Dodaj do ulubionych

Amerykanskie zapiski Erie - 2003 rok :)

11.08.04, 16:22
Kochani jestesciesmile
Dlatego tez postanowilam wlepic wam tutaj opowiesc z mojej podrozy z zeszlego
roku.
Moga gdzies byc przeklamania, bo opowiesc byla pisana pod zdjecia, ktorych
rutaj nie moge zamiescic smile


PIĄTEK – 20 Czerwca 2003 r.

Szara godzina zrywamy sie z lozka. Przed nami podroz do Omaha w stanie
Nebraska. 800 mil, czyli 1280 km, które chcemy przejechac w jeden dzien.
Pakujemy nasze torby (Tadek mamrocze, ze za duzo toreb, a gdzie mam schowac
ciuchy na każdy dzien, nie wiedzac jaka będzie pogoda?).Jeszcze lodowka. Duza
skrzynia z plastiku, wewnątrz izolowana – tam wkladamy dwa worki lodui
umieszczamy tam cale nasze zapasy żywieniowe.Obydwoje nie lubimy Fast foodow,
tych wszystkich amerykańskich hamburgerow i innych , dlatego tez musimy
zabrac prowiant z domu. Ta lodowka to ciekawy pomysl. Nigdy się z tym nie
spotkałam w Polsce, a jak to ulatwia zycie w podrozy! Na każdej stacji
benzynowej można kupic lod, wiec nie ma problemu z utrzymywaniem niskiej
temperatury.
Ostatnie spojrzenie na dom i wsiadamy do auta. Tadek zeruje licznik,
przekreca kluczyk w stacyjce i ruszamy.Na antenie powiewaja dwa pomponiki,
bialy i czerwony. Radio milczy. Tak postanowiliśmy.
Jest 6.30 A.M.
Wyjeżdżamy z Cleveland kierując się na autostrade Nr 80, która prowadzi
przez Indiane, Illinois, Iowa do Nebraska. Nawiasem mówiąc autostrada ta
laczy wschodnie i zachodnie wybrzeże – Nowy Jork z San Francisko. Jednak nasz
cel to Omaha – miasto w którym od ośmiu lat mieszka moja mlodsza o 13 lat
siostra Lucyna.
Robimy przystanki na Rest Area – miejscach odpoczynku dla podróżnych. Piekne,
zadbane, utrzymywane przez poszczególne stany sa wizytowka Ameryki. Można tam
skorzystac z toalet, kupic cos zimnego w automatach Przy wjezdzie do każdego
Stanu na terenie Rest Area miesci się Centrum Informacji, gdzie podróżny
może dostac mape danego stanu, foldery turystyczne, uzyskac fachowa porade.
Wszystko bezpłatne.
Na zewnatrz stoliki, lawki .Osobno wybiegi dla zwierzakow…

Jest 7.30 PM. Po trzynastu godzinach jazdy pukamy do drzwi mojej siostry.
Niezle – srednia na godzine około 100 km.Powitania, calusy… Jessica, moja
mala siostrzenica nie odstepuje mnie na krok. To odbitka mojej siostry. Male
zywe siedmioletnie sreberko…


Alex , mój siostrzeniec – prawie dwuletni mezczyzna nie schodzi z kolan
Terryego – mojego szwagra. On nas nie pamieta.
Ja zaszywam się z Lucyna w kuchni na ploty, a chlopy dmuchaja w
materac.Wyciagam swoje wiktuały. Pierogi ruskie,pierogi z miesem , kapusta i
grzybami, chleby z polskiego sklepu, szynke, salceson, boczek, kiełbasę… Tego
w Omaha nie ma, tutaj nie ma Polonii, wiec moja siostra musi papusiac na
amerykanski styl.
Przyzwyczaila się, nie cierpi gotowac, wiec Terry karmi ja amerykańskimi
specjałami. On kucharzy.
Pamiętna zeszłego lata, gdy nas uraczyl na kolacje zupa z wielkich lisci
kapuchy, do tego nie solona zabrałam wiktuały wlasne… Robimy polska kolacje.
Smakuje. Potem gadanie i picie drinkow. Terry robi specjalnie przez siebie
przygotowany poncz, ale jakos nam nie smakuje. Tadek wiec wyciąga butelke
Caniadian Whisky i robi swoje drinki – przeciągnęło się to do drugiej w
nocy .Potem spanko.
Budze się nad ranem.Jest 4.30 AM. Twardo. Powietrze z materaca uszlo. Staram
się jeszcze zasnąć, ale nie da rady. Wstaje po cichu, ide do kuchni, parze
nasza poczciwa kawe plujke (tez przywiozłam ze soba) i szukam po polkach
polskich książek. Znajduje „Kane i Abel” – Jeffreya Archera. Lektura mnie
wciąga. Odrywam się słysząc cichutki glosik:
-Hi, Ala – to Jessi. Pakuje mi się na kolana i zaczynamy gadac. Ona się
smieje z mojego angielskiego, ja się smieje z jej polszczyzny. Jest nam
dobrze razem.
Wstaje reszta. Znowu śniadanko po polsku. Pogoda burzowa.
Ale i tak postanawiamy wybrac się do Zoo.





Henry Doorly ZOO jest jednym z najlepszych ogrodow zoologicznych w Ameryce.
Znajduje się na 3701 S.Tenth ST. ST otwarte jest codziennie od 9.30 AM do
5.PM.
Po alejkach laza pawie.



Piekne pawilony, masa zwierzat… Czytam informacje, ze historia ZOO zaczela
się od dwóch bizonow, które pożyczył miastu Buffalo Bill.
Przepiekne akwarium, Wchodzimy w szklany tunel – Nad nami i po bokach woda.
Czuje się jak w szklanej rurce zatopionej w wodzie. Z bokow, nad glowami
pływają rekiny, roznej masci ryby… Przepieknie.

Akwarium z rybami – szklany walec robi wrazenie.Tadek znalazł sobie inne
zajecie. Oglada przez akwarium ludzi stojacych z drugiej strony i
ma „radoche”, bo szklo znieksztalca sylwetki i widzi potworki, do tego grube.


I strasznie. Wyobrażam sobie, co by się stalo, gdyby pekla ta szklana oslona
odgradzajaca nas od tego oceanicznego swiata… Brrrr, ta moja wyobraznia…
Skora mi cierpnie….
Terry prowadzi nas do Lied Jungle (Niby dzungla) – Jest to ogromna oranzeria
z lasem tropikalnym, motylami, zwierzętami… Wodospady, jeziorka, liany,
ogromne drzewa


Cala oranzeria podzielona jest na trzy czesci – Las tropikalny Ameryki
Południowej, nastepnie Azji i Afryki. Wiszącym mostem dostajemy się w kraine
karłowatych hipopotamow, krokodyli, lampartow, malp i różnorodnych ptakow i
motyli. Niesamowite wrazenie…
Nastepny pawilon to pustynie… te kamieniste amerykańskie i piaskowe wydmy
Afryki…

Dzien mija szybko, pora wracac….

Glowa w glowe…



NIEDZIELA
Spotkanie rodzinne,nie ma o czym pisac za wiele. No moze tylko to, ze oni
nie uzywaja soli. Paskudnie to wszystko smakuje, wiec ugotowalam po swojemu
botwinke i wszyscy zajadali sie , a mala Jessica stwierdzila, ze jest to jej
ukochana zupa. Bedzie miala moja siostrus robote, haha! A w niedziele, gdy
siostra gotowala obiadek wsypalam lyche soli do ziemniakow i ukradkiem
posolilam filety z lososia...
Tez im smakowaly, ale mysleli, ze to od koperku, ktorym obficie przybralam
talerze.
Dwa dni zlecialy jak z bicza trzasl, i juz raniutko w poniedzialek wyruszamy
w nasza wlasciwa podroz. Rocky Mountains - to nasz pierwszy cel - Park
narodowy.
Obserwuj wątek
    • lablafox Re: Amerykanskie zapiski Erie - 2003 rok :) 11.08.04, 16:47
      Pięknie sie czyta .
      Jakbyś jeszcze zdjęcia wrzuciła markowi na stronę www 40+ w dział podróże to
      byłoby cudownie.
      • a.erie Re: Amerykanskie zapiski Erie - 2003 rok :) 11.08.04, 17:02
        wrzuce zdjecia, obiecuje smile
    • a.erie poniedzialek- 23 czerwca 2003 11.08.04, 17:02
      PONIEDZIAŁEK
      Wyspalam się. Materac wytrzymal cala noc. Rano zrywamy się i po sniadaniu i
      pożegnaniach wyruszamy w dalsza droge. Zatrzymujemy się na stacji benzynowej
      nabrac paliwa i kupic świeży lod do naszej lodowki.
      Zaczyna się nasza wlasciwa podroz. Droga nr 80 prowadzi nas na zachod. Równiny
      Nebraska sa monotonne, niezamieszkale. Kukurydza, stada bydla , zolta preria…Na
      polach potężne konstrukcje, metalowe rury na kolach, które sluza jako
      polewaczki. Przesuwaja się ogromnym lukiem z jednego kranca pola na drugi, stad
      zielone uprawy kukurydzy maja kształty polkola.
      I chmury nad nami, deszczowe , czarne, klebiace się … Zasłaniają slonce… Widze
      reklame Muzeum Dinozaurow.
      Nie było tego w planie, ale moja wyobraznia dziala… Wyobrażam sobie, ze to cos
      na kształt Parku Jurajskiego Jurajskiego namawiam Tadka na przystanek…
      Placimy po 7 dolarow od osoby i wchodzimy do ogromnego budynku…

      Na pierwszym planie sklep, ogromny , a z tylu mala jak na mój gust ekspozycja –
      1 sala i tam ustawione animowane zwierzaki naturalnej wielkości. Jestem
      zawiedziona… Pstrykamy pare zdjęć i jedziemy dalej.

      Zaczyna padac… Nasze wycieraczki powinny być wymienione przed wyjazdem, zle
      zbieraja wode, rozmazuja na szybie esy-floresy… Jest coraz gorzej…
      Z autostrady Nr 80 West wjeżdżamy na południe na droge Nr 76 prowadzaca do
      Denver w Stanie Colorado.Deszczu ani sladu. Znowu slonce prazy. Przed miastem w
      prawo na droge Nr 34 i …wjeżdżamy w przepiekny kanion, który nosi nazwe
      Big Thompson Canyon.

      Dolem wije się rzeka , autostrada przebiega przez polki skalne, sporo
      serpentyn, podjazdow pod gore… Zatrzymujemy się i robimy zdjęcia.

      Wjechaliśmy w kraine jak z bajki. To nasz pierwszy kanion. Robi wrazenie.
      Formy i kształty jakie przybraly kamienie sa nie do opisania. … I drzewa.
      Rachityczne sosenki, brzózki wyrastające wprost z kamieni… potega zycia… Czuje
      się jak bakteria … Tyciutka… malutenka i zdziwiona ogromem i różnorodnością
      tego kamiennego swiata.





      Do Rocky Mountains National Park docieramy wczesnym popołudniem.

      I tylko to jedno popołudnie mamy na jego zwiedzenie. Wjeżdżamy od strony Ester
      Park (bramki, oplata za wjazd…wink

      a potem już przed nami 45 milowy odcinek US-34, zwany Trial Ridge Road.

      Jest to najbardziej znana czesc parku. Podczas jazdy podziwiamy wspaniale
      widoki na gory, których wysokość znacznie przekracza 3000 m.np.


      Droga, tóra jedziemy wije się wśród dziwnych skal, potokow i przepieknych drzew.


      Sosny, nawet brzozy… Brzozy. Moje ukochane drzewa, do których tak tesknie. Nie
      ma ich w Ohio.No troche przesadzam, bo w Ohio sa trzy malutkie brzózki, które
      Tadek w zeszlym, roku sprowadzil az z Canady. Ale na „dziko” nie ma w Ohio tych
      drzew. Lasy liściaste tylko, a tutaj … Poczulam się jakbym wróciła do moich
      rodzinnych stron.
      Coraz wyzej. Serpentyny tak krete jak zmija. Boje się troche. Patrze na
      wskazówkę prekosciomierza i za każdym razem, gdy przekracza dozwolona prędkość,
      strach podchodzi mi do gardla. A Tadek, początkowo jadacy uważnie, teraz jak na
      mój gust za bardzo się rozluźnił, oglada się na boki, w zakrety wchodzi za
      szybko…
      Wiele razy zatrzymujemy się. Wychodzimy aby obserwowac przyrode, szczególnie te
      zywa. Mase pasacych się jeleni, które nic, ale to nic nie robia sobie z
      przejeżdżających aut. To ich teren, czyzby czytaly regulamin parku i wiedza, ze
      nie może się im stac żadna krzywda? Leniwie podnosza glowy, obojętnym
      spojrzeniem omiataja gapowiczow i zabieraja się do skubania trawy.

      Takiej ilości plowej zwierzyny nie widziałam nigdy.


      W West Wirginia, gdzie jeździmy czasami na weekendy tez jest masa jeleni, ale
      to inny gatunek i bardziej płochliwy. Uciekaja przed człowiekiem, a te tutaj…
      To jak w raju. Zwierzęta i ludzie razem.Wiem z folderow, ze występują tutaj
      takie gatunki jak: Losie, kojoty, pumay (nie wiem co to jest ), bobry oraz
      niedzwiedzie brunatne.
      Zza zakretu wylania się ogromna gora. Wydaje mi się, ze widze na niej śnieg…
      mowie o tym glosno, ale dochodzimy do wniosku, ze to po prostu mgla, albo
      chmurki tak się ułożyły tworząc ułudę.

      Nie! To jednak śnieg. Teraz widac wyraznie. Stromym podjazdem w kształcie
      wielokrotnie powstarzajacej się litery U wjeżdżamy na szczyt.


      Sam szczyt to już tundra. Tak przynajmniej informuja tablice. Male powykręcane
      drzewinki gdzieniegdzie i trawy oraz male fioletowe kwiatki…


      Droga pod samym szczytem wyglada pieknie. Tak jak zima. Bokami odsunięte
      plugiem sterty śniegu.

      Zmarzlam!


      Slonce, ktore na dole dawalo popalic, tutaj jakies przydymione, wiatr targa
      wlosy. Wyciagam wiec moja bluze dresowa, ale nie moge sie dogrzebac w torbie
      dlugich spodni.

