To w zasadzie na temat koniunkcji w synastrii, ale bardzo specyficznej, bo chodzi o slawetny
vertex, o ktorym kazdy slyszal, ze to "cos", ale nikt nic konkretnego nie moze powiedziec.
Od wrzesnia spotykam sie z facetem... dogadac sie nie mozemy "po ludzku", bo i synastria u nas
nie z tych najszczesliwszych....kwadrat Slonce-Mars, opozycja Slonce-Pluton i takie tam inne
ciekawostki. Wczesniej czy pozniej dochodzi u nas do tzw. proby sil, zadne z nas nie daje za
wygrane. Jest to cos w rodzaju wojny, ale z tych zimnych

, bo nigdy nie dochodzi do otwartej
walki i zawsze zostawiamy sobie nawzajem wolne "odwody"

Nigdy nie idziemy na "calosc" w
tej naszej walce, zatrzymujemy sie tuz na granicy wytrzymalosci przeciwnika....
Problem jest dlaczego zadne z nas nie da za wygrana i nie machnie reka.... Kazdy normalny facet
dawno juz by sobie mnie dawno odpuscil, a ja do tych cierpliwych tez nie naleze i sama sobie sie
dziwie, ze ciagne "to", na dodatek cos czego wcale nie szukam.... a moze jednak szukam tylko
wcale o tym nie wiem (?)
Co pewien czas dochodzi do wyjatkowej eskalacji napiecia i obydwoje instynktownie sie
wycofujemy, po czym po dniu, 2-ch, a czasem 3-ch dniach, ktores z nas zaczyna cala te "zabawe"
na nowo.
To co znalazlam fascynujace w naszej synastrii, to podwojne koniunkcje vertexow do
ascendentow, a dokladnie moj asc. 17° 39' raka jego i jego vertex17°26'; jego asc. 2°36' strzelca a
moj vertex: 2°18'
Czy ktos ma jakas koncepcje o co tu chodzi.... ???? Czy to jakies przeznaczenie ????