ord
21.11.04, 06:06
Zupelnie nieswiadomie, przeprowadzilem sie do dzielnicy, w ktorej jest duza i
silna grupa polskiej i to tzw; starej (tuz powojennej) emigracji. Z radoscia
dowiedzialem sie, ze na drugiej ode mnie ulicy znajduje sie polski kosciol. W
poprzednia niedziele wraz z zona i corka udalem sie na wieczorna msze. Musze
tu zaznaczyc, ze jest to moja pierwsza wizyta od osmiu miesiecy w kosciele
jako takim (fakt; dlugo, bo staram sie byc przynajmiej cztery razy do roku) a
juz minelo grubo ponad siedem lat od wizyty w podobnej polskiej instytucji
(to od czasu, gdzie z ambony "kazano" mi glosowac na Walese). W porownaniu z
moimi doswiadczeniami z angielskim kosciolem katolickiem, uderzyla mnie
"szarosc" tlumu i jego... biedota. Przepraszam, ale tak to widzialem! Kawaly,
ze Polaka w Kanadzie poznac po skoropodobnej krotkej kortce, jeans'ach,
adidasach, bialych skarpetkach i z shopingbag w reku potwierdzily sie. Po
blizszym rozgladnieciu sie, zauwazylem, ze wiekszosc mlodych mezczyzn jest
obcieta "na zero", a w ogole to nie bylo ich (tej mlodziezy) za duzo.
Prawdziwa "polka" jadnak zaczela sie przy kazaniu; gdzie ubolewanie ze "w
Kanadzie karze sie wiecej za kradziez w sklepie niz za zabicie nienarodzonego
dziecka" bylo jednym z lagodniejszych. Wyszedlem z uczuciem takiego niesmaku,
ze nie sadzie ze kiedykolwiek mnie zobacza w tej swiatyni. Zastanawiam sie
jedynie, czy byl to przypadek, czy kolejny dowod, ze my, Polacy lubimy
sytuacje ekstremalne; czy w tym przypadku z deszczu komuny nie wpadlismy pod
rynne demagogi kosciola?