      Trudno! Zostaje w szortach, a moje nogi robia sie pomalu gesio-fioletowawe.
      Udaje, ze jest ok, bo wreszcie to tylko moja wina, ze nie pamietalam w ktorej
      czesci mojej przepastnej torby wsadzilam te nieszczesne portki. Snieg. Dotykam
      reka , bo jakos nie wierze, ze to prawdziwe, ale tak! Tylko taki twardy,
      skrzypiacy...Tadek pisze na sniegu moje imie , ustawia mnie przy tej dekoracji
      i pstryka zdjecie.


      Zerwal sie wiatr... bialo-szary tuman z chmur gna prosto na nas... Chce już
      jechac w dol, boje sie, bo wszystko znika w mokrej mgle, ale musze jeszcze
      poczekac, bo Tadek chce zdjecie w chmurze... Wyszlo nawet…

      Ta chmura zblizala się tak złowieszczo. Zjadala najpierw dalsze partie gor, a
      nastepnie otulila szczyt, na którym staliśmy .
      Wsiadamy do auta. Zamiast air-condition wlaczamy ogrzewanie. Zrobilo sie zimno,
      a przed nami ponad godzina kretej drogi w dol. Tego sie boje. jakies 10 lat
      temu w Bieszczadach podczas zjezdzania z seprentyn, popsuly sie hamulce w
      autokarze. Ledwo wtedy uszlismy z zyciem i pozostal uraz ... Chcialabym to
      przezwyciezyc, ale gdy tylko Tadek rozpedza auto ponad dozwolona predkosc,
      dretwieje...
      Niespodzianka! Zjezdzajac w dol znowu wpadamy w slonce. pelno pasacych sie
      jeleni i lan. Na drodze lania z jelonkiem... Droge od lasu po lewej ogranicza
      wysoka na metr chyba skarpa ulozona z kamieni, na prawo przepasc, w dole widac
      tylko czubki sosen… Widze zdenerwowanie zwierzat. Matka wskakuje lekko na
      skarpe i namawia jelonka do tego samego. Maly probuje, jednak tylko odbija się
      gdzies na wysokości pol metra i nie udaje mu się pokonac tej wysokości. Lania
      zeskakuje, prowadzi go chwile droga, a nastepnie powtarza manewr skoku… jelonek
      się boi. Z lewej strony przebiegaja na prawa, lania ostrożnie stapa w kierunku
      przepasci, jednak nie znajduje tam wyjscia i powraca . Mur z kamieni robi się
      coraz nizszy. Wreszcie jelonek pokonuje te bariere i znikaja wśród drzew.

      Chce mi się plakac. Wzruszenie. Ale i u Tadka widze lzy w oczach. Odwraca
      glowe i nic nie mowimy. Bo tutaj nie trzeba slow… Kazde z nas przeżyło te scene
      podobnie.
      Znowu zatrzymujemy sie i przez lornetke ogladamy stado. Zwierzaki sie nie
      boja, olewaja nas i jakby nigdy nic skubia trawe... Tych przystankow jest z 10,
      trudno sie oderwac od ogladania tych pieknych zwierzakow, tym bardziej, ze
      nigdy w zyciu nie widzielismy tylu sztuk na raz...
      Na poboczu kilka aut i ludzi z lornetkami. Zatrzymujemy się i my. Kobieta
      podchodzi do mnie i wskazując kepe krzakow szepcze, ze za nimi jest niedźwiedź.
      Wyciagamy lornetke.
      Cos dużego porusza się . Nie jest to jelen. Długo obserwujemy zwierzaka… Wsrod
      ludzi wyrazne poruszenie i napiecie.
      I nagle krzaki się poruszyly bardziej i zwierzak wystawil cala glowe. Okazalo
      się, ze to chyba glowa mula.
      Przed nami daleka droga.malownicza serpentyna zjezdzamy w strone Grand Lake A
      już zaczyna się wieczor.Zachodzi slonce.



      Ostatnie spojrzenie ,ostatnie zdjecie…



      Planowalismy zatrzymac się na dole w okoli
    • a.erie Wtorek - 24 czerwca 2003 11.08.04, 17:05
      WTOREK – June 24 2003

      Przez okno zaglada slonce. Budzimy się w miejscowości Srebrny Potok, w motelu o
      nazwie Zlamana Strzala. Szybko uwijamy się z toaleta i sniadaniem. Znowu
      pakujemy nasze torby, które Tadek wytaszczyl poprzedniego wieczora do pokoju.
      Jeszcze wypróżniam nasza wodna popielniczke – pomysl Tadka, żeby nie
      śmierdziało w samochodzie. Jest to słoiczek po drzemie, napełniony do polowy
      woda, gdzie się rzuca popiol i pety.A ze palacze z nas przedni, to często gesto
      na rest aeria musze sloik przemycać w torebce do ubikacji, tam go wypróżnić i
      nalac świeżej wody.Oplaca się taka robota, bo w aucie mamy po raz pierwszy
      czysto i nie cuchnie od petow.Wyruszamy. Po drodze znowu kupujemy lod i świeży
      zapas napojow – w tym upale swietnie robi butelka wody zmieszanej z odrobina
      pepsi. To tez nasz wymysl taka mieszanka. Kolorek ma ladny, a kalorii malo i
      przede wszystkim smakuje lepiej niż lepiace się od cukru pepsi, nie mówiąc o
      tym, ze o niebo lepiej zaspokaja pragnienie.
      Wyruszamy. Nasz kolejny cel to Arches National park w Utah. Droga Nr 40
      kierujemy się na autostrade #70 . Wyglada na to, ze te wszystkie zakrety,
      serpentynki i gorki już sa za nami, wiec przesiadamy się. Teraz ja za
      kierownica, bo Tadek odrobil swoje już zeszłego dnia, a i dzisiaj jest od paru
      godzin prowadzi! Niedługo cieszyłam się komfortem jazdy po prostej
      autostradzie, bowiem po kilkunastu milach z autostrady zrobil się waz biegnący
      dolem kanion wdluz rzeki .Mialam najszczersze checi oddac Tadkowi kierownice,
      jednak mój chłopak tak mi wjechal na ambicje, ze zacisnęłam zeby i jechałam,
      żeby nie wyjsc na kompletnego tchorza, którym w glebi duszy bylam caly czas.Ja
      tak się skupilam na tych calych serpentynach, ze tylko od czasu do czasu
      rzucałam okiem na boki, ale Tadek podziwial teren i zdawal mi relacje pokazując
      ciekawe obiekty, na co ja tylko mruczałam „acha” choc prawde mówiąc widziałam
      wielkie „G”.No ale Tadek robil zdjęcia, wiec mogłam pooglądać po powrocie do
      domu.



      Autostrada nie tylko wila się malowniczo wśród gor i kanionow, ale również
      napotkaliśmy dlugi na mile (1,6 km) tunel. Tez mi się udalo nie walnac w
      sciane , nawet nie zarysowałam samochodu. Nie jest sztuka jechac w gorach przy
      prędkości np. 60 km na godzine, tak jeździłam w Polsce, na prostych odcinkach
      90 i to było najwięcej. A tutaj 65 do 75 mil czyli 104 do 120 km. Nie dalo się
      zwolnic, bo należało jechac tym tempie co wszyscy, żeby nie tamowac płynności.
      Zblizamy się do Utah. Przekraczamy granice i z ulga zamieniam się z Tadkiem
      miejscami.
      Zjeżdżamy z autostrady. Droga US-191prowadzi nas do celu naszej dzisiejszej
      podrozy. Na widnokręgu wyrastaja oryginalne w kształtach formacje skalne.


      Dojeżdżamy. Mamy glupia manie nadawania nazw napotykanym „dziwolągom”.
      Tadek pokazuje mi warszawski Teatr Wielki





      . Inna skala układa się jak żywo w zamek obronny z murami i wieżyczkami…
      zatrzymujemy się kilkakrotnie, bo nie sposób odmowic sobie przyjemności
      popatrzenia na te cuda natury. Robimy zdjęcia. Smiejemy się, bo nasze buty
      zrobily się czerwonawe od pustynnego piasku, który tutaj jest tak czerwony jak
      kort tenisowy wysypany ceglana maczka.
      Pokonawszy ostatnie zakrety wśród czerwonych skal wjeżdżamy na parking Visitor
      Center. Tradycyjnie już kasa staje się lzejsza o 10 dolarow , dostajemy mape i
      wjeżdżamy.
      Znowu olbrzymia, ostra wspinaczka serpentynami w gore. Lewa strona drogi
      ciagnie się ogromny mur ze skal nazwany zreszta The Great Wall (wielka sciana).



      Jednak mylilby się ten, kto by pomyślał, ze ta sciana jest rowna. Kamienie
      układają się w przedziwne kształty, nadajemy im nazwy.
      Trzy skaly obok siebie to Trzej Krolowie w koronach na glowach,

      Glowa Indianina, sfinks jakby żywcem przeniesiony spod egipskich piramid,
      Tadek pokazuje mi przepiekna „rzezbe” Indianki pochylającej się nad dzieckiem….
      Widze nawet „ posag” mojej kochanej suczki Sary. Nawet te klapiaste uszy jak
      zywe.
      Skaly te uformowane sa ze złocistego i czerwonego piaskowca, który pod wpływem
      erozji nabraly dziwacznych kształtów.




      Mniej wiecej w polowie 20 milowej trasy na smukłym 23-metrowym piedestale
      osadzony jest 15-metrowy glaz zwany Balanced Rock (Balansujący Kamien)


      . Był tam jego bliźniak, ale w roku 1972 roku stracil glowe. Ten tez podobno
      już długo nie pozyje, bo erozja postepuje podstepnie i ciagle.

      Jedziemy dalej. Skrecamy w prawo, dojeżdżamy do Garden of Eden, gdzie wśród
      marnej zieleni wyrastaja dziwne postacie ze skrzydlami, a może to rece
      wzniesione do gory, zalezy jak kto na to spojrzy.


      Na koncu petli zostawiamy auto i podchodzimy do Arches & Two Windows. (Lukow i
      dwóch okien) – to nastepny dziw – można oglądać panorame parku z wyrzeźbionych
      przez nature dwóch okien – Polnocnego i Południowego.






      Mamy i safari – kamienne slonie.
      Powracamy na glowna trase , żeby znowu zboczyc w prawo do Delicate Arch,
      stojacego na skraju głębokiego kanionu, skad rozlega się widok na odlegle gory
      La Sal.
      Droga biegnie dalej do miejsca zwanego Devil Garden (Ogrod Diabla).
      Zmieniam buty i wyruszamy na wędrówkę . Przez waska szczeline wchodzimy do tego
      diabelskiego swiata. Kamienie przyjmuja kształty „cudow i widow”.


      Wśród skal rosna drzewa, miniatury sosen i kosodrzewina.Wiele drzew
      uschnietych, powykręcanych w szatańskie kształty.Jest nawet smok, który
      pilnuje tego czarciego królestwa.



      Błądzimy wśród skal, slonce chyli się ku zachodowi.



      Tadek straszy mnie żmijami. Gdy już wracamy napotykamy dosłownie metr od
      siebie sarne z dwojka młodych. Dziwne to, bo to pustkowie, praktycznie
      pustynia, a przeciez te zwierzęta sa trawożerne. Fajne jest to, ze tylko my je
      widzimy, bo szybko znikaja wśród skal.
      Postanawiamy wracac, bo musimy znaleźć nocleg, a zegarek wskazuje już osma
      wieczorem. Z parku wjeżdżamy na droge 191 i wjeżdżamy do miasteczka Moab.
      Szukamy motelu, ale ceny w porównaniu z oferowanym standardem sa nie do
      przyjecia . Zaczyna się robic ciemno. Jest po dziewiatej, ale my postanawiamy
      jechac dalej, do nastepnego miasta, dalej od Parku bowiem powinny być tańsze
      noclegi. La Sal – tutaj nie ma zadnego motelu, wiec ruszamy dalej. Jest już
      ciemno. Droga dwukierunkowa, wiec jadace z naprzeciwka samochody oślepiają
      Tadka. On nie nauczony jeździć takimi typowo „polskimi” drogami. Ja jeszcze nie
      zapomniałam, wiec się przesiadamy , bo mnie swiatla nie przeszkadzaja .
      Dojeżdżamy do Monticello – tam znajdujemy nocleg o polowe tańszy. Jest już po
      22.
      Znowu Tadek znosi torby, ja robie kolacje - z zupka ,kawusia : dla mnie pluja,
      dla Tadka rozpuszczalna z mleczkiem – (nasza turystyczna lodowka z wymiennym
      lodem dziala wspaniale!) – kapiel i spanko.
      Bo jutro czeka nas nastepny, jeszcze nie odkryty przez nas dzien. Nawet nie
      wiemy dokladnie gdzie i którędy chcemy jechac, ale tym bardziej to ciekawe.
      Cdn.
    • a.erie Sroda - 25 czerwca 2003 11.08.04, 17:07
      ŚRODA, JUNE 25



      Ranek przywital nas w motelu w Monticello. Zrywamy się z lozka, szykuje
      sniadanie, a Tadek wyklada nasze mapy i planuje trase na dzisiejszy dzien.
      Okazuje się, ze mamy dwa wyjscia. Jedno, to wrócić po drodze 191 i dojechac do
      autostrady # 70, lub jechac na południe, a nastepnie na zachod . Ostatni wybor
      jest dosc trudny, bo nie ma tam dobrych drog, tylko lokalne, z mapy widac, ze
      mogą być nawet nie utwardzone (bez asfaltu), . Jednak po wspolnej naradzie
      decydujemy się na te „dziksza” wersje, ponieważ z autostrady nie ma takich
      wspaniałych widokow, a te boczne drogi wydaja się być” bliżej natury”.No i
      jeszcze atrakcja – przeprawa promem .
      Pakujemy nasze manele, idzie nam to coraz sprawniej. Ruszamy.
      Serpentyna wspinamy się na wysoka gore. W pewnym momencie Tadek zwraca mi uwage
      na to, ze jadac w dol musi używać gazu. Oglądam się za siebie, mam wrazenie, ze
      zjeżdżamy w dol – podobnie jak Tadek. Kilkakrotnie sprawdzamy co się dzieje.
      Tadek spuszcza noge z gazu. Samochod jedzie coraz wolniej, żeby się w pewnym
      momencie zatrzymac. Dziwne zjawisko, albo zludzenie optyczne. Mam nawet stracha
      w pewnym w momencie, ze może cos nie tak z naszym autem. Tadek mi mowi, ze
      wczoraj odczuwal to samo, ale nic nie mowil. Kilkakrotnie mielismy takie
      zludzenia. Gdy patrzy się w kierunku jazdy wydaje się, ze zjeżdżamy z gory, a
      faktycznie jest odwrotnie.
      Dojeżdżamy do Blanding i pierwszym naszym zadaniem jest znalezienie chleba,
      jadalnego dla naszych polskich podniebien. Chleb tutaj, jak na nasz gust jest
      okropny. Lekki, jakis taki jak wata, a gdy go wezmiesz w reke kromke, to możesz
      szybko zagniesc z niej kulke (dosplownie plastelina!)która zaraz polkniesz. A
      smaku to chyba nie ma wogole.
      Niestety, to nie nasze okolice, nie udaje się nam i kupujemy jakies bulki,
      które przynajmniej z wyglądu cos przypominaja.
      Trudno wyjechac z tego miasteczka. Zabłądziliśmy. Po raz pierwszy zawiodły
      drogowskazy – nie zgadzaly się z mapa. Wracamy się kawalek i robimy ponowny
      najazd, tym razem z sukcesem. Jesteśmy już na drodze 95 west.
      Na trasie znajduje się Natural Bridges National Monument – dojeżdżamy do niego
      ciekawa droga, po obydwóch stronach rosna miniaturowe sosny o ciekawie
      poskrecanych pniach i galeziach.
      Kupujemy bilety i wjeżdżamy na droge, która prowadzi jak petla wokół całego
      parku. Lacza się tutaj trzy kaniony i w miejscu ich przeciec ia powstaly za
      sprawa żłobiących je strumieni mosty z piaskowca



      . Największy z nich Sipapu Bridge ma u podstawy 81 metrow i 60 metrow
      wysokości. Jest on widoczny tylko z daleka. Żeby dotrzec do wszystkich mostow
      trzeba by było przejść pieszo 8 mil, prawie 13 kilometrow – no tak, nie te
      lata, nie te nogi! Rezygnujemy, troche spacerujemy po przystępniejszych
      miejscach.







