci tu sie zbiegly hehesmile)
          • ponponka1 Re: To sie podciaga pod tortury;)))) 03.02.05, 18:46
            W Rybniku, w latach 1986-1990, byla Siostra Barbara, pseudonim Barbarka - malo
            oryginalnie ale jakos pasowalo do niej smile)))) Pamietam jak na wiesc ze zlamala
            noge cieszylysmy sie, ze nie bedzie biologii a ona na zajecia na wozku
            przyjechala ...hehehehehehehehehee. Przez cztery lata nie przepadla nam ani
            jedna godzina!!!! Zyleta i pila to ona byla okropna ale za to uklady krazenia,
            miesniowe i kostne recytuje w nocy o polnocy do dzis!!!!

            Cmok (jaki smok???)
            • suomen_poro Re: To sie podciaga pod tortury;)))) 03.02.05, 19:06
              ta od biologii we Wroclawiu to Rafaela. Troche wygladala jak zaba. Z baardzo
              ciekawych imion to pamietam jeszcze Oktawie (geografia)... i zadna mi do glowy
              nie przychodzi wiecej! skleroza! a bylo ich kilka... hmm...
              one chyba wszystkie takie pily sa, we krwi to maja bestie. przez oktawie
              niektore sie budzily w zlane potem w srodku nocy i krzyczaly lewe doplywy
              Wisly... A Graza od chemii? To dopiero kosa... rownania molowe do dzis mi sie
              snia wink

              • kash0303 Re: To sie podciaga pod tortury;)))) 03.02.05, 19:14
                > ta od biologii we Wroclawiu to Rafaela.

                RAFA!!!!!!! O wlasnie o nia mi chodzilo!!!!!!!! Dzieki. No coz z moja pamiecia
                jest najwyrazniej kiepsko.

                > ciekawych imion to pamietam jeszcze Oktawie (geografia)...

                Moja wychowawczyni...

                > one chyba wszystkie takie pily sa, we krwi to maja bestie. przez oktawie
                > niektore sie budzily w zlane potem w srodku nocy i krzyczaly lewe doplywy
                > Wisly...

                Mi akurat wulkany, bo kazala mi sie jedza przygotowac z tematu, a potem nigdy
                nie odpytala.... Ale tez mam je w malym paluszku (no mialamwink))

                A Graza od chemii? To dopiero kosa... rownania molowe do dzis mi sie
                > snia wink

                Tej nie znam - akurat od chemii byla jakas swiecka kobitka.

                A tak swoja droga to kiedy konczylas?

                pzdrfka

                Kasia
            • kash0303 Do ponponka1 03.02.05, 19:09
              > W Rybniku, w latach 1986-1990, byla Siostra Barbara,

              Mnie chodzi o Wroclaw, lata bardziej 1988-1991. Chyba tez byla na B. (straszna
              moralizatorka, co to ostrzegala nas dziewczynki przed zwiazkami mesko-damskimi.
              Raz to nam opowiedziala piekna historie jak to spogladala sobie przez okno ze
              swojej celi - a ze wychodzilo na jakis akademik naprzeciwko - natrafila na
              scene milosna, a raczej, jak to nam opowiadala, 'dziewczyna napastowala
              chlopaka'. Ponoc bronil sie dzielnie chlopina, ale .... (dalej chyba nie
              dokonczyla). Chodzilo o to, zeby nam uzmyslowic, ze my Urszulanki nie
              powinnysmy tak postepowac.

              Tak sobie o niej pomyslalam jak zaczelam czytac historie finlandzko-polska i
              teraz caly czas zachodze w glowe jak tez miala na imie. Nie cierpie tych
              zanikow pamieci - pewnie mi sie w koncu przysniwink))

              pzdrfka

              Kasia
              • ponponka1 Re: Do ponponka1 03.02.05, 19:20
                kash0303 napisała:

                > > W Rybniku, w latach 1986-1990, byla Siostra Barbara,
                >
                > Mnie chodzi o Wroclaw, lata bardziej 1988-1991. Chyba tez byla na B. (straszna
                > moralizatorka, co to ostrzegala nas dziewczynki przed zwiazkami mesko-damskimi.
                >
                > Raz to nam opowiedziala piekna historie jak to spogladala sobie przez okno ze
                > swojej celi - a ze wychodzilo na jakis akademik naprzeciwko - natrafila na
                > scene milosna, a raczej, jak to nam opowiadala, 'dziewczyna napastowala
                > chlopaka'. Ponoc bronil sie dzielnie chlopina, ale .... (dalej chyba nie
                > dokonczyla). Chodzilo o to, zeby nam uzmyslowic, ze my Urszulanki nie
                > powinnysmy tak postepowac.
                >
                > Tak sobie o niej pomyslalam jak zaczelam czytac historie finlandzko-polska i
                > teraz caly czas zachodze w glowe jak tez miala na imie. Nie cierpie tych
                > zanikow pamieci - pewnie mi sie w koncu przysniwink))
                >
                > pzdrfka
                >
                > Kasia

                hehheheehehehe...nasza nie moralizowala...tak byla zajeta wbijaniem do naszych
                glow biologii smile))) Ale za to trzy dziewczyny z mojego rocznika bez dodtakowych
                korkow dostaly sie na medycyne smile))))
                A obok naszej szkoly bylo technikum gastronomiczne - wiadomo, chlopakow tam jak
                rodzynkow w drozdzowym ciescie sad((( Na zabawe karnawalowa zapraszalysmy zatem
                chlopakow z technikum gorniczego....heheheehehe...ze swoimi nie mozna bylo
                przychodzic!!!! Dopiero na studniowke - ale to juz i pelnoletnosc i maturalna
                klasa....Jejku ale w sumie milo wspominam. Spotykamy sie rocznikiem maturalnym
                co piec lat w szkole - w tym roku 15-lecie matury....ale ten czas szybko plynie

                Cmok (jaki smok?)
              • syswia Re: Do ponponka1 04.02.05, 03:39
                Ech, nam siostry zapraszaly na zabawy taneczne chlopcow z gwardii
                reprezentacyjnej WP (jednostka byla po sasiedzku Nadwislancow bodajze). Bylo na
                czym oko (i nie tylko) zawiesic, he he he
                • viki2lav Re: Do ponponka1 04.02.05, 10:45
                  piekne, a ze watki moga trwac do 2500, to duzo jeszcze czytania przed namiwink
                  moze i mnie w koncu poniesie coby wam opowiedziec zmagania z sercem i sloneczna
                  Italia
        • gherarddottir Re: polsko-finska :) CD 03.02.05, 18:15
          no piekna historia i juz czekam na ciag dalszy.
          na marginesie dodam jako zem takze z polnocnym zwiazana co cala partai wie, ze
          jak pojechalam pierwszy raz do babci a bylo to w czerwcu i lezal snieg to
          wszyscy sie ze mnie nabijali (po cichu ale jednak) i chodzili nie ogladac sobie
          bom odziana byla w letnie klapki i nie mialam ze soba nawet swetra (mily moj
          mnie uprzedzal, ale wiadomo ze w czerwcu w Polsce sa upaly hihih
          na marginesie dodam ze babcia mojego meza ma 185 wzrostu i jego mama tez cos
          kolo tego wiec czulam sie jak zmarzniety karzelek smile))

          a zorze polarna tez widzialam rozowo-zileona mknaca po niebie wlasnie na
          polnocy pierwszy raz (niestety nie bylismy na golaska, a moglo byc tak
          pieknie smile)))
      • suomen_poro polsko-finska part III 03.02.05, 19:11
        No to kontynuuje:
        A teraz krach:
        Nie uwierzycie w moja glupote. W lipcu on polecial do UK, bo akurat dostal
        dobra oferte pracy a ja z powrotem do Krakowa dokonczyc studia. W zalozeniu rok
        rozlaki, z jakimis rzadkimi widzeniami. Tesknilismy za soba okrutnie. Codzienne
        telefony (puszczam w otchlan niepamieci wysokosc rachunkow) i setki smsow. W
        czasie wakacji nie pojechalam do Londynu go odwiedzic, bo sleczalam nad praca
        magisterska do Szwecji (mialam napisac tam, ale jakos nie mialam do tego
        glowy...). On nie mogl przyleciec do mnie bo urlop przyslugiwal mu dopiero od
        wrzesnia. Na wrzesien od dawien dawna byl zaplanowany zjazd erasmusowy do
        Hiszpanii. Cos kolo 3tyg. Mielismy sie spotkac tam, ale ostatecznie Finiatko
        nie dostalo urlopu. I pojechalam ze wspomniana juz wyzej (w czesci I) ekipa z
        Polski. Hiszpania, piekna Hiszpania... chyba upal scial mi mozg, bo zamiast
        myslec o Finiatku zaczelam zerkac na kolege z Polski- nazwijmy go
        Przystojniakiem.Znalismy sie ze szwecji i przez rok bylismy, moze nie
        przyjaciolmi, ale kumplami. Przystojny nieprzecietnie, a poza tym taki typ, ze
        wszyscy go lubia. I tak zerkalam na niego, on na mnie, az.... Tak, tak moje
        drogie- rzucilam moje Finiatko dla Przystojniaka o twardym sercu i
        szowinistycznych zapedach (ale o tych cechach dowiedzialam sie pozniej)... Az
        serce mi placze jak o tym mysle crying Rzecz jasna wtedy wydawalo mi sie, ze jest
        to najsluszniejsza decyzja pod sloncem... Strasznie ten zwiazek byl nieudany...
        znowu mi sie trafil toksyczny. Finiatko caly czas do mnie pisalo- a to na
        urodziny kartka, a to na swieta... Czasami wysylal smska milusiego i zawsze
        trafial w taki moment, ze Przystojniak mnie zranil albo bylismy pokloceni...
        Jakies sensory emaptii ma chyba wbudowane (tym bardziej, ze o Przystojniaku nie
        wiedzial. Nie chcialam byc zabojczo szczera. chyba czasami tak jest lepiej...)
        W styczniu pojechalam do Estonii na krotki staz (ok miesiaca), a przystojniak
        zadzwonil i mnie poinformowal, ze wyjezdza na pol roku do Francji. Miesiac
        pozniej dostalam SMSa (sic!) ze to koniec. Nie wiem czemu, ale rozpaczalam jak
        szalona. Ocieralam sie o stany depresyjne... chyba docieral do mnie bezmiar
        wlasnej bezmyslnosci, glupoty i tego jak strasznie zranilam Finiatko. Do tej
        pory mnie mrozi jak o tym pomysle. Tragedia. Ktoregos kwietniowego poranka
        zadzwonil telefon... Finiatko. Ze chcialby zobaczyc jak Krakow wyglada majowa
        pora i ma juz bilet na weekend majowy i zabukowany hotel i czy mialabym ochote
        pojsc z nim na kawe. Odruchowo powiedzialam mu, zeby nie wydawal kasy na hotel,
        ja mam spore mieszkanie i jestem w nim sama, wiec w ogole nie ma problemu. W
        tym calym moim wewnetrznym poranieniu po ostatnim zwiazku w ogole nie myslalam
        o tym, zebysmy do siebie wrocili. Taka w zasadzie przysluga... Opornie, ale sie
        zgodzil. Az do momentu kiedy go zobaczylam w bramce "international arrivals" na
        Balicach, wydawalo mi sie, ze uczucie wygaslo... Do wieczora 31 kwietnia
        tlumilam w sobie wszystkie emocje, staralam sie byc racjonalna... Tegoz dnia
        poszlismy na impreze na Rynku z okazji wstapienia Polski do UE. Podziwialam
        spokojnie fajerwerki, kiedy objal mnie w pasie... I wszystko bylo z powrotem na
        swoim miejscu. Jakbysmy nigdy sie nie rozstali... brakuje mi slow, zeby opisac
        moj i jego stan w czasie tegoz weekendu. Euforia, radosc z odnalezienia sie na
        powrot... I bezdenna rozpacz 4 maja gdy wracal do Londynu. Zupelnie jakbysmy
        nagle stali sie jedna istota ktora ktos nagle, zupelnie niepotrzebnie
        rozdzieral na polowy.
        Pod koniec czerwca obronilam sie, tydzien pozniej spakowalam walizke i lecialam
        do Anglii zdecydowana rozpoczac zycie z moim Finiatkiem... I tak zyjemy sobie
        szczesliwie w malenkim studio w poludniowo-wschodnim Londynie...
        The End smile

        dziekuje wytrwalym!
        • ponponka1 Piekne!!!!! 03.02.05, 19:24
          Jakie piekne!!!!!!
          lezka mi sie zakrecil w oku smile
          Duzo szczescia Wam obojgu zycze smile)))

