rembert
11.07.05, 11:08
wczoraj wybrałem się zwiedzać hipermarkety budowlane, a że było gorąco, więc
ubrałem rybaczki i niebiestki T-shert z wielką żółtą dłonia i napisem "fell
gut", na plecy plecaczek i heya.
Po trzech godzinach oglądania i spisywania cen, po 18 wylądowałem na
Śródmieściu. Oczywiście brakowało już czasu aby jechać do domu i się
przebierać. Była ostatnia okazja na mszę niedzielną.
Długo się zastanawiałem, czy wypada tak ubranym iść na Mszę.
W końcu doszedłem do wniosku, że ważniejsze jest to, iż chcę się pomodlić od
tego jak jestem ubrany.
Oczywiście swoim ubiorem też komunikuje się szacunek, powagę lub też
przyciąga czyjś wzrok szokuje. Nie mniej jednak dochodzę do wniosku, że
najważniejsze jest by czuć się nieskrępowanym, a kościół to nie dom mody.
Zresztą nosząc do pracy garnitur nie traktuję go jak strój świąteczny. Dla
mnie świętem jest jak się tzw. luźno ubiorę.