      Opuszczamy park i wjeżdżamy na droge 276, która doprowadza nas do przeprawy
      promem przez zalew , który tworzy malownicza rzeka Kolorado. Dojeżdżamy do
      zalewu, znowu bramka, tym razem „samoobslugowa” – czytamy instrukcje obsługi,
      jeszcze tylko 10 dolarow i mamy bilet wstepu. Nikt nam tego biletu nie
      sprawdza, co mnie mnie wkurza troche, bo my chcieliśmy tylko wjechac na prom, a
      nie koczowac wśród wczasowiczow. Czekamy Kolo godzinki.



      W samo południe wjeżdżamy autem na prom. Oprocz nas jest jeszcze troche aut i
      dwaj „Harleyowcy”.
      Usmiechnieta Murzynka zbiera od nas znowu kase , tym razem 20 dolarow od auta i
      ruszamy. Brzegi zalewu sa kamieniste, formacje skalne zolto-zlote, znowu mamy
      zabawe w określanie kształtów poszczegolnycvh skal.



      Przejazd promem trwal kolo pol godziny.
      Zjeżdżamy z promu i szukamy naszej polnej drogi. Postanawiamy, ze gdy będzie
      bardzo zla, to pojedziemy okrezna, lepsza trasa. Ale ku naszej radości droga
      jest asfaltowa, wiec wjeżdżamy w nia. Na horyzoncie widac łańcuchy gor.
      Tam zmierzamy. Według mapy powinniśmy się przez nie przeprawic…
      O rety!!!!!!
      Po przejechaniu około 15 mil konczy się asfalt, zaczyna się droga kamienna ,
      zryta tak, jakby czołgi po niej jechaly.






      Zatrzymujemy się. Krotka narada, co robic i decydujemy się jechac dalej, bo
      mapa wyraznie wskazuje, ze po 10 milach będzie znowu asfalt.
      Za autem unosi się tuman kurzu.Auto skacze i tak telepie, jakby jechal po
      tarce. Bardzo powli jedziemy do przodu. Rozwidlenie drog. W lewo drogowskaz
      wskazuje miejscowość Boulder, skrecamy, bo to jest na naszej trasie. Przed nami
      wysokie pasmo gorskie. Piekna serpentyna przemarzamy ten odcinek, nastepnie
      zjeżdżamy w dol. Wjeżdżamy w wysoki wąwóz, po prawej i lewej stronie wysokie,
      strome skaly..Jedziemy.Droga robi sie waska, tylko na jedno auto. Nagle za
      zakretem wylania sie przed nami wysoka sciana, która zamyka nam dalsza droge.
      Jesteśmy w pułapce.
      Rozgladam sie, nie widze zadnej drogi. Zaczynam mamrotac, żeby się wrócić, ale
      mój Tadek pokazuje mi, ze jest droga w prawo i wjeżdża w ostry zakret.
      Droga nie do opisania. Z jednej strony gory polki skalne układające się w
      stromy zygzak – to ma być nasza droga!!!? Odcinki zygzaka maja okolo 50 metrow
      długości każdy..Zastygam w fotelu. Nie ruszam się, nawet nie chce sięgnąć po
      aparat fotograficzny, bo boje się, ze przewaze auto i spadniemy. Tadek siedzi
      sobie swobodnie i smakuje jazde. Przed każdym nastepnym zygzakiem staje,
      najezdza autem na nastepna polke skalna..Przed nami znowu nie ma drogi. Lita
      skala . Boje się jak cholera! Jak zjechac w dol, tylem? Przeciez na tej polce
      skalnej nie zawroci sie autem! Melduje, ze wysiadam i ide na butach, ale nie
      mam jak otworzyc drzwi, żeby wyjsc, bo tuz obok przepasc.
      Ze strony Tadka tez drzwi nie otworzysz, bo skala. Podjeżdżamy powoli, dotykamy
      prawie autem sciany przed nami i wtedy zza wielkiego glazu widac nastepny
      zygzak w gore. Nie pamiętam ile było tych zygzakow, ale nie miałam czasu
      liczyc, bo robiłam rachunek sumienia.tadek mowil, ze najmniej 10 , ale mnie
      wydawalo sie to nie mieć konca. Teraz mogę powiedziec, ze to był największy
      strach jaki przezylam w calym moim zyciu. I najwieksza ulga, gdy wjechaliśmy
      na szczyt tej ogromnej gory i tu niespodzianka. , Na gorze teren był
      stosunkowo plaski.Nie musieliśmy wiec zjeżdżać karkołomnie w dol, a ja tak
      wlasnie wyobrażałam sobie te droge.
      Mielismy troche szczęścia, bo po wyjechaniu z tego piekla zobaczyliśmy
      samochod, nadjeżdżający z przeciwnej strony, który wjechal w te sama droge , z
      której wlasnie wyjechaliśmy. Ani ja, ani Tadek nie możemy do tej pory zgadnąć,
      jak byśmy się tam wyminęli…
      Dalej nie jest to już normalna droga, jakie znamy. Jest to po prostu skala u
      stop kamiennych wzgorz.
      Przepiekne skaly, o kolorach od białego, po szary, zolty , zielony , czerwony i
      brazowy. Tworza one mozaiki jak na starożytnych budowlach. Przepiepieknie.
      Posuwamy się do przodu, nareszcie docieramy do asfaltowej drogi … zatrzymujemy
      się w Boulder. Nasze auto cale zakurzone czerwonym piaskiem. Wstyd dalej
      jechac. Decydujemy się umyc auto woda z roztopionego lodu, która mamy w naszej
      lodowce. Otwieramy ja, a tam pobojowisko. Mleko się otworzylo i wylalo.
      Wyciągamy cale nasze zapasy żywności i przepakowywujemy. Nastepnie woda z
      mlekiem myjemy auto i wycieramy do sucha papierowymi recznikami. Kupujemy w
      sklepiku nowy lod i ruszamy dalej.
      Tadek proponuje mi zamiane, mam prowadzic, ale u mnie mozg jeszcze nie
      funkcjonuje normalnie, jeszcze się boje, wiec ponownie siada za kierownica. I
      chwala Bogu! Bo tuz za miasteczkiem wjeżdżamy w droge nr 12, która prowadzi
      szczytami gor.


      Z prawej i lewej strony przepascie, a my tak sobie gorami jak te kozice , z
      tym ze na czterech kolkach.
      Coraz nizsze gory prowadza nas w doline z wyschnieta rzeka.


      Czujemy glod, postanawiamy wiec zatrzymac się w cieniu krzewow na posiłek.
      Wyciągamy koc, jedzenie, ale nie długo ciesz
    • a.erie czwartek- 26 czerwca 2003 r. 11.08.04, 17:11
      CZWARTEK , JUNE 26,2003

      No, ale sobie pospaliśmy! Jest już po godzinie ósmej. „Wygrzebaliśmy” sie
      dopiero o 9.30.
      Kierunek – Las Vegas. Jak na amerykańskie warunki odcinek drogi do pokonania
      krotki –60 mil, czyli około 100 km.
      Pomimo, ze dzien dopiero sie zaczyna z nieba leje sie zar. Slonce jest
      wszechobecne, piekne palmy obok kompleksu hoteli nie daja cienia, wysokie,
      smukle pnie wyglądają jak ogromne dlugie szyszki. Na czubkach zielone
      pióropusze ogromnych lisci.
      Miasteczko wydaje sie wymarle. Za wczesna pora na hazard. Ludzie osdsypiaja
      nocne wrazenia z kasyn.

      Nevada to największy, ale najrzadziej zaludniony stan na Południowym
      Zachodzie.Krajobraz księżycowy. Wyschnięte, puste równiny, poprzecinane ostrymi
      pasmami gorskimi, których szary kolor świadczy o pochodzeniu wulkanicznym.
      Przez to pustkowie prowadzi autostrada Nr 15. Rozświetlone słońcem pasy
      asfaltu , w ktorych odbija sie slonce. Przy drodze wyrastaja kaktusy. Niektóre
      ogromne, w kształcie drzew.



      Ten krajobraz zaśmiecają tylko reklamy, ogromne billboardy zachęcają do hazardu…
      Wjeżdżamy do Las Vegas – potok aut przepływa przez drogi. Ciasno. Po lewej
      stronie widze downtown – centrum miasta . Architektura budynkow przywraca o
      zawrot glowy. Style i epoki pomieszane jak w kalejdoskopie. Jaskrawość kolorow.
      Przed budynkami makiety chyba wszystkich architektonicznych cudow swiata. Las
      Vegas pozostawiamy sobie na wieczor. Teraz tylko przejeżdżamy i kierujemy sie
      na zachod na droge 160.

      Dolina Śmierci – to już Kalifornia. Znowu wjeżdżamy w pustynie. Kilkakrotnie
      widze tablice „uwaga na dzikie konie” – wypatruje tabunu mustangow gdzies na
      horyzoncie, niestety, tylko wypatruje. Nie udalo mi sie zobaczyc tych
      wspaniałych zwierzat w ich naturalnym środowisku. A szkoda. sa piekne…



      Powietrze drga, nagrzane do niemożliwości. Ale pomimo braku roślinności jestem
      zahipnotyzowana okolica.
      Czy jestem na księżycu? Chciałoby sie uszczypac.


      .
      Po kilkunastu milach dojeżdżamy do parkingu, zjadamy w biegu male conieco, Jemy
      chodząc w kolko, nie mozna usiąść, bo kamienie rozgrzane tak, ze parza. Tadek
      sie smieje: szkoda, ze nie wzięliśmy jajek, bo bylaby smaczna jajecznica.
      Kupujemy w automacie bilet wjazdu .
      Ze zdziwieniem zauważam, ze specjalne skrzynki na foldery sa puste. Nie ma
      mapy, zadnego choćby skromnego przewodnika. Dawno tu nie zaglądał nikt z
      obsługi . To pierwsze i ostatnie miejsce na trasie naszej podrozy, gdzie nie
      czekaja na turystow kolorowe informacje.
      Przy wjazdzie do Doliny Śmierci , w srodku pustyni stoi motel w kształcie
      zamku , nosi nazwe Szkocki Zamek, ale patrzac na architekture nie widze w nim
      zadnych śladów na to wskazujących, ze architekt miał chociaż blade pojecie,
      jak to wyglada w rzeczywistości… Oaza na pustyni … Nie wysiadamy nawet z auta.
      Ten pustynny kicz absolutnie jest nie dla nas




      Dolina Śmierci zasluguje w pelni na nazwe jaka jej nadali biali poszukiwacze
      zlota, którzy w roku 1849 zmierzali tedy „na skroty” do kalifornijskiego
      Eldorado. Jest to najgorętszy obszar na kuli ziemskiej, prawie całkowicie
      pozbawiony wody. Znajduje sie tutaj mala „sadzawka” zwana Badwater, ale woda
      jest tak nasaczona siarczanami i chlorem, ze pomimo iż nie jest trujaca, trudno
      ja wziasc do ust.
      Nagromadzony tutaj przez tysiąclecia material mineralny obraca sie powoli w
      fosforyzujaca feerie świateł.
      Latem temperatura w Dolinie Śmierci osiaga wysokość około +57C, a piasek
      rozgrzany jest niemal do
      +100 C.
      Jakies 4 mile dalej powierzchnia gwałtownie sie obniza – znajdujemy sie w
      najniżej położonym punkcie na pulkuli zachodniej – 86 m poniżej poziomu morza.
      Ziemia poorana w przedziwne kształty .






      Dojeżdżamy. Stajemy w samym centrum połyskujących bialo niby kamieni, spekanej
      i pofaldowanej ziemi. Czytamy informacje, ze jest to skrystalizowana sol.
      Tadek, nie bez trudu odlupuje kawalek tej skaly, liżemy, slone!!! Zabieramy ze
      soba ten niecodzienny odlamek i wracamy do auta. Ulga. Chlod. Aircondition na
      najlepszy wynalazek… Zatrzymujemy sie. Fascynuja nas wysokie skaly, które sa
      naturalna brama prowadzaca do kanionu… rezygnujemy jednak z wędrówki, bo goraco
      dosłownie zabija. Patrzac w glab rozarzonej doliny widzimy wyraznie
      polyskujaca tafle wody . Ma kolor piekny, niebiesko zielony, tafla wody
      blyszczy , widzimy lekkie fale , chociaż nie ma odrobiny wiatru. Nawzajem, w
      tej samej sekundzie pokazujemy sobie połyskujące jeziorko.
      Postanawiamy tam dojechac. Niestety. Wraz z naszym zblizaniem sie jezioro
      niknie. Fatamorgana! Najprawdziwsza fatamorgana! Jestem pod wrazeniem!Tadek
      tez. Obydwoje po raz pierwszy w zyciu doświadczyliśmy tego pustynnego zjawiska.
      Już popołudnie. Pora wracac. Wracamy do Las Vegas.
      Już na przedmieściach miasta ciekawe zjawisko na niebie. Udalo mi sie
      sfotografowac. Czyzby mala traba powietrzna?





