fantasia
11.11.01, 20:44
Mam 25 lat i miałam ok. 70 partnerów seksualnych.
Liczba ta generowana jest faktem, iż bardzo lubię wieńczyć nowe znajomości
kontaktem seksualnym - moja wyobraźnia seksualna i moje podniecenie bardzo
silnie stymulowane są przez nowo poznanych mężczyzn. A że na brak atrakcyjności
narzekać nie mogę, rzadko moje pożądanie pozostaje nie zaspokojone.
Inne dane: kilkakrotnie zaangażowana byłam w związki emocjonalno-erotyczne z
mężczyznami, najdłuższy z tych związków trwał 1,5 roku. Jeśli tego typu
zaangażowanie ma miejsce, tymczasowo moje żądze pod adresem nowo poznanych
mężczyzn maleją, i w zupełnie "spontaniczny" sposób staję się kochanką wierną,
atrakcyjną, elastyczną, pełną fantazji, czerpiącą mnóstwo satysfakcji z seksu.
Związki te dotychczas kończyły się z przyczyn nie związanych bezpośrednio z
seksem. Gdy zaś nie jestem w podobny sposób zaangażowana, z niejaką rozkoszą
rzucam się w wir przygodnych znajomości o podłożu seksualnym.
Starannie zabezpieczam się przed niepożądanymi konsekwencjami "rozwiązłości" i
mimo bujnego życia seksualnego nie przydarzyła mi się ani ciąża, ani zarażenie
jakąkolwiek chorobą (no, może poza kilkoma grypami :-)).
Partnerzy oczywiście przechodzą rodzaj selekcji, w wyniku której w ich gronie
nie znalazł się dotychczas żaden gwałciciel, sadysta, manipulant, idiota...
jednym słowem, nie mam powodów do niezadowolenia z żadnego z tych kontaktów.
W ogóle jestem bardzo usatysfakcjonowana swoim życiem seksualnym, zarówno będąc
czyjąś "stałą", wierną kochanką, jak i będąc "rozpustnicą".
Nie sądzę, abym stanowiła jakiekolwiek zagrożenie dla mężczyzn będących moimi
partnerami (w sferze emocjonalnej, erotycznej, czy jakiejkolwiek innej).
Czy taki sposób realizowania własnych popędów jest zdrowy/normalny (zarówno z
psychologicznego, medycznego, jak i "społecznego" punktu widzenia)? Pytanie to
zadaję ze względów poznawczych.