wscieklyuklad
06.08.14, 21:18
"Jeżeli nie ma leku to jaki sens przewozic ludzi,ktorzy na wlasne ryzyko tam wyjechali."
Tak Skielo pytasz w wątku poświęconym epidemii eboli...
Bohaterstwo najlepiej smakuje na odległość. Bohaterstwo zachwyca do momentu, kiedy tragedia innych toczy się możliwie na tyle daleko, byśmy byli a priori i a posteriori biernymi ich odbiorcami.
Oto X wskoczył w rzeczne wiry, by wyratować tonącego z narażeniem własnego życia.
Wyratowany dziękuje.
Służby ratownicze wyrażają zachwyt.
Burmistrz/inny polityk - nagradzają.
Stawiają za przykład.
Media kręcą audycje gloryfikujące czyn.
Jeśli bohater ginie, wówczas pojawia się znakomita okazja, by wszystkie te pozytywne emocje okrasić jeszcze bólem współczucia. "Nie dał rady" - powiemy. "Ale jaki miał hart ducha" - dodamy. Może zdjęci refleksja spróbujemy nawet zadać sobie pytanie: czy mnie byłoby na to stać?
Czy wskoczyłbym do płonącego budynku, by wynieść kogoś, komu płomienie odcięły drogę ostatecznie?
Czy wskoczyłbym pomiędzy ofiarę a nóż napastnika, by to mnie cięto, tamtego oszczędziwszy?
Obserwując epidemię eboli jedynie garstka komentatorów zadaje sobie pytanie: jak im pomóc? Niewielu też dostrzega dramat rodzin - osieroconych dzieci, wdowców płci obojga.
Lęk, jaki wyziera z oczu każdego, kto teraz ma kontakt z potencjalnie zarażonym.
Każdy może być chory. Każdy może mnie zakazić. Każdy staje się tym samym wrogiem, bo taka jest ludzka natura. Gdyby to była choroba potencjalnie uleczalna, emocje pewnie byłyby inne. Brak skutecznych form tak prewencji (w warunkach globalizacji a na kontynencie afrykańskim także i z przyczyn kulturowych (pochówki) - ryzyko zakażenia wzrasta) jak i leczenia - z niedowierzaniem przyjęto poprawę samopoczucia zakażonego lekarza przewiezionego do Atlanty - patrzymy na to wszystko ze zgrozą.
Jest to oczywistą konsekwencją wymykania się każdego "hekatombicznego" zjawiska spod kontroli - niemoc jest bezkonkurencyjnym czynnikiem paraliżującym wobec zjawiska dowolnego - trzęsienie ziemi, czy wybuch wulkanu zbierające nawet większe żniwo, nie budzą takiego poczucia grozy. Znane nam jedynie z filmów katastroficznych sceny, mogą przecież wymknąć się spod kontroli. doprowadzając do katastrofy na skalę globalną.
Afryka Zachodnia...
Epidemia eboli omijała dotychczas ten rejon. Z problemem parali się mieszkańcy centrum i wschodu. Dotychczas nie stwierdzono tam wzrostu liczby zachorowań, co wynika także z dróg szerzenia się infekcji.
Umierają ludzie...
Bezradni i na codzień pozbawienia szansy pomocy lekarskiej - cóż z tego, że prawdopodobnie i tak nieskutecznej?
Czy rolą lekarza ma być niesienie pomocy jedynie tam, gdzie istnieje szansa wyleczenia?
Czy należy rezygnować z niesienia choćby niewielkiej ulgi?
Czy wobec naszego strachu przed podzieleniem losu tych nieszczęśników należałoby odgrodzić kraje dotknięte epidemią szczelnym kordonem od reszty świata?
Postąpić w myśl reguły" kto przeżyje wolnym będzie a kto umarł wolnym już"? jak głosi nasza narodowa pieśń?
Wizja grozy odpowiednio podsycana przez społeczne odniesienie potencjalizuje reakcje.
Niełatwo opiekować się trędowatym.
Niełatwo witać z zarażonym AIDS.
Trudno utrzymywać kontakty już tylko towarzyskie z kimś, kto jest nieuleczalnie chory, a w dodatku może nas czymś zarazić.
Codziennie stykamy się pewnie z chorym na gruźlicę, dotkniętymi żółtaczką typu C - ta pierwsza przenosi się drogą kropelkową, druga - jak ebola poprzez kontakt z krwią i wydalinami chorego.
A przecież nie chodzimy w maskach na twarzy.
A przecież w tramwaju nie zakładamy rękawiczek, by trzymać -być może - skażony uchwyt.
A otrzymując transfuzję krwi nie zastanawiamy się, czy przy tej okazji nie zafundują nam groźnej dla życia choroby.
Dwa tygodnie temu naszą parafię odwiedzili księża przebywajacy z misją katolicką w Nigerii - kraju dotkniętego dziś epidemią. Do najbliższego szpitala z miejsca w kórym pełnią misję jest ok 200 km. Śmiertelność z powodu chorób potencjalnie uleczalnych jest wielka.
Organizacja ochrony zdrowia jest w Afryce w powijakach. Możliwości techniczne walki z chorobami są minimalne.
A mimo to znajdują się cisi bohaterowie, którzy potrafią przezwyciężyć własny strach przed REALNYM a nie medialnym zagrożeniem. Jadą, by do ostatnich chwil nadludzkim wysiłkiem podejmować działania prewencyjne, edukacyjne, towarzyszyć w ostatnich chwilach praktycznie skazanym na śmierć.
Pomimo środków ostrożności (nie tak doskonałych, bo tam skafandry ochronne nie są jak w krajach bogatych "narzędziami jednorazowego użytku" ale jak widzimy na filmach odkaża się je płynem dezynfekcyjnym - nic dziwnego, że ryzyko zachorowania jest wówczas większe.
Naczelny lekarz jednego z państw afrykańskich już przypłacił to życiem.
Amerykański lekarz i pielęgniarka powrócili do kraju ojczystego, by stawić czoło wyzwaniu śmierci.
Czy doprawdy uważasz Skielo, iż należało zostawić ich samym sobie, by zdechli w miejscu, w które wpakowali się na własne życzenie?
A jedynym uzasadnieniem takiego przekonania jest własny lęk o życie?
Zasmuciłaś mnie tym podsumowaniem.
Ale na szczeście są ludzie- jak lekarz i pielęgniarka chorzy na ebolę, którzy są gotowi poświęcić własne życie dla innych.
Póki są tacy ludzie na świecie, ten nie zginie.
Szkoda tylko, że bohaterstwo staje się towarem coraz to bardziej deficytowym i coraz mniej akceptowalnym z egoistycznych już teraz pobudek. Nawet tych, którzy tak chętnie piszą o chrześcijańskich wartościach.
Dzięki za możliwość napisania.
Żegnaj, Skielo.