      Teraz poszukamy noclegu, a nastepnie planujemy poswiecic reszte dnia na
      błądzenie po tym swiatowym centrum hazardu.

      Znajdujemy miejsce w motelu Wild West – sytuacja sie powtarza. Recepcja miesci
      sie w kasynie o tej samej nazwie. Pokoj brzydki, ale nie wybrzydzamy, bo
      miejsca w kilku motelach, do których zaglądnęliśmy były albo bardzo drogie,
      albo zajęte. Tadek wlacza klimatyzacje, skrzynia okropnie huczy, jakis stary
      typ… kapiel, robimy sobie obiadek i wybieramy sie na Strip – glowna ulice Las
      Vegas.
      Samochodem przejeżdżamy ja w kierunku polnocnym, tam zostawiamy auto na
      parkingu i spacerkiem zaczynamy nasza wędrówkę. Na ulicy tlumy ludzi. Rozne
      rasy, rozne jezyki. Najwięcej - poza białymi- Japończyków. Obwieszeni aparatami
      fotograficznymi i kamerami glosno rozmawiaja w swoim jezyku. Wreszcie mam ludzi
      swojego wzrostu, ciesze sie, ze nie jestem najmniejsza!
      Las Vegas to miasto neonow i świateł. Miasto kasyn-hoteli. Wszystkie budowle sa
      pretensjonalne, ale przy tym ekscytujące. Kazde kasyno chce przyciągnąć do
      siebie gosci, wiec już na zewnatrz kusza.












      Kazde kasyno to inna fantazja projektanta.Na zewnatrz czekamy chwile, ponieważ
      chcemy zobaczyc „wodny koncert”. W slad za muzyka przepiekne fontanny wody
      wypryskuja w gore, ale nie tylko. Woda robi esy-floresy, wygina sie…
      niezapomniane wrazenie…
      Olbrzymie ruchome chodniki przenosza do wnetrz, ale gdy już jestes wewnątrz,
      trudno znaleźć wyjscie. Ruch trwa nieprzerwanie. Stoliki, to już dla
      zaawansowanych graczy, albo dla tych, co spia na pieniadzach.
      My wybieramy automaty. Postanowiliśmy sobie, ze przegramy po 20 dolarow kazde,
      Tadek szybko pozbywa sie pierwszej piatki, bo wsiada na maszyny za 25 centowa.
      Ja gram na pięciocentówki. Pare razy wciskam klawisze robiąc kombinacje i
      wysypuje sie kupa tych pięciocentówek. Liczymy, jest tego ze 20 dolcow chyba, a
      włożyłam tylko dwa dolary. Wkladam je do ogromnego kubka, na gre przeznaczam
      czesc. Dyche zostawiam. To moja strategia…
      Tym razem zjada mi kase.
      Wedrujemy do nastepnego kasyna i nastepnego… i tak nam schodzi caly wieczor.

      O godzinie 2 nad ranem mam wygrane 30 dolarow na czysto! Grajac samymi
      pięciocentówkami, to sztuka J !
      Tadek szybko przelicza, ze mielismy razem 40 dolarow, wiec tak „rodzinnie”
      jesteśmy do przodu o 10. Meska matematyka!
      Jest i nieprzyjemna strona tego miasta. Na chodnikach az sie tloczy od
      naganiaczy, wpychaja nachalnie zdjęcia roznegliżowanych dziewczynek. Nie
      uszanuja nawet par, które spaceruja trzymając sie za rece. Chodniki uslane tymi
      porno-ulotkami. Specjalne skrzynki wypelnione bezpłatnymi broszurami z
      namiarami na „panienki”. Najbardziej niesmaczny dla mnie był fakt, ze wsrod
      naganiaczy sa kobiety, przewaznie Meksykanki…
      Glowa ciezka od wrażeń. Nogi
    • a.erie Piatek - 27 czerwca 2003 11.08.04, 17:15
      SOBOTA June 28, 2003

      Od rana po glowie hula mi ta piosenka Manam:

      "Och, ten Hollywood"

      Już od urodzenia okropnie nudzę się i kocham tylko Hollywood
      Biżuteria, papeteria, kafeteria, oranżeria i Hollywood
      Fa, fa, fa, fa...

      Uwielbiam dużą tuszę i kiedy nic nie muszę i Hollywood
      Wylegiwać się od rana i w Rolls-Roysie pić szampana i Hollywood
      Fa, fa, fa, fa...

      Lubię mleko kokosowe prosto z drzewa bo to zdrowe i Hollywood
      Białym jachtem mknąć po falach i rozmowy w kuluarach Hollywood
      Fa, fa, fa, fa...

      Krokodyla wziąć pod ramię spacerować tak w panamie i w Hollywood
      Ciemne okulary to nie do wiary czuję się jak w Hollywood
      Fa, fa, fa, fa, fa...

      Smieszne, te piosenke pisal ktos kto tutaj nie byl chyba.
      Wizerunek Hollywood, który kreuje się na potrzeby świata zewnętrznego, jest
      bardzo mylący - na przykład wszyscy w Europie myślą, że to bajkowa kraina
      bogatych, szczęśliwych ludzi, którzy żyją tutaj bez większych problemów i znają
      się z wszystkimi gwiazdami światowego showbiznesu. Tymczasem miasto to jest
      stare, wiele domow wymaga remontu, nasz hotel tez. Najdrozszy jak do tej pory
      nocleg (kosztowal 60 dolarow), a wnetrza smutne, dawno nie odswiezane... Meble
      zniszczone... Szybko zalatwiamy poranna toalete, jemy sniadanie i wyjezdzamy na
      miasto.
      Hollywood, stolica filmu amerykańskiego położona na północno-zachodnich
      peryferiach Los Angeles, 12 km od centrum miasta (uprzednio osada indiańska La
      Cahuenga, zwana także Spanish Town). Ok. 1887 przybyło tu małżeństwo Wilcox
      nadając osadzie nazwę Holywood.
      Holywood otrzymało prawa miejskie, a w 1910 włączono je do Los Angeles. Piękna
      okolica, idealne warunki klimatyczne, urzekające plenery - ośnieżone szczyty
      górskie, rozległe prerie i pustynie - kwalifikowały się do wykorzystania przez
      filmowców. Nie bez znaczenia była bliskość granicy meksykańskiej, za którą
      można się było - w razie kłopotów - schronić.
      Od 1907-1908 zaczęli przybywać tu filmowcy uciekając przed ostrą walką
      konkurencyjną w Nowym Yorku. W 1908 F. Boggs kończył tu film Hrabia Monte
      Christo rozpoczęty w Chicago. Od 1910 regularnie pracował w Holywood D.W.
      Griffith.
      W 1911 D. Horsley założył pierwsze studio filmowe na rogu ulic Gover Street i
      Bulwaru Zachodzącego Słońca, a w latach następnych opanowali Holywood
      producenci-potentaci: J. Lasky, S. Goldwyn, W. Fox, C. Laemmle i in.
      Zaczęły powstawać wielkie wytwórnie filmowe z Fox Film Corporation, Metro
      Goldwyn Mayer i Warner Bros na czele. Każda z nich wypracowała swój
      indywidualny styl, dysponowała własnym zespołem gwiazd, statystów i pracowników
      technicznych.

      Ja chce zobaczyc WAX Museum - Muzeum Figur Woskowych. Ale mamy troche czasu do
      jego otwarcia, wiec spacerujemy po Hollywood Belveder.




      Kupuje pocztowki, wybieramy kilka koszulek z napisem Hollywood - to dla naszych
      znajomych, ktorzy opiekuja sie naszym psem Ruby.
      Ulica" usiana" jest gwiazdami - w plytki chodnikowe wkomponowane sa gwiazdy a
      na nich wygrawerowane nazwiska ludzi filmu. Potem poszukamy naszych ulubionych
      aktorow, bo z daleka widzimy podniesione juz zaluzje do muzeum, wiec kierujemy
      sie wlasnie tam. Wchodzimy w mroczny podswietlony korytarz. Strzalki pokazuja
      nam kierunek zwiedzania. We wnekach stoja jak zywi bohaterowie filmow. Znani
      piosenkarze. Scenki rodzajowe z filmow.Oswietlenie niezbyt dobre, praktycznie
      podswietlone tylko postacie, wiec nie wiemy, czy zdjecia wyjda, ale co tam!
      Podwiewajaca sukienka Marylin Monroe!


      ustawiam Tadka i pstryk... potem inne , nie mniej ciekawe postacie.










      Wsrod ludzi filmu zaskakuje mnie jedna ekspozycja - Ostatnia Wieczerza...

      Ponad godzine bladzimy wsrod woskowych manekinow i filmowych rekwizytow.
      Wychodzimy na ulice i szukamy naszych gwiazd. Jest! Moja to Whoopy Goldberg, a
      Tadka...? Przyznam, ze nie znam. Charles Bronson.Wiem tylko , ze to cos się
      westernem kojarzy crying
      Dochodzimy do Chinskiego Teatru, gdzie na dziedzincu w betonie odcisniete sa
      rece, stopy i zlozone przez aktorow autografy.


      Wsrod tlumu przewijaja sie ubrane w stroje z filmu postacie. Widze Supermana ,
      jakis facet chyba z filmu Since Fiction - to bezrobotni aktorzy, ktorzy
      zarabiaja na zycie pozowaniem do zdjec. Rodzinka sie ustawia, taki Superman w
      srodku , pstryk i dolar wedruje do reki "pozoranta".
      Dochodzimy do wniosku, ze podjedziemy pod znany na calym swiecie napis na
      wzgorzu. Patrzymy na mape i... krazymy idiotycznie w kolko. Nic sie nie zgadza!
      Kilkakrotnie zawracamy i wreszcie wpadamy na pomysl, zeby pojechac nie ta
      droga, ktora wskazuje mapa. Eureka! Waskimi uliczkami wspinamy sie w gore. Jest
      napis! Ale dojazdu do niego nie ma. Wychodzimy z auta, robimy szybciutko
      zdjecie i wracamy.


      Musimy przeciez przejechac uliczkami slynnego Beverly Hills. Z Bulwaru
      Zachodzacego Slonca skrecamy w prawo i wjezdzamy w uliczke, ktora nas prowadzi
      stromo w gore. waziutkie to takie, malutkie, domy prawie przy ulicy. To nie ta
      czesc Beverly Hills, gdzie mieszkaja gwiazdy. Ale wjezdzamy na sama gore i
      zjezdzamy inna droga. Przed nami inny swiat. Wyjechalismy z brudnych uliczek
      Hollywood.Pierwsze, co mi sie rzucilo w oczy to zakaz fotografowania - znak
      pokazujacy faceta w kapeluszu nasunietym na oczy z aparatem fotograficznym -
      przekreslony na krzyz. Wysokie mury odgradzaja od ulicy wspaniale wille. Duze,
      zadbane posesje, pelne kwiatow i drzew. Jedziemy pomalutku, rozgladam sie,
      niestety widze tylko przepiekne , bogate domy, ba, to juz palacyki i palace!
      Aktorzy sie mnie przestraszyli, czy co? Wychodzimy z auta i robimy zdjecie
      palmowej alei.


      Zmywamy sie - chcemy dotrzec do Pacyfiku, a to juz kolo poludnia! Planujemy
      dojechac do Malibu , gdy tam docieramy okazuje sie, ze od strony oceanu ciasno
      stoja prywatne domy, wysokie parkany i nie widac zadnej plazy, ani wody. Nie ma
      sensu jechac ulica, ktora z jednej strony ma domy, a z drugiej wysoka skale.
      Zawracamy. Zatrzymujemy sie na publicznej plazy w Santa Clara. Parking pelny
      samochodow. Trzeba sie przebrac w stroj, wiec Tadek stoi na warcie, a ja
      gimnastykuje sie na przednim siedzeniu pod kocykiem. No, nareszcie! Cala
      spocona wylaze, ale zadowolona, ze mi sie udalo. Owszem, sa kabiny do
      przebierania, ale kolejki do nich, a my nie mamy wiele czasu!
      Zabieramy kocyk i wchodzimy w zolciutki piasek.



      Parzy w stopy. Naprawde parzy, a pogoda nieszczegolna, bo slonce zamglone
      jakies... Szukamy miejsca na rozlozenie naszych maneli . Zauwazamy meksykanska
      rodzine - ona okragla jak pileczka siedzi pod parasolem, przy niej gromadka
      dzieciakow, a obok maz . Ze zdiwieniem zauwazam, ze facet ma na ramieniu
      wytatuowany w kolorach obraz "Serce Pana Jezusa". Pamietam, nad lozkiem mojej
      babci wisialy dwa obrazy. Wlasnie Pan Jezus i Matka Boska. Dokladna kopia
      obrazu z Jezusem znajduje sie na przedramieniu Meksykanina. Zwracam na to
      uwage Tadkowi i zartuje sobie, ze do kompletu brakuje mu Matki Boskiej. I...
      jest! Facet ma komplet! jak u mojej babci nad lozkiem!
      Dochodzimy do wniosku, ze to musi byc religijna rodzina i oddajemy im pod
      opieke nasze rzeczy, a my idziemy sie wypluskac w oceanie.
      Probujemy wody. Slona bardzo, jak przesolona zupa...
      Fale rozbijaja sie o brzeg. W jakims sobie tylko znany rytmie posuwaja sie w
      kierunku brzegu , sa dosyc mocne.


