bandog12
28.08.04, 10:58
BILLBOARDY PUTINA, CZYLI FASADOWA DEMOKRACJA
Znów w szeregu
Władimir Putin na spotkaniu ze swoimi zwolennikami na uniwersytecie w
Moskwie, luty 2004 r.
(C) AFP
KRYSTYNA KURCZAB-REDLICH
W połowie domów we wsi Czarnorieczie (dwie godziny pociągiem od Moskwy) nie
ma telewizorów. Zostały zamienione na buraki, ziemniaki, cebulę, mięso, buty,
palta. Zamienione przez tych, którzy nic innego już oddać nie mogli, choćby
własnej pracy, bo są starzy i schorowani. Ale w maju, kiedy na Kremlu
odbywała się inauguracja drugiej kadencji prezydenckiej Władimira Putina, kto
mógł bieżał ku ekranowi, by podziwiać nie tyle osobę bohatera, ile
scenografię spektaklu.
Patrzyli ludziska na tonące w złocie kaskady schodów, na korytarze i napawali
się wielkością imperium. Imperium, w którym od wieków ani o cal, ani o jotę
nie zmniejszyła się przepaść między władzą a narodem. Narodem, który nawet
nie zauważa tego, że żyje za wielkim billboardem z napisem "Demokracja".
Za wielkim billboardem poustawiano mniejsze ogłoszenia
reklamowe: "Praworządność", "Reforma administracyjna", "Konsolidacja
władzy", "Sprawiedliwość społeczna (likwidacja oligarchów)", "Silna władza".
Z tymi billboardami jest podobnie jak z wioskami budowanymi na pokaz przez
księcia Potiomkina po to, by ucieszyć oko carycy Katarzyny II.
Obecną "potiomkinowską wioskę" buduje sama władza, by ucieszyć oko Zachodu,
obolałe od wypatrywania w Rosji przejawów demokracji.
Fani putinowskich ogłoszeń reklamowych - jak choćby Andrzej Walicki w
eseju "Rosja Putina a polityka polska" ("Przegląd" z 29 lutego 2004) czy
Andranik Migranian, autor opracowania "Czym jest putinizm" - mają najczęściej
za plecami gabinetowych foteli góry uczonych ksiąg, a przed oczami czarowną
wizję obecnego prezydenta Rosji jako zlepek św. Włodzimierza, Iwana Groźnego,
Piotra I oraz Stołypina. I z uporem godnym wdzięczności ich idola unikają
zajrzenia w najmniejszą szczelinę, przez którą widać Matuszkę Rosję w
realistycznych barwach. Bo fakty rzadko potwierdzają teoretyczne dywagacje
naciągane na prawidła haseł.
Profesor Walicki zarzuca dziennikarzom, że się - m.in. jak niżej podpisana -
"wyspecjalizowali w tendencyjnych relacjach z Rosji", którymi
wzmacniają "narodową nerwicę polską". Przy czym z "brutalnym
socjaldarwinizmem" odmawiają wspierania "procesu westernizacji Rosji" i "jej
akceptacji w gronie narodów Europy". Profesor określa nas jako "pełnych
ignorancji lub/oraz zakłamania publicystów polskich, którzy w dążeniu Putina
do odzyskania kontroli nad gospodarką i polityką Federacji widzą kontynuację
imperialnych aspiracji ZSRR". W zderzeniu z faktami wydaje się jednak, że to
nie nas ponoszą emocje, lecz właśnie obrońców kremlowskich racji AD 2004.
Uniewinniony, czyli przestępca
Putin zaczął od głośnej "dyktatury prawa". Migranian, profesor politologii w
Instytucie Stosunków Międzynarodowych przy rosyjskim MSZ, pisze o
putinowskich "nieustannych wysiłkach mających na celu przywrócenie norm
praworządności", a prof. Walicki aprobuje reformy obecnego prezydenta in
gremio. A więc zapewne i stosowaną w Rosji zreformowaną praworządność.
W 2001 r. zakończono - rozpoczęte jeszcze za "wczesnego Jelcyna" -
unowocześnianie kodeksu postępowania karnego. Hurra! - wykrzyknął naród,
ciesząc się, że bez zgody sądu nie można już nikogo zamknąć na dłużej niż 48
godzin, rewidować czy pozbawić majątku. I że od 1 stycznia 2003 r. sala
rozpraw ma być nie tylko miejscem oskarżenia, lecz także obrony, jako że
dowody strony oskarżającej muszą być kwestionowane w rozprawie z udziałem
drugiej strony. Według badań Krasnojarskiego Uniwersytetu Centralnej Syberii,
co piąta sprawa toczy się jednak bez udziału adwokata. Na ogół oskarżonym
brak pieniędzy na obrońcę, przyznawany jest on więc z urzędu, ale rzadko
(tylko w 4 proc.) od początku sprawy. Ponad dwie trzecie obrońców twierdzi,
że w czasie śledztwa nie dopuszcza się ich do obwinionych, a rozmowy z nimi
są podsłuchiwane. W sprawie Jukosu adwokatów poddawano rewizji osobistej.
