dr.kidler
21.05.05, 08:26
A Zygmunt Wrzodak milczy
Z nieukrywanym podziwem patrzyłem na Zygmunta Wrzodaka podczas przesłuchania
w "Prześwietleniu". Po prostu twardziel. A pytania były, jak zwykle w tym
programie TVN24, ostre:
"Czy celem ujawnienia zajścia z Jarosławem Kaczyńskim jest chęć obrony
swojego honoru?..."
Wrzodak nie odpowiada. "... chęć ukrycia pana związków ze służbami
specjalnymi?"
Wrzodak milczy. "... chęć skompromitowania Jarosława Kaczyńskiego?"
A Wrzodak uparcie milczy. Choć wcześniej przebiegły poseł
odpowiedział "3xtak" na trzy trudne pytania: "Czy Polska ma dostęp do
morza?", "Czy w Polsce są jeziora?", "Czy dziś padał deszcz?" Tej ostatniej
odpowiedzi nie był co prawda pewny, bo nie przebywał na powietrzu, ale
strzelał i trafił.
Zdezorientowanym Czytelnikom wyjaśniam, że poseł Wrzodak poddany był na wizji
badaniu przez urządzenie nazywane wariografem. Najkrócej mówiąc, służy ono
badaniu prawdomówności.
"Politycy, którzy sami pchają się do polityki, powinni być badani, a wyniki
przedstawiane opinii publicznej" - oświadczył po zabiegu poseł Wrzodak,
wyznaczając w pierwszej kolejności do diagnozy Donalda Tuska i Tomasza
Nałęcza.
"W tego typu pytaniach nie jest istotne, czy człowiek mówi tak, czy nie" -
naukowo uzasadniał sens testu Jacek Bieńkuński, ekspert od prawdy. Dopiero
dzięki temu wyjaśnieniu zrozumiałem, dlaczego bez żadnego ryzyka można
przesłuchać całą klasę polityczną z podłączonym wariografem i wszyscy w tym
teście wypadną tak samo rewelacyjnie jak poseł Wrzodak. Bo w gruncie rzeczy w
polityce nie jest istotne, czy na konkretne pytanie odpowiada się tak, czy
nie. Ważne jest, czy politykowi wytrzymają nerwy i nie drgnie, nie daj Boże,
powieka.
Gdyby dzień wcześniej podłączyć do wariografu Andrzeja Aumillera, gdy
mówił: "W momencie, jak zasiadam w komisji, muszę zapomnieć, z jakiej jestem
partii", urządzenie pewnie nie wytrzymałoby ze śmiechu. A ekspert Bieńkuński
skwitowałby: "No jest tu jakaś wyróżniająca reakcja, ale nie jest jakaś
wyjątkowa".
Jacek Lutomski