      Gdy mnie dosiegaja, chwieje sie, a piety wpadaja mi w piaskowe dno. Nie odwazam
      sie wyjsc za daleko na otwarta przestrzen,zreszta nie chce zamoczyc wlosow w
      tej solance, ale Tadek bawi sie jak dziecko. Fala przychodzi, a on na nia
      skacze i znika mi z oczu. Ja jak grzeczna dziewczynka stoje po pas w wodzie i
      przygladam sie. Nagle mocniejsza fala zbija mnie z nog i cala jestem pod woda.
      Slono!
      Obserwuje kobiety. Gdy nadchodzi fala ustawiaja sie bokiem - ja tez tak robie i
      moge posunac sie bardziej w glab oceanu... Wylazimy z wody, troche
      leniuchujemy na kocyku


      i w
    • a.erie ciag dalszy poprzedniego odcinka :) 11.08.04, 17:22
      No, ale trzeba sciagnac mokry kostium! Tadek zakreca sie w koc i juz ma suche
      majtki na tylku, a ja? Wpadam na pomysl, wyciagam z torby moja dluga spodnice,
      zakladam ja na szyje robiac w ten sposob parawan i szybciutko sie
      przebieram...
      Jest druga po poludniu... musimy wyruszac w droge, bo czas nas goni. Zjadamy
      lekki posilek i wyruszamy.
      Chcemy byc jutro z samego rana nad Grand Canyon , a to szmat drogi. Ustalamy,
      ze bedziemy jechali do oporu, a przespimy sie w aucie gdzies po drodze.
      Wjezdzamy na autostrade Nr 10 Opuszczamy zielony pas wybrzeza kalifornijskiego
      i znowu wjezdzamy w pustynie. Patrze na mape i mowie do Tadka:
      - Napatrz sie dobrze, bo zielonego nie zobaczysz dlugo...
      Kilka godzin jazdy , tereny dosc plaskie, monotonne. Ciekawostka natomiast jest
      to , ze co kila mil ustawiony jest duzy zbiornik z woda - to woda do chlodnic
      samochodowych, czesto tez sa aparaty telefoniczne i informacje, ze sluza tylko
      do porozumiewania sie w naglych wypadkach.
      Na horyzoncie widze cos bialego, migajacego. zaczynaja sie wzgorza. A na
      wzgorzach tysiace wiatrakow. Kto widzial wiatrak na trasie Radom-Warszawa z
      wielkim napisem Mentos - ten wie o jakich wiatrakach pisze. No nie, te tutaj sa
      biale, bez zadnych napisow i kreca sie jak oszalale. Niesamowity obraz. na
      kazdym kolejnym wzgorzu, kolejne tysiace wiatrakow.... Musimy to uwiecznic na
      zdjeciu! Zatrzymujemy sie i ... nie moge utrzymac drzwi. Tadek musi mi pomagac.
      Wiatr jest bardzo, bardzo silny. Po prostu mnie pcha do przodu... Chowam sie za
      auto i robie zdjecia.




      Dojezdzamy do miasteczka na pustyni Palm Springs. Slynie ono z tego, ze
      przebywal tutaj Elvis Presley - spedzil tutaj miesiac miodowy po slubie z
      Proscilla. Podobno lubil to miejsce szcegolnie latem, dziwne to o tyle, ze
      latem tutaj smazy jak wszyscy diabli, a on podobno nie znosil upalow. Rozwiązał
      ten program instalując w rezydencji klimatyzację, którą mógł regulować i jego
      przyjaciele przyrównywali dom do „chłodni rzeźniczej”.
      zatrzymujemy sie, zeby zatankowac auto. I nowa ciekawostka.., Wszystkie drzewa
      (palmy i male sosny) pochylone sa w kierunku wschodnim. To sprawa wiecznie
      wiejacego zachodniego wiatru.
      Za Palm Spring jeszcze male miasteczko Indio, a potem juz tylko kamienno -szara
      przestrzen.Gdzies w oddali widac nie zalesione wzgorza. To juz kraina Indian.
      na tym pustkowi znajduja sie rezerwaty indianskie. Niedlugo bedziemy skrecac w
      droge lokalna, wiec zatrzymujemy sie na rest area -


      Tu sie przesiadamy. Ja prowadze.
      Dojezdzamy do drogi nr 95, - droga dwukierunkowa , monotonna, w srodku pustyni
      widze napis "Senior Center" (Dom Starcow) i strzalke kierujaca na jakas droge w
      prawo...
      Glupio smiejemy sie, ze jeszcze pare latek to nas tu przywioza na zasluzony
      wypoczynek...
      Teren robi sie gorzysty, troche mocnych podjazdow pod gore, ale czuje sie
      dobrze za kierownica. Juz ciemno. Przed nami oswietlona dolina .
      Dojezdzamy do miasteczka Needless, tuz za nim jest juz Arizona i autostrada Nr
      40. Zamieniamy sie miejscami, musimy poszukac stacji beznynowej, bo czeka nas
      daleki odcinek pustyni, a mapa pokazuje, ze za wiele stacji to tutaj nie
      bedzie. Jest stacja! Wysiadam z auta i czuje, ze dmucha na mnie bardzo mocny i
      goracy prad powietrza. usuwam sie, a tu dalej... Mysle, ze to dmuchawa z
      klimatyzacji, ale nie! Tak dmucha goracy pustynny wiatr! ma sie wrazenie , ze
      to ogromna suszarka do wlosow.
      Zasypiam w aucie, Tadek budzi mnie . Przecieram zaspane oczy i widze, ze
      jestesmy na stacji benzynowej.Wychodzimy, prostujemy nogi. Na dworze goraco.
      Tutaj zatrzymamy sie na nocleg. Na parkingu pelno Tirow, ich kierowcy tez tutaj
      nocuja. Zegar przy drzwiach wejsciowych do sklepu wskazuje po drugiej w nocy.
      Znajdujemy kacik z tylu, za budynkiem , rozkladamy fotele do pozycji lezacej i
      w rytm huczacych w tirach klimatyzacji zasypiamy.
      Budze sie kilka razy, troche niewygodnie, ale to nic! Grunt, ze nadrobilismy
      troche nasz wypad nad Pacyfik!
      A jutro wreszcie zobacze Grand Canyon....
      cdn.



    • a.erie 28 czerwca - Grand Canyon 11.08.04, 17:28
      June 28 , 2003


      Juz ranek. Pora wstawac i wybrac sie w dalsza podroz. Spanie w aucie nie
      wplynelo na moje stare kosci rewelacyjnie. Wszystko mnie boli. Wypelzam z auta,
      robie pare przysiadow, wymachowow. Skladamy prowizoryczne spanko. Podjezdzamy
      autem przed front budynku i wyciagam kosmetyczke oraz rzeczy do przebrania.
      Na stacje podjezdzaja dwa autokary i wysypuje sie z nich potezny tlumek
      Japonczykow. Oni jechali cala noc, na co wskazuja ich "wymiete" fizjonomie.
      Biegiem kieruje sie w strone toalet, zeby uprzedzic te skosnookie kobietki.
      Udaje sie. Zajmuje toalete dla inwalidow - jest przestronna i mozna doskonale
      sie w niej poruszac i przebrac. Wychodze, a tutaj karny sznureczek
      czarnowlosych Azjatek ciagnie sie az na sklep. Zawieszam na zewnetrznej
      klamce "mojej" kabinki reklamowke z ciuchami i maszeruje do umywalek. Rozkladam
      klamotki:mydlo, paste, szczoteczke, grzebien i zdejmuje bluzke. Przeciez po
      nocy w aucie musze sie jakos doprowadzic do uzytku. - "Co mi tam! - mysle - nie
      znaja mnie, wiec mam ich w nosie" - i sciagam bluzke.Myje swoja "gore", potem
      po kolei wlkladam nogi do umywalki. Pozostal jeszcze srodek wink) Moja
      reklamowka dynda na klamce, zadna Japonka nie wchodzi do mojej kabinki
      (naprawde zdyscyplinowane to kobitki!), wiec biore kupe papierowych recznikow,
      mocze je i za zamknietymi drzwiami koncze moje "mycie". Gdy wychodze, zauwazam,
      ze Japonki sciagaja bluzki i biorac ze mnie przyklad uskuteczniaja mycie
      gornych partii ciala.
      Kawy! Musze sie napic kawy!!! Duzy express obsluguje dwoch pracownikow stacji.
      Kolejka jak diabli, bo ta egzotyczna wycieczka zdazyla nas wyprzedzic...
      ale... jeden z pracownikow stacji zauwaza nasze "blade twarze" i podaje nam
      kubki z czarna lura bez kolejki i za darmo.
      Idziemy do auta, zjadamy sniadanie i wyruszamy w droge. Tadek jest troche
      wkurzony, bo nie zdazymy na dziewiata do bramek przed Grand Kanion - za pozno
      wstalismy. Ogromny zegar wskazuje prawie dziewiata. Wyruszamy. Przed nami
      miasteczko Williams , a potem juz drogowskaz kieruje nas na droge nr 64, ktora
      prowadzi do Grand Canyon. Teren lekko pofaldowany, wsrod czerwonawych skal
      rosna niskie sosny. Roslinnosc tutaj jest bardzo charakterystyczna. Powykrecane
      pnie drzew, krzewy - wszystko zminiaturyzowane. Im blizej Kanionu tym wiecej
      zieleni. Po obydwoch stronach drogi zaczynaja sie iglaste lasy.Nic dziwnego,
      pomalu wspinamy sie w gore, a tutaj im wyzej, tym klimat jest lagodniejszy... a
      roślinność występuje od 1500 m w zwyz. ponieważ niżej panują zbyt
      wysokie, sięgające 48 stopni C temperatury .
      Nic nie wskazuje na to, ze jestesmy juz blisko Grand Kanion, nawet jak
      dojezdzamy do bramek, gdzie kupujemy bilet wstepu i dostajemy mape. Ranger
      przypina nam bilet do mapki,rzucam na niego okiem, a tam godzina 8:58! Zegar na
      stacji benzynowej klamal! Chyba byl zepsuty. Tadkowi poprawia sie humor,
      zmieniamy nasz zegarek w aucie , wreszcie wiemy dokladnie ktora jest godzina.
      No tak, kilka razy przekraczalismy strefy czasowe... pomieszalo nam sie
      doszczetnie!
      Po lewej stronie wielki Visitor Center, jednak my wjezdzamy na parking i
      kierujemy sie w strone kanionu. Jest to Mather Point - miejsce, z ktorego po
      raz pierwszy zobacze moje marzenie.



      Czuje dreszczyk emocji.
      Boze! Co za widok!!! Zapiera dech w piersiach. Ogromna otchlan w ziemi , nie
      mam slow do opisania tego, jakie na mnie zrobil wrazenie. Jestem oczarowana,
      oszolomiona i przerazona! Ale udaje chojraczke, a co?!



      Tadek proponuje zejscie w dol po waskiej polce skalnej, zeby lepiej poczuc
      klimat kanionu. Wchodzimy. Trzymam sie jak najdalej od tej ogromnej dziury w
      ziemi, przylepiajac sie prawie do skaly. No i mam za swoje. Ostry koniec
      uschnietej galezi krzewu rozdziera mi paskudnie lewa reke z wewnetrzej strony.
      Boli jak diabli, pomalu robi sie fioletowy , coraz ciemniejszy siniak, ktorego
      srodkiem z rozdartej skory saczy sie krew. Wracamy wiec, w samochodzie biore
      chusteczki i zawijam prowizorycznie , a potem juz w Visitor Center

      w toalecie opatruje sobie reke. Tadek zauwaza, ze moj siniak i idaca srodkiem
      rana przypomina wypisz wymaluj mapke Grand Canyon, z plynaca w srodku rzeka
      Kolorado.Tym stwierdzeniem rozladowuje moj stres, a i bol jakby mniejszy... To
      pamiatka, mam ja do dzis, siniak ustapil, ale blizna zostanie do konca zycia.
      Nie popsulo mi to humoru na dlugo, ten dzien nalezy do tych, w ktorych
      spelniaja sie marzenia! Moje wlasnie sie spelnia - jestem w miejscu, o ktorym
      marzylam jeszcze w szkole podstawowej, gdy moj nauczyciel geografii opowiadal
      nam o tym cudzie swiata. Moje marzenie spelnia sie prawie po 40 latach!
      teraz musimy zadzwonic na lotnisko (jest ich kilka) i zarezerwowac miejsce w
      helikopterze. Tadek podaje namiary na credit card i mamy juz bilety kupione!
      Mozemy spokojnie ruszyc na odkrywanie piekna Kanionu.
      Wiedzialam o ogromie kanionu, ale nie wyobrazalam sobie, ze to jest cos TAAAAK
      ogromnego! To co widze na wlasne oczy to milion razy powiekszona moja
      wyobraznia !Moje wyobrazenie o tym miejscu, poparte szkolna i nie tylko
      szkolna wiedza, a takze fotografiami, ktorych ogladalam wiele , to malutka
      czastka tego obrazu. Ta otchlan, ta rozdarta ziemia, ktora znajduje sie w
      samym srodku arizonskiej pustyni..... Przezycie niesamowite!
      Wielowarstwowe skały tworzące ściany Wielkiego Kanionu to zapis
      geologicznej historii Ziemi. ma około 515 kilometrów długości, a w najgłębszym
      miejscu, Granite Gorge (Wąwozie Granitowym) sięga 1,6 kilometra w głąb. Jego
      szerokość w najszerszym miejscu wynosi 29 kilometrów, natomiast w najwęższym
      znajdującym się tuż pod punktem widokowym Toroweap na North Rim (Północnej
      Krawędzi) 800 metrów. Ściany kanionu tworzą liczne warstwy geologiczne, z
      których najniżej położona zbudowana jest z bogatych w skamieniałości łupków i
      granitu. Nagie, strome wzgórza, do złudzenia przypominające ruiny świątyń,
      tworzą tu istny labirynt parowów i szczelin. Nic dziwnego, że jeszcze w XIX
      wieku niektórzy naukowcy uważali, iż kanion powstał w efekcie gigantycznego
      trzęsienia ziemi. Około 60 milionów lat temu na tym obszarze znajdował się
      ogromny płaskowyż Kaibab rozdzielający dwa systemy rzeczne: pierwotną rzekę
      Kolorado na wschodzie i Hualapai na zachodzie. Z biegiem czasu Hualapai
      zmieniła swój bieg, wcinając się w płaskowyż. Proces ten postępował, aż
      wreszcie rzeka dotarła do pierwotnej Kolorado, z którą połączyła się, tworząc
      gigantyczną współczesną Kolorado.
      Kiedy rzeka wżynała się w podłoże, inne siły przyrody dokonywały erozji
      odsłoniętych przez nią warstw skalnych, żłobiąc w nich szczeliny. Te z kolei,
      pod wpływem zmian temperatury, pogłębiały się. Burze śnieżne i topniejące
      wiosną śniegi sprawiały, że przez szczeliny te wraz z wodą przedostawały się
      strumienie żwiru, piasku i kamieni. Napotykając coraz mniejszy opór, rzeka
      żłobiła powłokę ziemską ze zdwojoną siłą. W tym samym czasie warstwy skalne
      wypiętrzały się, podnosząc ściany kanionu coraz wyżej. Choć trudno to sobie
      wyobrazić, dziś kanion nadal rośnie i ulega zmianom. Wybudowanie w 1964 roku w
      górze rzeki, niedaleko Parku Narodowego Kanion Kolorado, zapory Glen Canyon
      znacznie zredukowało jej ogromną siłę. Wciąż jednak gwałtowne burze śnieżne
      powodują osypywanie się materiału skalnego ze ścian kanionu. Korzenie roślin
      wdzierają się w szczeliny, poszerzając je i powodując dalsze pękanie. W taki
      sposób na dno kanionu bezustannie spada deszcz skalnych odłamków.
      Aż do XIX wieku Europejczycy nie interesowali się Wielkim Kanionem.
      Mieszkali i mieszkają tu jedynie Indianie Havasupai, zasiedlając
      liczne jaskinie. W XIX wieku kanion badał major John Wesley Powell,
      weteran wojny secesyjnej. Sporządził wiele notatek wzbogaconych
      rycinami. Jednak dokładna mapa tego regionu powstała dopiero w 1971
      roku.
      Z
      • ertes Re: 28 czerwca - Grand Canyon 11.08.04, 23:33
        Fajna opowiesc smile
        Ale tempo mieliscie niesamowite!
        Nastepnym razem kupcie sobie National Park pass ($50) to zaoszczedzicie na
        National Parks i Monuments.
        • no_no Re: 28 czerwca - Grand Canyon 16.08.04, 14:15
          Dzięki A.Erie za pokazanie nam kawałka
          Ameryki Płn., w iście expresowymsmile tempie.
          Uzmysławiasz, żeby po częsci 'poznać'
          ten wielki kraj, trzeba zarezerwować
          sobie przynajmniej m-c wolnego
          i najlepiej niewielki samolotsmile
          Opis Grand Canyon - niesamowity!
          Pobudza wyobraźnię i chęć zobaczenia
          tego niesamowitego miejsca, gdzie 'pękła'
          ziemia.
          Napisz do zarządzających tym miejscem,
          a bilet wstępu - masz zagwarantowny za darmo -
          dożywotniosmile)