Za czasów ZSRR decydujący głos należał do prokuratury, ideału w trzech
postaciach: sama prowadzi śledztwo, sama oskarża i sama siebie kontroluje.
Czy to się zmieniło? Czy "dyktatura prawa" daje oskarżonym więcej szans na
sprawiedliwy wyrok niż dawniej? Niestety, nie: uniewinnieniem kończy się 0,3
procent z ogólnej liczby rozpatrywanych spraw, a więc tyle samo, co w ZSRR. A
domniemanie niewinności - podstawowa zasada cywilizowanego procesu - to nadal
fanaberia Zachodu: w Rosji Putina, jak i w Rosji Stalina, króluje domniemanie
winy.
"Panuje przekonanie, że każdy uniewinniony to przestępca, który wraca do
społeczeństwa nie poniósłszy kary" i że "bardzo mało pracowników systemu
karnego w RF jest stronnikami zasady domniemania niewinności" - stwierdza
tegoroczny raport Amnesty International.
Słonik, jaskółka, pałka
W dzisiejszej Rosji wciąż w śledztwie masowo stosuje się tortury. "Koroną
dowodów jest przyznanie się oskarżonego do winy" - to niewzruszony do dziś
filar stalinowskiego systemu prawa. Około jednej trzeciej oskarżonych,
ankietowanych przez pracowników uniwersytetu w Krasnojarsku, przyznało, że
zeznania składali pod przymusem fizycznym. Świadek koronny w procesie Achmeda
Zakajewa (jednego z czeczeńskich liderów) oznajmił przed sądem w Londynie, że
zeznania w śledztwie składał pod wpływem tortur (co poparł dowodami), a
oskarżony w procesie Michaiła Chodorkowskiego Alieksiej Piczugin utrzymuje,
iż jest poddawany działaniu środków narkotycznych i psychotropowych. Nikogo
to w Rosji nie dziwi.
Gdy wybuchł skandal w Abu Ghraib, rosyjski tygodnik "Czasopismo polityczne"
opisał rodzaje przemocy stosowane niemal na każdym posterunku milicyjnym w
Rosji: "słonik" - tortura maską przeciwgazową, do której zamyka się dostęp
powietrza albo do której podłącza się gaz łzawiący; "jaskółka" - ręce i nogi
zakute w kajdanki związuje się za plecami człowieka tak, by miał wygięty
kręgosłup itp. Wszystkie te formy mają wiele urozmaiceń: kiedy człowiek w
masce zachłystuje się swoimi wymiocinami, maskę się zdejmuje i każe mu się
patrzeć w lustro, "jaskółkę" podwiesza się u sufitu... I bije, nieustannie
bije - pałką, deską, butelką napełnioną wodą (bo to nie zostawia sińców). Nie
zniesiono też szkolenia rozmaitych oddziałów specjalnych (OMON, Specnaz itp.)
w koloniach karnych: uzbrojeni ludzie w maskach ćwiczą bicie na bezbronnych
więźniach.
Czy władze rosyjskie rzeczywiście chcą polepszyć stan praworządności w kraju?
Czy też boją się nawet o tym wspominać? Rosja jest bowiem jedynym z 44
państw, które odmawia opublikowania sprawozdań Europejskiego Komitetu przeciw
Torturom sporządzonych po wizytacji rosyjskich miejsc odosobnienia. Zaś o
Czeczenii, gdzie w niezliczonych punktach "filtracyjnych" rosyjscy oficerowie
masowo stosują tortury (szczególnie prądem), gdzie każdego dnia przy drogach
czy na śmietnikach znaleźć można straszliwie okaleczone zwłoki, a ich liczba
(od 1999 r.) sięga tysięcy - nie ma nawet co wspominać.
Czy można mówić o zakończeniu ery "telefonicznej praworządności" i o
niezawisłości sędziów, jeśli otrzymują oni wraz z mianowaniem (do niedawna
dożywotnim, obecnie na lat 15) mieszkania i pokaźny pakiet przywilejów? Czy
wznowienie radzieckiej praktyki przyjmowania donosów jako podstawy śledztwa
(czego w 2001 r. zażądała Federalna Służba Bezpieczeństwa), nie jest
przygotowywaniem kolejnej pałki na niepokornych? Jakież prawo może stanowić
parlament, gdzie - jak w kronice filmowej epoki socjalizmu - wniosek "za"
popiera jednolity, gęsty las rąk partii władzy Jedna Rosja? Niedawno Rada
Federacji (wyższa izba parlamentu) bez protestu przegłosowała poprawkę do
kodeksu postępowania karnego, zezwalającą na zaaresztowanie na miesiąc (a
nie, jak dotychczas, na 10 dni), i to bez uzasadnienia, każdego podejrzanego