Kochani jestescie

Dlatego tez postanowilam wlepic wam tutaj opowiesc z mojej podrozy z zeszlego
roku.
Moga gdzies byc przeklamania, bo opowiesc byla pisana pod zdjecia, ktorych
rutaj nie moge zamiescic
PIĄTEK – 20 Czerwca 2003 r.
Szara godzina zrywamy sie z lozka. Przed nami podroz do Omaha w stanie
Nebraska. 800 mil, czyli 1280 km, które chcemy przejechac w jeden dzien.
Pakujemy nasze torby (Tadek mamrocze, ze za duzo toreb, a gdzie mam schowac
ciuchy na każdy dzien, nie wiedzac jaka będzie pogoda?).Jeszcze lodowka. Duza
skrzynia z plastiku, wewnątrz izolowana – tam wkladamy dwa worki lodui
umieszczamy tam cale nasze zapasy żywieniowe.Obydwoje nie lubimy Fast foodow,
tych wszystkich amerykańskich hamburgerow i innych , dlatego tez musimy
zabrac prowiant z domu. Ta lodowka to ciekawy pomysl. Nigdy się z tym nie
spotkałam w Polsce, a jak to ulatwia zycie w podrozy! Na każdej stacji
benzynowej można kupic lod, wiec nie ma problemu z utrzymywaniem niskiej
temperatury.
Ostatnie spojrzenie na dom i wsiadamy do auta. Tadek zeruje licznik,
przekreca kluczyk w stacyjce i ruszamy.Na antenie powiewaja dwa pomponiki,
bialy i czerwony. Radio milczy. Tak postanowiliśmy.
Jest 6.30 A.M.
Wyjeżdżamy z Cleveland kierując się na autostrade Nr 80, która prowadzi
przez Indiane, Illinois, Iowa do Nebraska. Nawiasem mówiąc autostrada ta
laczy wschodnie i zachodnie wybrzeże – Nowy Jork z San Francisko. Jednak nasz
cel to Omaha – miasto w którym od ośmiu lat mieszka moja mlodsza o 13 lat
siostra Lucyna.
Robimy przystanki na Rest Area – miejscach odpoczynku dla podróżnych. Piekne,
zadbane, utrzymywane przez poszczególne stany sa wizytowka Ameryki. Można tam
skorzystac z toalet, kupic cos zimnego w automatach Przy wjezdzie do każdego
Stanu na terenie Rest Area miesci się Centrum Informacji, gdzie podróżny
może dostac mape danego stanu, foldery turystyczne, uzyskac fachowa porade.
Wszystko bezpłatne.
Na zewnatrz stoliki, lawki .Osobno wybiegi dla zwierzakow…
Jest 7.30 PM. Po trzynastu godzinach jazdy pukamy do drzwi mojej siostry.
Niezle – srednia na godzine około 100 km.Powitania, calusy… Jessica, moja
mala siostrzenica nie odstepuje mnie na krok. To odbitka mojej siostry. Male
zywe siedmioletnie sreberko…
Alex , mój siostrzeniec – prawie dwuletni mezczyzna nie schodzi z kolan
Terryego – mojego szwagra. On nas nie pamieta.
Ja zaszywam się z Lucyna w kuchni na ploty, a chlopy dmuchaja w
materac.Wyciagam swoje wiktuały. Pierogi ruskie,pierogi z miesem , kapusta i
grzybami, chleby z polskiego sklepu, szynke, salceson, boczek, kiełbasę… Tego
w Omaha nie ma, tutaj nie ma Polonii, wiec moja siostra musi papusiac na
amerykanski styl.
Przyzwyczaila się, nie cierpi gotowac, wiec Terry karmi ja amerykańskimi
specjałami. On kucharzy.
Pamiętna zeszłego lata, gdy nas uraczyl na kolacje zupa z wielkich lisci
kapuchy, do tego nie solona zabrałam wiktuały wlasne… Robimy polska kolacje.