          Nosmile
          • foxal Re: 28 czerwca - Grand Canyon 16.08.04, 17:13
            Swietnie napisane wrazenia z wycieczki. Ja rowniez marze o takiej wycieczce,
            ale zawsze cos stoi na przeszkodzie. Moze kiedys przyjdzie kolej na taki wypad
            a tym czasem musze sie zadowolic Twoim opowiadaniem. Gratuluje umiejetnosci
            dobrej narracji swoich wrazen.

            Czekam na dalsze opisy przygod z podrozy. Mysle, ze calosc powinna znalesc
            swoje miejsce w nowej stronie 40+ w dziale nasze podroze.
    • a.erie CD wrazen znad Grand Canyon :) 16.08.04, 17:42
      Jednak dokładna mapa tego regionu powstała dopiero w 1971 roku.

      Z mapa w rece ustalamy plan naszej wycieczki. Doskonale zdajemy sobie sprawe,
      ze to co zobaczymy, to tylko maly wycinek tego basniowego swiata. Znajdujemy
      sie przeciez jedynie na poludniu Wielkiego Kanionu, na miejscu zwanym South
      Rim.

      Skrecamy w lewo do Grand Canyon Village. Mozna tam podziwiac kanion spacerujac
      po chodniku, ktory od tej czelusci dzieli tylko metalowa porecz, a czasami
      kamienny murek. Napawamy sie widokiem skalnych urwisk i budowli jakby
      przeniesionych z filmu o zagladzie starozytnego swiata. To wszystko blyszczy w
      oslepiajacym sloncu, mieni sie wszystkimi barwami teczy. W dole przepasci widac
      cieniutka wstazke rzeki Kolorado.
      Chowa sie ona za skalami i widoczna jest tylko w niektorych miejscach. Wydaje
      sie byc bardzo, bardzo mala i daleka... Przez ogromne lunety ustawione w
      ciekawych widokowo miejscach mozna ogladac kanion w przyblizeniu. Korzystamy z
      tej sposobnosci, chociaz mamy ze soba lornetke...
      Nad kanionem unoszone pradem powietrza plyna dostojnie ogromne czarne ptaki.
      Obserwujemy ich lot.Moze to orly?
      Robimy maly przystanek na odpoczynek. Tadek kupuje hot-doga (ja nie lubie) i
      przysiadamy na murku obok duzego budynku, w ktorym mieszcza sie sklepiki z
      pamiatkami i snack bar. Grupki ludzi zmeczone upalem tez wypoczywaja, tylko
      wycieczka Japonczykow lata z aparatami fotograficznymi i robi zdjecia.
      Nagle obok nas pojawia sie wiewiorka. jest mala, szara, tylko koncowki futerka
      blyskaja rudawo. Nic sie nie boi. Podchodzi blisko i chce zabrac Tadkowi jego
      hot-doga. Gdy ten nie daje, podlatuje do malego chlopca i stara sie jak moze
      porwac mu jedzenie. Japonczycy wpadaja w zachwyt. Pstrykaja aparaty. Nasz
      zreszta tez poszedl w ruch! Niestety zdjecie sie nie udalo.
      Za budynkiem znajduje sie dworzec kolejowy. Mozna przejechac sie koleja wdluz
      kanionu. Niestety nie mozemy skorzystac z tej atrakcji, bo czasu malo i mamy
      juz w planie helikopter. Tadek zaluje, bo ciuchcie to jego pasja. Robimy wiec
      tylko zdjecia.
      Jest tez zagroda, a w niej stoja muly. Mozna sobie zafundowac wycieczke na
      mulach w dol kanionu, jednak ani mi to w glowie. Mnie sie podobaja konie i
      koniopodobne muly tylko w naturze, ale ich sie boje.

      Zawracamy. Wyruszamy na bardziej dziewicza prawa strone trasy.

      Kaibab Traihead, Yaki Point,Grandview Point,Moran Point, Lipan Piont....Te
      dziwne nazwy to miejsca, w ktorych zatrzymywalismy sie aby z roznych perspektyw
      popatrzec na wielki kanion.

      gdzieniegdzie schodzilismy kawaleczek,( ale bez przesady!), gdzieniegdzie zas
      wdrapywalismy sie do gory... I na koncu Desert View....ostatni punkt widokowy z
      piekna wieza, z ktorej mozna obserwowac kanion...

      Grand Kanion ma w sobie cos tak spirytystycznego, jest piekny i wciaga umysl i
      serce. Zakochalam sie w tym zakatku swiata i teraz juz wiem napewno, ze nasza
      matka Ziemia przepieknie sie starzeje...

      . Zatrzymujemy sie w miejscu, gdzie przed kilkuset laty mieszkali Indianie,
      pozostaly tylko ruiny pieczolowicie zabezpieczone przez archeologow. Tutaj
      zatrzymujemy sie na posilek. W cieniu sosen stoja stoliki i lawki. Wybieramy
      miejsce i w ruch idzie nasza podrozna lodowka.

      Zegarek jest nieublagany No i przyszedl czas na helikopter. Nigdy w zyciu nie
      latalam taka kruszyna, boje sie, ale chce... Bardzo chce! Wreszcie to druga
      czesc realizacji moich marzen. Dojezdzamy do lotniska.

      Pytamy, ale to nie tu! Kieruja nas na nastepne... znowu mowia, ze nie mamy
      rezerwacji, wiec trzecie... na czwartym lotnisku nareszcie maja nas na
      liscie...Ustawiaja nas kolejno na wadze. Czekamy jeszcze kilka minut i mila
      kobieta z obslugi tlumaczy nam gdzie polecimy i jak powinnismy sie zachowac.
      Potem zaczyna nas ustawiac, jak dzieciaki w szkole. Mnie wywoluje pierwsza i
      ustawia przy wyjsciu, potem juz nastepnych. Starszy pan , usmiechniety od ucha
      do ucha prowadzi nas do helikoptera. I tu! Rozdzielaja mnie z Tadkiem. Mnie
      sadzaja w kabinie pilota, a reszta (3 osoby, w tym moj Tadek ) pakowani sa do
      tylu.
      (Potem dowiedzialam sie, ze druga dziewczyna siedziala tylem do kierunku lotu)

      Zapinaja mi pasy, na glowe wkladaja ogromniaste sluchawki.... Siedze jak na
      gwozdziach. To strach. Patrze pod nogi, a tam dziura. Widac plyte lotniska i
      kwadrat, na ktorym ustawiony jest nasz helikopter. Kurczowo trzymam plecaczek i
      czuje, ze pomalutku unosimy sie w powietrze. Pilot wyczuwa moje zdenerwowanie,
      zagaduje do mnie i proponuje, ze zrobi mi zdjecie.
      Rozluzniam sie i wtedy zauwazam, ze ta dziura pod nogami to przezroczysta
      pleksa. Mam wiec widok wspanialy. Ze sluchawek saczy sie piekna spokojna
      muzyka, a pilot prowadzi maszyne w jej takt. Wzbijamy sie wysoko, ponad drzewa
      i kierujemy w strone kanionu...

      Przed nami otwiera sie jakby brama .
      Pilot zniza lot i w rytm mocnej, pelnej grozy muzyki wlatujemy w kraine z
      basni. Maly cien helikoptera odbija sie od skal. Jestem mala mucha wlatujaca w
      bezkres... Kanion z lotu ptaka wyglada inaczej. Oczy obejmuja cala przestrzen.
      Wyglada to tak,jakbysmy na plazy wygrzebali wielka dziure i w tej dziurze
      budowali przedziwne bryly geometryczne.Krawedzie dziury sa poszarpane,
      pomalowane jesienna paleta barw.A dolem zielonoblekitna nitka Kolorado.
      Wlasnie ta rzeka jest jedym a autorow tego dziela. Niesamowite. No i jeszcze
      nalezaloby obserwowac te dziure w plazy przez najogromniejsza lunete na
      swiecie... Chcialabym opisac to co widze, ale niestety w ludzkim jezyku brakuje
      slow. To trzeba przezyc. Robimy zdjecia...
      Czas mija szybko, za szybko... pilot zawraca... leciutko stawia maszyne na
      ziemi...
      Podziekowania, amerykanskie usmiechy
      zegnamy sie i w droge! Bo juz pozno ...
      Kierujemy sie w strone Flagstaff - miasta polozonego okolo 60 km od kanionu,
      jest to najwyzej polozone miasto w USA.

      Po drodze napotykamy stary traiding post , zatrzymujemy sie zrobic kilka
      zdjec ..

      Wjezdzamy w kraine , ktora wypisz , wymaluj jak nasza Polska . Przepiekne lasy
      sosnowe, brzozy... Nie moge sie nacieszyc tym widokiem.

      Postanawiamy, ze za kilka lat przeniesiemy sie tutaj na stale.

      Szukamy noclegu, Znajdujemy ... Tutaj dokladnie obmywam moja zraniona reke,
      zaczyna bolec od nowa, tam nad Grand Canyon prawie jej nie czulam...

      Kolacja , przepakowanie bagazy i spac! Jutro tez jest dzien....

      CDN
    • a.erie Mesa Verde - w poszukiwaniu przeszlosci :) 16.08.04, 17:51
      LIPIEC 01 , 2003

      Mamy przed soba nowy dzien. Piekny, bezchmurny, sloneczny dzien.Sama sobie sie
      dziwie, ze tak dobrze znosze tutejsze upaly. To chyba skutek niskiej
      wilgotnosci powietrza.

      Wyjezdzamy w kierunku Parku narodowego MESA VERDE. Park lezy na wysokim
      zalesionym plaskowyzu poludniowo-zachodniego Colorado. Jego poludniowe krance
      poprzezynane sa glebokimi kanionami ... Czytalam co nieco o tym miejscu, jednak
      to co sobie wyobrazalam nie umywa sie do rzeczywistosci. Wyjatkowy zakatek
      swiata.

      Z autostrady 160 skrecamy w droge dojazdowa do Mesa Verde. Przebywamy 15 mil
      przepieknej, wspinajacej sie serpentynami do gory drogi. Sceneria jak z
      pocztowki, widocznosc wspaniala, wiec mozna sie napawac widokiem do woli.
      Jedziemy powoli ogladajac przepiekne panoramy gor na horyzoncie, oraz skupiska
      kwiatow przy drodze. Przewazaja fioletowe i zolte.

      Dojezdzamy do parkingu przy Visitor Center , ktory miesci sie w punkcie zwanym
      Far View. Masa samochodow, z trudem znajdujemy miejsce. Przechodzimy na druga
      strone i nasze zdziwienie jest ogormne. Doslownie tlum ludzi stojacych w
      kolejce. Nawet nie zastanawiamy sie za czym ta kolejka,(sadzac, ze pewnie po
      jakis fast food), tylko zaopatrujemy sie w mapy i przewodniki , zwiedzamy mala
      ekspozycje i wyruszamy w glab parku.

      Przez Park prowadza dwie drogi. Skrecamy w te na prawo . 19 kilometrowy odcinek
      drogi wije sie serpentymai w gore, za kazdym kolejnym zakretem nowe,
      niezapomniane widoki dziewiczych gor, poprzecinanych kanionami . Brak slow do
      opisania tego piekna jakie sie wokol roztacza...

      Od pierwszych lat naszej ery do okolo 1300 roku zamieszkiwali ten teren
      Indianie Anasazi - Poczatkowo mieszkali oni w ziemiankach, ale zanim znikneli z
      areny dziejow doszli do takiej perfekcji architektonicznej, ktora pozwalala im
      na wybudowanie niezwyklych kompleksow mieszkalnych Mesa Verde.

      Szalal tutaj ogromny pozar... kikuty drzew wpedzaja nas w zadume. Ale przyroda
      sie nie poddaje, pomalutku pokrywa teren zielenia.
      Zblizamy sie do pierwszego punktu - Step Hause ... Gromadki ludzi odpoczywaja
      pod duza wiata.. Widzimy mape, ktora pokazuje mala petle, ktora jezdzi
      kolejka , Sa i ranczerzy, wiec pytamy ich, gdzi mozna kupic bilety, odsylaja
      nas spowrotem na Visitor center, teraz wiemy skad sie tam wziela ta
      gigantyczna kolejka ludzi...Nie mamy ochoty zawracac.No ale mamy nauczke na
      przyszlosc...Zartujemy, ze gdy zamieszkamy we Flagstaff to wrocimy i wtedy ...
      Patrzac na mape decydujemy, ze zejdziemy do Step Hause pieszo.

      Idziemy skalna sciezka, nasza droga zakretami biegnie w dol, schodzimy powoli,
      az przed naszymi oczami odslania sie taki widok...

      Caly blok mieszkalny ! No raczej jego ruiny, ale... Cos niesamowitego. Jestesmy
      w miejscu, gdzie okolo 1000 lat temu zyli ludzie. Pracowali, uprawiali ziemie,
      chodzili na polowania, kochali sie, wychowywali dzieci...Ba! Udomowili nawet
      dzikie indyki...
      A caly ten ich swiat zawisl w polowie kanionu, w kamiennej niszy... Okrezna
      droga wracamy do parkingu. nagle slyszymy polska mowe... To malzenstwo z
      Illinois... Wymieniamy pare zdan, naprawde sie cieszymy, ze spotkalismy
      rodakow. Podejscie w gore daje troszeczke popalic, ale mam na uwadze, ze to
      przeciez spalanie kalorii, wiec pomimo, ze pot splywa po plecach nie daje sie!

      Wracamy. Znowu te widoki! Mijamy visitor Center i kierujemy sie na druga droge,
      tym razem w lewo.

      Zywo dyskutujemy o tym co widzielismy, bo to naprawde nie do uwierzenia!

      Jeszcze nie wiemy, ze to tylko namiastka tego co zobaczymy dalej. Po
      przejechaniu paru mil w dol drogaz centrum turystycznego w kierunku na Chapin
      Mesa mijamy Far View, pueblo lezace na szczycie plaskiego zniesienia. Indianie
      opuscili je okolo XII wieku, byli uzaleznieni od wody, ktora brali ze
      sztucznego zbiornika Mummy.

      Dojezdzamy do Muzeum w rejonie Chapin Mesa. jego ziwedzenie zostawiamy na
      pozniej, teraz schodzimy do nastepnego kanionu, gdzie znajduje sie nastepne
      osiedle. Jest to Cliff palace - (Palac na urwisku). Jest to najwieksza z
      zachowanych budowli, usytuowana na stromym zboczu kanionu. Niegdys mieszkalo
      tutaj ponad 200 osob. Zbudowane z suszonej cegly wieze przepieknie harmonizuja
      ze skalami.
      Przepiekny obraz cywilizacji , ktora odszedla na zawsze... Ciekawe, dlaczego?
      Co takiego musialo sie stac, ze ludzie o tak swiatlych umyslach rozplyneli sie
      w historii dziejow swiata?

      Oczyma wyobrazni widze piekna sniadolica Indianke, ktora wypatruje swojego
      mezczyzny . Moze stala na tym kamieniu?
      A tutaj wspaniale miejsce do zabawy w chowanego...

      Jak silni i zdolni musieli to byc ludzie, zeby majac tylko prymitywne
      narzedzia zbudowac takie osiedle?

      Z glownego palacu mozna zejsc po drabinach w dol do tzw. kivas - to jakby
      piwnice, ale sluzyly za mieszkania. Niektore z nich zachowaly jeszcze wyblakle
      juz malowidla scienne.

      Dlugo krazymy w tym miejscu. Znowu przywoluje duchy. I czasami wydaje mi sie,
      ze slysze ich glosy.

      Ze ich widze...

      Wspinamy sie do gory, troszeczke odpoczynku i idziemy do Muzeum. Sa tu naprawde
      swietne wystawy pokazujace zycie Anazasi. Znalezione przez archeologow
      przedmioty codziennego uzytku, obrazy pokazujace ich zycie.

      Wracamy na trase, objezdzamy cala petle przystajac na punktach widokowych.
      Gdzies po drodze zjadamy male "conieco".

      Z zalem opuszczam to czarowne miejsce. Chcialabym tu wrocic i juz na spokojnie,
      bez zegarka w reku oddac moj czas i umysl wyobrazni. Moze udaloby mi sie
      nawiazac kontakt duchowy z tymi, po ktorych prochach byc moze stapalam?

      Jedziemy do Durango. Miasteczko w westernowym stylu, piekne schludne. Mamy
      zwiazane z nim plany , wiec musimy zostac tutaj na noc. No, ale mamy jeszcze
      troche czasu, wiec widzac w przewodniku, ze niedaleko jest "Autostrada za
      Milion" chcemy sie nia przejechac. Moze po drodze spotkamy jakis motel?

      Autostrada okazuje sie bardzo "zakrecona droga, ktora prowadzi do miasteczka
      Silverton. Przepascie i przecudne widoki... Juz pozno dojezdzamy do Silverton,
      ale slyszac ceny wolnych hoteli (150-200 usd) postanawiamy wracac do Durango.

      I w pewnym momencie postanawiamy nocowac w aucie. Zjezdzamy z drogi na polane
      wsrod drzew. Jestesmy bardzo, bardzo wysoko, ponad 3000 m nad pm. Ciemnozielone
      sosny kolysza sie , a wokol panuje cisza. I tylko gwiazdy coraz intensywniej
      rozswietlaja niebo. Wydaje sie, ze gdyby dobrze wyciagnac reke, to mozna
      siegnac po jedna z nich. Tylko komary , ktorym zaklocilismy sen zaczynaja byc
      niezadowolone. Kolacje zjadamy maszerujac wokol polanki, robimy sobie poslania,
      ja zwijam sie na tylnym siedzeniu i patrzac w gwiazdy oddaje sie
      rozmyslaniom... jest Wielki Woz.... i tych gwiazd jest tyle, o wiele wiecej niz
      zazwyczaj.... blyskaja swiatelka poruszajacych sie gdzies wysoko samolotow...
      Las przemawia znanym tylko sobie jezykiem... i tylko gdzies w oddali slysze
      glos kojota wyspiewujacego swoja skarge do ksiezyca...
      zasypiam...

      CDN.
    • a.erie Koleja nad przepasciami :) 16.08.04, 18:02
      July 02, 2003



      Dziwne dzwieki budza mnie rano. Cos skrzypi, trzeszczy, szumi...Otwieram oczy i
      przez chwile nie wiem gdzie jestem. Ale pamiec wraca szybko ... no tak, nocleg
      w lesie... Tadek spoglada na mnie i pyta jak sie spalo. Dobrze, chociaz sie
      troche balam - odpowiadam. Jak zwykle zartuje , ze mielismy szczescie, ze tylko
      kojoty wyly, bo moglismy miec spotkanie pierwszego stopnia z grizzli, ktory
      mogl potelepac autem. Wreszcie wtargnelismy do jego krolestwa ...

      Warunki spartanskie, ale jakze fajne! Tylko te komary znowu zaczynaja swoj
      piekielny taniec, wiec zwijamy sie szybko z tej sosnowej puszczy. Dojezdzamy do
      drogi i tam juz skrecamy na parking, gdzie stoi toaleta. Niestety bez wody.
      Odkrecamy kranik w naszej lodowce i w ten sposob sie myjemy. Zjadamy sniadanie,
      przygotowuje kanapki na dzisiejszy dzien, pakujemy nasz prowiant wszystko w
      plecaczki i wyruszamy w droge do Durango, z ktorego wyjechalismy wczoraj pod
      wieczor.

      Juz w miasteczku na stacji benzynowej dopelniamy porannej toalety dokladnie,
      zakupujemy wode i pepsi i ruszamy w kierunku dworca kolejowego.

      Tak, wczoraj kupilismy bilety na przejazd kolejka waskotorowa z Durango do
      Silverton. Jeszcze wczoraj mialam nadzieje, ze nie bedzie wolnych miejsc, bo
      jakos mi niewyraznie, no, zwyczajnie sie panicznie boje, no a juz po
      ogladnieciu prospektow, calkiem sie rozklejam...A na prospektach strasza
      niesamowite obrazki kolejki uczepionej gdzies w polowie gory na polce skalnej sad

      Nie chce jechac! Proponuje, ze zostane w miasteczku, a Tadek niech sobie jedzie
      sam, jak mu zycie niemile! Dlaczego? Otoz kolejka ta ma trase, ktora przywraca
      o zawrot glowy!

      Sa odcinki, gdzie ta ciuchcia jest doslownie przylepiona do skaly, a po
      drugiej stronie przepasc... Jezdzilam ciuchcia w Polsce, wiem jak to sie
      kolysze i telepie ! Mam odczucie, ze jest to moj ostatni dzien w zyciu, ale coz
      ma zrobic zona? Gdzie ty Kaj, tam ja Kaja... wiec nie ma zmiluj sie! Musze...

      Zostawiamy nasze auto na platnym parkingu, zastanawiam sie po jaka cholere , bo
      przeciez juz nie wrocimy! Tez sie zachcialo temu mojemu chlopakowi! Wolalabym,
      zeby kupil sobie kolejke dla chlopcow, taka ogromiansta, postawil w piwnicy i
      sie nia bawil , a nie narazal mnie na taki stres...

      Ide jak na sciecie... Wchodzimy na peron... Obrazek w stylu westernowym.
      Pomaranczowe wagoniki ciuchci, konduktorzy ubrani w stroje z epoki, czarne
      spodnie w kant, biale koszule ze stojka zamiast kolnierza, na dosc pokaznych
      brzuszkach -czarne kamizelki z przypietymi do nich na lancuszku zegarkami ...
      Duze blyszczace guziki przy kamizelkach i czapki, takie okragle, sztywne z
      daszkami. I te geby... Dziwne, dlaczego konduktorzy maja takie
      charakterystyczne facjaty?

      Na dworcu ruch, pelno ludzi, dzieciaki... Gdzie to wszystko sie pcha? na
      pewna smierc - mysle!

      No, ale coz, musze i ja... Moja zwykla wesolosc gdzies uleciala, usmiecham sie
      sztucznie, tak jakbym trzymala w zebach olowek, nie chce psuc Tadkowi humoru,
      ktory jest taki podekscytowany i zadowolony... Nawet robie mu zdjecia ...

      Znajdujemy swoj wagon i zajmujemy miejsca. Siedzenia twarde, pokryte derma.
      Jestem w krotkich spodenkach, wiec po chwili juz czuje, jak sie przylepiam do
      tej dermy... znajduje na to sposob, biore moj kapelusik i podkladam go raz pod
      jedna, a raz pod druga noge... nawet pomaga.

      Ciuchcia rusza... para w gwizdek! Pomalu, ospale , dokladnie jak u Tuwima!
      Powolny stukot kol, co chwile cos szarpie, caly swiat sie chwieje...
      Przejezdzamy pomalutku przez Durango. Ludzie machaja z aut, zatrzymuja sie na
      ulicy i tez machaja... Pasazerowie odwzajemniaja sie im tym samym.... "Cezarze!
      Pozdrawiaja cie idacy na smierc!" - mysle...

      Przed nami trzy i pol godziny jazdy do miasteczka Silverton, tego samego , w
      ktorym bylismy wczoraj...

      Konduktor wchodzi do przedzialu, przedstawia sie i mowi o naszej trasie... nie
      wychylac sie, nie zmieniac miejsc...

      potem sprawdza bilety... Jazda nadal jest powolna i ospala, tory biegna przez
      srodek miasteczka.

      Gdy wreszcie wyjezdzamy na otwarta przestrzen troche sie uspokajam, jest
      pieknie. Szeroka rownina , na horyzoncie ktorej widac pasma gorskie ... Coraz
      rzadsze domostwa ... Caly czas jedziemy dolina, skrecajac powoli w prawo i
      przecinamy "autostrade za milion", teraz ciuchcia telepie sie jakby ciut
      szybciej... wjechalismy w wawoz... waziutki, reke wyciagnac i dotykasz
      skal... Nie bron Boze, ja tam reki nie wyciagac, ale sa tacy co probuja...
      Znowu para w gwizdek - ponownie przecinamy autostrade ... z lewej strony
      przepiekna gorska rzeka Animas.Po prawej, wysoko nad nami gdzieniegdzie
      zawieszone na skarpie przepiekne, bogate domy... Kolejka pnie sie w gore...
      pomalutku, caly czas kieloczac sie na boki...

      Do wagonu wchodzi mloda, ladna dziewczyna z obslugi pociagu, przedstawia sie
      i ... nazywa sie Kasia (ona mowi Katie), jest polska studentka i dorabia sobie
      na wakacjach. Tutaj sprzedaje przewodniki, kasety wideo itp...

      Ludzie ogladaja oferowane produkty , nasza Kasia odpowiada plynna
      angielszczyzna i wreszcie , ktos wola na nia z tylu, a ona zaaferowana odwraca
      sie i mowi: "slucham?" - po polsku oczywiscie! Polapala sie i zaczela
      przepraszac, ale wywolala ogolna wesolosc wsrod kupujacych... Na buzi
      dziewczyny zakwita rumieniec... Nie chcemy jej jeszcze bardziej deprymowac,
      wiec jej nie zagadujemy, choc przyznam, ze mialam na to wielka ochote...

      Wjezdzamy w las, caly czas wspinajac sie do gory. Tutaj pierwszy przystanek.
      Maszynisci musza nabrac wody do kotla. Z ogromnego okraglego zbiornika
      ustawionego na grubych slupach, tak jak to niejednokrotnie pokazuja na
      westernach., . Trwa to kolo 5 minut.

      I ruszamy... Jakos uspokoilam sie. Nie jest tak strasznie. I gdy ten spokoj
      prawie juz do mnie powrocil patrze, a tu zaraz za oknem skala! Z drugiej strony
      zaczyna sie przepasc. Ja siedze od strony skaly tuz przy oknie. Ludzie rzucaja
      sie na druga strone wagonu, te od przepasci, wygladaja przez okna, robia
      zdjecia... podobno jest wspanialy widok, w dole przepasci plynie wspomniana juz
      przeze mnie rzeka Animas... Tadek tez wyglada, praktycznie tylko ja i
      Meksykanka z niemowleciem zostajemy na swoich miejscach. Nie dosyc, ze toto
      jedzie po waskiej polce skalnej, to jeszcze ci idioci przewazaja wagony!!! Mam
      dosyc! I to malenstwo sie obudzilo i zaczyna poplakiwac... Meksykanka telepie
      nosidelkiem, co chwile poi dzieciaka jakims soczkiem z butelki... A maly
      kilkuletni urwis lata z atrapami kowbojskich rewolwerow i strzela do kazdego
      pasazera. Nikt nie zwraca uwagi na tego rozwrzeszczanego bachora, ktory sie
      robi coraz bardziej natretny...

      Dwa razy przejezdzamy wysokie mosty nad rzeka, wygladaja tak krucho, jakby
      mialy za chwile runac razem z nami w dol...

      Po drugiej przerwie na nabranie wody krajobraz sie troche zmienia. Jest wiecej
      miejsca dla naszej kolejki, wiec i ja zaczynam sie rozgladac... Naprawde
      przepieknie! Skaliste gory, widac spadajace z nich wodospady... Dzikosc
      przyrody i ta wysokosc... juz dawno przekroczylismy wysokosc naszych Tatr...
      Przed nami odslania sie dolina... to juz miasteczko Silverton, malutkie,
      dziwnie stare, ale urokliwe miasteczko. Pociag szerokim lukiem zakreca w sam
      srodek miasta. Bucha para, kleby czarnego dymu unosza sie z komina, w ten caly
      krajobraz wciska sie gwizd lokomotywy. Dojezdzamy. Parowoz zatrzymauje sie
      praktycznie na ulicy. Przod w ksztalcie duzego pluga (takiego jak drogowy do
      odsniezania sniegu), znajduje sie na chodniku. Nie ma szlabanu, po prostu
      koniec torow.

      Wychodzimy. Z wagonikow wysypuje sie tlum ludzi ... Mamy kolo trzech godzin an
      pobyt w tym miescie. Ulice zatloczone... Przechodzimy nimi, szukajac sklepu
      spozywczego. Chcemy kupic cos do picia, bo nam po prostu zabraklo... Znajdujemy
      wreszcie, chociaz z niemalym trudem. Tutaj, w tym miasteczku wszystko
      n
    • a.erie Kierunek dom ... 16.08.04, 18:12
      July 03, 2003


      I znowu wstal nastepny dzien. A my razem z nim. Jest dobrze. Rozumiemy sie bez
      slow: wskakujemy pod prysznic, zeby zmyc z siebie resztki snu. Dosc szybko
      jestesmy gotowi do drogi. Kazde z nas wie co ma robic... ja sniadanko, moj
      chlopak wynosi torby do auta. Przy sniadaniu patrzymy na mapy i ustalamy trase.
      Chcemy dojechac do Colorado Springs, decydujemy sie jednak zjechac z autostrady
      i przejechac dolina rzeki Arkansas. Mapa pokazuje, ze trasa bedzie ciekawsza, a
      ze troche dluzej? Nic to! Chcemy nakarmic nasze oczy i dusze natura... urlop
      przeciez nie trwa wiecznie, a my z kazda mila zblizamy sie do domu... Pelni
      nadziei na nowy dzien wyruszamy z Pagosa Spring autostrada nr 160 East, zeby
      w miasteczku Dei Norte skrecic w lewo w droge 112, a nastepnie niedaleko osady
      indianskiej Hooper odbic na polnoc na droge nr 17. Tutaj spotyka nas
      niespodzianka. Zatrzymujemy sie w sklepiku indianskim, ktorych pelno rozsianych
      jest przy drogach... Cudownosci! Nie sa to pseudopamiatki z bogatych
      sklepow "bladych twarzy" - tutaj za polowe ceny mozna nabyc rekodzielo Indian.

      Mnie fascynuja kamienie... zbierane przez Indian w jedynie dla nich wiadomych
      miejscach lsnia wszystkimi kolorami... Robia z nich przepiekna bizuterie...
      Kupujemy narzute na nasza kanape w kolorze czarno-bialo-
      roznoodcieniowobrazowym, malutenka kapsulke z platkami zlota, ogladamy
      bizuterie... ulubionym kolorem Indian jest niebieski i czerwono-rdzawy...

      Zza lady patrzy na nas Indianin, pomalu podchodzi i pokazuje nam obraczki z
      metalu inkrustowane tymi kamykami...
      Patrzymy na siebie i budzi sie w nas jednoczesne pragnienie ... musimy miec te
      obraczki ... sa sliczne i beda pamiatka naszej konczacej sie juz podrozy... Nie
      dajemy sie dlugo namawiac... Wychodzimy z naszymi zakupami ze sklepu, , a
      potem stajemy naprzeciwko siebie i nakladamy sobie nawzajem na palce
      obraczki... I swiat sie zakrecil... Jak wariaci wyznajemy sobie nasze uczucia,
      glosno i z przekonaniem odnawiamy nasza przysiege, ta chwila jest taka
      niecodzienna, dziwne, ale czuje iskrzenie miedzy nami...

      Przezylam chwile wielkiego wzruszenia, mam poczucie, ze teraz bedzie z nami
      wielki Manitue, ktory ochroni nas i nasze malzenstwo i wyprowadzi z wszelkich
      zyciowych zakretow... Czuje sie tak dziwnie, Tadek chyba tez, bo juz po
      wyruszeniu na trase bierze mnie za reke i w milczeniu jedziemy przed siebie ...
      Wzielismy indianski slub, w sercu rezerwatu...
      Droga prowadzi nas do miasteczka Salida, sennego, malego miasteczka polozonego
      wsrod gor... Kierujemy sie na wschod... Z lewej strony drogi plynie kamienista
      rzeka Arkansas. Niezbyt szeroka, ale porywista, przerzynajaca sie przez gory...
      Slonce wedruje razem z nami. Nie daje nam odetchnac... Na lunch zatrzymujemy
      sie na malutkim parkingu tuz nad rzeka... Rosna tam kaktusy... Rozkladamy nasze
      pozywienie, smazy niemilosiernie, ale chyba przyzwyczailismy sie juz do tych
      upalow... Kaktusy kwitna na czerwono. Piekne. Postanawiam zabrac jeden do domu.
      Niestety kluje . Moj palec zrobil sie jak jez - wyciagam cieniusienkie, dlugie
      igielki... Tadek, jak zwykle praktyczny, bierze noz i zamachujac sie jak
      maczeta scina odrost , ktory wpada prosto do podstawionego pudelka...

      Ruszamy. Czas niestety nie pozwala na dluzsze postoje.Zreszta i z jadacego auta
      mozna podziwiac okolice... jedziemy dolina wijacej sie wsrod gor rzeki...
      przepiekny malowniczy, sielski obrazek... pelny relaks ...

      Niestety obok miasta Canon City musimy pozegnac sie z urocza Arkansas i
      skrecic w lewo w droge Nr 115 , ktora przebiega przez czerwona pustynna
      przestrzen... Po prawej stronie znajduje sie Fort Carson, nic nie wiem o tym
      forcie, wiem tylko, ze to olbrzymi teren, gdzie jest baza wojsk
      amerykanskich... widze rozjezdzona wojskowymi pojazdami czerwona ziemie,
      czerwone drogi wsrod drzew, ginace gdzies w pagorkach... I ciagnie sie to bez
      konca...
      Przed nami Colorado Springs - miasto na granicy Wielkich Rownin i Gor
      Skalistych ... Nie mielismy w planie tego miasta, dopiero rekomendacja mojej
      siostry Lucyny zmienila nasze plany. Dosc sprawnie przemykamy petla autostrad,
      zeby dostac na te, ktora poprowadzi nas do pierwszego punktu naszej trasy -
      Garden of Gods. Z autostrady zjezdzamy w uliczki miasta.Tablice prowadza do
      Visitor Center, jednak to nie tak! Gubimy sie troche wsrod tej gmatwaniny
      uliczek, ktore nie wygladaja nam na dojazdowe do parku, bo praktycznie jest to
      dosyc biedna i zaniedbana dzielnica mieszkalna, jednak po kilku "najazdach"
      skrecamy w prawidlowa uliczke, ktora wydaje sie prowadzic gdzies w pole, ale na
      jej koncu widzimy strzalke, nas prowadzaca do celu. Okazuje sie , ze nie
      musielismy tutaj przyjezdzac, Garden of Gods nie wymaga biletow wstepu.Potem
      czytamy, ze ogrod byl wlasnoscia Charlesa Perkinsa, dyrektora Chicago
      Burlington & Quincy Railroad, a po jego smierci w roku 1909 rodzina przekazala
      Ogrod miastu Colorado Springs z zastrzezeniem, ze po "wsze czasy ogrod ma byc
      bezplatnie udostepniany wszystkim zwiedzajacym" - zagadka sie rozwiazala.

      Bierzemy mapke , wybieramy troche gotowki z bankomatu i wjezdzamy w brame
      parku, ktora tworza dwie dziwnego ksztaltu czerwone skaly.

      Garden of Gods, czyli Ogrod Bogow to dolina , w ktorej wsrod zielonych drzew
      wyrastaja skaly o dziwnych ksztaltach. Ich w przewazajacej mierze czerwone i
      ceglaste kolory kontrastuja z zielona przyroda.

      Slonce wydobywa z nich cala palete barw. Duzo zwiedzajacych... w pewnym
      momencie zauwazam, ze na wysmuklym obelisku stoi mlody czlowiek... jak on tam
      wlazl? Po chwili zajmuja sie nim rangerzy - straznicy parku....

      Zatrzymujemy sie przy ciekawym balansujacym kamieniu.

      Znowu wsiadamy do auta i jedziemy w glab parku , tam na parkingu zostawiamy
      auto i dochodzimy do ciekawych dwoch skal nazywanych Syjamskimi Bliznietami...
      Z okien auta patrzymy na inne cuda, ktore wedlug przewodnikow powstaly 250
      milionow lat temu...

      Ogrod Bogow byl tylko zboczeniem z naszej dzisiejszej wyprawy. Moj chlopak
      zamierza wyjechac autem na szczyt , ktory dumnie kroluje nad Colorado Springs.
      Tak, tak ... Pike Peak, na szczyt ktorego zbudowano droge . Prowadzi ona przez
      naprawde przerazajace polki skalne, uskoki...

      I znowu historia sie powtarza. ja nie chce jechac, boje sie jak diabli ...mam
      jeszcze swiezo w pamieci wariacka wspinaczke w Burr trail. Doprawdy po mesku
      Tadek stawia sprawe... Musze i koniec! A co bedzie, gdy on sie zabije? Co ja
      bede robic sama bez niego? Raz babie smierc... Co mu odpowiem? Ze wezme spadek?
      Ze bede zyc z renciny po zwariowanym chlopie? Jedziemy!

      Wyjezdzamy z Ogrodu Bogow i kierujemy sie na autostrade. Widze podniecenie
      Tadka, jego chec bycia tam, na tej karkolomnej drodze juz i teraz... Nic nie
      pomoze moje gadanie i biadolenie... Z jego oczu czytam taka determinacje, ze
      milkne i tylko mocniej wbijam sie w siedzenie auta...

      Zjezdzamy z autostrady w lewo i piekna, stroma, ale na razie ciekawa i
      bezpieczna serpentynka wjezdzamy w coraz wyzsze partie gor i gorek. Dojezdzamy
      do bramek, gdzie placimy bilety za przejazd po 10 dolarow od osoby. Przed
      nami droga na szczyt, ktora dla mnie podszyta jest strachem, a dla mojego
      chlopaka pelnia euforii i radosci ... Trasa ta, dumnie i na wyrost zwana
      highwayem jest druga co do wysokosci droga na swiecie.

      Pozostawiamy za soba Krysztalowy Zalew
      i dopiero teraz serce podchodzi mi do gardla. Tu sie zaczyna prawdziwa
      wspinaczka. Ja co chwile pokazuje Tadkowi ograniczenia predkosci, zwlaszcza na
      podjazdach do skretu w nastepna petle, jednak w odpowiedzi slysze:

      "Co? Nie ufasz mi ?Po tych naszych wszystkich dotychczasowych jazdach doszedlem
      do wprawy" - mowi i dodaje - " a ostatecznie jak spadniemy , to spadniemy
      razem..."

      Staram sie zamknac buzie, ale mi nie wychodzi... Nie chce go rozpraszac, ale
      strach robi swoje, wiec bia
      • lablafox Re: Kierunek dom ... 16.08.04, 20:25
        Jestem zachwycona.
        jak to dobrze ,że do nas trafiłaś.
        • a.erie Re: Kierunek dom ... 16.08.04, 20:59
          wiesz,jedno dobre slowo, rzucone w odpowiednim momencie dodaje skrzydel i nie
          ma ceny.
          dziekuje smile
          PS. Cos swedzi mnie pod lopatkami, czyzby te skrzydla zaczely roznac?)
          Pozdrawiam
    • jutka1 Erie ... :-)))))))))) 18.08.04, 10:00
      Erie,

      Poczatki mojego "zycia expat'a" to 7 lat w USA, najpierw na wschodnim wybrzezu, potem w LA.
      Przeprowadzalam sie do LA prowadzac furgonetke U-Haul z dobytkiem.. Wespol z kolezanka,
      ktora jechala do San Francisco, pokonalysmy cale Stany zmieniajac sie za kierownica co 6
      godzin i co 2 dni zatrzymujac sie w jakims motelu (bylysmy obie studentkami bez wielkich
      srodkow finansowych).

      Czesc trasy, ktora opisujesz, pokrywa sie z moja marszruta, bo jechalysmy autostrada 80...
      Twoje opisy przywolaly wspomnienia tego bezmiaru Ameryki, monotonii pol kukurydzianych,
      mijanych calymi dniami.. Smiesznostki widziane w drodze, jak na przyklad wielki znak gdzies w
      Nebrasce; "The World's Largest Hog - 2 miles" (najwieksza swinia swiata - 3.2 km), albo
      drogowskaz "Hog museum" wink)))).. Do dzis wspominam nocna jazde gdzies przez Poludniowa
      Dakote, gdzie zobaczylam najbardziej rozgwiezdzone niebo, jakie kiedykolwiek w zyciu
      widzialam (obok nieba gdzies na pustkowiu srodkowej Rosji, ktorego tez dane mi bylo kiedys
      doswiadczyc).

      Wielkie dzieki, i czekam na dalsze odcinki..
      Pozdrawiam
      Jutka smile))
    • a.erie Wysylam calosc 2003 roku do EM_EM. 19.08.04, 18:16
      • a.erie Dopisek, bo mi sie wyslalo za wczesnie 19.08.04, 18:18
        Mam nadzieje, ze EM-EM przezyje smile

        Moje wakacyjne wspomnienia 2003 sa ze zdjeciami, z moimi i meza fizjonomiami
        tez smile
        Pozdrawiam

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka