verbena1
16.10.05, 22:12
W sobote znow wybralismy sie na wycieczke. Wedrowalismy polnymi sciezkami,
przez wrzosowiska i po nielicznych zalesionych zakatkach.
W kazdym najmniejszym lasku pierwsze co rzucalo sie w oczy to grzyby. Rosly
wszedzie ,prawie pod nogami. Holenderska sasiadka, ktora nam towarzyszyla nie
zwracala na to zupelnie uwagi ale ja ,grzybiarka z natury nie moglam sie
powstrzymac i co ladniejsze wrzucalam po prostu do plecaka.
Maz i sasiadka oburzeni na takie traktowanie natury stwierdzili ,ze nie beda
jesc tych podejrzanych grzybow.
W domu oczyscilam grzybki, podsmazylam z cebulka i smietana. Smakowaly tak
sobie, smak niby grzybowy ale jakis taki cieniutki.
Maz sprobowal tylko troszke i wiecej nie chcial.
Po dwoch godzinach zaczal narzekac na bole brzucha twierdzac ,ze to od tych
grzybow. Zwatpilam troche w siebie i zaczelam szukac w internecie atlasu
grzybow.
Zaczelam od tych trujacych. Jeden taki ,silnie trujacy okazal sie ludzaco
podobny do tych przeze mnie zjedzonych. Oj, niedobrze, pomyslalam i zaczelam
goraczkowo poszukiwac sposobu na odtrucie.
Co bedzie ,jak nie przezyje nocy i rano maz zbudzi sie z trupem w lozku?
Dziwne uczucie oczekiwania na najgorsze a jednoczesnie zlosc na siebie sama
na taka glupote.
Przezylam , nic sie nie stalo ale stracilam zaufanie do wlasnej umiejetnosci
rozrozniania grzybow.
Teraz juz nawet najpiekniejszy prawdziwek nie skusi mnie do zerwania.
Moze w Polsce, ale nie tutaj.