          Cmok cmok cmok (jaki smok?)
          • gherarddottir Re: Piekne!!!!! 03.02.05, 19:30
            duzo wytrwalosci i przyjezdzajcie do Finaldii to sie bedziemy odwiedzac
            hihiismile))
            • monhann2 Re: Piekne!!!!! 03.02.05, 22:17
              Piekne, rzeczywiscie!!
              Jak w filmie.
              Dobrze, ze sie szczesliwie dla Was skonczylo!
              smile))
        • bietka1 Re: polsko-finska part III 04.02.05, 01:00
          Masz tak lekkie pioro, ze czyta sie jednym tchem. Historia zreszta tez sympatyczna.
          Zycze ci duzo szczescia smile
          • greentea2 Re: polsko-finska part III 04.02.05, 01:03
            Bardzo fajnie napisane. Zyze wiele szczescia.
            No i koniecznie musisz dolaczyc do nastepnego zjazdu komitetu londynskiego smile)
    • semantics DUZA PROSBA 04.02.05, 10:59
      Dziewczyny, ja bardzo prosze, to mial byc taki sympatyczny watek o NASZYCH milosciach i jak
      wpadlysmy jak sliwka w kompot smile A nie o tym jak bylo w liceum lub jakie przygody maja siostry
      zakonne.
      Dzieki!
      • suomen_poro Re: DUZA PROSBA 04.02.05, 12:23
        to z mojej winy smile przyznaje bez bicia, ale wyszlo przypadkiem
        dyskusja zakonna juz przeklejony do osobnego watka.
    • ulkaa Re: LOVE STORIES 07.02.05, 15:05
      Semi, ale pieknie opisalas swoja Love Story...
      Najbardziej wzruszyly mnie te listy drukowane z komputera i skladane do pudelka.
      Ja tez kiedys znalam takiego jednego poete.
      On mi po dwudziestu latach powiedzial, ze ma wszystkie moje listy w pudelku-
      schowane gleboko w sejfie i czasami jak zateskni, to czyta. Ja juz nie pamietam
      tych listow , ale on mi przypomnial ich tresc.
      Semi , happy end bedzie , zobaczysz. Macie siebie - to najwazniejsze.
      Odnalezliscie sie ,a nie ma nic gorszego , niz sie kiedys zgubic i juz nigdy
      nie odnalezc. Pozdrawiam cieplutko - ulka
      • sylwek07 Re: LOVE STORIES 07.02.05, 15:59
        ja tez tak robie ze skladam e-mial od dziewczyn bliskich mi sercu smilei fajnie
        tak poczytac w pochmurne dni ...
        • goldstueck Re: LOVE STORIES 10.02.05, 11:48
          jaaaaaki pieeeeekny watek, dziewczyny nie konczcie opowidac, siedze jak
          zaczarowana!!!! az mi zal ze nie mam takiej historii do opowiadania, zal, zal w
          sercu placze... ale co tam! zycie przed nami! calusy z berlina
    • sylwek07 Re: LOVE STORIES 10.02.05, 14:07
      goldstueck ja tez lubie poczytac ale potem za duzo mysle nad swoim zyciem i
      dochodze do wniosku ze to co przeczytalem mi sie nie narazie nie sprawdza
      chociaz proboje i popadam w dolka,,ale po jakims czasie wracam do tzw normy
      • goldstueck Re: LOVE STORIES 10.02.05, 22:12
        kursze ja wlasnie jestem na etapie rozwodu i nic wesolego nie moge napisac, ale
        mam wielka nadzieje, ze sie jeszcze zakocham a wtedy dam popalic z jakas piekna
        historyjka. kurcze bardzo bym sie zakochala, bardzo chetnie. ech, chlopy gdzie
        jestescie? no gdzie????
        • jan.kran Re: LOVE STORIES 13.02.05, 12:22
          Przeczytalam jednym tchem i czekam na wiecejsmile)))
          Dobrze mi te historie zrobily , bo choc nie mam zamiaru nic do nich dopisac to
          ciesze sie ze tyle milosci dookolasmile))
          Mialam meza ktory byl bratem blizniakiem wszystkich kolejnych facetow i.p
          freely:-pppp
          Wynioslam z malzenstwa dwoje super dzieci ( ciekawe do kogo sie wdaly smile))) i
          dobre stosunki z exem. To ostatnie zajelo mi trzy lata:-ppp
          Sciskam. Kran.
          • ulkaa Re: LOVE STORIES 13.02.05, 12:31
            Ja tez sciskam bardzo mocnosmile))
            Czlowiek wiele zniesie, kiedys w to nie wierzylam, ale teraz juz tak.
            Ula, jesli bede kiedys w Twoich okolicach
            i cos mi sie przypadkiem stanie , to oddam sie tylko
            w Twoje wykwalifikowane pielegniarskie rece.
            Sorry za skrecenie watku wink
            Ulka
            • jan.kran Re: LOVE STORIES 13.02.05, 12:49
              ulkaa napisała:

              > Ja tez sciskam bardzo mocnosmile))
              > Czlowiek wiele zniesie, kiedys w to nie wierzylam, ale teraz juz tak.
              > Ula, jesli bede kiedys w Twoich okolicach
              > i cos mi sie przypadkiem stanie , to oddam sie tylko
              > w Twoje wykwalifikowane pielegniarskie rece.
              > Sorry za skrecenie watku wink
              > Ulka

              Pielegniarka to ja moze bede za pare latsmile)) Na razie tylko sprzatam.
              Jak bedziesz w moich okolicach i nic Ci sie nie stanie to zawsze mozemy napic
              sie kawysmile))) Kran.
              • jennifer_e Dwie w jednym 20.02.05, 17:46
                No to teraz ja sie dolacze. Dwie w jednym bo wszystko przeciez musi byc w swoim
                kontekscie.
                Jakims dziwnym trafem na czwartym roku studiow zwiazalam sie z Intelektualista.
                Juz bardzo wkrotce po zamieszkaniu razem okazalo sie, ze jest on typowym
                przykladem mamisynka-dwie-lewe-rece-ktory-wiecej-gada-niz-robi. W naszym
                gniazdku on najchetniej powiesilby grafik kto kiedy pozmywal naczynia i zmyl
                podloge w lazience, mimo, ze on nie pracowal, a ja konczylam studia dzienne i
                pracowalam w miedzyczasie. Szybko okazalo sie, za idealna partnerka dla mojego
                Intelektualisty musi byc nie tylko piekna i intelignetna ale rowniez umiec
                porzadnie wyprac jego skarpeki a w niedziele na stol podac trzydaniowy obiadek
                i ciasto. Piekna i intelignetna to chyba jego zdaniem bylam (hihi) bo usilowal
                mnie wytrenowac. Kiedy odmowilam prania skarpetek to z mina skrzywdzonego
                chlopczyka nosil je do mamusi. Kiedy zasugerowalam, ze skoro on siedzi caly
                dzien w domu to moze by cos ugotowal jak ja wroce wieczorem z pracy - on
                poszedl na obiad do mamusi.
                Jakoze Intelektualista to chlopak byl niedurny i szczerze przyznam zakochany we
                mnie. Jego pomysl na nasza przyszlosc byl taki, ze on bardzo chcialby miec
                dziecko, a wtedy moglibysmy sie wprowadzic do jego rodzicow (dwupokojowe
                mieszkanie- ojciec+matka+brat), Rodzice by nam pomogli- czytaj- mama ugotuje,
                mama posprzata. A my moglibysmy wtedy spokojnie zbierac na mieszkanie.
                Nie musze chyba dodawac, ze wobec takich przyszlosciowych planow ochota mi
                przeszla nie tylko na dziecko ale i na niesmialo przebakiwane malzenstwo.
                A potem to juz byla tylko cala seria przypadkow i zdarzen ktore prowadzily w
                jednym kierunku.
                Najpierw wypowiedziano nam mieszkanie, a ze bylo to tuz przed moja obrona
                postanowilismy, ze na razie wrocimy do rodzicow, ja spokojnie skoncze pisac
                prace magisterska i skoncze studia. A potem zobaczymy- z tym tajemniczym
                usmieszkiem na ustach, ktory oznaczal, ze on juz mysli o jednym.
                Nastepnie moj brat wynalazl jakis program wymiany studenckiej. I jakos tak samo
                ze mnie sie wyrwalo: "Ja tez chce!" Zalapalam sie ostatnia szansa, jeszcze jako
                studentka. Do tej pory nie wiem co mnie podkusilo i nie wiem jak to
                wytlumaczylam Intelektualiscie. Zwiazek nasz co prawda przechodzil ciezkie
                wyboje wiec moze dlatego sie az tak bardzo nie sprzeciwial mojemu wyjazdowi na
                3 miesiace. Chyba liczyl, ze jak sobie troche odpoczne to latwiej bedzie mnie
                naklonic do pieczenia tego ciasta i zajecia sie jego skarpetkami. Ja chyba
                gdzies podswiadomie slyszalam juz grzechot tego pierscionka w jego kieszeni.

                Gdy samolot odrywal sie z Okecia patrzylam przez niedomyte okienko samolotu na
                cudowne, niezmierzone polacie slodkoniebieskich chmur. Czulam wolnosc. Wszystko
                zostalo tam, na ziemi. Tysiace kilometrów pode mna. Nigdy przedtem nie czulam
                tak wszechogarniajacej wolnosci. Wtedy, w tych chmurach, jakze banalnie,
                zrozumialam dokladnie, ze juz nic nigdy nie bedzie takie samo.
                Od tamtej pory starty samolotów sa magiczne.

                ...momencik, ide po kawke...
                • ulkaa Re: Dwie w jednym 20.02.05, 18:17
                  Witaj , Jennifersmile)) Pieknie sie nam przedstawilas w watku o sobie
                  i w swoim blogu (az nabralam chetki na baileyswink!
                  Teraz czytam twoja Love Story i czekam na dalszy ciag. Bardzo ciekawe - ja mam
                  takie same odczucia w samolocie. A co z ta kawka? Tak dlugo sie zaparza?
                  Pozdrawiam serdecznie, Ulka
                • jennifer_e Re: Dwie w jednym 20.02.05, 18:24
                  Znalazlam sie wiec w miasteczku zywcem wzietym z amerykanskich filmow dla
                  nastolatek. Upalne lato, wakacje, jezioro, zajecia z tenisa, plywania,
                  wieczorne dyskoteki na plazy. No i okolo 300 innych uczestnikow obozu z kazdego
                  zakatka kuli ziemskiej. Byl to tak niesamowity, beztroski i pogodny czas.
                  Oczywiscie juz w pierwszym tygodniu zaczely pojawiac sie pierwsze parki. Trzy
                  miesiace wydawaly nam sie kupa czasu, w ktorej zdarzyc sie moze wszystko. Co
                  kilka dni przychodzily dlugie, teskne listy od Intelektualisty, obietnice
                  poprawy, przepraszanie za przeszlosc. Smucily mnie, bo okazalo sie, ze on
                  dopiero teraz pewne rzeczy zrozumial. Coraz wiecej czasu zaczelam spedzac z
                  Australijczykami i Anglikami, otworzyly mi sie oczy na to jak zyja inni ludzie
                  w moim wieku. Po kilku pierwszych tygodniach jedno wiedzialam juz napewno: nie
                  chce wrocic do kraju i wpasc w rutyne moich kolezanek: maz, dziecko, praca.
                  Dotralo do mnie, ze jest jeszcze tyle rzeczy, ktore chce zrobic, zobaczyc! I ze
                  to wszystko jest w zasiegu mojej reki. Zaczelam uczyc sie gry na pianinie, co
                  zawsze bylo moim marzeniem. I od tego sie zaczelo...
                  Wieczorami zbieralismy sie w sali z pianinem, gralismy, spiewalismy do
                  wczesnych godzin rannych. W pewnym momencie ktorys z Angoli szepnal mi na ucho,
                  ze zna kogos, komu sie bardzo podobam. Zagilgotalo mnie milo w brzuchu no i
                  oczywiscie chcialam sie dowiedziec ktoz to taki. Angol powiedzial, ze to jeden
                  z naszych Australijskich kolegow.
                  Ktoregos wieczoru wracalismy z plazy. Z drugiej strony szla do nas grupka
                  Australijczykow z naszego obozu. Ciagne wiec Angola za rekaw; "Ktory to?
                  Ktory?!"
                  -Err...Czekaj, nie widze...- Angol na to
                  -Ten z lewej?- pytam wskazujac na szczuplego blondynka, ktory beszczelnie gapil
                  sie na moje nogi i sie usmiechal
                  -Ah! No tak, ten!- rzekl Angol. I reszta byla juz historia.
                  Nastepnego wieczora gdy tak sobie siedzielismy przy pianinie a blondynek nie
                  wykonywal zadnego ruchu w moja strone, mylse sobie, ide go obadac, co one se
                  mysli, jakies ploty po obozie rozsiewa i jeszcze gapi sie na moje nogi! No wiec
                  zagadalam, skad jestes i tak dalej. Okazalo sie, ze nie jest z Australii tylko
                  z Nowej Zelandii i ze to nie on mowil, ze mu sie podobam, ale jego Australijski
                  kolega. No ale juz bylo za pozno, bo okazalo sie, ze nagle miedzy nami
                  zaiskrzylo. Australijski kolega zainteresowal sie wiec kolezanka z Litwy, widac
                  ciagnelo go w te strone Europy. A ja i Kiwiboy spedzalismy coraz wiecej czasu
                  razem. Oczywiscie mialam swiadomosc, ze jestesmy tak daleko od domu, ze to
                  tylko wakacje tak nam do glowy uderzaja, ale mimo wszystko dalo mi to sile aby
                  zadzwonic do Intelektualisty i powiedziec mu, ze nie jestem gotowa na
                  malzenstwo.
                  Zobaczylam tez jak samodzielni sa faceci wychowani poza Polska. Zaimponowalo mi
                  to niesamowicie no i cos rozkwitlo miedzy mna a Nowozelandczykiem.
                  Po 3 miesiacach obozu bylismy juz nierozlaczna para i nie wyobrazalismy sobie,
                  ze nasz drogi moglyby sie rozejsc. Oboje mielismy jeszcze 1 miesiac na naszej
                  amerykanskiej wizie. Kupilismy wiec bilety do Miami i wybralismy sie w podroz
                  po Stanach. To byl cudowny czas. Zjechalismy cale wschodnie wybrzeze,
                  spedzilismy tydzien w Nowym Orleanie, ktory jest najbardziej niesamowitym
                  miejscem w Ameryce.
                  W koncu dotarlismy do Nowego Yorku i przyszedl czas na rozstanie i decyzje na
                  przyszlosc. On mial juz wize do Wielkiej Brytanii, natomiast ja mialam durny
                  bilet do Warszawy, ktorego nie moglam zmienic.
                  Postanowilam, ze bedzie lepiej jak do Polski wroce sama i ostatecznie zakoncze
                  sprawy z Intelektualista. On mial poleciec do Londynu, znalezc tam prace i
                  mieszkanie dla nas.

