weter_anka
18.06.08, 00:20
Hej, mam na imię Anka i jestem nową użytkowniczką tego forum.
Trafiłam do Was dzięki przyjaciółce, która czytając to forum
zauważyła wiele nieścisłości dot. „naszej” diety :). Przypomniało
jej się, że stosowałam dietę kopenhaską i pomagam swoim znajomym
przejść tę drogę przez mękę. Chciała więc skonfrontować moją wiedzę
z tym, czego dowiedziała się z Internetu. W konsekwencji przeszłyśmy
wspólnie dietę (dziś minął 12 dzień – pomyślałam, że będzie jej
raźniej ze mną niż z wirtualną grupą wsparcia – jest nieśmiała i nie
wiem, czy chciałaby opisywać swoje stany, a bywało naprawdę różnie,
same zresztą wiecie ;) ).
Po pierwsze jestem Wam winna informację, że posiadam jadłospis diety
kopenhaskiej, oryginału tłumaczonego na polski. Do tego wszelką
wątpliwość konsultowałam z zaprzyjaźnionym, kompetentnym
dietetykiem, który swego czasu sporo czasu poświęcił tej diecie,
więc wiem o różnych faktach, które całkowicie mijają się z tym,
czego można się dowiedzieć o kopenhaskiej z różnego rodzaju stron
(czasami włos się jeży, gdy czytam zmodyfikowane do granic absurdu
jadłospisy diety „kopenhaskiej”).
Nie zamierzam nikogo przekonywać, straszyć lub co gorsza zmuszać czy
moralizować, mam jednak nadzieję, że część z Was weźmie sobie parę
moich słów do serca i przemyśli to, co zaraz napiszę.
FAKTY I MITY ;)
1. Dieta została opracowana nie po to, by w szybkim tempie
zrzucić 5, 10 czy 15 kg (zależy od organizmu), ale po to, by
człowiek miał okazję pozbyć się złych nawyków żywieniowych! Jakich?
Jedzenia po godzinie 18.00, podjadania tuczącymi „zapychaczami” typu
chipsy, batoniki itd.
2. Kolejnym jej zadaniem jest uregulowanie naszego metabolizmu
(pobudzenie przemiany materii).
3. Dieta kopenhaska dyscyplinuje i ćwiczy silną wolę – każda
kobieta, która choć raz jej próbowała, wie ile kosztuje wyrzeczeń i
jaką satysfakcją się kończy, gdy uda się wytrwać 13 dni bez żadnych,
najmniejszych nawet kulinarnych „grzeszków”.
Sama dieta trwa 13 dni – ani dnia dłużej, ani krócej. Jeśli ją
skrócimy, bo powiedzmy, że osiągnęłyśmy już wymarzoną wagę, jest
większe prawdopodobieństwo, że w szybkim czasie nadrobimy
naszą „zgubę”. Dlaczego? Głównie dlatego, że skracając okres diety
nie pozwolimy, by spełniła swoje zadanie (patrz punkty powyżej).
Czytam w różnych miejscach, że po tej diecie nie ma efektu jo-jo.
Owszem, ale POD JEDNYM WARUNKIEM. Nie możemy wrócić do kalorycznego
jedzenia sprzed diety, złych nawyków, braku ruchu. To nie jest dieta
cud! Jeśli przemęczymy się te prawie 2 tygodnie, a później wrócimy
do kawusi ze śmietanką, smażonych kotletów, piwka i słodyczy, nasze
wysiłki odejdą w niepamięć. Cała nadzieja więc w tym, że obkurczenie
żołądka (każda z Was tego doświadczy, jeśli tylko przejdzie dietę)
pozwoli w przyszłości jeść mniejsze porcje a częściej. Do tego
dochodzą oczywiście składniki odżywiania się po kopenhaskiej –
warzywa, owoce, chude mięso i ryby, oliwa. Słodycze, alkohol,
makarony, biały ryż, pieczywo (głównie jasne) – zrzucamy na
margines naszego żywienia. Jemy za to 5 razy dziennie a małe ilości.
Upierdliwe? Może. Ale zapobiega to magazynowaniu przez Wasz organizm
zapasów – 3 standardowe posiłki to mało, duże odstępy czasowe i
towarzyszący temu GŁÓD są dla niego sygnałem, że trzeba odkładać, bo
nie wiadomo, kiedy znów będzie jedzenie. Natomiast częste, małe
porcje pomagają uniknąć „ssania”, dzięki czemu nie odłożą nam się
boczki – bo i po co? ;)
Zanim przejdę do jadłospisu, wspomnę jeszcze o piciu – minimum 2
litry dziennie wody mineralnej (z magnezem – daje uczucie sytości),
można też pić zieloną herbatę – ale nie aromatyzowaną, z dodatkami
itp.! Nie pijemy żadnych ziółek, soków (unikajcie w przyszłości –
tuczą!).
Dieta jest restrykcyjna i jakiekolwiek wyłamanie się psuje efekt –
nie żujemy gumy, nie pijemy lampki wina, nie zjadamy gałki loda.
Jeśli to nastąpiło – przerywamy dietę (jeśli przed 6 dniem, to
możemy ją powtórzyć po 6 miesiącach, jeśli ukończyliśmy całą –
powtarzamy za 2 lata – jeśli jest potrzeba!).
To są twarde zasady diety kopenhaskiej a nie moje fanaberie i
uważam, że powinnyście o nich wiedzieć – co zrobicie z tą wiedzą to
już Wasza sprawa, nie wnikam i nie oceniam.