f.l.y
06.04.06, 16:12
mam do Was takie pytanie...
jak to jest...
od jakiegoś czasu miewam wątpliwą przyjemność bywania wzywaną do szkoły a
powody, wiadomo, daje synciu...
ot, wiosna w głowie, samochody i motory, ale nie koniec gimnazjum...
naucziele wzywają mnie do szkoły, kiedy już tam jestem rozmowa trwa góra 5
minut - nauczielka mówi mi to, o czym wiem, czyli jakie stopnie ma syn oraz
mówi: no wie pani, trzeba go przypilnować, bo głupi nie jest tylko leniwy...
i ja się pytam teraz...
co ja mam mu zrobić?
pogadanki ma, jasne że ma....
i nic...
mam go zbić? odłączyć komputer? nie dawać pieniędzy żeby ich nie trwonił na
kolejne modele?
a te 5 minut w szkole? co to daje? czy nauczyciel nie może mi tego powiedzieć
przez telefon?
co myśli nauczyciel? że jak rodzic przyjdzie osobiście, to bardziej podziała
niż rozmowa telefoniczna?
własnie dzisiaj muszę jechać do szkoły, przewiduję że znowu tylko na 5 min i
usłyszę dokładnie to, co Wam napisałam...
krew mi się gotuje, jestem zła na syna, że mnie stawia w takiej sytuacji..
mam ochotę nie iść...jeśli nawet to będzie na jego niekorzyść..
niech gówniarzowi wreszcie ze strachu portki się zatrzęsą...
czego Wy nauczyciele /jeśli jesteście na tym forum/ oczekujecie po wizycie
rodzica? czy jeśli rodzic przyjdzie na tę 5 min rozmowę do Was to co?
łaskawiej odniesiecie sie do ucznia? dajecie szansę? ale komu? jemu?
rodzicowi?
no złością kipię....
ale mu się dzisiaj dostanie...(synowi)