                  ...ten post sie robi strasznie dlugasny...
                  • jennifer_e Re: Dwie w jednym 20.02.05, 18:50
                    W Polsce dopadl mnie szarobury deszczowy listopad.
                    Intelektualista w czasie mojej nieobecnosci bardzo zaprzyjaznil sie z moja mama
                    wiec dowiedzial sie o mojej podrozy po Stanach, jakos musiala mu wytlumaczyc
                    dlaczego nie wracam zaraz po obozie. Dla niego bylo wszystko bardzo proste.
                    Poznalam cudzoziemca i mi odbilo. Juz nie pamietal tych wszystkich
                    nieprzespanych nocy w naszym mieszkaniu, gdy non stop sie klocilismy.
                    Wielkodusznie byl mi gotow wybaczyc. Ale ja juz wiedzialam napewno, ze nie chce
                    byc z kims, kto przez tydzien opowiada wszystkim znajomym, ze nauczyl sie robic
                    jajecznice!
                    Nie moglam sobie znalezc miejsca w kraju, opalenizna powoli zchodzila a ja
                    strasznie tesknilam za moim Kiwi. Sprawy w Londynie nie wygladaly tak prosto i
                    pieknie. Ceny wynajecia mieszkania okazaly sie szokiem, z praca dla niego nie
                    bylo tak zle, ale tez strasznie tesknil. Ciagle emaile, telefony, listy. W
                    koncu przyjechal, taki biedny, blady, wychudzony...
                    Myslelismy, ze moze w Polsce nam sie uda. Ja niezle zarabialam uczac
                    angielskiego. Ale on zupelnie nie mogl sie tu odnalezc. Nie znal jezyka wiec
                    calymi dniami snul sie po miescie, gotowal, widzialam, ze coraz bardziej go
                    doluje ta bezczynnosc.
                    Postanowilismy, ze jednak Londyn, ze sprobuje jeszcze raz. Znalazl w koncu
                    jakis krewnych, ktorzy zgodzli sie go przyjac na kilka dni. Ja mialam jeszcze
                    zostac w Polsce.
                    Znow przyszly dlugie dnie, tygodnie, tesknota, listy, telefony. Zaczynala mnie
                    ogarniac i dopadac brutalna realnosc. Pieniadze sie konczyly, szans na wize dla
                    mnie nie bylo, przerazalo mnie, ze przeciez znamy sie tak krotko, ze tak
                    naprawde, to przeciez tylko wakacyjny romans a teraz zaczyna sie prawdziwe
                    zycie. Zaczynalam watpic, czy to wytrwa. Dopiero jak slyszlam jego glos w
                    telefonie ganilam siebie za to watpienie, bo mowil mi, ze wlasnie kupil
                    Czerwony Kieslowskiego, bo ja ciagle o tym filmie mu opowiadalam.
                    W koncu doszlismy do wniosku, ze lepiej jak bedziemy razem, jakos stawimy czola
                    problemom, ale przynajmniej nie bedziemy tak strasznie za soba tesknic.
                    To byly jeszcze czasy, gdy polowa pasazerow z Polskich autokarow byla odsylana
                    spowrotem do kraju a kazdy Polski turysta byl traktowany jak potencjalny
                    nielegalny imigrant. Te dwie godziny w samolocie do Londynu ciagnely sie jak
                    nic przedem w moim zyciu. Wszystko zalezalo od tej jednej osoby, ktora bedzie
                    przegladac moj paszport na Heathrow.
                    Po kilkugodzinnej kolejce na lotnisku z wielgasna zaba w gardle podeszlam do
                    okienka. I... udalo sie!
                    Za bramka stal on, z kwiatami, taki malutki, wychudzony, jak mi go wtedy bylo
                    szkoda! Stalismy w objeciach i nie moglismy siebie z nich wypuscic.
                    Z wrazenia wsiedlismy w metro w przeciwna strone i dotarlismy do domu przed
                    polnoca.
                    • kurczak1976 Jennifer swietna ta histria:o) 20.02.05, 19:20
                      A intelektualista tfuu...przypomnial mi mojego exa. Akysz...
                    • semantics Re: Dwie w jednym 20.02.05, 19:20
                      witaj jenni!

                      Piekne piekne az mi lza w oku stanela !!
                      jestescie malzenstwem? Mieszkacie razem? No gdzie reszta smile)))

                      Ja tez mam takie ciagoty w dal i mojego poznalam wlasnie z podowu Australii
                      • greentea2 Re: Dwie w jednym 20.02.05, 19:42
                        To chyba jeszcze nie koniec historii... Cos mi sie z postem o wiecej o sobie
                        nie zgadzawink))
                        Czekam na zakonczenie i pozdrawiam z Londynusmile
                    • jennifer_e Re: Dwie w jednym 20.02.05, 19:44
                      A potem... no coz... zycie nie zawsze toczy sie tak jak bysmy chcieli. Ja
                      idealistka, wierzylam w milosc, wierzylam, ze warto poswiecic moja kariere,
                      przyjaciol, rodzine. Wierzylam, ze jesli jest milosc to reszta jakos sie ulozy.
                      Nie chcielismy jednak brac slubu dla wizy a moja egzystencja wydawala sie byc
                      coraz bardziej tymczasowa. Po 6 miesiacach skonczyla sie moja wiza. Nie
                      chcialam zostawac dluzej. Kochalam bardzo go, ale gdybym zostala zlapana to
                      odeslanoby mnie do domu pierwszym samolotem bez prawa powrotu. On znalazl
                      prace, w ktorej sie spelnial, w ktorej spedzal coraz wiecej czasu. Ja, coz,
                      zarabialam grosze i ciagle drzalam, ze zostane zlapana. Czulam, ze jestesmy jak
                      dwa szczurki w pulapce, bez wyjscia. Chcialam chyba, zeby on tez cos dla tego
                      zwiazku poswiecil, zaryzykowal. On narzekal, ze w domu ( w Nowej Zelandii)
                      mieszkal w domu na plazy, jezdzil super samochodem, weekendy zawsze jakies
                      wyprawy, kumple, imprezy.
                      Wiec wrocilam do Polski. Nie wiedzialam czy to koniec, on twierdzil, ze ciagle
                      bardzo mnie kocha, ale ja nie chcialam tam wracac na kolejne 6 miesiecy bez
                      zadnej przyszlosci.
                      W Polsce zastalam piekne, upalne lato. Znalazlam prace w wymarzonej gazecie,
                      odnowilam przyjaznie ze starymi znajomymi, zapisalam sie na basen, w glebi
                      oczywiscie ciagle go kochalam, dzwonilam w chwilach rozpaczy, tesknilam
                      strasznie.
                      Gdy jakos zaczelam dochodzic do siebie on zaczal dzwonic coraz czesciej, mowil,
                      ze teskni, ze tak mu tam strasznie beze mnie, mowil, ze kocha...
                      Po 3 miesiacach takiej hustawki przyjechal do Polski. Nie, nie przywiozl
                      pierscionka tylko zloty lancuszek i bransoletke, wypowiedzial te wszystkie
                      slowa, na ktore kobieta czeka. Kupil bilety do Nowej Zelandii, zeby przestawic
                      mnie rodzicom. Uwierzylam.
                      Postanowilismy, ze wroce z nim do Londynu, ze bede ubiegac sie o wize
                      studencka, to mi przynajmniej da pozwolenie na prace na pol etatu.
                      Wrocilam. Wynajelismy piekne mieszkanko w duzym domu z ogrodem, on mial juz
                      niezla prace, ja tez wkrotce cos znalazlam...
                      I wtedy zaczelo sie sypac. On coraz czesciej wisial na telefonie do Nowej
                      Zelandii. Znow zostawal w pracy do nocy. Po trzech tygodniach od mojego powrotu
                      oswiadczyl, ze on nie chce zyc w Londynie. Ze chce wrocic do NZ. Zaczal sie
                      wycofywac i coraz bardziej zamykac w sobie. Raz pytal mnie czy pojade z nim na
                      stale, innym razem czy bede na niego czekac.
                      Czulam sie oszukana. Tyle mi obiecywal, tyle planowalismy, zostawilam dla niego
                      wymarzona prace a on teraz znow chce cos wykrecac. Dopiero co zeszlismy sie,
                      nie bylam gotowa ryzykowac wyjazdu z nim na druga strone globu. Chcialam zostac
                      w Londynie.
                      W koncu odeslal moj bilet a swoj zamienil na "w jedna strone".
                      Wyjechal. Ja zostalam w naszym swiezym gniazdku. Nie plakalam przez kilka
                      miesiecy. Staralam sie przetrwac sama w obcym kraju. Zerwalam kontakt ze
                      wszystkimi wspolnymi znajomymi. Chcialam zaczac wszystko od poczatku. Skupilam
                      sie na pracy. Miesiac po jego wyjezdzie awansowalam, zdobylam pozwolenie na
                      prace, najpierw na rok, potem na nastepne 3 lata, znow awansowalam.
                      On czasem pisze do mnie maiale, gdy jest mu zle, gdy znow rozstal sie z jakas
                      panienka, przyznaje, ze stchorzyl, ze go przeroslo to wszystko, ze my, z Europy
                      Wschodniej, nie chowani w luksusie, jestesmy wytrwalsi, mamy inne wartosci.
                      Zazdrosci mi, ze mialam sile zostac i walczyc.
                      A ja? Minely 4 lata od jego wyjazdu. Zawodowo ulozylo mi sie swietnie,
                      uczuciowo- hmm... dlugo nie chcialo mi sie z nikim na powaznie zadawac. Czulam,
                      ze potrzebuje przerwy, urlopu od facetow.

                      Jakies dwa lata temu znajomy Francuz szepnal mi na ucho: "Znam kogos komu sie
                      podobasz..." i porozumiewawczo wskazal na wysokiego, szczuplego chlopaka
                      stojacego w drugim koncu pubu. Okazalo sie, ze Francuz ten sam tekst puscil do
                      tego chlopaka wskazujac na mnie! Dalsze swatanie popsula mu moja choroba.
                      Timmy, wysoki, szczuply chlopak z baru zjawil sie na moim progu z rana i
                      nagotowal mi zupy. Zasmarkana, zaflukana nie bylam w stanie go odstraszyc. I
                      tak juz zostal. Francuz ciagle domaga sie od nas po £10 oplaty manipulacyjnej,
                      ale nie jestesmy pewni czy za takie kretactwa sie nalezy wink
                      Tego lata, na szczycie Etny Timmy zadal mi to magiczne pytanie. Pierscionek
                      piekny a ja jak do tej pory nie ucieklam smile

                      Kooooniec!
                      Tym, ktorzy dotrwali do tego miejsca dziekuje za wytrwalosc.

                      PS Ostrzegalam, ze moje watki sa dlugie wink Jak komus malo to zapraszam na blog
                      hihi
                      • semantics Re: Dwie w jednym 20.02.05, 19:51
                        Rany Julki!!!

                        TAAAAAka zmylka!!!

                        smile))
                        Jenni ladnie piszesz!!
                        • jennifer_e Re: Dwie w jednym 20.02.05, 20:13
                          semantics napisała:

                          > Rany Julki!!!
                          >
                          > TAAAAAka zmylka!!!
                          >
                          > smile))
                          > Jenni ladnie piszesz!!

                          Hehe... bo moj temat przewodni to pomylka! smile
                        • asia.sthm Re: Dwie w jednym 20.02.05, 20:15
                          Jenni, twoje posty absolutnie nie sa za dlugie!!
                          Dzieki i przyznaje ze na wdechu to sie czyta.
                          smile)))
                          • cobaea Re: Dwie w jednym 20.02.05, 20:21
                            Pieukna historiasmile
                            Przeczytalam Twojego bloga, i nie chcialam psuc innym zabawy.
                            Jenn, fajnie piszesz...

                            Cholera, moze nie powinnam byla czytac bo teraz znowu bede sobie zadawac setki
                            pytan na temat mojego - nie mojego Londynu. To jednak diabelskie miasto, ;o)
                      • jollyvonne Re: Dwie w jednym 20.02.05, 20:25
                        Podoba mi sie Jen smile
                        Ja tez nie wiedzialam, zaryzykowalam na "tak", jestem tu gdzie jestem i dobrze
                        mi z tym smile
                        Witaj w klubie!

                        jollyvonne
                        • jennifer_e Re: Dwie w jednym 20.02.05, 20:42
                          Hej, dzieki wszystkim za cieple przyjecie! Wreszcie jakies normalne formu!
                          • sylwek07 Re: Dwie w jednym 20.02.05, 21:46
                            hey jennifer_e smile)
                            • emm1 Re: Dwie w jednym 20.02.05, 22:51
                              rewelacyjnie napisane.
                              masz talent Jen!!!
                          • bietka1 Re: Dwie w jednym 21.02.05, 00:58
                            Super, wlasciwie to moglabys dalej pisac. Moze i ja zajrze do twojego blogu smile
                            Pozdrawiam
                      • frankie36 Re: Dwie w jednym 21.02.05, 00:14
                        Jenn,swietnie piszesz,zaraz zagladne na twoj blog.
                        • zodiakalny_kot Re: Dwie w jednym 21.02.05, 00:43
                          Jenny - a ja podziwiam Cie za odwage i rozsadek, no i z wytrwaloscia to gosc z
                          NZ tez mial racje. Gratuluje i witam serdecznie!
                        • jennifer_e Re: Dwie w jednym 21.02.05, 15:51
                          frankie36 napisała:

                          > Jenn,swietnie piszesz,zaraz zagladne na twoj blog.

                          Hej! Dzieki serdeczne za slowa uznania! Na moim blogu jest rowniez link do
                          moich bardziej literackich zapiskow z tamtego czasu("Wyspy"), po jego
                          wyjezdzie, o moich samotnych poczatkach w tym kraju. Ja nie wiem czy mozna sie
                          tak beszczelnie reklamowac (zaraz sprawdze w regulaminie forumwink ale jestem
                          ciekawa opinii szerszej publicznosci, do tej pory bylo to czytane tylko przez
                          kilkoro przyjaciol.
                          Na swoje usprawiedliwienie dodam tylko, ze ostrzegalam na wstepie iz jestem
                          polonistycznie niewyzyta! smile
                          • cytrusowa Re: Dwie w jednym 21.02.05, 23:05
                            kurde, ale tu same romantyczne love stories.
                            Ja też jestem uczestniczką jednego love story, internetowego, ale opiszę przy
                            okazji, bo dużo tgo, a spać mi sie chce. Nie dam rady.