Smakuje. Potem gadanie i picie drinkow. Terry robi specjalnie przez siebie
przygotowany poncz, ale jakos nam nie smakuje. Tadek wiec wyciąga butelke
Caniadian Whisky i robi swoje drinki – przeciągnęło się to do drugiej w
nocy .Potem spanko.
Budze się nad ranem.Jest 4.30 AM. Twardo. Powietrze z materaca uszlo. Staram
się jeszcze zasnąć, ale nie da rady. Wstaje po cichu, ide do kuchni, parze
nasza poczciwa kawe plujke (tez przywiozłam ze soba) i szukam po polkach
polskich książek. Znajduje „Kane i Abel” – Jeffreya Archera. Lektura mnie
wciąga. Odrywam się słysząc cichutki glosik:
-Hi, Ala – to Jessi. Pakuje mi się na kolana i zaczynamy gadac. Ona się
smieje z mojego angielskiego, ja się smieje z jej polszczyzny. Jest nam
dobrze razem.
Wstaje reszta. Znowu śniadanko po polsku. Pogoda burzowa.
Ale i tak postanawiamy wybrac się do Zoo.
Henry Doorly ZOO jest jednym z najlepszych ogrodow zoologicznych w Ameryce.
Znajduje się na 3701 S.Tenth ST. ST otwarte jest codziennie od 9.30 AM do
5.PM.
Po alejkach laza pawie.
Piekne pawilony, masa zwierzat… Czytam informacje, ze historia ZOO zaczela
się od dwóch bizonow, które pożyczył miastu Buffalo Bill.
Przepiekne akwarium, Wchodzimy w szklany tunel – Nad nami i po bokach woda.
Czuje się jak w szklanej rurce zatopionej w wodzie. Z bokow, nad glowami
pływają rekiny, roznej masci ryby… Przepieknie.
Akwarium z rybami – szklany walec robi wrazenie.Tadek znalazł sobie inne
zajecie. Oglada przez akwarium ludzi stojacych z drugiej strony i
ma „radoche”, bo szklo znieksztalca sylwetki i widzi potworki, do tego grube.
I strasznie. Wyobrażam sobie, co by się stalo, gdyby pekla ta szklana oslona
odgradzajaca nas od tego oceanicznego swiata… Brrrr, ta moja wyobraznia…
Skora mi cierpnie….
Terry prowadzi nas do Lied Jungle (Niby dzungla) – Jest to ogromna oranzeria
z lasem tropikalnym, motylami, zwierzętami… Wodospady, jeziorka, liany,
ogromne drzewa
Cala oranzeria podzielona jest na trzy czesci – Las tropikalny Ameryki
Południowej, nastepnie Azji i Afryki. Wiszącym mostem dostajemy się w kraine
karłowatych hipopotamow, krokodyli, lampartow, malp i różnorodnych ptakow i
motyli. Niesamowite wrazenie…
Nastepny pawilon to pustynie… te kamieniste amerykańskie i piaskowe wydmy
Afryki…
Dzien mija szybko, pora wracac….
Glowa w glowe…
NIEDZIELA
Spotkanie rodzinne,nie ma o czym pisac za wiele. No moze tylko to, ze oni
nie uzywaja soli. Paskudnie to wszystko smakuje, wiec ugotowalam po swojemu
botwinke i wszyscy zajadali sie , a mala Jessica stwierdzila, ze jest to jej
ukochana zupa. Bedzie miala moja siostrus robote, haha! A w niedziele, gdy
siostra gotowala obiadek wsypalam lyche soli do ziemniakow i ukradkiem
posolilam filety z lososia...
Tez im smakowaly, ale mysleli, ze to od koperku, ktorym obficie przybralam
talerze.
Dwa dni zlecialy jak z bicza trzasl, i juz raniutko w poniedzialek wyruszamy
w nasza wlasciwa podroz. Rocky Mountains - to nasz pierwszy cel - Park
narodowy.