                            to pa kochane, ide spac
                          • myszka888 Re: Dwie w jednym 22.02.05, 00:17
                            Jennifer_e, swietan historia!
                            Super opowiedziana, to tez!!! smile
                            Rozgosc sie u nas, i pisz, pisz, pisz!
                            pozdrowionka!
    • jagienkaa Jagienka's LOVE STORY 21.02.05, 23:21
      a nie mam nic do roboty, to też się udzielę, choć moja historia to taka średnio-
      romantycznasmile
      Męża poznałam na kilka dni przed swoimi 18 urodzinami na imprezie urodzinowej
      mojej siostry (czyli 7 lat+3 tyg temu!). Mąż próbował ją poderwać już kilka
      miesięcy, bezskutecznie, ale moja siostra to lubi sobie swoich adoratorów
      trzymać przy sobie (tak na wszelki wypadek hehe) więc go tak całkiem nie zbyła.
      Mąż jest ode mnie 8 lat starszy, siostra 6. Więc na tamtej imprezie prawie
      przez cały wieczór próbowałam wyperswadować M. moją sister, no nie powiem -
      facet mi się podobał ale nie dość że stary to jeszcze Angolsmile) więc jakoś nie
      myślałam że coś z tego wyjdziewink mąż mnie na koniec wieczoru pocałował i znikł,
      niczym Kopciuszekwink za dwa dni wybrałam sie z nim do Szczyrku na spacer i tak
      jakoś się zaczęło. Było to w Polsce, mąż tam był na kontrakcie, a ja byłam w
      IIIkl liceum wtedy! No i spotykaliśmy się tak do pażdziernika i mąż musiał
      wyjechać z powrotem do Anglii. Ja jakoś przeżyłam ostatnią klasę liceum, widząc
      męża tylko raz na kilka tygodni, ale przetrwaliśmy (a jakie piękne oceny
      dostałam na maturze, zwłaszcza z angielskiego hihi), potem wyjechałam zaraz po
      skończeniu szkoły do Anglii i tak już zostałam...
      Strasznie kocham mojego męża, może nie jest tym Księciem jakiego sobie
      wyobrażałam dorastając, ale przez te 7 lat bycia razem (4 lata małżeństwa już!)
      naprawdę z dnia na dzień jest nam lepiej! I kocham go bardziej!
      • semantics Re: Jagienka's LOVE STORY 22.02.05, 00:40
        >naprawdę z dnia na dzień jest nam lepiej! I kocham go bardziej!


        nic dodac nic ujac!
        A "dowod" milosci ma na imie Dominik i ma sliczniuchny usmiech!

        sciskam Was!
    • triskell Triskell's love story 19.04.05, 09:41
      Dziewczyny, wczoraj od deski do deski przeczytałam wszystkie opowiedziane w tym
      wątku historie, każda była wzruszająca, niektóre rozśmieszyły mnie do łez (np.
      pomysł gryzienia w łydkę jako gry wstępnej czy też powtórzenie "repeat after me"
      podczas ślubu ;-P), niektóre trochę zasmuciły... Ze szczególnym osobistym
      zaangażowaniem czytałam wszystkie historie typu "miłość w cyberprzestrzeni" i
      tam właśnie teraz sie przeniesiemy...

      Czas akcji: grudzień 2001.
      Miejsce akcji: wspomniana już cyberprzestrzeń.
      Osoby:
      -Ona (czyli ja): lat podówczas 34, doświadczenie w zwiazkach praktycznie żadne,
      znana przyjaciołom z tekstow typu "Nie lubię poezji o miłości, bo nie lubię
      poezji abstrakcyjnej, a wiersze o czymś, co nie istnieje, są dla mnie zbyt
      abstrakcyjne". Nie chcę tu malować obrazu osoby zgorzkniałej czy nieszczęśliwej,
      zawsze byłam optymistką, miałam ciekawe życie i mnóstwo przyjaciół, od ktorych
      często słyszałam "Jesteś tak silną osobą. Bardzo Cię podziwiam, że potrafisz być
      sama z własnego wyboru". Życie we Wrocławiu bardzo lubiłam, nigdy nie miałam
      ochoty na imigrację (podróze, tak, ale na stałe?), a mój stosunek do Stanów
      Zjednoczonych był co najmniej sceptyczny.
      -On, 8 lat młodszy, ale znacznie "bogatszy" w nieciekawe przejścia (dwa lata
      wcześniej kobieta, z którą mieszkał od sześciu lat, pewnego dnia spakowała
      siebie i syna i odjechała. Było to w Walentynki, a wkrótce okazało się, że
      wcześniej sypiała z jego kolegami i że pozostawiła po sobie mnóstwo długów). Po
      takich doświadczeniach doszedł do wniosku, że kobietom ufać nie należy i lepiej
      poświęcić się swojej pasji (komponowaniu i nagrywaniu muzyki na sequencerze i
      komputerze) i w tym też celu nabył komputer.

      Spotkaliśmy się w grupie dyskusyjnej poświęconej muzyce zespołu, którego oboje
      wówczas słuchaliśmy. Oczywiście żadne z nas nie trafiło tam w poszukiwaniu
      swojej drugiej połowy. Po kilku dniach zaprosiłam go do moderowanej przeze mnie
      mniejszej grupy, którą tematycznie mogę porównać do tego forum, bo rozmawiało
      się w niej o wszystkim: od wygłupów (podczas których wkrótce zorientowałam się,
      że Joshua i ja mamy bardzo podobne poczucie humoru i czasem cała reszta grupy
      zostaje gdzieś w tyle i tylko my dwoje pozostajemy "na placu boju", doskonale
      się rozumiejąc) do dyskusji o podejściu do życia. Pamiętam, że jedną z
      pierwszych rozmów, które przeprowadziliśmy, była dyskusja o "medicine wisdom"
      różnych zwierząt (czyli tak w uproszczeniu mniej więcej o tym, jakich cech
      możemy nauczyć się poprzez obserwację danego zwierzęcia). Zacytowałam mu wówczas
      fragment książki, który zawsze był jednym z moich życiowych mott (jeśli tak to
      słowo się odmienia ;-P), a w tłumaczeniu brzmiał mniej więcej "Trzmiel nie
      powinien potrafić latać. Zaprzecza prawom fizyki za każdym razem, gdy odwiedza
      kwiat. Ale nie zniechęca to trzmiela i nie powinno również zniechęcać Ciebie,
      jeśli chcesz coś osiągnąć, a wszyscy naokoło mówią Ci, że się nie da.
      Niemożliwość jest opinią. Możliwość jest stanem ducha. Pomyśl o trzmielu, gdy
      chcesz osiągnąć to, co nieosiągalne" (książka ma tytuł "Shamanism II, The Way of
      the Animal Spirits")... On był zaintrygowany osobą, która tak pogodnie postrzega
      świat i w pozornie negatywnych doświadczeniach widzi cenną lekcję, dzięki której
      możemy je docenić i cieszyć się, że się wydarzyły. A we mnie obudziła się
      "Triskell- lekarz złamanych serc. Jak już zupełnie tracisz nadzieję, to Triskell
      pomoże" i w pełnej gotowości bojowej zabrała się za dość wymagające zadanie smile.
      Przez cały grudzień rozmawialiśmy coraz częściej, namówiłam go do zainstalowania
      yahoo messengera (komunikator). Pamiętam, że jeszcze w grudniu mówiłam swojej
      przyjaciółce "Gdyby ten Joshua nie mieszkał w Stanach, to może mogłabym się w
      nim zakochać".

      I tak nadszedł bardzo ważny dla naszej opowieści dzień 19 stycznia 2002. Podczas
      rozmowy na ww. komunikatorze dowiedziałam się, że prawie miesiąc wcześniej, w
      okolicach Bożego Narodzenia, mój nowy zaoceaniczny przyjaciel napisał do mnie
      list, którego nigdy nie odważył się wysłać i że list traktuje o uczuciach, które
      zaczął do mnie żywić, a które nie do końca rozumie. Dużo czasu zabrało mi
      wyciągnięcie z niego tej informacji, jeszcze więcej - wyciągnięcie obietnicy, że
      list zostanie do mnie wysłany. Pamiętam, że rozmawialiśmy tak długo, że
      spóźniłam się na korepetycje (których na szczęście udzielałam synom mojej
      kuzynki, więc mogłam sobie na to pozwolić) a w drodze na nie wysyłałam
      przyjaciółkom entuzjastyczne sms-y, że coś ważnego się wydarzyło. Dla nas obojga
      była to przełomowa data, ja poczułam się tak, jakby nagle spadła zasłona
      pomiędzy mną i moimi uczuciami i pozwoliła mi zdać sobie sprawę z tego, że ja
      również w całą tą sprawę zaangażowałam się emocjonalnie.

      Obydwoje wiedzieliśmy, że kolejnym krokiem musi być spotkanie. Sprawa wydawała
      się beznadziejna, bo Joshua pogrążony był wówczas w typowym dla Olympii
      maraźmie, nigdzie nie pracował, no a biletów lotniczych do Polski to raczej na
      ulicy nie rozdają. I tu mój luby mnie zaskoczył. W ciągu tygodnia znalazł pracę,
      fizyczną pracę w drukarni, gdzie przez całą noc stał przy maszynie drukarskiej,
      żeby zarobić na przyjazd do Polski. Muszę przyznać, że w jakiś sposób wydawało
      mi się to bardziej heroiczne, niż gdyby fundusze owe zarobił jakąś łatwiejszą pracą.

      W międzyczasie nadal dużo rozmawialiśmy i coraz lepiej się poznawaliśmy. Dla
      mnie zaletą związku przez wiele miesięcy rozwijającego się tylko przez internet
      jest to, że jeśli tylko obie osoby są szczere i nie zakładają żadnych masek, to
      mają szansę poznać się znacznie lepiej, niż za pośrednictwem innego medium.
      Siedząc w zaciszu swojego domku, przy klawiaturze tak jakoś łatwiej się otworzyć
      i powiedzieć rzeczy, które czasem nie przeszłyby przez usta podczas spotkania
      twarzą w twarz.

      W lipcu Joshua przyjechał wreszcie do Polski. Naszemu spotkaniu na lotnisku
      towarzyszył dziwny dualizm, bo z jednej strony poprzez maile i rozmowy na
      messengerze poznałam go chyba lepiej, niż jakąkolwiek inną osobę, znaliśmy
      najbardziej intymne szczegóły swojego życia, a z drugiej strony fizycznie był on
      zupelnie obcym człowiekiem (nawet na nielicznych przysłanych mi zdjęciach
      wyglądał na każdym inaczej i nie byłam pewna, czy go rozpoznam... na szczęście
      lotnisko we Wrocławiu jest bardzo małe, więc dzikich tłumów nie należało się
      spodziewać). Ale nie było się czego obawiać, padliśmy sobie w ramiona jakbyśmy
      także i fizycznie znali się od lat.

      Od razu na początek zafundowałam mu typowo polską atrakcję: powrót z lotniska
      autentycznym polskim wehikułem - MALUCHEM (mojej koleżanki). Wrzuciliśmy jego
      bagaże na siedzenie obok kierowcy i razem usiedliśmy z tyłu. Po kilku minutach
      jazdy Joshua oparł głowę na moim ramieniu, nieśmiało, jak wystraszone
      zwierzątko, które postanowiło wyjść ze swojej skorupki i zaryzykować. Chyba
      zawsze pozostanie to dla mnie jednym z najcenniejszych momentów naszego związku
      smile.

      Przyjechaliśmy do mojego mieszkania, przygotowałam spaghetti i zasiedliśmy na
      balkonie, żeby je skonsumować. Skończyło się na patrzeniu sobie w oczy,
      trzymaniu się za ręce i od czasu do czasu dziubaniu widelcem w zawartości
      talerza, bez większego zainteresowania tą ostatnią czynnością wink.

      Był u mnie przez 3 miesiące, pojechaliśmy stopem na koncerty do Niemiec i
      Belgii, potem znajomi z Austrii zabrali nas do siebie na tydzień. W Polsce
      pokazałam mu Pieniny, Kraków, Wieliczkę, Oświęcim, zaliczyliśmy całonocną
      imprezę urodzinową mojej koleżanki w zamku w Bolkowie (koleżanka należała do
      bractwa rycerskiego), a potem pojechaliśmy jeszcze nad morze, zbierać w Stegnie
      bursztyny zaraz po wschodzie słońca i przekonać się, że Piekło (no niezupełnie,
      ale prawie - Hel) jest jednym z najzimniejszych miejsc, w jakich byliśmy (to już
      był październik, przed samym jego wyjazdem). Oczywiście sporo czasu spędziliśmy
      też we Wrocławiu, moi rodzice i siostra bardzo go polubili, siostra zachwycona
      tym, jak pom
      • triskell Re: Triskell's love story 19.04.05, 10:06
        Hmmm. dobrze, że zachowalam, bo chyba obcięło resztę:

        Oczywiście sporo czasu spędziliśmy też we Wrocławiu, moi rodzice i siostra
        bardzo go polubili, siostra zachwycona tym, jak pomocny był, gdy jej angielski
        zawodził (Magda: "I was .... grrrrrrrrr!", Joshua: "Angry?"), podobnie wszyscy
        moi przyjaciele.

        Nie zawsze było idealnie. Chyba poprzednie przeżycia były jeszcze zbyt świeże,
        bo zdarzały mu się momenty gorzkich wypowiedzi typu "Nigdy nikomu tak do końca
        nie zaufam" czy "Szczęście nie istnieje. Ludzie, którzy mówią, że są szczęśliwi,
        nie są szczerzy", które mnie bardzo bolały, bo traktowałam je jako swoją
        osobistą klęskę. Ale te dobre momenty zdecydowanie przeważały.

        Joshua wyjechał z Polski 15 października i zaraz rozpoczął starania o legalne
        sprowadzenie mnie do Stanów na wizę narzeczeńską. Po jego wyjeździe chodziłam
        pochlipując z kąta w kąt, przerażona perspektywą tego, że możemy się nie widzieć
        przez najbliższe pół roku. Jak się okazało, proces wizowy trwał prawie ROK
        (częściowo dzięki wspaniałej poczcie polskiej, która zagubiła dokumenty wysłane
        do mnie z ambasady, co cały proces opóźniło o ok. 2 miesiące). Nie widzieliśmy
        się od 15.10.2002 do 11.10.2003! Znowu kontakt przez internet, docieranie się,
        burzliwe dyskusje światopoglądowe, po których dochodziliśmy do wniosku, że tak
        właściwie to nasze przekonania są bardzo podobne, tylko inaczej je nazywamy (a
        poza tym oboje jesteśmy bardzo upartymi istotami, które lubią mieć rację tongue_out)

        Kiedy po raz pierwszy padła z moich ust (a raczej klawiatury) sugestia
        pogańskiej ceremonii handfasting, jego reakcją było zdecydowane "Nie". Matka,
        fundamentalna Adwentystka Dnia Siódmego, swoim fanatyzmem skutecznie zraziła go
        do religii w jakiejkolwiek formie, więc chciał ślubu cywilnego. Stopniowo jednak
        zaczęliśmy o tym rozmawiać, zaczął wypytywać, na czym właściwie polega taki
        handfasting i jak się dowiedział, że to my sami piszemy swoją ceremonię i jej
        forma zależy wyłącznie od nas, to wreszcie dotarło do niego, że żadna banda
        dzikich Pogan nie czyha na jego wolność osobistą i nie planuje natychmiastowej
        indoktrynacji ;-P. Tak naprawdę to nasze ścieżki duchowe są bardzo podobne, tyle
        że jego negatywne doświadczenia powodowały u nigo niemalże alergię na słowo
        "religia", podczas gdy ja zawsze miałam w tej sprawie wolną rękę, co nauczyło
        mnie znacznie większej tolerancji i otwartości (w niezliczonych dyskusjach
        pomiędzy nami to ja właśnie broniłam jego mamy i usiłowałam go przekonać, że
        jeśli dla niej jej wiara jest czymś ważnym i sprawia, że chce ona być lepszą
        osobą, to jest to tak samo wartościowe, jak przekonania jego czy moje, po prostu
        inne).

        Jednym z wielu wspaniałych aspektów naszego ślubu jest to, że udzielał nam go
        nasz dobry internetowy znajomy. Przepisy w Stanie Washington są pod tym względem
        nieziemskie: w większości innych stanów aby udzielać ślubu, trzeba mieć licencję
        (choć uzyskanie jej nie jest trudne). Tutaj nawet tego nie trzeba. Wytarczy, że
        _jedno_ z przyszłych małżonków (nawet nie muszą obydwoje!) uważa osobę
        udzielającą ślubu za "autorytet moralny" i uznaje, że tworzą dwuosobowy kościół
        (co nie musi być w żaden sposób udokumentowane, nawet nikt o to nie pyta). Red
        Cedars, nasz internetowy znajomy, bardzo podobnie do nas postrzega przyrodę,
        świat i miejsce w nim nas samych. W końcu to na niego zdaliśmy się w
        przygotowaniu ceremonii, my tylko zasugerowaliśmy jej temat przewodni: "Jedność
        w różnorodności".

        Na przygotowania do ślubu mieliśmy niewiele czasu, bo przepisy imigracyjne i
        specyfika wizy narzeczeńskiej wymagały, by odbył się on najpóźniej 90 dni po
        moim wjeździe do Stanów. Sukienkę przywiozłam z Polski, zobaczyłam ją na
        wystawie u krawcowej i od razu weszłam do środka i oznajmiłam "ja chcę taką
        samą". Ja również przywoziłam obrączki. Wiem, że to nie jest typowe, ale po
        prostu swojemu gustowi bardziej ufam, a poza tym zależało mi na tym, by było to
        coś naprawdę innego od tradycyjnych obrączek. Zapytałam J., czy chce wcześniej
        wiedzieć, pod jakim względem będą one szczególne, wybrał niespodziankę, więc
        dopiero podczas samej ceremonii dowiedział się, że obrączki mają po kawałku
        meteorytu. Znalazłam we Wrocławiu jubilera, który robi biżuterię z kawałkami
        meteorytów i urzekło mnie jego motto: "Ziemię naszą każdy może trzymać w rękach.
        Fragmenty gwiazd sa tylko dla nielicznych". Dla mnie te obrączki są symbolem
        olbrzymiego wszechświata, w którym jakimś cudem znaleźliśmy wtedy, kiedy już
        przestaliśmy się szukać. A w ostatniej chwili zdałam sobie jeszcze sprawę z
        powiedzenia "chciałabym mu dać wszystko, nawet gwiazdkę z nieba" i to też
        włączyłam do swojej krótkiej wypowiedzi o obrączkach, podczas naszej ceremonii
        (okazało się, że w angielskim podobnego powiedzenia nie ma i wszystkim się
        podobało). Nie pisaliśmy żadnych marriage vows (tu jest taka tradycja, że ludzie
        piszą swoje przysięgi małżeńskie i przed ślubem ciągle ktoś mnie pytał, czy mam
        już napisane). Totalnie improwizowaliśmy, bo to wydalo nam się bardziej szczere,
        niż czytanie z kartki. Skrzydła też były spontanicznym pomysłem, podjętym parę
        tygodni przed ślubem. Wianek z bluszczu i bukiet robiłam rano przed imprezą.
        "Mikrofon" do bukietu podarowała mi przed wyjazdem jedna z moich najbliższych
        przyjaciółek (jej rodzice mają kwiaciarnie i rozpaczała, że nie może mi zrobić
        ślubnego bukietu, więc chciała mi dać chociaż jego część). Miejsce wybieraliśmy
        sami, chciałam nad oceanem (Pacyfikiem!), więc niedługo po moim przyjeździe Red
        Cedars zabrał nas w parę miejsc i to nas urzekło: niewielki zagajniczek, z
        którego widać i słychać ocean, a w samym zagajniczku drzewa takie typowo
        tutejsze: zielone nawet w grudniu, bo porośnięte mchem, porostami, paprociami i
        bluszczem. Mieliśmy pokój z widokiem na ocean w pobliskim hoteliku i przyjęcie
        weselne w restauracji tegoż hoteliku. Była tylko garstka osób, nikogo z Polski,
        niestety. Mama Joshuy zaskoczyła nas tym, że nie tylko była na imprezie (i ani
        słowem jej nie skrytykowała) ale nawet przywiozła dla nas tort smile. Pogoda była
        wymarzona - rozważaliśmy opcję imprezy wewnątrz restauracji, gdyby padało, a ja
        miałam na wszelki wypadek ze sobą kożuszek. Następnego dnia była ulewa, w dniu
        samej ceremonii osoby, które przyjechały z dwóch przeciwnych kierunków, jechały
        przez strugi deszczu. A dla nas było cieplutko, wystarczająco cieplutko, by w
        grudniu na dworze mieć sukienkę z koronkowymi rękawami. Wszechświat nam sprzyja smile.

        Niemalże półtora roku później między nami jest cudownie i naprawdę wiem, że
        znalazłam TĄ osobę, na którą warto było czekać ponad 34 lata smile. Trochę
        musiałam tego mojego Joshuę "oswoić", ale warto było!

        O rany, ale się rozpisałam!

        Dodam jeszcze tylko, że link do zdjęć ze ślubu podawałam już w innym wątku, ale
        oto on raz jeszcze:
        pg.photos.yahoo.com/ph/triskell_strix/my_photos
        A jeśli ktoś jest ciekawy naszych obrączek, to można je zobaczyć na stronie
        internetowej tego wrocławskiego jubilera:
        www.derecki.art.pl/meteor.php?ver=pl&opcja=Tatahouine&nStrona=2 (nr 75 to
        nasze! smile)
        • semantics Re: Triskell's love story 19.04.05, 10:28
          Bardzo interesujaca historia!! Moj luby wlasnie mmnie odrywa od kompa bo chce zebym w koncu
          napisala prace na uniwerek do konca. A ja normalnie nie moglam!

          Triskell sliczne te Wasze obraczki!!!
        • abere8 Re: Triskell's love story 19.04.05, 10:41
          Ale swietna historia! I obraczki cudne, nigdy takich nie widzialam! Pozdrawiam!
        • ponponka1 Lezka sie w oku zakrecila 19.04.05, 12:11
          Siedze w domu, czytam i pochlipuje. Piekna historia. Ja tez tak sobie zylam
          sama, ale nie samotna, przez 33 lata az i mnie TO spotkalo, choc juz machnelam
          reka na siebie. I wiem jaka to radosc kiedy milosc przychodzi ot tak i juz!!!!!
          A obraczki cuda!!!!

          Cmok (jaki smok?)
        • ulkaa Re: Triskell's love story 19.04.05, 18:12
          Triskell, jestem zauroczona...
          Wygladasz jak lesna nimfa .
          Dziękuję za przepiekną historię.
          • jan.kran Re: Triskell's love story 19.04.05, 22:05
            Dziekuje za troche optymizmusmile K.
        • karinabar Re: Triskell's love story 02.09.05, 10:36
          Triskell to cudowna historia! Zdjęcia są super!! W ogóle wszystko jest super!!
      • emm1 Re: Triskell's love story 19.04.05, 10:07
        triskell, urwalo ci sieeeee sad(((
        Mam nadzieje, ze dokonczysz swoja love story smile
        • triskell Re: Triskell's love story 19.04.05, 10:18
          Już dokończyłam smile.
        • asia.sthm Re: Triskell's love story 19.04.05, 10:22
          Dziekuje !!
          Podziwiam.
          Piekna historia.
          • jennifer_e Re: Triskell's love story 19.04.05, 12:02
            jakie piekne obraczki! i sukienka, i bukiet!
            • daisy123 Re: Triskell's love story 19.04.05, 15:02
              Przeczytalam, zdjecia slubne zobaczylam, obraczek juz nie zdazylam, bo biegne-
              gonie odebrac dziecko z przedszkola.Wszystko slicznei wzruszajace.
        • blue_jay Re: Triskell's love story 19.04.05, 16:16
          Triskell> wszystko piekne.. siedze w pracy, mozg wymeczony z rana testem z
          macierzy i innych cudow (a ja traba matematyczna jestem ;-( ) a tu takie
          orzezwienie prosto na dusze.. dziekuje
      • ryb.ka Re: Triskell's love story 19.04.05, 16:42
        Piekna historia i super zdjecia!!!
        Pozdrawiam i witam Cie bardzo serdecznie
        Rybka
        • tiffany7 Oto moja historia: jaki bedzie final? 16.05.05, 01:04
          Zaczelo sie niespodziewanie; ja 22 lata, ostatni rok studiow, wlasnie konczylam
          krotkotrwaly zwiazek. Postanowilam wyjechalam do Anglii, jak to wielu studentow
          czynilo, zeby dorobic do studiow i zobaczyc kawalek ciekawego kraju. Prace
          zalatwil mi znajomy Anglik, Tristan, w ktorym zreszta sie troche podkochiwalam,
          ale bez wiekszych planow. Przez ponad 2 miesiace pracowalam w nadmorskiej
          miejscowosci, gdzie mialam sporo czasu na przmyslenia pt. co chce robic po
          skonczeniu studiow. Planowalam, ze przyjade do Anglii na rok zeby sobie
          podszkolic jezyk i moze zobaczyc troche swiata. Z moim zaprzyjaznionym
          wyspiarzem widywalam sie bardzo rzadko, srednio raz na 2 tyg.
          Pewnej slonecznej niedzieli przyjechal sie ze mna zobaczyc i zaproponowal
          przejazdzke speedboatem z jego znajomym. Nie mialam nic przeciwko, tym
          bardziej, ze lubie probowac nowych rzeczy. Kiedy przyszlismy na plaze,
          przedstawil mnie Markowi. Poczatkowo nie zwrocilam szczegolnej uwagi na
          niepozornego faceta. Dzien sie skonczyl bez niespodzianek i kazdy poszedl w
          swoja strone.
          Nastepnego czwartku robilam zakupy z moim szefem, po ktorych wybralismy sie na
          pizze. I nagle patrze, a tu Mark rozmawia z moim bossem, ktory zlecil mu jakas
          robote tam gdzie ja pracowalam. Z 2 tygodni, ktore mial tam przzpracowac
          przedluzylo sie do ponad miesiaca. Nie zauwazylam, ze Mark nagle czesciej mnie
          zagaduje i szuka sposobnosci zeby sie ze mna zobaczyc. Po jakim czasie
          normalnoscia sie stalo, ze spedzamy ze soba coraz wiecej czasu. Dowiedzialam
          sie, ze ma dziewczyne, z ktora byl 14 lat (!!!), a ja mu powiedzialam o swoim
          zyciu. Pozniej byl pierwszy pocalunek i... zaiskrzylo. On nie wiedzial co
          zrobic, bo mial dziewczyne; ja nie wyobrazalam sobie byc z kims tak innym od
          mojego idealu faceta: wyksztalconego, przystojnego, itp. Ostatni dzien mojego
          pobytu mial dramatyczny przebieg, bo mialam go spedzic z Tristanem, ktory w
          pewnym momencie stal sie konkurentem Marka. Nie obylo sie bez lez, blagania
          zebym nie zostala z Tristanem. Zakonczylo sie "Everybody hurts" REM w radiu i
          podroza do Marka domu (mieszkal z rodzicami). Bylo oczywiste, ze bedziemy
          razem, choc mialam wiele watpliwosci, bo nie bylam pewna czy chce wiazac sie z
          kims na odleglosc, ktory nadal, pomimo wyznan byl zagadka.
          Po powrocie do Polski byly telefony po kilka razy dziennie, tysiace smsow,
          regularnie wysylane kwiaty i wizyty w Polsce (w ciagu 10 mies. spotkalismy sie
          ok 9 razy). Mialam wyrzuty wzgledem jego dziewczyny, ale tlumaczylam sobie, ze
          jesli po tylu latach sie nie pobrali, to oznacza, ze nie bylo tam milosci. To
          bylo moje jedyna ocena sytuacji. Moi rodzice byli sceptyczni na poczatku, ale
          sie przekonali po paru miesiacach. Po moim dyplomie postanowilismy, ze przyjade
          do Anglii i bede sie uczyla Angielskiego. Mieszkalismy w domu jego rodzicow,
          choc ja chcialam mieszkac osobno, on mnie przekonal, ze jako part-time jobber
          nie bede w stanie sie utrzymac. Nie znalam angleiskich realiow, wiec mu
          uwierzylam. Stopniowo stalam sie zalezna od niego i jego rodziny. Nie
          protestowalam kiedy jego mama ciagle wydzwaniala pytajac co, gdzie kiedy itd.
          Calkowicie chciala kontrolowac jego zycie, a on jej czesto na to przyzwalal.
          Wybuchaly klotnie, ja chcialam zebysmy sie wyprowadzili i zaczeli zyc jak dwoje
          kochajacych sie ludzi, on twierdzil, ze bedzie nam ciezko, co bylo wymowka, bo
          bylo go na to stac, tylko soe bal odpowiedzialnosci.
          W pewnym momencie stalo sie oczywiste, ze sie nie wyprowadzimy, bo Marka mama
          zachorowala na raka. wszyscy na zmiane sie nia opiekowalismy i podejrzewam, ze
          to spowodowalo, ze zaczeto mnie traktowac jako czlonka rodziny. Po 6 miesiacach
          chemii Kath umarla. Wszyscy to bardzo przezylismy. Miesiac pozniej mialam
          wyjechac do Francji, zeby, jak wczesniej zaplanowalam, dokonczyc moje studia.
          Mial byc to tylko rok rozlaki, zreszta bylismy przyzwyczajeni do odleglosci, a
          Francja jest blizej UK niz Polska. Ja chcialam przez ten rok sie zastanowic
          czego naprawde chce od tego zwiazku, byly moment krytyczne, wybuchy zazdrosci
          ze strony Marka, wieczne kontrolowanie, grozby z mojej strony ze odejde i
          wiecej kwiatow.... Po dyplomie wrocilam do Anglii z postanowieniem ze jesli sie
          z nami nie uda, znajde prace, usamodzielnie sie i zakoncze te zwiazek. Przez 4
          miesiace byly wieczne klotnie, grozby, ze to koniec, ale zadnych konkretnych
          decyzji. Po przyjezdzie z Polski w styczniu (wczesniej Mark bardzo nalegal
          zebysmy swieta spedzili razem w Polsce, ale ja postawilam na nie), zaczelam go
          podejrzewac o zdrade. Wpadlam w szal, rozpacz, depresje. Nie potrafilam sobie
          wyobrazic dlaczego targaja mna takie emocje, skoro juz dawno przekreslilam ten
          zwiazek. Mark przysiegal, ze mnie nie zdradzil, ale przy okazji cala sprawa
          przybrala inny obrot: uswiadomilam sobie, jak bardzo go kocham. problem byl w
          tym, ze to on nie chcial sie bardziej zaangazowac, a ja przez to czulam sie
          oszukana. Szokiem dla niego kiedy mu wykrzyczalam, ze go kocham, ze dla niego
          porzucilam przyjaciol, rodzine, Polske. Bo on zawsze zyl w niepewnosci moich
          uczuc do niego. W calym tym ambarasie wazna role odegral Marka ojciec, ktory
          wygarnal mu brak odpowiedzialnosci, wykorzystywanie wszystkich naokolo, egoizm
          i cala liste innych rzeczy. Mark stracil to co bylo dla niego zawsze
          najwazniejsze: stabilizacje. czulam sie strasznie, ze gdzies z mojego powodu
          doszlo do tak wielkiej klotni miedzy ojcem i synem, ale jednoczesnie cieszylam
          sie ze wreszcie zostalo nazwane po imieniu to, czego ja sama przez 3 lata nie
          umialam nazwac, ale caly czas mi ciazylo na sercu.
          Teraz Mark mieszka w domku letniskowym, tam gdzie sie poznalismy prawie 4 lata
          temu. Wiem, ze rzeczywistosc go przerosla, ze go dopadlo to, czego cale zycie
          unikal: odpowiedzialnosci i zmierzenie sie z prawda. Strach przeslonil mu
          milosc. Wiem, ze ucieka, ze sie boi, ze gdzies tam po tym wszystkim mnie
          jeszcze kocha. Ale ja postawilam juz dawno twarde warunki: chce rodziny, byc
          zona i matka i nie akceptuje polsrodkow. Uswiadomilam, ze w jakis sposob zostal
          skrzywdzony przez matke, ktora nigdy nie pozwolila mu dorosnac, rozwinac
          skrzydla, bo bala sie ze odleci. Pozwalala mu na wszystko, brala cala
          odpiewiedzialnosc na siebie, nawet finansowa. dzis analizujac to dochodze do
          wniosku, ze egoizm Marka wyplywal z egoizmu jego matki, ktora, nie chcac zostac
          sama z ojcem (z ktorym zreszczta nie najlepiej sie jej ukladalo) postanowila
          sobie zatrzymac syna.
          Dzis kiedy Mark dzwoni do mnie, mowie mu, ze to koniec, bo to sie za dlugo
          ciagnie, a on nadal nie chce mi powiedziec czego chce, zreszta sam przyznal
          otwarcie ze nie chce sie angazowac. Powtarza, ze teskni, ze jeszcze nie koniec.
          Nie wiem gdzie jest prawda, juz nie mysle, bo domysly doprowadzaly mnie do
          obledu.
          Przeszlam swoje pieklo, byc moze byla to cena za budowanie szczescia na
          nieszczesciu kogos innego... Modle sie za niego codziennie o to by strach i
          egoizm nie zawladnely nad miloscia.
          Wiele watkow w tej historii nie rozwinelam, bo musialabym wchodzic gleboko w
          psychologie. Nie wiem jaki bedzie final tej histori, wiem tylko, ze bardzo go
          kocham i ciagle mam nadzieje, ze pewnego dnia...
          • mulinka Re: Oto moja historia: jaki bedzie final? 16.05.05, 18:20
            troche smutne sad
            ale zycze Ci szczescia - jesli nie z tym "M", to moze z innym (?)
            smile)
          • triskell Re: Oto moja historia: jaki bedzie final? 16.05.05, 19:46
            Życzę Ci, żeby finał był takim rozwiązaniem, które da Ci najwięcej szczęścia.
            Dzięki za to, że podzieliłaś się z nami swoją historią smile.
    • beetaa Re: LOVE STORIES 25.05.05, 15:07
      jeszcze nie opisałam mojej historii, więc teraz spróbuję uzupełnić zaległości :-
      )))

      bardzo długo byłam sama, ale nie samotna, kiedy spotkałam mojego Exa, świat
      zawirował i nawet nie myślałam, że ta historia nie będzie miała szczęśliwego
      zakończenia. jednak stało się inaczej, to co było piękne i baśniowe na samym
      początku, okazało się horrorem. wpadłam po uszy w toksyczny związek. całe
      szczęście, skończyło się dla mnie dobrze, wyrwałam się i postanowiłam nigdy
      więcej nie szukać miłości zagranicą wink

      i co z tego, kiedy słowa nie dotrzymałam wink
      miłość sama mnie znalazła!
      zachorowałam i zostałam kilka dni w domu, zima, ciemno i zimno, więc nie
      pozostało nic innego, jak pobuszować po internecie, i... stało się, przypadkowo
      weszłam na stronę bardzo sympatycznego osobnika, a on mnie sobie też wynalazł i
      prawie w jednym momencie wysłaliśmy do siebie wiadomości i tak się zaczęło.. po
      kilku wymienionych mailach zadzwonił do mnie, i... coś zaiskrzyło (pierwsza
      nasza rozmowa dzień przed wigilią, potem po kolacji przegadane trzy godziny)i
      umówiliśmy się na spotkanie w pierwszym tygodniu nowego roku w połowie drogi. A
      w połowie drogi wypadło Drezno. Spędziliśmy wspaniały weekend w Koenigsstein w
      Saksonii Szwajcarskiej, potem spotkaliśmy się w lutym na moje urodziny i
      spędziliśmy szalony marcowy urlop w Polsce. Jesteśmy już ze sobą trudno
      powiedzieć jak długo, jak liczyc ten czas, znamy się 18 miesięcy, przeżyliśmy
      wspólnie lepsze i gorsze chwile,chwile wahania i rozpaczy, wydaliśmy straszne
      pieniądze na podróże (spotkania co 3-4 tygodnie pożarły wszystkie
      oszczędności). W koncu stwierdziliśmy, że dłużej juz tak nie możemy, albo
      zamieszkamy razem, albo nic z naszego związku nie będzie.
      W czerwcu wyjeżdżam z Polski i mam nadzieję, że wszystko ułoży się jak
      najlepiej. Kierunek Niemcy/Luksemburg.
      Buziaki! Beata
      • mulinka Re: LOVE STORIES 25.05.05, 15:48
        beetaa - bedzie dobrze, juz jest dobrze, a Ty szczesliwa smile)
        buziaki
        • blanka25 Re: LOVE STORIES 25.05.05, 16:48
          ja zakochalam sie po raz pierwszy w zyciu jak bylam bardzo mloda, zaraz po
          liceum z tej wielkiej milosci wyszlam za maz. I niestety, proporcje miedzy
          dobrymi chwilami w naszym malzenstwie a zlymi drastycznie zmienialy sie na
          niekorzysc. moj maz byl obsesyjnie zazdrosny a ja, zeby go nie urazic wyrzeklam
          sie wszystkich przyjaciol, znajomych a nawet wlasnej rodziny. W koncu, pewnego
          pieknego dnia ocknelam sie i zrozumialam, ze to koniec, wiec odeszlam.

          Rzucilam sie w wir pracy, chcialam jak najwiecej osiagnac, glownie zalezalo mi,
          zeby udowodnic facetom, ze my kobiety niejednikrotnie jestesmy lepsze od nich,
          ze powinnysmy miec szanse rozwoju zawodowego. Tak sie zlozylo, ze moim szefem
          byl super przystojny Francuz, ktory jednak byl bardzo zimnym i wymagajacym
          czlowiekiem i blady strach padal na firme, kiedy on przyjezdzal na inspekcje
          poza tym zawsze byl niezadowolony. Ja uznalam, ze jesli temu zatwardzialcowi
          pokaze na co nas stac, to juz nic nie bedzie mi straszne. Juz po 2 latach
          wspolnej pracy zrealizowalam swoj plan, ja i inne osoby z zespolu zostaly
          docenione. Francuz natomiast niepokojaco zwiekszyl czestotliwosc inspekcji i
          coraz czesciej musielismy razem pracowac. Pewnego dnia ten okropny dotychczas
          osobnik zorganizowal kolacje dla dzialu i okazalo sie, ze poza biurem to jest
          super facet! rozluzniony, dowcipny, czarujacy... pomyslalm, ze niedobrze ze mna
          i ze przeciez nie moge sobie zaprzatac glowy jakims Francuzem, ktory napewno
          jast snobem (jak inni, ktorych zdazylam poznac) ma tysiac kochanek i wieskzosc
          znanych mi kobiet ugania sie za nim.
          Tak wiec mimo iz Francuz zaczal dawac mi oznaki sympatii, postanowilam byc
          zimna jak lod. Skonczylo sie tym, ze weszlismy na wojenna sciezke. Przez jakies
          pol roku nasze kontakty ograniczaly sie do minimum, inspekcje tez...
          Az tu nagle, ni z tego ni z owego Francuz zadzwonil i zaprosil mnie na kolacje,
          a ja ... sie zgodzilam. Pamietam kazda minute tego wieczoru, a zwlaszcza
          moment, w ktorm pierwszy raz dotknal mojej reki. Cos niesamowitego!!! od
          tamtego wieczoru wiedzielismy, ze to jest to.
          Potem nastapil bardzo trudny okres, kiedy pracowalismy razem a nie chcelismy,
          zeby otoczenie sie zorientowalo, poza tym nie wiedzielismy gdzie zamieszkac,
          zeby dla obojga bylo dobrze. Wyladowalismy w Luksemburgu. Jestem baaaaardzo
          szczesliwa, moj Francuz okazal sie byc wrazliwym, kochanym czlowiekiem, cenie u
          niego optymizm, cierpliwosc, to, ze jego milosc pozwala mi oddychac i ze
          potrawi mnie rozsmieszyc do lez nawet jesli mam totalnego dola.

          Pozdrawiam wszystkich, szczegolnie, te kobitki, ktore sie wybieraja, lub
          spedzily jakis czas w Luxie.
      • bietka1 Re: LOVE STORIES 25.05.05, 16:31
        Luksemburg to bardzo fajny kraj.
        Kiedys czesto tam bywalam i zawsze zal mi bylo wyjezdzac.
        Przynajmniej zostaniesz ksiezniczka wink
        Powodzenia
        smile
        • kociaszek Re: LOVE STORIES 12.07.05, 16:57
          Moja LS:
          Nalezaloby zaczac od tej, ktora byla wielka miloscia I skonczyla sie zle.
          Czlowiek, z ktorym bylam late cale, ktorego znalam od dziecka, ktory mnie rozumial I do ktorego
          mialam zaufanie oraz najwazniejsze zakochana bylam do niepamieci, zostawil mnie, odszedl do innej.
          To byla cena ktora ja zaplacilam za swoja emigracje (a wierzylam ze jesli sie kocha to nie ma przeszkod
          nie-do-pokonania?)
          Odszedl w miesiac po tym jak zaproponowal wspolne zycie (po tym jak zaproponowal malzenstwo,
          zaczelam pracowac po 14H na dobe, zeby skonczyc szybko I wrocic do kraju?). Odszedl byc ojcem.
          Bylam daleko od domu, przyjaciol, bliskich?poczulam jakby zawalil mi sie swiat caly - Nagle I zupelnie
          niezrozumiale..byly przeplakane noce I krzyki w ciemnosc: dlaczego? Jak to mozliwe? Mnostwo zalu do
          siebie ? gdybym to, gdybym tamto?bol I pustka I te noce koszmarne?stawalam na nogi dlugo,
          wplatujac sie w rozmaite historie, odbijajac sobie albo bedac z kims po to, zeby nie byc samej?(nie
          potepiajcie, czasami tak jest?)
          Mialam szczescie do tzw popaprancow, klamczuchow, uzaleznionych od mam etc?zebraloby sie na
          kolejne kilka tomow opowiesci?
          Az powiedzialam sobie dosc.
          Bylam sama.
          I byly chwile cudownie wolne I koszmarnie zimne, kiedy chcialoby sie budzic kolo kogos, z kims jesc
          sniadanie, pojsc na spacer albo nawet poklocic.
          Postanowilam zabarac sie z glowa za szukanie faceta mojego zycia, bylam pewna, ze z pewnoscia taki
          gdzies istnieje. Nie chcialam cudzoziemca. Chcialam Polaka, ktory bedzie rozumial dusze slowianska I
          weschnienia I caly ten polski background, tak trudny czasem do wytlumaczenia.
          Zalogowalam sie na randki w café gazeta?bylo smiesznie, czasem tragikomicznie?nawiazalam sporo
          milych kontaktow, poznalam jeszcze lepszych popaprancow, mialam oferty porno I pytania o seks
          przez telefon.
          Nikt nie oczarowal mnie szczegolnie I wyjatkowo?
          Do czasu?
          cdn
          • mulinka Re: LOVE STORIES 12.07.05, 17:28
            kociaszek, dawaj dalej - bom ciekawa jak diabli smile))
          • kociaszek Re: LOVE STORIES-cont 12.07.05, 17:28
            Pamietam date. 27 stycznia tego roku. Bylam coraz bardziej smutna?
            Spojrzalam na liste zalogowanych panow. Oprocz jednego, nic ciekawego?tzn cala masa (wybaczcie)
            napalonych szczeniakow, panow z pretensjami?I jeden normalny facet?zdawalo sie, rownie samotny?
            troche niesmialy I jakby zagubiony?
            Pierwszy dzien znajomosci, po kilku ladnych godzinach pisania maili, wypitych wspolnie herbatach
            czulam sie jak zaczarowana?nie pisalismy o niczym szczegolnym?o tysiacu drobiazgow?szukalismy
            przede wszyskim w sobie czlowieka, bylismy siebie ciekawi?najzwyczajniej?
            Umowilismy sie na telefon?ten glos?radiowy?czytal mi bajki przez telefon, rozmieszal, czasem
            milczelismy bedac blisko.
            Po 4 dniach, spedzanych na pisaniu maili I nocach na wiszeniu na sluchawce (bylam nieprzytomna)
            zdecydowalismy sie zobaczyc. M. przyjechal do Lyonu. Swoje koty zostawil pod opieka rodzicow.

            Balam sie. Ze myla mnie przeczucia. Ze to co czuje to urojenia. Ze najzwyczajniej wyobraznia plata mi
            figle.
            Chcielismy byc blisko?wiedzielismy, ze mimo skaczacych po swiatlowodach I drutach iskier,
            najzwyczajniej moze ich zabraknac w realu.
            Przyjechal do L. 14 lutego (nigdy nie przywiazyalam wagi do jak ja to nazwywam balu kardiologow za
            slowianskie walentynki uwazajac przesilenie wiosenno letnie, noc Kupaly, noc Swietojanska?niemniej
            jednak?)
            Widzialm zdjecia wczesniej? Normalny, najzwyczajniejszy chlopak, na ktorego najprawdopodobniej w
            tlumie, nie zwrocilabym uwagi ...
            Tego dnia nie moglam skupic sie na niczym?postanowilam ugotowac cos prostego, bo balam sie, ze
            przypale, przesole?rece mi sie trzesly juz od popoludnia?
            Kiedy zobaczylam go jak wysiada z autobusu z niesmialym usmiechem?nie poczulam nic.
            Gadalismy caly wieczor 5makaron byl troche rozgotowany)?I czulam sie jakbym byla roztapiajaca sie
            kostka lodu?kiedy mnie przytulil?aj, do tej pory na wspomnienie przechodza mnie ciarki?
            Poznawalismy sie powoli?w dzien I w nocy ?)))
            Bylo mi cudownie. I byl we mnie taki ogromny spokoj I pewnosc?cos najcudowniejszego na swiecie?
            Po 5 dniach, w nocy zapytalam co dalej?
            I od tego czasu zyjemy razem!!!
            Przeprowadziliusmy rzeczy M. z Wawy do Lyonu I tak to, wbrew zapowiedziom tzw zyczliwych, zyjemy
            pod jednym dachem szczesliwi I zakochani. Mamy wspolny dom. Maly, ciasny, ale nasz!!!
            .Koty przylecialy tez. Obie kotki. Jedna wciaz jest zazdrosna I siusia na moje reczniki.
            Nie budze sie sama.
            Razem zaczynamy kazdy dzien?
            I sa drobne klotnie (sprzatanie) I czasem jest ciezko finansowo, ale nie ma to znaczenia.
            Smiejemy sie czesto I przeciwnosciom w twarz.

            I niech tak zostanie!!!


            • myszka888 Re: LOVE STORIES-cont 12.07.05, 17:33
              Kociaszeksmile
              piekna historiasmile)) Najpiekniejsze to, ze prawdziwa! Zwlaszcza koncowka mi sie
              podoba- takim szczesciem z niej bijesmile))
              smile))
            • mulinka Re: LOVE STORIES-cont 12.07.05, 17:34
              i zycze Wam tego
              az mi sie lezka w oku zakrecila
              buziaki!
              • kociaszek Re: LOVE STORIES-cont 12.07.05, 17:47
                ja zycze Wszystkim samotnym dziewczynom, zeby nie baly sie zaufac i nie baly sie sprobowac...
                ja mialam fory.
                kiedy odeszla moja ukochana Babcia, ponad rok temu.. umierajac powiedziala mi, ze ciezko jest zyc
                bez dozgonnego przyjaciela (tak kiedys mowilo sie na meza) i ze ciezko jej odchodzic wiedzac, ze nie
                ma przy mnie nikogo, kto moglby sie o mnie zatroszczyc; kiedy potrzeba...
                W nawyku rozmawiam z nia do tej pory (bylysmy sobie bardzo bliskie)i opowiadam rozne rzeczy...i
                wierze, ze jakas czesc jej jest przy mnie obecna (niech nikt nie wazy sie smiac)...wiec kiedys, kiedy bylo
                mi samotnie i zle, poszlam zapalic swieczke i myslalam do niej, zeby mi z tym dozgonnym troche
                pomogla...

                PS Jest fajnie. Czasem to poligon i podchody...byc razem i zyc razem pod jedym dachem to nie to
                samo...ja to chwili pojawienia sie M. z nikim nie zylam tak na codzien...urok codziennosci bywa czasem
                trudny, ale bierzemy go z przymroznieniem oka...
                o problemach zycia codziennego, docieraniu sie, stosowanych sztuczkach, podchodach itp
                przyjemnosciach chyba zaloze watek...
            • marta_midwest Re: LOVE STORIES-cont 12.07.05, 17:48
              Piekna historia Kociaszku, lezka sie w oku zakrecila...
              • triskell Re: LOVE STORIES-cont 12.07.05, 22:02
                Kociaszku, dzieki za cudowną historię smile. A Babcia na pewno gdzieś tam z Wami
                jest i cieszy się Waszym szczęściem.

                PS. Historie Beetyy i Blanki też przeczytałam dopiero teraz i też mi się podobały.
    • yatzekalexander Re: LOVE STORIES 13.08.05, 20:27
      No i moja kolej, chociaz ostatnio odwrocilo sie to w Hate Story
      Przyjechalam do US w wakacje majac lat 17, do ciotek, hormony po glowce
      chodzily i zaczelam sie interesowac kolega kuzyna. Oczywiscie ciatkom sie to
      nie podobalo, juz widzialy ze sie zmarnuje, ze jestem tutaj zeby sie uczyc i
      skonczylo sie. Kazaly mamie-ktora byla wtedy w Polsce, szukac mi porzadnego
      kawalera-na studiach z zawodem ktory ewentualnie bylby dobry i w Polsce i US
      Mama oczywiscie polazla do lekarza bo wiedziala ze jego syn jest na medycynie-
      zawod wszystim odpowiadal, no i stalo sie ze dostalam pierwszy list
      Wracalam ze szkoly, ciatka w drzwiach niecierpliwie czekala ze napisal
      list...oczywiscie przeszedl przez cenzure, i wszyskie inne.
      Z nodow, z ciekawosci, z braku innych kolezanek/znajomych zaczelismy
      korespondencje-1984, listy szly od tygodnia to kilku miesiecy, czesto sie
      mijaly, ale i tak pisalismy tak czesto ze pod koniec przychodzily po kilka
      dziennie.
      Pojechal do bylel Jugoslawii i z tamtad mogl sie do mnie dodzwonic-jak
      uslyszlam jego glos-zamarzlam i myslalam ze juz koniec, bo tylko moglam
      powiedziec tak/nie
      1986-nadal listy, i w jednym napisal ze jestem mu bardzo bliska, jak sie
      cieszylam, zaprosil mnie na podroz do Indii, jakos nie moglam pojechac

      W miedzyczsie zostal wywalony ze studiow, kogos tam zdenerwowal
      platal sie po Europie, niemcy, szwarcarja
      1988-pojechalam z mama do Polski na miesiac wakacji, on wrocil z szwarcarji
      bylam z nim, podrozowalismy po Polsce
      Ja potem wrocilam do MA, juz na studiach, plakalam po nocach, telefony, listy
      etc
      W sierpniu przyjechal do US, gdzies, jakos staral sie zalapac na medycyne, nic
      nie wypalalo, pracowal na budowie w NYC, potem dostal opieke nad starszym panem
      z Alzheimer's, zydkiem, ale ludzie OK, ciagle mu powtarzali zeby z medycyny
      jeszcze nie rezygnowal, ze cos bedzie...
      Studia skonczylam 1990-potem praca jako chemik, szybko sie zorientowalam ze to
      mi nie odpowiada i zdecydowalam sie na medycyne, niestety za pozno zeby sie
      starac na studia w US, dostalam sie na Grenade
      On rozpaczal jak moge go zostawic, ale ja wiedzialam ze musze
      Wtedy zona tego faceta ktorym sie on opiekowal powiedziala ze zna jakos inna
      zydowke co jest bardzo aktywna w tej szkole, no i siup w ciagu tygodnia on tez
      jedzie z mna na Grenade-jeszcze lepiej bo ze stypendium na pierwszy rok...
      Bylismy tak szczesliwi...
      Na grenadzie poznalismy fajne malzenstwo-on 3 generacja Polak, on pochodzenia
      wloskiego-dzieci adaptowane z Polski, pomogli nam przetrwac, zalatwili mezowi
      stypendium na nastepne 3 lata
      W miedzyczasie zaszlam w ciaze-nie mielismy slubu-powrot do rodzicow, ciatki na
      mnie nasiadly ze juz koniec z moimi studiami
      Urodzil sie synek-1991-on nie mogl wrocic do stanow bo nie mial wizy, musial
      jechac do Polski zeby dostac wize i przyjechal jak maly mial tydzien
      Wrocilam z 10 tygodniowym malym i jakos dalej studiowalismy
      Potem powrot to US na zajecia kliniczne i wzielismy slub cywilny, moj ojciec
      nawet nie przyszedl bo go nie uwazal, maly mial 10 miesiecy
      Zostawilismy go u rodzicow, tydzien na zajeciach w NJ, potem weekend w MA
      Potem oops nastepna ciaza- mala urodzila sie 1993, wczesniej wzielismy slub
      koscielny, skromny ale ojciec przyjechal
      Teraz dwoje dzieci u rodzicow, a rodzice na studiach, skonczylismy on 1994, ja
      1995. Szukalismy stazu/residency-maz zawsze mial pelno energii i zawsze
      potrafil sie wepchac-skonczyl residency w Georgetown, nawet mi tam zalatwil -on
      skonczyl 1997-wtedy w koncu dzieci wrocily do nas. Ja skonczylam w 1998
      Myslelismy ze bedzie nam lepiej w Ohio, lepsze byly zarobki, lepsza szansa na
      wlasna praktyke, takze wyjechalismy tam by pracowac razem, zaczelismy w 12/98
      1 marca 1999- maz mial wypadek, 2 tygodnie w ICU/in coma, ciezki uraz mozgu,
      powrot do pracy okazal sie nie mozliwy, i tak jakos wszystko zaczelo sie
      sypac...kryzys finansowy, kryzys moralny jak to sie skonczy to ciag dalszy...
      • sylwek07 Re: LOVE STORIES 13.08.05, 20:37
        yatzekalexander zycze sily i wytrwalosci.
        • yatzekalexander Re: LOVE STORIES 13.08.05, 21:02
          dzieki, pomoglo nawet ze moglam sie wyzalic
          • mulinka Re: LOVE STORIES 13.08.05, 21:13
            wiesz, czasem zdarzaja sie cuda
            moja przyjaciolka przezyla taki cud niedawno, tj.jest facet
            mial wylew, na platy czolowe i uraz glowy, bo sie pewnie przewrocil
            najpierw lezal nieprzytomny, potem jak roslina
            po...chyba miesiacu nagle zaczal sie ruszac, poruszac, chodzic
            tylko mial zanik pamieci
            po kolejnym miesiacu nagle pewnego dnia wrocila mu pamiec
            cud - zdaniem i lekarzy i wszystkich
            dzis jest bardziej sprawny niz przed wylewem

            wiec....cuda sie zdarzaja
            zycze Ci (Wam) takiego cudu
            trzymaj sie
            • malpka108 Re: LOVE STORIES 13.08.05, 21:24
              Dolaczam sie do powyzszego, trzeba miec nadzieje na cud, naprawde sie zdarzaja.
              Mam znajomego , ktory tez byl w podobnej sytuacji i wyszedl z tego, choc
              oczywiscie nie bez skutkow. Wrocil do pracy komputerowca, choc rehabilitacja
              trwala dlugo. Najwazniejsze ze zyje i udalo mu sie poukladac zycie na nowo i
              jest szczesliwy.
              Pozdrawiam
              • malpka108 Re: LOVE STORIES 13.08.05, 21:30
                Co do mojej historii, zaczelo sie internetowo, szybko przeszlo w real, podroze
                przez ocean na przemien jego i moje. Skutki znacie dzieki zdjeciom slubnym. Dla
                osob, ktore ich jeszcze nie widzialy a mialyby ochote dolaczam link

                photos.yahoo.com/kasiakepa
                Buziaki
      • triskell Re: LOVE STORIES 13.08.05, 22:18
        Yatzek, musisz być bardzo blisko związana ze swoją rodziną. Uderzyło mnie to w
        Twoim poście - rola rodziny w Twoim życiu i w podejmowanych przez Ciebie
        decyzjach. Przecież małżeństwo niemalże zaaranżowane przez ciotki, a przy obu
        ślubach podstawową sprawą było, czy był na nich Twój ojciec. Czy mieszkacie
        nadal blisko siebie?

        Życzę jak najtrafniejszych decyzji i lepszych czasów. Też wierzę, że może to być
        raczej przejściowy kryzys, niż "hate story".

        I, ponieważ jestem dziś w świetnym humorze, nie będę się czepiać o to "Żydek,
        ale OK ludzie", bo jestem pewna, że nie chciałaś tego napisać tak, jak to
        zabrzmiało smile.
        • yatzekalexander Re: LOVE STORIES 13.08.05, 22:53
          nie niechcialam napisac jak to brzmialo, ale zawsze slyszalam jaki stosunek
          jest niektorych ludzi do nich, a nam oni tak bardzo pomogli, zostali bliskimi
          przyjaciolmi. Sorry, czasami a raczej czesto brak dalszej edukacji w Polsce
          wychodzi
          Niestety nie do konca bylo to malzenstwo aranzowane przez rodzicow, po pewnym
          czasie nawet wiec przeciwnie zabraniali mi sie z nim spotykac...
          Jestem daleko od moich rodzicow- 600+ mil, jestem im wdzieczna bo przeciez
          wychowywali mi moje dzieci
          Po wypadku meza, nie widze ich tak czesto-ale to inna sprawa
          Przejsciowy kryzys trwa juz ponad 5 lat.. oj ale ja niechce psuc tego forum-
          chce byc bardziej pozytywna
          • sylwek07 Re: LOVE STORIES 13.08.05, 23:03
            yatzekalexander ale to tez jest wazne o czym piszesz i jesli potym mozesz sie
            poczuc dobrze to czemu nie?
          • triskell Re: LOVE STORIES 14.08.05, 03:42
            yatzekalexander napisała:
            > oj ale ja niechce psuc tego forum-
            > chce byc bardziej pozytywna

            Kochana, nie "psujesz" tego forum, a czasami właśnie po to, by móc na coś
            spojrzeć bardziej pozytywnie, trzeba najpierw dużo negatywnych rzeczy z siebie
            wyrzucić. Jeśli tego nigdzie nie powiesz, tylko będziesz dusić swoje problemy w
            sobie, to będą one rosły, rosły i w końcu i tak będziesz to kiedyś musiała z
            siebie wyrzucić.

            Jak poważny jest w tej chwili stan Twojego męża? W jaki sposób uraz mózgu wpływa
            na jego funkcjonowanie - fizycznie i psychicznie? Jak wpływa to na Wasze
            małżeństwo? Jeśli nie chcesz odpowiadać na te pytania, to rozumiem, bo zdaję
            sobie sprawę z tego, że pytam o sprawy bardzo prywatne a jednocześnie bolesne.
            Ale jeśli chciałabyś się wygadać - jesteśmy tutaj, słuchamy smile.
            • mulinka Re: LOVE STORIES 14.08.05, 06:03
              i zawsze do kazdej z nas mozesz pisac na priv.
        • kotorybka Moja "love story"... 22.08.05, 04:41
          Dziewczyny, przeczytałam Wasze historie jednym tchem! Muszę się przyznać, że jestem z natury
          ciekawska (uwielbiam np. letnimi wieczorami chodząc na spacer oglądać (przez okna) jak ludzie
          mieszkają surprised) więc i ten wątek baaardzo fajnie się czytało smile

          No to może napiszę Wam o nas... Był rok 1997, oboje byliśmy studentami na tym samym wydziale (ale
          w innych dziedzinach) w Montrealu. Pewnego strasznie zimnego dnia wybraliśmy się całą grupą na
          narty i wtedy go oficjalnie poznałam (chociaż przedtem dość często widywaliśmy się tu i tam): wysoki,
          wysportowany, rzucający się w oczy brunet - podczas kiedy my wszyscy jeździliśmy na "normalnych"
          nartach downhill, on jedyny uprawiał "telemarking" (dla tych co tego fenomenu nie widzieli, napiszę
          tylko że wygląda *co najmniej* śmiesznie surprised). Byłam zaintrygowana wink. Potem typowe "apres-ski":
          kominek, winko, ciekawa rozmowa... Fajnie nam się gadało, okazało się że jego rodzice mieszkają w
          tym samym mieście co moi, że uczył się polskiego (!!!) w podstawówce (polski wydawał mu się bardziej
          ciekawym językiem niż francuski, którego wszyscy sie uczyli - chociaż niewiele pamiętał, jako dowód
          pokazał mi swoje stare zeszyty big_grin), że ma kota (ja wtedy miałam dwa). Już wtedy zaczął mi się
          podobać... Spotykaliśmy się później na imprezach, koncertach (Ag.ni, może pamiętasz koncert Jamesa
          Browna z okazji wyścigu Formula One?...). Pamiętam, że aby zwabić go do mnie poprosiłam by
          przyszedł naprawić mój rower (przez kilka lat poważnie zajmował się kolarstwem)...

          Po kilku miesiącach naszej znajomości moja siostra wychodziła za mąż we Wrocławiu i zdecydowaliśmy
          się pojechać razem. Przygotowałam mu kilkadziesiąt karteczek z różnymi wyrazami po polsku,
          wszystkiego się nauczył... W polsce potrafił zamówić obiad (chociaż było kilka komicznych sytuacji, np.
          w knajpie w Zakopanem, gdzie wysłaliśmy go aby nam zamówił podgrzewane piwo, po kilku minutach
          kelner wrócił z... ciepłym winem smile), zrobić rezerwacje w hotelu, kupić bilet autobusowo-kolejowy...
          wszystkie moje ciocie byly zakochane big_grin

          Kilka miesięcy po naszym powrocie okazało się, że będzie prawdopodobnie musiał wyjechać do
          Bostonu na "postdoc". Byłam zrozpaczona. Wyjechał na początku 1999. Przez półtora roku byliśmy
          razem "na dystans". Byłam pewna że to będzie dla nas wyrok, oboje ciężko pracowaliśmy, ja byłam pod
          straszną presją aby skończyć doktorat. Ale chociaż nie mieliśmy samochodu, widzieliśmy się co dwa
          tygodnie - Rick raz na miesiąc wynajmował samochód i przyjeżdżał do mnie, a ja z kolei jeździłam do
          Bostonu nocnym autobusem... Nie pamiętam już ile razy przebyłam tą podróż - do tej pory znam każde
          miasteczko w tej dziewięciogodzinnej trasie... Wtedy mieszkałam w maleńkim, strasznie przytulnym
          mieszkanku w samym centrum Montrealu - dwunaste piętro, wielki balkon z pięknym widokiem na
          miasto, no i ta tęsknota...

          W połowie 2000 nareszcie byłam w stanie przenieść się tutaj. Dwa lata później wzięliśmy ślub. Patrząc
          do tyłu na tą naszą historię zawsze się uśmiecham, bardzo się cieszę że los mi właśnie tego człowieka
          podsunął smile Nie zaprzeczę - jesteśmy dość inni, ale dobrze do siebie pasujemy. Rick jest bardzo
          ciekawym człowiekiem, przeżył wiele rzeczy (to były "high school dropout", który spędzil kilka lat
          ścigając się na rowerze w Europie w lecie i na nartach biegowych w zimie, skończył studia z fizyki ale
          potem trzy lata pracował jako policjant (RCMP) na zachodzie i później w Montrealu (między innymi w
          dziale narkotyków surprised), poczym doszedł do wniosku że to jednak nie dla niego i podjął studia z fizyki
          medycznej, czym zajmuje się do teraz), jest niesamowicie ambitny i inteligentny, ma jednak w sobie
          mnóstwo lekkosci i świetne poczucie humoru. Kocha swojego synka nad życie.

          No i teraz wlecze nas spowrotem do Montrealu... Mam nadzieję że tam już zostaniemy na dłużej.
          Ale się straszliwie rozpisałam! Dla tych co dobrnęli do końca, życze dobrej nocy smile
          Marta
          *******
          Mój Matti-nowe zdjęcia
          • jan.kran Re: Kotorybko 22.08.05, 10:19
            Taka ciepła historia i całkiem nietypowa bo nie poznaliście się przez net:-pppp

            Mam pytanie nie na temat i właściwie do niczgo mi niepotrzebne ale lubię
            wszystko wiedziećsmile))
            Co to jest postdoc ? Spotkałam się kilkatrotnie w necie z tym okresleniem.

            Jeżeli chodzi o Jego polski to podtrzymuj , a właszcza ze względu na dziecko.
            Ja mam przyjaciela Francuza który znakomicie mówi po polsku i goni swoją polską
            żonę zeby z Nim i dziećmi gadała po polsku .

            Pozdrawiam.
            Kransmile))
            • ponponka1 Piekna historia 22.08.05, 12:17
              A styl telemark nie jest mi obcy....choc wymaga mocnych kolan smile

              Cmok (jaki smok?)
              • kotorybka Re: Piekna historia 22.08.05, 14:17
                Ponponko, czy praktykujesz? Rick próbował mnie wciągnąć ale boję się :-]
                *******
                Mój Matti-nowe zdjęcia
                • ponponka1 Re: Piekna historia 22.08.05, 18:17
                  Telemark jest bardzo popularny w Norwegiii....mlodziez norweska w pewien sposob
                  uwaza, ze nie wypada nie znac ich narodowego sportu (nazwa pochodzi od nazwy
                  regionu, w ktorym Sondre Norheim
                  zapoczatkowal marciarstwo gorskie -
                  Telemark

                  Ja oprocz zjazdowek biegam. Kiedy trzeba zjechac stromym ale szerokim stokiem
                  robie to...telemarkiem. Telemark ma te wyzszosc nad zjazdowkami, ze buty, nawet
                  te nowoczesne plastikowe, sa wygodniejsze do tanczenia na stole na apres ski niz
                  zjazdowe ;-P
                  Jak bedziesz kiedys na dluzszywm wyjezdzie narciarskim to sprobuj telemarku, tym
                  bardziej, ze masz przy boku instruktora smile

                  Cmok (jaki smok?)
            • kotorybka Re: Kotorybko 22.08.05, 14:16
              Kraniku, dzięki za przeczytanie smile

              Postdoc (od "post-doctoral fellowship") to staż po otrzymaniu doktoratu który tutaj niezbędny jest do
              ewentualnego otrzymania pozycji profesorskiej "tenure-track" na uczelni (jeśli się nie mylę to po polsku
              "profesor nadzwyczajny" surprised). Postdoc trwa zwykle od 3-5 lat i jest niestety bardzo mizernie płatny...
              ot taka pańszczyzna... Do niedawna w Europie (w Polsce, Niemczech, dalej nie ma) nie było pojęcia
              postdoka (jest za to ta tajemnicza "habilitacja"), teraz coraz bardziej zaczynają się panoszyć...

              A z tym językiem, bardzo zależy mi żeby mały mówił po polsku, więc walczę :-I
              K
              *******
              Mój Matti-nowe zdjęcia
              • kociaszek Re: Kotorybko 22.08.05, 15:21
                jestem postdockiem buuuu i zyjemy we dwojke z mojej pensji...coz, nauka to troche taka praca dla idei...
                na szczescie jest tez pasja wiec staram sie nie marudzic...w porowaniu z tym co zarabiaja adiunkci na
                uniwersytetach w PL, ja moge wynajac mieszkanie, utrzymac nasze dwojke i dwa koty, odlozyc na
                wakacje...
                moj M. teraz szuka pracy...zaczyna sie deprymowac mocno...wiec trzymajcie kciuki, zeby znalazl, bo
                czasem az mi sie serce kraje...
                • kotorybka Kociaszku... 22.08.05, 16:03
                  No to ciesze sią że mam bratnią duszę smile
                  Czym się zajmujesz i gdzie jesteś?
                  Trzymam mocno kciuki za pracę męża (mnie też to niedługo czeka) - tak, szukanie roboty może być
                  strasznie dołujące bo tyle lat się spędziło na tym "szkoleniu" a to przecież dopiero początek... my
                  jeszcze życia prawdziwego nie zaczęliśmy surprised... aż wstyd to pisać w moim wieku...
                  *******
                  Mój Matti-nowe zdjęcia
                  • kociaszek Re: Kociaszku... 23.08.05, 22:26
                    jestem we Francji, w Lyonie zajmuje sie komorkami embrionalnymi, dokladniej robie z nich neurony...
                    to moj pierwszy postdoc...niee wiem ile jeszcze bede sie tulac zanim wywalcze stalej pozycji...aj ciezkie
                    zycie naukowca...a Ty czym sie zajmujesz?
                    • kotorybka Re: Kociaszku... 24.08.05, 03:18
                      Ciekawe... nigdy nie byłam w Lyonie a chciałabym to miasto zobaczyć.
                      A co do komórek macierzystych, mój "stary" lab trochę w tym maczał łapy (a dokładniej zrobili neurony
                      i inne z komórek skóry...), ale to już było po moim wyjeździe...
                      Teraz zajmuję się neurobiologią, dokładniej rozwojem systemu wizualnego (?). Już zaczynam piąty rok
                      postdoku i mam dość!
                      *******
                      Mój Matti-nowe zdjęcia
          • triskell Re: Moja "love story"... 23.08.05, 23:31
            Kotorybko, piękna historia, ale ja oczywiście niedyskretnie zapytam - to w
            którym właściwie momencie zaczęliście być parą? Bo historia przechodzi płynnie
            od "zaczął mi się podobać" do wspólnego mieszkania. Czy do Polski na wesele
            jechaliscie już jako para, czy jako kumple? smile
            • kotorybka Re: Moja "love story"... 24.08.05, 03:09
              Triskell, rzeczywiście napisałam to trochę tajemniczo wink
              Po tych pierwszych spotkaniach na których mi się "spodobal" mieliśmy kilka "randek" no i rzeczy dość
              szybko się posunęły surprised
              Do Polski pojechaliśmy już jako "młodzi-zakochani" wink
              *******
              Mój Matti-nowe zdjęcia
              • kotorybka PS... 24.08.05, 03:10
                Ja lubię "niedyskretne" pytania ;-D
                *******
                Mój Matti-nowe zdjęcia

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka